Cathal Shafiq nie był człowiekiem szczególnie skorym do gniewu.
Upartym - owszem. Porywczym i agresywnym - czasami, ale jednak zdarzało się mu to stosunkowo rzadko, głównie wtedy, gdy (przynajmniej we własnym mniemaniu) miał ku temu naprawdę dobre powody. Zresztą w prawdziwym gniewie nie reagował na ogół gwałtownym wybuchem wściekłości, a zaczynał chłodno analizować, w jaki sposób odwdzięczyć się za "zbrodnie".
Były ciała, które znikły wśród piasków pustyni.
Był człowiek, na którym mord zaplanował w najdrobniejszych szczegółach.
...a teraz...
...bardzo żałował, że znalezienie i zabicie w Anglii grupki dzieciaków tak, by nie ściągnąć uwagi magicznej policji, będzie znacznie trudniejsze niż w Egipcie.
Zamyślił się trochę za bardzo.
Choroba Milforda była darem i przekleństwem zarazem, a w Wielkiej Brytanii, która w przeciwieństwie do egipskich miast zdawała się bezpieczna - przynajmniej za dnia, w sercu magicznego Londynu - łatwiej było stracić czujność. Pozwolić myślom płynąć, zatracić się wśród wspomnień, przywołanych przed nadmiar bodźców. Tymczasem okazywało się, że w magicznym Londynie służby policyjne radziły sobie chyba jeszcze gorzej niż w Londynie – a oczom Ministerstwa albo umykały magiczne dzieciaki, albo Namiar nie działał jak należy i…
…Cathal był naprawdę bardzo, bardzo wkurwiony. Na Anglię, na gówniarzy, którzy go okradli i na samego siebie.
A było to tak.
Przystanął w jednej z bocznych uliczek, a jego myśli błądziły gdzieś daleko – po krainie wspomnień, po poprzednich wizytach w tym miejscu, rozbiegały się na wszystkie strony, pchane skojarzeniami z twarzami, dźwiękami i zapachami. I Shafiq nie zorientował się nawet, z której strony nadleciał pierwszy czar, który przewrócił tuż koło niego wielki kubeł na śmieci: ten sam, w którym nie tak dawno wylądowała Alethea Crouch. Odwrócił się, odruchowo sięgając po różdżkę, tyle że… różdżka sama wyrwała się z jego ręki i pofrunęła w górę: ku chłopcu, od którego oddzielał go w tej chwili kubeł na śmieci.
Dał się rozbroić dziecku.
Może odzyskałby różdżkę tak czy inaczej. Był mężczyzną dość sprawnie fizycznym i wyrwany z zamyślenia błyskawicznie skoczył na ten cholerny kubeł, gotów dopaść gówniarza. Tyle że gówniarz wcale nie był sam: po magicznym Londynie najwyraźniej kręcił się cały gang młodocianych złodziei różdżek. Zaklęcie, rzucone gdzieś z góry, gdzie – jak się okazało – przykucnął kolejny chłopak, ożywiło kubeł i sprawiło, że Cathal stracił równowagę. W tej samej chwili, w której się poderwał, gdzieś z tyłu pofrunął następny czar…
W konsekwencji pięć minut później, pojawił się na umówionym spotkaniu bardzo rozczochrany, trochę oberwany, pozbawiony różdżki i bardzo, bardzo wściekły.
Zapamiętam was, obiecywał sobie w duchu. Byli zamaskowani, owszem, ale każdy szczegół, kolor włosów, wzrost, postura, utkwił w jego pamięci, by pozostać tam na zawsze. Jeśli kiedyś znów ich zobaczy, rozpozna: bo tym razem chciał pamiętać.
Były rzeczy, których żaden czarodziej nie mógł darować, a jedną z nich była bezczelna kradzież różdżki.
Na razie jednak…
– Musimy iść do Ollivanderów – wycedził na wstępie, bez przywitania, starając się zapanować nad wściekłością. Planowana wizyta w bibliotece właśnie została odwleczona na bliżej nieokreśloną przyszłość. – Potrzebuję nowej różdżki.