• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 9 Dalej »
[26 lipca 1972] Afterparty

[26 lipca 1972] Afterparty
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#1
18.11.2023, 22:38  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.01.2025, 23:56 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Alexander Mulciber - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Rozliczono - Atreus Bulstrode - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

[+]Spoiler
[Obrazek: dance-dancing.gif]

Co z tego, że z Horyzontalnej na Pokątną nie była wcale tak daleko i spokojnie można było przejść się pieszo. Louvain zadbał o to by po VIP-owskie tyłki zajechały ekskluzywne karoce z zadaszeniem, z zaprzężonymi do nich Aetonanami i wynajętym woźnicą rzecz jasna. Zdecydowanie chodziło o przepych i żeby dobrze wyjść w obiektywach dziennikarskich aparatów. Wycieczka krótka, bo raptem kilkuminutowa, ale z czerwonego dywanu na czerwony dywan. Kolejna dedykowana atrakcja dla burżujskich zadków, kto wie czy w kosztorysie nie pochłonęła więcej środków z konta bankowego Gringotta, niż organizacja samego pojedynku. No ale czego nie robi się dla przyjaciół prawda? Wcale nie chodziło o to by zadbać o swój własny splendor i sławę, ani przez moment. Klub który Lou wybrał na dzisiejszy wieczór również miał wyszczególnioną listę gości i zorientowany był na uciechy dla Bandy Borgina i pozostałych gości, którzy tylko skorzystali z zaproszenia Louvaina. Zaczarowana fasada budynku w którym mieścił się klub nocny wydawała się być niepozorna i niczym nie zdradzała królestwo rozpusty jakie w sobie skrywała. Kilkumetrowy odcinek czerwonego dywanu, na końcu którego stał czarodziej z listą gości w towarzystwie kilku goryli, którzy skutecznie zniechęcali zadymiarzy do awantur. Był to bowiem ostatni etap na którym zabłąkany flesz aparatu mógł towarzyszyć wszystkim bogolom, bo instrukcje na piktogramach informowały o zakazie uwieczniania czegokolwiek wewnątrz na zdjęciach.
Sam klub nie był zbyt zatłoczony jak trybuny na hali widowiskowej, ale nie brakowało w nim eleganckich gości. Tak jakby w dreskodzie był nakaz bycia ślicznym i przystojnym. Na wejściu każdy z gości otrzymywał specjalną opaskę, którą mógł się legitymować wewnątrz. - Dzięki temu moi mili... - zwrócił się w kierunku towarzystwa. - każdy barman obsługuje was poza kolejką, ochrona wynosi kogo wskażecie, a muzyka zmienia się wedle zachcianki. - dokończył nie ukrywając ironicznie zawadiackiej maniery w głosie. Zatrzepotał w powietrzu opaskami, a potem zaczął po kolei wręczać każdemu z osobna po ultymatywnej wejściówce. - Są jednak minusy... panienki i przystojniaki nie odpuszczą okazji, żeby was zagadać... - zakończył zadziornym uśmiechem. Lou miał już nieco lepszy humor, perspektywa nocnej zabawy w gronie przyjaciół skutecznie odciągała go od gorzkich myśli o niechcianym remisie z Nottem. Puścił gości przodem, a sam jeszcze na koniec zamienił dyskretne słówko z ochroną na wejściu wsuwając każdemu z nich banknot o wysokim nominale do kieszeni marynarki.
Nie musiał dodawać, że po raz kolejny dla swojego towarzystwa przygotował VIP loże zorientowaną na podwyższeniu z którego widać było cały parkiet, a para kelnera z kelnerką z niestrudzonym uśmiechem gotowa była przyjąć pierwsze zamówienia. W oczekiwaniu na specjalne zamówienia, Louvain napoczął już z przygotowanego coolera, szampan rozlewając go do kieliszków. Miał przygotowany tekst otwierający na swoją wygraną, ale nie na remis, więc zawiesił się na moment. - Całe szczęście tutaj nie uznają remisów, wygrana po prostu nam się należy. - rzucił w eter unosząc kieliszek w górę.
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#2
02.12.2023, 06:16  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.12.2023, 06:47 przez Alexander Mulciber.)  
Gdyby Mulciber wiedział, że brat jego – bardzo pięknej i bardzo młodszej od niego – żony nazywał go w myślach per Księciem Ćpunów (kc, Louvain, to mój nowy tytuł użytkownika) zapewne odwdzięczyłby mu się równie pięknym epitetem, ale jak zwykle, za bardzo był zajęty obserwowaniem, jak ten zachowuje się w towarzystwie bliźniaczej siostry.
Diana zauważyła kiedyś, że rodzeństwo Lestrange jest ze sobą wyjątkowo blisko, i od tamtej pory ich podatne na sugestywne teorie spiskowe ćpuńskie umysły nie mogły się pozbyć pewnych podejrzeń
, które wprawdzie zdołali wypowiedzieć głośno tylko na haju: wystarczy jednak wyjaśnić, że jedną ulubionych rozrywek Diany i Axela było siedzenie w obrzydliwie drogich restauracjach, gdzie skryci za czarnymi szkłami markowych okularów przeciwsłonecznych grali w siblings or dating urozmaicając sobie tą niewinną zabawą degustację luksusowych alkoholi, przynajmniej dopóki to na nich ktoś nie spojrzał dziwnie, kiedy płacili platynową kartą Donalda za utracjuszowskie uciechy…

W każdym razie, podejrzenia Mulciberów odnośnie zażyłości bliźniąt Lestrange wydawały się kompletnie uzasadnione, jeżeli wspomnieć, że początkowo Alexander był przekonany, że cała ta afera to jakaś wymyślna orgia – bowiem list od Loretty przeczytał wybiórczo, fiksując swoją uwagę na połamanych palcach jebanego Leandra (dobrze, że zdechł, skwitował z satysfakcją) i pełnym wyrzutu czyżbyś o mnie zapomniał? – a jeżeli ktoś powinien bić się o pizdę Loretty, to powinien być on, nie jej brat, stwierdził, dotąd zbytnio wzburzony wizją swojej żony w łóżku jebanego Philipa Notta. W tym jednym mógłby się zapewne zgodzić z Louvainem, że jak tak na Notta patrzył, to też nie mógł powstrzymać obrzydzenia, bo gracz quidditcha wyglądał zawsze tak, jakby tej samej pasty Fleetwooda do polerowania miotły używał dodatkowo jako maści na porost włosów i lubrykantu na kij trzymany w dupie.

