• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
« Wstecz 1 2 3 4 Dalej »
[ 27 Czerwiec 1972 Dom Louvaina ] | Louvain x Cynthia

[ 27 Czerwiec 1972 Dom Louvaina ] | Louvain x Cynthia
Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#11
04.01.2024, 21:27  ✶  
Kontrolowanie emocji było kluczem do sukcesu w dziedzinie tak kruchej, jaką była nekromancja i manipulowanie siłami witalnymi. Nie od dziś wiadomo, że wszystko to, co przeżywał człowiek, rzutowało na magię, którą się posługiwał i efekty czarów, które rzucał. Musiała być doskonałą aktorką lub całkiem nieświadomie kontrolowała siebie samą za pomocą opanowanej przez siebie sztuki. Bo samo przyjście tutaj, rozmowa z nim i właściwie poruszanie tematu sabatu było dla niej trudniejsze, niż jakakolwiek procedura związana z wnikaniem w źródło lub energie drugiego człowieka. Opanowanie sprawiało, że miała to złudne poczucie kontroli, które uniemożliwiało jej utratę gruntu pod stopami. Błękitne tęczówki z pewnością zdradzały mu więcej, niż mimika twarzy czy gesty, nawet jeśli część swojej koncentracji i uwagi poświęcała temu, aby nie mógł z niej czytać. Znał ją lepiej niż większość ludzi, co przyznawała niechętnie. I nie było to kwestia braku zaufania, bo tego do młodego Śmierciożercy jej nie brakowało, odkąd los w kapryśny i drwiący sposób splótł ich ze sobą, wbrew wszystkiemu, co Cynthii wydawało się rozsądne. Dostrzegała te drobne zmiany w jego zachowaniu w ciągu ostatnich lat, jak stopniowo wpuszczał ją do swojego zamkniętego świata i pokazywał jego wnętrze, pełne kształtów i kolorów, o które go nie podejrzewała. Widziała najpewniej więcej, niż on pierwotnie zakładał, że będzie w stanie zauważyć i pewnie to przechyliło szale ku temu, że i ona pozwalała mu na więcej, pokazywała więcej tego, co kryło się pod zimnym i szczelnym murem, który miał jej zapewnić bezpieczeństwo i koncentrację w dotarciu do celu.
Nie zastanawiała się jednak nad tym, czym właściwie były czerwone nici, które oplotły ciasno ich nadgarstki, nie chciała przypisywać temu nazwy i zamykać w schematach narzuconych przez społeczeństwo. Byli z innych światów, innej gliny, czekała ich inna przyszłość. Nie chciała przyznać nawet przed sobą, że być może wianek stanowił tylko wygodną wymówkę i iskrę do tego, co podsycał sabat. Do tego, w co czarnowłosy zdawał się wierzyć. Wyprostowała plecy, powstrzymując ciche westchnienie. Jej palce tkwiły instynktownie zaciśnięte na materiale zwianej sukienki, która leniwie oplatała jej drobne i blade ciało. Miała wrażenie, że w jej głowie próbują zderzyć się ze sobą dwa światy, niesione przez zupełnie inne wiatry i wytrącić ją z tego, co wypracowała sobie tak starannie przez wiele lat. Miał w sobie tyle mroku, gdy lustrowała jego twarz wzrokiem, kolejny raz przemykając po onyksowych tęczówkach i ciemnych rzęsach, które rzucały cienie na jego blade od chłodu policzki. Miał szczupłą twarz o wyraźnych rysach, które bardzo dosadnie przedstawiały targające nim emocje, gdy przestawał nad nimi panować. Patrzył na nią w sposób, którego ona nie umiała zrozumieć i odczytać, do którego nie była przyzwyczajona i sprawiał, że coś subtelnie drżało w jej wnętrzu. Niczym zdarzenie ciemnego płomienia z szarobłękitnym chłodem.
Nie wiedziała, co mu odpowiedzieć, najzwyczajniej w świecie, gdy w jednej, przerywanej wypowiedzi połączył słowo "zaręczyny" razem z "ojciec się trochę wkurzy". Dostała wewnętrznego ataku paniki, który rozlał się żarem od jej piersi aż po palce zastygłe w bezruchu, drażniąc wypełnione tlenem płuca. I sam Merlin, sam Salazar jej świadkiem, że gdyby nie szybka reakcja obronna umysłu i odrobina czarów, blade lico rozjaśniłby rumieniec tak wielki, że nie miałaby absolutnie żadnej wymówki. Nie mogła dać mu takiej przewagi, nie umiałaby. Poleganie na kimś, wylewność, jakiekolwiek szczere oznaki tego, co mogło faktycznie jej przejść po głowie — były dla jej głowy sygnałem zrezygnowania z niezależności. Kochała niezależność i kontrolę. I pamiętała swojego ostatniego i jedynego narzeczonego, od którego pierścionek — z onyksem zresztą, tkwił zamknięty w jej szkatułce. Nawet jeśli Edward już długo nie był wśród żywych, jego obraz tworzył piętno na słowie "zaręczyny" na tyle silne, że unikała tak wielkich słów, zobowiązań, jak tylko mogła. Zwilżyła wargi, posyłając mu jednak krótki uśmiech, chcąc zareagować w jakikolwiek sposób.