Aż skręcało go w środku, żeby dopiec Lorettcie jakimś komentarzem w kontekście tego krótkiego romansu, który podobno miał miejsce pięć lat temu, i podobno zakończył się zanim się zdążył dobrze rozpocząć, ale darował już sobie, bo ta z kolei coś tam chrzaniła o ćpunkach, z którymi podobno zdarzyło mu się współżyć, ale nawet nie chciało mu się komentować tych rewelacji, bo mówiła to samo o każdej przedstawicielce płci pięknej, która ośmieliła się dłużej zawiesić na nim oko, a nie daj boże zamienić więcej niż jedno słowo – szybko poradził sobie jednak z jej zazdrością: wystarczyło, że stalowym tonem przypomniał jej, że nie to obiecywali sobie wtedy w cygańskim wozie, prawda?, i czule objął ją ramieniem, zanim razem z Dianą poszły przypudrować noski w łazience.

Nie chciał iść do żadnego klubu. Wbrew pogłoskom o swojej reputacji, szczerze nie znosił takich spędów, i nawet perspektywa darmowego alkoholu nie przekonywała go do porzucenia samotności, do której zdążył nawyknąć przez ostatni miesiąc – na pewno nie teraz, kiedy był kompletnie przebodźcowany, zmęczony po miesięcznej nieobecności na angielskiej ziemi, nękany dniem i nocą przez widmo brata, który w stanie wegetatywnym leżał w szpitalu – nie, kiedy wszystko, co miał, to zmartwienia. Chciał myśleć, że Loretta do nich nie należy, a jednak, ten pojedynek…
– Nie zostanę, Loretto – zwrócił się do kobiety, której boku nie odstąpił od czasu pojawienia się na Arenie Srebrnych Różdżek. Od razu oznajmił jej, że nie będzie uczestniczył w żadnych fetach na cześć jej brata, bo raz, nie było czego świętować, dwa, żadne z nikt nie chce drugiego takiego pojedynku, tym razem z Alexem zamiast Philipem w roli głównej, a wiedział, że Louvain chętnie wywinąłby mu taką akcję. – Nie dzisiaj. Nie z tymi ludźmi. – Z całej widowni na pojedynku mógłby zamienić słowo co najwyżej z Eden Malfoy, pardon, teraz Eden Lestrange, ale wątpił, by podobne imprezy były w jej guście.

Teraz Mulciber nie wyglądał jak Książę Ćpunów, to znaczy, wyglądał, bo trochę schudł w ciągu ostatniego miesiąca; jego policzki wyglądały na bardziej zapadnięte, wydatna szczęka rysowała się ostrzej niż zwykle w jego przystojnej twarzy (ciekawe czy na tyle ostro, by ktoś skaleczył sobie rękę, waląc go w mordę… Yyy, co to za dziwna myśl? Halo, trzecie oko?), a blizny po wkłuciach, skryte pod rękawami eleganckiej koszuli, też magicznie nie zniknęły; ale miał to szczęście, że szedł pod rękę z najpiękniejszą kobietą na całym tym ziemskim padole, czyli swoją żoną która zawsze miała bardzo mętne wyobrażenie wierności małżeńskiej, a na drugim jego ramieniu opierała się jego anielska szwagierka o reputacji diablicy, więc prędzej można by go było ochrzcić Księciem Kurew, ale już lepiej nie wybiegać w przyszłość i nie dostarczać co po niektórym pomysłów na obelgi.

Tknięty nagłym przeczuciem, pochwycił mocniej Dianę, zanim ta jeszcze zdążyła potknąć się o wystający kant chodnikowej płyty.
– Maleńka, bo zaraz się wypierdolisz – westchnął, zwalniając kroku, kiedy zbliżali się do klubu. Zawsze czuł za nią swego rodzaju odpowiedzialność, ale od czasu, kiedy kompletnie zjebał sprawę z Donaldem, i szmatławce szargały jej dobre imię, oskarżając ją o zbrodnię, której nie popełniła, czuł się przerażająco winny.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Księżniczka Ćpunów
stworzono mnie ostrym, bezlitosnym gestem:
nie z żebra twojego, a z ciosów jestem
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Niziutka, mierząca sobie 158cm, kobieca figura, którą zawsze podkreśla fantazyjnymi i naprawdę drogimi kreacjami. Krótkie blond włosy zawsze nosi rozpuszczone. Z uśmiechem przylepionym do warg, wygląda jakby pływała w obłokach, choć gdy się jej dłużej przyjrzysz, w piwnych oczach dostrzeżesz burzę.

Diana Mulciber
#3
04.12.2023, 03:09  ✶  
Dianie koniec końców udało się dowiedzieć po co w ogóle na te trybuny miała zawitać i dziękować mogła wyłącznie sobie i tylko sobie – bo jej kurwa nikt nie chciał powiedzieć. Niestety nie rozwiało to resztki nawarstwiających się pytań, na które odpowiedzi nie posiadała, a wstydziła się Alexa póki co zapytać (bo Loretta ich słyszeć ZDECYDOWANIE nie powinna, nie kiedy Mulciber świadoma była jak potężne klątwy potrafiła ciskać w stanie lekkiego podkurwienia). Gdyby włamała się do ćpuńskiego mózgu szwagra i połączyła z ostatnim zdychającym neuronem to nie znalazłaby tam wiele treści (przywykła), ale zastanawiające, iż chcieliby razem odkryć następujące zagadki:
Dlaczego to Louvain walczył o pusię honor Loretty, a nie sam Alex i w ogóle o co chodziło z tym całym honorem, bo konceptu Diana za grosz nie potrafiła zrozumieć (samej żadnej godności już nie posiadając). No i sam Nott i o co z typem chodziło, bo brzydki raczej nie był, z daleka nawet przystojny, więc Diana nie pojmowała ogromu dramatu jaki rozgrywał się na kartach ich niezwykle barwnych biografii. Czy chodzić mogło o dziewictwo? Nie, cholera, nie mogło o to chodzić.
Zanim wtłoczyła się do karocy zarzucając na siebie elegancki czarny szal, dopadła Louvaina, którego lekko przytrzymała za ramię. Uśmiechnęła się do niego początkowo życzliwie, potem zaś źrenice jej zwęziły się jak u polującego na niewinne baranki czorta i wargi wygięły się w kokieteryjnym grymasie.
– Wspaniały pojedynek, Lou, świetnie walczyłeś... – pomacała go po bicepsie, którego palce bezwiednie zaczęły ugniatać i masować. Kiedy jednak tak przypatrywała się dzielnemu młodzieńcowi, któremu już posyłała flirciarskie szepciki, na sobie poczuła wwiercające się, najpewniej wyimaginowane, spojrzenie Loretty, mogące ciskać w ludzi mocą tysiąca spierdolonych gwiazd. Odsunęła się mimowolnie od Louvaina i odeszła w popłochu do Alexa.
Alex?? Czy oni naprawdę ten-teges? Wiesz już coś?! już miała pytać, ale w karocy za bardzo bujało i koniec końców, odechciało jej się plotkowania.
Nie myślała o niczym. Ani o pracy, ćpaniu, Donaldzie, kochankach, ćpaniu, nadchodzącej imprezie w klubie, ćpaniu, niczym. Umysł jej jakoś dryfował ponad nią, gdzieś w londyńskich obłoczkach, z dala od nich oraz ich snobistycznych mord.
– Maleńka? Bo się zrzygam, Alex– odburczała już w drodze do klubu, poprawiając na nosie swoje okulary i wkraczając do środka z dwójką swoich przyzwoitek pod ramię.


Chwasty trzeba wyrywać.
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#4
14.12.2023, 17:07  ✶  

Przeklęta szekspirowska gra nie rozgrywała się na połach ich umysłów, wzierając do kości tak, jak tylko mróz umiał i puentując całokształt farsy w sposób urągliwy; stan odmiennej świadomości zaczęła osiągać na rozciągłości urywanych głosek gdy tylko swój początek znalazła w relacji z Dianą i Alexem – wówczas w pełni zrozumiała, czym jest ta kolektywna nietrzeźwość – nie musiała pić, nie musiała pudrować noska, aby spojrzawszy w jego oczy czuć się najebana bardziej niż on przez całe życie; może była to słabość do niego per se; w zasadzie na to stawiała, gdyż był jej ulubioną heroiną. Prawdopodobnie to całe mimetyczne istnienie, makiawelistyczna kantyczka, budziły dawno zabłąkany we wnętrzu szalony uśmiech; bełkotliwy głos Diany jedynie utrwalał ją dobitnie, iż znajduje się we właściwym miejscu.

Jeśli to to miało wytyczać szlak jej upadku, była w całej rozciągłości gotowa, aby rozbić się o londyński bruk.

Jej miłość nie znała początku i końca, jak uroboros, błądziła po omacku, a jej jedyną zapałką był Mulciber. Patetycznie przywiązana, jeszcze bardziej uzależniona – kochanie Alexandra było jak wzbieranie wody w płucach.

Wiedziała, jakie jej brat ma podejście do mężczyzny; gdyby w dodatku wiedział, iż jest jego żoną, najpewniej rozszarpałby go, a nią samą zostawił w milkliwej, urągającej ciszy na długość miesięcy. Loretta dbała więc pieczołowicie – lubiła myśleć, dla jego komfortu, nie swojego, lecz były to wierutne kłamstwa – aby nie dowiedział się, co walentynkową nocą, pod gęstwiną mroku upstrzoną gwiazdami, zaszło w tej przeklętej cygańskiej przyczepie. Loretta nie nosiła pierścionka, jednak zawsze miała go ze sobą, schowanego przed biurwami, które momentalnie wychwyciłyby błysk złotawej wstęgi na palcu.

Nie wstydziła się go; uważała go za swoją najdobitniejszą zdobycz. Cała ironia zawierała się w tym, że on ją traktował tak samo.

Cała afera wykwitła przecież wokół tych przeklętych obchodów Beltane; w gruncie rzeczy, Philip Nott wywoływał u niej aktualnie tylko torsje, a myśląc o przeszłości w jego ramionach miała istotnie ochotę się zrzygać.

Ciekawe, czy Louvain wolałby Philipa, czy Alexa?

Nie dane było jej roztrząsać tej kwestii, własnych, jak to Louvain nazywał złych wyborów – ją jednak przecież zawsze nęciło zakazane i niewłaściwe. Jako przykładna panna, musiała szczebiotać i być miękka wobec słów – agresywne podwiązki jednak znaczyły drogę podboju. Nie rozumiała przecież wielu rzeczy; wielu konwenansów i jeszcze więcej zobowiązań, które całunem nakładały się na jej kruche ramiona. Uniosła więc podbródek, spojrzenie lokując w osobie Alexa, aby po chwili unieść wysoko brwi.