- A jesteś w stanie zrezygnować z tego, czego od Ciebie wymagają i co Ci narzucili ludzie, których tak szanujesz Lou? - zapytała w końcu dość miękko, ale też z nutą niedowierzania. Owszem, łamał zasady i był swoistym rebeliantem, ale pewne rzeczy były święte. I była przekonana, że ową świętością jest też rodzina.
Oczywiście, że wiedziała pomimo tego, że jej ojciec tego nie chciał. Nie chciał jej wplątywać w sprawę tak kruchą, niepewną i niebezpieczną, bo nie mógł już chronić Castiela, który ze wszystkiego zrezygnował. Chronił więc Cynthie na swój pokrętny sposób, naiwnie wierząc w to, co mu pokazywała. Usłyszenie tego jednak od niego sprawiło, że nieprzyjemny uścisk na chwilę zacisnął się na prawej stronie, a wszystkie scenariusze związane z tym, co mogło spotkać jej ojca, przemknęły jej przed oczami. Natrętne, intensywne, ale krótkotrwałe.
- Oczywiście, że jest. - zaczęła beznamiętnie, podnosząc się z kanapy. Wyprostowała dłońmi materiał sukienki, odruchowo pozbywając się zagnieceń i ruchem głowy zgarnęła srebrne pasma na plecy, krzyżując ręce na piersiach. Przeszła kilka kroków, zbliżając się do kominka. Musiała odetchnąć, poczuć przestrzeń i chłód. Lou umiał sprawić, że głupia. Jego zapach i spojrzenie atakowały jej rozsądek, spokój. - Gdy rozpoczęliście.. Działania na Beltaine, pojawił się znikąd pomiędzy drzewami i mnie zabrał, komentując tylko, że teraz nie powinnam tu być. To nie miejsce dla damy. Te jego wyjścia, przedłużone pobyty w portach, nie jestem głupia, o czym on na szczęście nie wie. - dodała, wzruszając delikatnie ramionami. Jej ojciec miał swoje talenty, był doskonałym dyplomatom, żeglarzem czy handlarzem, ale wojownik czy rewolucjonista był z niego marny. Dawno stracił swoją iskrę, gdy zapał, jak zmarła jej matka. Co ona by na to powiedziała? Przymknęła na chwilę oczy. Nie czas na to.
Wychodziło na to, że jemu ta rozmowa i zadawanie pytań wychodziło znacznie lepiej, niż jej. Milczała chwilę, rozluźniając ręce, palcem przesuwając po swojej szyi, hacząc o zawieszony na niej łańcuszek, cienką żyłkę ze srebra. Oh, doskonale wiedziała, że nie spodoba mu się to, co usłyszy — instynktownie, jakby znała go na wylot. Kobieta odwróciła się przodem do niego, bez cienia strachu czy nieśmiałości, bo chociaż wygląd sugerował coś zupełnie innego, ona nie była tego typu dziewczyną. - Tak. - zaczęła wciąż spokojnie, przyglądając się jego twarzy i ewentualnym zmianom, które na niej mogły się pojawić. Nim jednak mógł zareagować, znalazła się przed nim, pochylając nad kanapą i spoglądając na niego, przyłożyła mu palec do ust. - I nie masz prawa być na mnie o to zły. Wiesz przecież o tym. - przerwała na chwilę, przesuwając palcem po dolnej wardze, westchnęła. Wiedziała, że nie lubił, gdy ktoś poza nim kontrolował sytuację, ale nie patrzyła na niego z góry. To był zupełnie inny wzrok, pozbawione wyższości, czegokolwiek negatywnego. - Jesteś doprawdy, chaosem. - szepnęła tylko, przygryzając swoje usta na kilka sekund, jakby tocząc kolejną z dzisiejszych walk samej ze sobą, wędrowała spojrzeniem pomiędzy ciemnymi oczami, a jego ustami. Chciała go pocałować, ale czy to cokolwiek zmieni i ułatwi? A jednak nim się spostrzegła, trzymała jego twarz w dłoniach dość pewnie i mocno, a jednocześnie tak delikatnie, jakby był jedynie lodową rzeźbą. Jej ciepły oddech omiótł wilgotne od alkoholu usta mężczyzny, aby następnie na kilka sekund sama mogła poczuć ich smak, zaskoczona własną słabością. - Powinnam już iść. - brzmiała, jakby zrobiła najbardziej niewłaściwą rzecz na świecie, sama tym zaskoczona, gdy kolejne słowa uciekły spomiędzy jej warg, a ona rozluźniła dłonie, puszczając jego twarz i chcąc się wyprostować.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#12
17.02.2024, 04:16  ✶  