– Zostaniesz, Alexandrze – odparowała na jego stwierdzenie, głosem tak stalowym, że nieznoszącym nieomal jakichkolwiek śladów sprzeciwu. – Och, doprawdy? W takim razie najwyraźniej muszę znaleźć innego amanta na dzisiejszą noc. Buziaczki – rzekła, wyswobadzając dłoń z pod jego ramienia.

Wiedziała przecież, że po tych słowach jego szczęka się zaciśnie, uwydatniając rysy twarzy; wiedziała, że ciśnie w nią piorunami zaklętymi na dnie błękitu tęczówek; wiedziała, że nie pozwoli jej odejść – w całej uzurpatorskiej grze jednak, udawała, że tego nie widzi i jedynie przywdziała miałki uśmiech na wargi.

Udawała, że nie widzi podchodów Diany do jej brata; było w tym coś nietypowego, gdyż przecież zawsze panny kręcące się wokół niego uważała na zbędne chwasty, które przecież należało wyrwać. Zamiast tego, rzuciła jeszcze jedno prowokujące spojrzenie w kierunku Alexa i gdy tylko zatrzymali się, rozogniony wzrok ulokowała w bliźniaku.

– Dzień dobry, Lou – rzekła ciepłym, rozmiękłym głosem.



Part of me wanna to do stupid shit
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it
hold me like a grudge
and what an ugly thing
– to have someone see you.
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
aurowidz
zawód
auror
Stosunkowo wysoki mężczyzna, mierzący sobie 183 centymetry wzrostu. Posiada włosy barwy ciemnego blondu i jasne, błękitne oczy. Budowa jego ciała jest atletyczna, a na twarzy często widnieje lekki, szelmowski uśmieszek. Porusza się z nonszalancją i pewną niedbałością. Jest nienaturalnie zimny w dotyku.

Atreus Bulstrode
#5
03.01.2024, 03:18  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.10.2024, 14:07 przez Atreus Bulstrode.)  
Nie był pewien czego się spodziewał, ale nie chyba takich cudnych, ładniutkich i wypucowanych karoc, którymi po nich podjechano. On równie dobrze mógł się przejść, bo świeże powietrze jeszcze nikomu źle nie zrobiło, ale z drugiej strony nigdy nie zamierzał narzekać na to, że ktoś zamierzał szastać pieniędzmi dla jego komfortu. Zapakował się więc do jednego z pojazdów (oczywiście tego z Louvainem) i ruszyli w drogę. Krótką, bo krótką, ale było warto.
Każdy kolejny krok przynosił kolejny element, który wprawiał w tylko większe zadowolenie. Począwszy od czerwonego dywanu, poprzez dostanie opasek, a potem i wyliczenie tego, co też te ustrojstwa im zapewniały wewnątrz klubu. Czasem w tej swojej pracy aurora tak się upadlał, że zwyczajnie zapominał jak dobrze można było się czuć, kiedy miało się odpowiednia ilość pieniędzy. Teraz na jego ustach rozlał się może i nonszalancki, ale jednocześnie pełen uznania uśmiech, kiedy pokiwał przy tym głową, wsuwając na rękę podaną mu opaskę. Poklepał Lou po ramieniu, widząc też, że ten ma już nieco lepszy humor i nie straszy strasznym spojrzeniem, ani też chęcią mordu, tak jak mu się to zdarzyło jeszcze na hali pojedynkowej.
Bulstrode rozejrzał się ciekawsko po sali, zaraz jednak odwracając się, kiedy do Louvaina zbliżyła się jego siostra bliźniaczka. Uśmiechnął się do niej lekko, mierząc wzrokiem i na moment tylko przenosząc go najpierw na Alexandra, a potem i na Dianę. Musiał Lorettcie przyznać, i to wcale w negatywnym tego słowa znaczeniu, że miała tupet, że na pojedynku o własny honor pojawiała się wyglądając, jak to pewnie niektórzy by łaskawie określili, pierwsza lepsza kurwa. Nie żeby mu to jakoś przeszkadzało, bo zawsze przyjemnie się na nią patrzyło, ale miał na tyle przyzwoitości, żeby się na nią bezczelnie nie gapić przy Louvainie.
- Loretta, jak ci się podobał pojedynek? Czujesz, jak twój honor został uratowany? - zapytał ja rozbawionym tonem, wsuwając dłonie w kieszenie spodni. Po prawdzie jednak był zdania, że nic nie było w stanie tego jej honoru odratować, ale taki był już chyba jej urok.
Szkoda tylko było w tym wszystkim jej brata bliźniaka, który dwoił się i troił, żeby jakoś o prezencję całej tej sytuacji zadbać. Zawsze to trochę Atreusa fascynowało, ale z drugiej strony jemu samemu rodzina zawsze kładła do głowy, jak bardzo ważne było rodowe nazwisko, a tutaj... cóż. Jedna niepoprawnie zachowująca się kobieta, do tego z czystokrwistej rodziny konserwatystów, mogła bardzo wiele napsuć - szczególnie w momencie kiedy Louvain zwyczajnie nie mógł się powstrzymać. Bo może gdyby nie rzucił Notto wyzwania, to nikt nawet nie mrugnąłby okiem na to, co znowu działo się dookoła upadłej artystki. Po trochu też, obserwując tę całą szopkę, która rozgrywała się systematycznie od lat, Bulstrode był cholernie wdzięczny losowi, Matce, czy komukolwiek kto był siłą wyższą, że akurat jego siostra była wręcz do bólu poprawna i jedyną osobą która zdawała się być na językach innych był on sam.
Jak tak teraz patrzył na Mulcibera to zaczął troszeczkę żałować, że jego drogi przyjaciel nie zebrał się jakoś w bardziej odpowiednim momencie, bo mógł wyzwać na pojedynek i jego, ot tak żeby za jednym zamachem wytrzeć parkiet i Philipem i Alexandrem. To by dopiero był pojedynek stulecia; no dobrze, biorąc pod uwagę jak mu właściwe poszło, to może przedstawienie nie byłoby aż tak zwalające z nóg i zapierające dech w piersiach, ale zdecydowanie byłoby bardziej ciekawe. Ewentualnie można było wtedy zrobić bitkę dwa na dwa, a on jako dobry sekundant z radością zająłby miejsce obok Lestrange, bo niewątpliwie jedną z tych rzeczy która ich łączyła, to była właśnie nienawiść do Alexandara Mulcibera. Nie ważne co robił, było w nim coś takiego co działało na najbardziej surowym poziomie, uderzając w niemal zwierzęce instynkty i nakazujące mieć się na baczności w jego obecności. Jego niemrawe spojrzenie, jakby każdą sekundę życia spędził na walce o utrzymanie się świadomości, wyraźnie pokazywało że coś po czaszką nie do końca stykało i można było się po nim spodziewać absolutnie wszystkiego.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#6
17.02.2024, 18:46  ✶  

No właśnie dlatego w żadnym wypadku romskiego duetu nie powinno tam się w ogóle wpuszczać. Na wieczorową galę tego formatu pasowali jak porcelanowa łyżeczka do ich brudnego syfu, którym się zwykli raczyć. No, ani trochę ok? Dostali się tam pewnie tylko dzięki protekcji Loretty, która musiała ich prawdopodobnie wprowadzać we własnej torebce, bo jasno zaznaczył kto ma wstęp na widowisko, a kto do tego nie ma kompletnie żadnego prawa. Gorycz nie wygranej, bo remis kompletnie nie był tym co go satysfakcjonowało, była zupełnie niczym przy tym jakie zażenowanie czuł widząc z kim znowu prowadza się Loretta. Mógł jej nawet wypalić na ręce żywym ogniem "CYGANIE WON!", a ona i tak miała totalnie za nic wszystkie jego argumenty dlaczego powinna się od nich trzymać z daleka. Sama potrafiła wytoczyć mu przewód naukowy dlaczego każda kolejna kobieta w jego towarzystwie to błąd i weźże się otrząśnij Lou, by za godzinę być umówiona na kolację przy stercie gruzu z tymi ćpuńskimi popłuczynami. Tracił wiarę, że może być kiedyś lepiej.

Uśmiechnął się krzywo na komplement Diany rzucony w jego stronę, powstrzymując się z całych sił przed wyrażeniem tego jakie obrzydzenie czuje do jej osoby. Kiedy tylko od niego odstąpiła, teatralnym gestem przetarł jedwabną chusteczką z marynarki miejsca w których go dotykała, po czym cisnął nią pod karoce wychodząc z latającej taryfy. Milczenie to najbardziej grzeczna forma odpowiedzi na jej banalne i pretensjonalne zaloty. W żadnym wypadku nie zamierzał na nie odpowiadać, a tym bardziej iść w ten ton. Przecież nie znalazł kutasa na śmietniku żeby wkładać w byle jaką procę.

Udał, że nie słyszy jak Loretta się z nim wita, by zaakcentować jak bardzo jest rozczarowany całą jej postawą dzisiaj, wcześniej i co to kurwa w ogóle ma być. Jedynie parsknął śmiechem na niedopowiedzianą drwinę Atreusa z tego honoru, godności i tak dalej. On jako jedyny miał tutaj prawo po nim cisnąć, ale tylko ze względu na ich przyjaźń. A więc tak czuł się Sancho Pansa, kiedy uwierzył w ten pieprzony żart, bo Lou jako ostatni w całym Londynie naprawdę wierzył, że Loretta nie jest kurwą.

- Nie śpieszyło Ci się, siostrzyczko... - odezwał się w końcu do niej, a sarkazm podszyty szyderczą goryczą po raz pierwszy był wycelowany do niej. - Możesz mi wytłumaczyć po jaką cholerę przyprowadziłaś ze sobą ten cygański tabor?! - zawołał już głośniej, by mieć pewność, że każdy zainteresowany usłyszy ten zaczyn do szamba które miało się tutaj wylać. Najwyższa pora rozładować to piekiełko które się w nim nazbierało, najlepiej na mordzie tego szmaciarza i ćpunki z powołania.

Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#7
17.02.2024, 22:43  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.02.2024, 23:07 przez Alexander Mulciber.)  
"Zostaniesz, Alexandrze"?

- Nie jestem twoim psem - warknął w stronę Loretty (owszem, był, i nie musiał nawet oglądać się na towarzyszącą im Dianę, by wiedzieć, że ta zapewne obdarzy go spojrzeniem litościwym i kpiącym zarazem, takim mówiącym krótko, acz dosadnie, owszem, jesteś, jakby mocą legilimencji wniknęła do jego myśli), zdecydowany, by postawić na swoim... Ale zamiast tego, uległ taniej prowokacji żony, bardziej niż jej absurdalną sugestią zirytowany tonem, jakiego wobec niego użyła. Prychnął tylko śmiechem, krótkim, ostrym i nieszczerym.
- Twojego brata? Notta? Brata Notta?? - odszczekał Lorettcie - przerywając, zanim ta skończyła jeszcze mówić - wyliczając kolejne pozycje z żałosnej listy potencjalnych kochanków, których mogła sobie na ten dzisiejszy wieczór przygruchać, mam to już gdzieś, mówił sobie Alex, a jednak, popchnięty kaprysem dogadania jej jeszcze, podążył za Lestrange do wnętrza baru...

___________

...czego natychmiast pożałował, bo tuż przy wejściu do sali natknęli się na jedyny w swoim rodzaju komitet powitalny.