Jego konserwatywne wibracje kończyły się tam gdzie, przychodziło to rozliczenia się z konsekwencjami. Zawsze grał na tą nutę, bo właśnie z takiego konglomeratu się wywodził. Wrzucanie na własne sztandary wszystkich tych wstawek z koszyka tradycyjnych wartości było czymś czego wymagał od niego rozsądek. Jeśli korzystał z wszystkich przywilejów swojego pochodzenia, ceną za to było powielanie przyjętej retoryki. Jednak Lou był przykładem tego, że to nie tylko poczucie obowiązku było głównym motorem napędowym jego starań. On naprawdę uważał rodzinę, tradycję, zwyczaje i całą magiczną kulturę, za najwyższe wartości w tym świecie. Rzeczy te stawiał wyżej, niż własne potrzeby, nawet jeśli wykręcał się z nich jak z niechcianych obowiązków. Zerwałby zaręczyny choćby tej nocy, jeśli tylko Cynthia zrozumiałaby do czego teraz pije. Dosłownie i w przenośni. Być może spekulując na temat własnych zaślubin, kwestionował swój własny autorytet i wiarygodność w tym zakresie, no ale na Merlina! Przecież właśnie między wierszami sugerował, że w abstrakcyjnie wykręconej rzeczywistości odstawiłby tamtą kobietę w niebyt, jeśli tylko miałby pewność, że panna Flint myśli o nim tak samo jak on o niej. W swej próżności, albo skrytości nie przyzna tego na głos i w prost. Wciąż był emocjonalną kaleką, niezdolną do przyznania się, że chce jej.

- Nie ma to znaczenia. Na koniec dnia i tak zrobię to na co będę miał ochotę. Zadziorny uśmiech mówił, że jest totalnie wyluzowany i o nic nie dba, tak jak o własną wygodę. Oczy zaś wołały, "no zrozum to za mnie i najlepiej powiedz to za mnie". Przecież przed nikim nie mówił tak swawolnie, że właściwie to nie widzi mu się ten ożenek. Że przystąpił w te tryby wyłącznie dla uspokojenia tych nadgorliwych. Być może gdyby wybrałby kurs kolizyjny i sprzeniewierzył się niedopowiedzianym sakramentom to papa Lestrange wściekłby się niemiłosiernie w pierwszym odruchu. W tej samej wersji mogłoby mu dość szybko przejść, gdyby podsunął mu temat zastępczy. Wciąż był tym dzieckiem które przynosiło mu bardzo wiele powodów do dumy, o ile nie najwięcej. W tych kategoriach miał dość spore zdolności kredytowe, nawet jeśli ojciec zawsze wymagał i nigdy nie odpuszczał, a jego uznanie zawsze było największą możliwą formą nagrody. Nie chciał zrywać zaręczyn, ale tylko podmienić palec na który wsunąłby ten pierścionek.