Wysunął się natychmiast przed towarzyszące mu kobiety, posyłając im ostrzegawcze spojrzenie: to skierowane do Diany mówiło: czy ty też słyszysz to pierdolenie (i to na kilka sekund przed tym, zanim Louvain w ogóle otworzył buzię), zaś to posłane Lorettcie - ewidentnie nakazywało jej zachować resztki godności, albo, pospolicie mówiąc, milczenie. Niepotrzebnie rozjuszyła go bowiem swoimi zjadliwymi komentarzami; gdyby nie to, siedziałby już w domu, i uniknął całej tej konfrontacji, którą był już, kurwa, zmęczony, chociaż nawet się porządnie nie rozpoczęła...
Ale nie, oczywiście, ona ZAWSZE musiała być w centrum uwagi, i, wychnąwszy z protekcyjnego cienia Alexa - po tym, jak obdarzyła go głupio wyzywającym spojrzeniem - przywitała się ze swoim ukochanym braciszkiem... I co tutaj robił Bulstrode? Szczęka drgnęła Alexowi, kiedy spotkali się wzrokiem, ale szybko skupił spojrzenie z powrotem na Louvainie. Nie mógł teraz pozwolić na to, by nawiedzały go paranoiczne myśli o nieumarłym bracie, tylko dlatego, że zobaczył aurora, który przesłuchiwał go po zamachu na Donalda. Pomyśleć, że wcześniej grał z nim w pokera i dzielił się życiową mądrością...

Mulciberowi aż rzygać się zachciało od tej wymiany uprzejmości, która miała po chwili miejsce, i nie wiedział, czy to jeszcze to francuskie wino tak go trzyma, czy to może te mimowolne siblings or FUCKING, obstawiaj, przesłane Dianie ich wspólnym kanałem mentalnym typu ćpun to ćpun communication bo Mulciberowie to władcy umysłów, czy coś tak go wykrzywiło...

__________

Obelgi na temat romskiego pochodzenia towarzyszyły Axelowi całą młodość, i chociaż początkowo zapewniały mu rozrywkę w postaci ksenofobicznych mord do obicia, takie zabawy znudziły mu się na którymś etapie edukacji, kiedy trochę zmądrzał, i o tego "Cygana" wcale się nie gniewał, ba, zaczął być z tego określenia dumny i silniej zaznaczać rolę rodzinnego dziedzictwa w swoim życiu, teraz zaś - te inwektywy były co najwyżej nużące, zwłaszcza, kiedy musiał wysłuchiwać ich najpierw w formie wizji, a dopiero potem wracał ciałem i duszą do teraźniejszości, by słyszeć jak Louvain bluzga echem tych samych inwektyw. Co za nuda.

Normalnie kazałby mu skleić pizdę, odjebać się od chwalebnych przodków jego matki, i zacząć wzywać własnych, bo ten jeszcze dzisiaj niechybnie spotka się z nimi w limbo.

Dziś jednak, schował zaciśnięte pięści do kieszeni.


Dużo myślał we Francji. O przeszłości, i przyszłości. O swoich decyzjach. O błędach. Powiedział niedawno Rosie, że chciałby być lepszym człowiekiem, i to, że teraz nie przyjebał Louvainowi na przywitanie, było poniekąd efektem tychże przemyśleń. Nie masz już piętnastu lat, Alex, skarcił sam siebie, wspominając, jak to gotów był się bić za każdą zniewagę popełnioną wobec McKinnonówny, i to, z jaką niechęcią reagowała potem na te jego honorowe pojedynki. Nie słuchał jej wtedy, zadufany własnemu aroganckiemu osądowi, teraz jednak, zastanawiał się, czy nie miała racji wyzywając go od głupców. Czy Loretta potrzebowała głupca, który walczyłby o jej cnotę? Wątpił. W końcu była tutaj z nim, a nie z Philipem, prawda?

Zresztą, nie robił tego tylko dla niej. Chciał... Dobra, Alex nie wiedział, czego chciał, ale na pewno nie bić się z krzepkim i pełnym werwy Louvainem po tym jak miesiąc spędził na samoumartwianiu swojej wątroby tanim alkoholem i wspomnieniami. Nie zamierzał gówniarzowi odpuścić, ale dzisiaj... Dzisiaj nie był w formie.

Miał zresztą pomysł, jak go podpuścić.

- Zamknij mordę, i słuchaj, Lestrange - rzucił krótko i bez zbędnych ceregieli. - Twoja siostra dba bardziej o twój dobrobyt niż ty o jej honor, patrząc na to, jak dzisiaj... - zawiesił na chwilę głos, jakby szukał odpowiedniego słowa na popisy Louvaina - ...walczyłeś - dokończył niedbale, może z lekkim rozbawieniem, ale starał się nie wykrzywić twarzy w pogardliwym uśmiechu, którzy aż cisnął mu się na usta. - Słusznie zaczęła podejrzewać, że ktoś rzucił na ciebie klątwę. Widząc jak przewracasz się na arenie, również odniosłem takie wrażenie... Poradziłem się więc absolutu - bezczelnie zajebał to sformułowanie z jednego z artykułów Dolohova - Zapytałem gwiazdy, co drogę wskazać błądzącym miała - to z kolei bezczelnie pożyczył od Morpheusa - i planet, które decydują o naszych losach. Rzeczywiście ciąży na tobie klątwa, Louvain. - Axel zniżył dramatycznie głos. - I to całkiem niebagatelna: stara, cygańska klątwa. Ale, jako że Loretta tak pięknie prosiła - teraz nie mógł powstrzymać uśmieszku - ja poprosiłem z kolei boga wojny, wielkiego Marsa, władcy ognistej planety, o pomoc w twojej sprawie. I wysłuchał mnie! - pokręcił głową, markując niedowierzanie. - Wiesz dlaczego?

Zawiesił na chwilę głos. Dla efektu. Nauczył się tej sztuczki od pewnej blondynki.

- Bo Mars od tyłu to sram, a ty tak bohatersko jęczałeś na tej arenie, że można było pomyśleć, że Nott od tyłu to cię tam jebał. - Twarz Mulcibera nie wyrażała żadnych emocji. - Wielki patron pojedynków i wojen zlitował się nad tobą, bo nie przegrałeś z Nottem do szczętu, więc idź, kurwa, w pokoju, nie obrażaj więcej Cyganów, a mnie - nie zawracaj głowy. Żegnam. - Skinął głową na Dianę i Lorettę, gotów do wyjścia.

Nie, pewne rzeczy pozostawały jednak niezmienne, nieważne, czy lat miał piętnaście czy trzydzieści dwa.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Księżniczka Ćpunów
stworzono mnie ostrym, bezlitosnym gestem:
nie z żebra twojego, a z ciosów jestem
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Niziutka, mierząca sobie 158cm, kobieca figura, którą zawsze podkreśla fantazyjnymi i naprawdę drogimi kreacjami. Krótkie blond włosy zawsze nosi rozpuszczone. Z uśmiechem przylepionym do warg, wygląda jakby pływała w obłokach, choć gdy się jej dłużej przyjrzysz, w piwnych oczach dostrzeżesz burzę.

Diana Mulciber
#8
24.02.2024, 01:31  ✶  
Vibe check

Czy ty też słyszysz to pierdolenie?
Wysunął się swoim wielkoludzim ciałem przed kurduplowe figury jej i Loretty, skarciła go wtedy pod nosem, że zasłonił jej widok (na tyłek Atreusa Bulstrode), bo to prawdziwe pierdolenie, przebiegło gdzieś po kuluarach jej umysłu, niezapisane i mało znaczące.
Przywykła do tej paskudnej, lepiącej zanęty, która miała prowokować, miała besztać i wżynać się między żebra oszczerstwem, poddusić i wykorzenić ostatnie krztyny samokontroli. Przywykła od momentu spotkania nie-spotkania z cholernym Salazarem, przywykła od każdej kolejnej, szpetnej interakcji z Donaldem, przywykła od brukowców opluwających jej imię, przywykła od zasłyszanych okrzyków zgorszonych jednostek, które znajdowały ją upodloną w klubowej toalecie. Chciałaby tego Alexa nauczyć, apatii i rozrzedzenia emocjonalnego, takiego które kierowałoby jego kroki z dala od Lestrange'a, bliżej parkietu i ślicznych małolat, które oddałyby ostatnie notatki z przyrki za spędzony wieczór z takim amantem.
Poprawiła niesforne kosmyki tańczące wokół nieskalanej myślą facjaty; Mulciber trawiła życie nie na byle jakim kawałku chleba – żuła najpodlejsze czerstwiny, strzyżyła sobie na nich swoje urocze kły i połykała, jak na kobietę żałosnych obyczajów przystało. Zaczęło kipieć od skoncentrowania testosteronu ale niestety – męskie zesranie, krzyki i darcie się o zamknięcie dupy latały jej koło ucha, a w głowie, w której od dawna pracowały już tylko ostatnie dwa, dychające neurony, brakowało miejsca na obrazę honoru. Bo go kurwa zresztą już dawno nie miała.
Westchnęła, opiekuńczą dłoń opierając na jego ramieniu. Chciała się schlać, bo bez alkoholowej lawiny nie wiedziała co robić, ani powiedzieć.
Ten świat przecież nie należał do niej, osuwała się tak jak opada gwałtownie krawędź rozpadliska, ciskając lawiną głazów. Była skazana na ból, na cierpienie odmienne niż wrzask własnego, buntującego się organizmu, kiedy po raz kolejny robiła sobie krzywdę. Nie umiała żyć w inny sposób, mniej zabrudzony i mniej nieskładny, wytrzebiony z tendencji, szeptanych przez jej przodków. Nie umiała żyć nawet teraz - inaczej, lepiej, szlachetniej.
Ja pierdole, myślałam, że będziemy tańczyć  pomyślała rozczarowana kogucią szarżą. Alex miał rację, Alex w jej mniemaniu przecież zawsze miał rację, ale teraz jakoś ta pajacowa konfrontacja ją rozdrażniła.
Znudzone spojrzenie przeniosła na Lorettę, ewidentnie zaintrygowana jej ewentualną reakcją.


Chwasty trzeba wyrywać.
hold me like a grudge
and what an ugly thing
– to have someone see you.
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
aurowidz
zawód
auror
Stosunkowo wysoki mężczyzna, mierzący sobie 183 centymetry wzrostu. Posiada włosy barwy ciemnego blondu i jasne, błękitne oczy. Budowa jego ciała jest atletyczna, a na twarzy często widnieje lekki, szelmowski uśmieszek. Porusza się z nonszalancją i pewną niedbałością. Jest nienaturalnie zimny w dotyku.

Atreus Bulstrode
#9
04.06.2024, 23:13  ✶  
Louvain zadawał tutaj bardzo dobre pytania, bo wieczór byłby o wiele przyjemniejszy, gdyby żaden z nich nie musiał oglądać mordy Alexandra Mulcibera. Więcej, był absolutnie przekonany, że żadna z obecnym tutaj kobiet niespecjalnie straciłaby, gdyby również już nigdy więcej nie przyszłoby jej patrzeć na skundlonego jasnowidza. Szczerze, to Diana mu nawet nie przeszkadzała, nawet jeśli była trochę niezbyt zdolna do twardego kontaktu z rzeczywistością, ale teraz, stojąc obok Louvaina, nie powiedział absolutnie nic odnośnie jego zaczepki do Loretty. To była sprawa między nimi, nie mówiąc o tym że ta nieźle sobie pogrywała, praktycznie wyrzucając wszelkie ich pojedynkowe starania do śmietnika.