- No więc co Ty pieprzysz? - zaśmiał się znad kieliszka wina, pozwalając sobie na te grubiańskość. Skoro zgadzali się co do spójności w światopoglądach własnych ojców, największe przeszkody były już za nimi. - Gdybyś była biedną Borginką, albo ohydną Longbottom... - urwał na krótki moment, by nie zapędzić się z wulgarną wiązanką. Tak jak Borginów uważał za godnych, bo stojących po właściwej stronie brygady, tak związanie się z damą z tak ubogiego domu, zdradzało problemy. Kochał Stanleya i Tonyego jak braci i nie było tu nawet żadnego ale. A żeby wyjść za pannę z doliny Godryka? Prędzej zje buta, niż wejdzie w koneksje ze zdrajcami krwi.

- Widzisz problemy tam gdzie ich nie ma Cynthia... - podsumował już nieco mniej rozbawiony, ale stał mocno za swoimi słowami. To co słyszał z jej ust irytowało go i tylko szczątkowo próbował to ukrywać. Wszystkie te przeszkody którymi się przejmowała uważał za błahostki, wyłącznie ich własne chęci były zdolne cokolwiek determinować w tej materii. A ona mówiła mu, że jest dla niej nieodpowiedni. No szlak go zaraz trafi, nawet jeśli miała tego na myśli tak jak to odebrał.

A potem nie żałował, że nie otworzył się kilka chwil wcześniej tak jak przez moment chciał. Nie po tym co mu zaserwowała. Obserwował jej ruchy kiedy tak przechadzała się po wnętrzu, wyraźnie próbując rozładować to napięcie, która sama budowała. Wściekł się, to chyba jasne. Jednak tylko szczera słabość wobec niej, hamowała go przed wybuchnięciem. Nie było nikogo przed nim. Nikt nie miał najmniejszych praw rościć sobie praw do tego co uznał już za własne, nawet jeśli nikomu tego nie ogłosił. Raz, że nadmuchane ego do rozmiarów sterowca nie pozwalało mu przyswoić fakt, że istnieje ktoś kto mógł rywalizować o względy tej samej kobiety. To dwa, jak śmiała wmawiać mu, że nie może się o to teraz złościć?

- Kpisz sobie ze mnie? - odwarknął, nie unosząc się jeszcze, jednak dając stanowczy sygnał, że to w jaką stronę idzie ta rozmowa zupełnie mu się nie podoba. Pozwalał się dotykać, pozwalał jej na wszystkie jej ruchy względem siebie, blokując każdy, najdrobniejszy ruch swojego ciała, wiedząc, że właśnie uruchomiła w nim najgorszy tryb. Jednocześnie miał ochotę ją ukarać za dosłowne bawienie się nim przez cały ten czas, a z drugiej pożądał ją mocniej, niż kiedykolwiek widząc, że wymyka mu się z rąk.

- Jeśli coś oswajasz, stajesz się za to odpowiedzialna... - rozczarowanie i żal, na wpół wymieszane z gniewem drżało w jego głosie. Jak inaczej miał wyrazić to, że po prostu czuł się oszukany w tym momencie? Chciał odwoływać się do wszystkich ich wspólnych wybryków i incydentów, które razem przeżyli na przestrzeni lat, ale ego nie pozwalało mu zbyt dosłownie przyznać się, że mu zależało. Tak jakby jego gniewna reakcja nie świadczyła o tym, że cholernie mu zależało, zwłaszcza teraz. - Ale może racja, powinnaś iść, zanim wydarzy się coś przykrego... - kawałek jego mrocznej duszy wyrwał się wraz z tymi słowami. Nigdy taki nie był dla niej, a nawet przy niej. Zawsze starł się ukryć to co najbardziej w nim zepsute, chcąc oferować jej wyłącznie to co miał w sobie najlepsze do zaoferowania. Ale nie potrafił, kiedy czuł się zdradzony. I jasne, że nic nigdy sobie nie obiecali, to niemniej jednak czuł to co czuł. A komunikat miał być prosty; wolisz moją miłość, niż mój gniew.

Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#13
18.02.2024, 01:45  ✶  
O Louvainie można było wiele powiedzieć, dobrych i złych rzeczy. Był uparty, impulsywny, czy rozpieszczony, ale również konsekwentny, stały oraz naprawdę troskliwy dla osób, na których mu zależało i których do siebie dopuścił. Patrząc na niego, widziała rzekę — o zmiennych prądach i tafli, ale płynącą stałym i głęboko wyrytym w ziemi korycie, które nie miało prawa drgnąć, niezależnie od zmian następujących w otaczającym go świecie. Nie był człowiekiem łatwym do lubienia, chociaż jego zawadiacki uśmiech i nonszalancja sprawiały, że cieszył się popularnością wśród kobiet. Wiedział, czego chce, nawet jeśli osiągnięcie tego wymagało poświęceń i takich, a nie innych działań. Nie umiał jednak mówić wprost o tym, co siedziało w jego środku, a los zadrwił, rzucając mu kogoś, kto fatalnie radził sobie odczytywanie pomiędzy wierszami w sprawach, które wymagały zażyłości oraz emocji. Postrzegała takie w sposób logiczny i prosty, traktowała jako grę, rozdział w historii, który prowadził do celów, które sobie obrała. Był, jaki był i nigdy się właściwie nad tym nie zastanawiała, dostosowując do jego rytmów. On jednak zdawał się zasiać jakąś iskrę niepewności tym, co robił oraz mówił. Coś, co sprawiło, że poczuła potrzebę sięgnięcia głębiej, poniżej wykreowanych przez siebie warstw i ścian lodu.
- To prawda. - w jej głosie nie rozbrzmiała nawet nuta wątpliwości, bo zawsze robił, co chciał i było to fundamentalną częścią Lou. Jego uśmiech sugerował jedno, onyksowe spojrzenie drugie. I naprawdę, próbowała to zinterpretować, ale w obecnym stanie — nie mogła.
Westchnęła, kręcąc jedynie głową. Nie komentując wzmianki zarówno o Brennie, którą znała od pierwszego roku i z którą w gruncie rzeczy była blisko, ani o Borginach, bo o tyle, ile Anthony był absolutnie nieznośny, to Stanley był zupełnie inną historią. Nie byli biednym rodem, złym rodem. Borgin nie był złym wyborem dla osób konserwatywnych, otwierał mnóstwo możliwości. Longbottom było tylko nazwiskiem, pod którym kryła się osoba. Miała jednak na tyle rozsądku i na tyle go znała, że wiedziała, iż wypowiedzenie tego na głos byłoby wstępem do uniesienia się i kłótni, czego nie chciała. Nie po to tu przyszła, żeby się z nim kłócić, nawet jeśli obydwoje niezbyt radzili sobie z rozmową.
Widziała też, że nie lubił tego, co mówiła.
- Możliwe. - przytaknęła mu spokojnie znowu, aczkolwiek ciszej, obdarzając krótkim spojrzeniem. Ciągnięcie tego tematu nie byłoby też rozsądne, bo przecież Lestrange nie mógł tego zrozumieć, a z drugiej strony ona mogła mówić źle. Nie wiedziała. Pierwszy raz od dawna naprawdę nie była pewna własnych słów, co rozkwitło poczuciem delikatnego zirytowania. Bo mogła przecież chcieć dostosować to pod wytworzoną przed siebie kreację, zadusić. A może to było prawdziwe, może to nie była tylko magia? Skąd mogła wiedzieć? Jej palce znów zatańczyły nerwowo na materiale sukienki i chociaż jej twarz nie zdradzała wiele, jej spojrzenie wyglądało, jakby toczyła sama ze sobą bitwę. Był definicją chaosu jej życia, tylko jaki krył się za tym powód? Druidzi, czy może faktycznie zaczęło jej zależeć bardziej, niż powinno? W przeciwieństwie do ciemnowłosego ona nie mogła — zapewne przez wykonywany zawód, jak i zamiłowanie do nauki — uwierzyć do końca to, że magia tylko podsycała to, co już gdzieś się tliło. Przeczyło to wszystkiemu temu, czym się kierowała w życiu.
Krótka przechadzka po chłodnym wnętrzu sprawiła, że lepiej się jej myślało, a przynajmniej