Bulstrode odwrócił się bokiem, chcąc rozejrzeć się po wnętrzu, przez co słuchał tego szczekania Alexandra jednym uchem. Ten to miał czasem gadane - na tyle żeby wyślizgnąć się z przesłuchań bez grama obciążających go dowodów. Trochę szkoda, bo sama jego morda sprawiała że Atreus bardzo chętnie pomachałby mu sprzed drzwi jego celi w Azkabanie.

Mulciber wkurwiał go w tym momencie tym bardziej, że przypominał mu nieco wuja. Gregory uwielbiał pierdolić w ten sam sposób, wrzucając metafory praktycznie wszędzie, a do tego jeszcze dodając zagadki, które leżały na kolejnych zagadkach. Oprócz tego był oczywiście nawet sympatycznym człowiekiem, ale czasem nie sposób było się przebić przez tę jego tajemniczość. Zaczynała boleć go od tego głowa i miał wrażenie że jeszcze chwila, a poskłada się tak samo jak Anthony na trybunach, a przecież nawet jeszcze się niczego nie napił.

- Zabawne - rzucił Atreus, bo to całkiem śmieszna gra słowna była, szkoda tylko że wyszła od Alexandra. Nie czekał nawet na reakcję Louvaina, tylko zamachnął się pięściami, celując Alexandrowi w mordę.

af na zajebanie Alexowi
Rzut Z 1d100 - 32
Akcja nieudana

Rzut Z 1d100 - 95
Sukces!
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#10
06.06.2024, 23:56  ✶  

Pierdolony Sancho Pansa.

Kiedyś ojciec powiedział mu, że godność Loretty ma być dla niego najważniejsza, a on uwierzył w ten żart całym serce. Całe życie robił z siebie pośmiewisko ku chwalę czegoś, co nawet nie istniało. Nawet u Bellów nie znajdziesz takiego pajaca jak ten malowany idiota z jaskółką na szyi. Teraz tak to czuł, w kryzysie tożsamości. Ponad dwie dekady wypierania rzeczywistości, uchodziło z niego jak z nadętego krowiego jelita. To całe napięcie przemieniało się w czystą nienawiść. To co spływało po jego skroniach to nie pot, to wywar śmierci. Każdą komórką swojego ciała wibrował w rytmie marszu pogrzebowego. Bo jeden z najważniejszych dysków w jego kręgosłupie moralnym postanowił spierdolić na wycieczkę narkoznawczą.

Zremisować z Nottem to jak upaść twarzą w gnój, to pierwsza ciężka rana na jego ego. A teraz nie wiedział, czy bolało go bardziej to, że zremisował przegrał z tą osobą w kryzie cwelstwa, czy że stracił na tym więcej, niż w ogóle miał do wygrania. Swoją drogą nikt go o to nie prosił, sam wyrwał się przed migawki aparatów twierdząc, że zrobi przysiad na mordzie oponenta za stare, nawet nie swoje, krzywdy. Teatrzyk dla niedojrzałych, tylko żeby odwrócić uwagę od zniknięcia Loretty. Bo kiedy siostrzyczka rozbijała się po Ameryczce waląc przy tym po kablach, on po raz kolejny musiał pokazać światu, że tylko urósł, a nigdy nie dojrzał.

Strasznie długi wywód jak na klubowe warunki. Musiał przechylić głowę i nadstawić ucha, żeby cokolwiek zrozumieć z tego finezyjnego pierdolenia. Fakt, w tym momencie nienawidził go jak brzęczącej muchy na kacu, jak irlandczycy brytyjczyków, jak rom obowiązku rodzicielskiego. Nie był go w stanie obrazić bardziej, wymyślić czegoś podlejszego, niż to co uświadomił sobie schodząc z areny.

Trwał jednak w tej niewzruszonej pozie, chociaż jego język próbował przebić się taranem przez zęby w śmierciożerczym odruchu żądzy mordu. Wartości w które próbował uderzyć, z każdą chwilą traciły na znaczeniu i wadze. - Jebany to będziesz Ty przez najsmutniejsze i najczarniejsze knagi w całym kraju. Odparł szybciutko, całkiem rozbawiony tą scenką. Mógłby odnosić się po kawałeczku do każdego zdania które rzucał w stronę Louvaina, ale przecież, ani jemu, ani temu drugiemu ani przez moment o to nie chodziło. Strasznie dużo pieprzył jak na tak tajemniczego gościa, za którego puste cipska go odbierały.

- Atreus, masz może chusteczkę? Bo jakaś spłakana kurwa się nam trafiła. - spuentował, z prześmiewczą i kpiącą postawą. Chciał szturchnąć przyjaciela łokciem, żeby się w końcu odwrócił i spojrzał jak skundlony lowar odpuszcza pyskówkę. Nie trafił jednak w jego bok, bo Bulstrode wyrwał się do przodu. Wyprzedził go w tym co powinien sam zrobić, nie pozwalając mu nawet dokończyć tego monologu. W stadnym instynkcie ruszył od razu za aurorem dorzucając coś od siebie. Nie da sobie tak łatwo odebrać przyjemności z napierdalania śmiecia po żebrach. Przecież przemoc rozwiązuje wszystkie problemy, racja?


AF na glanowanie Alexandra

Rzut Z 1d100 - 38
Slaby sukces...

Rzut Z 1d100 - 5
Akcja nieudana
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (2669), Atreus Bulstrode (1528), Diana Mulciber (716), Loretta Lestrange (541), Louvain Lestrange (3315), Norvel Twonk (301), Rowena Ravenclaw (117)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa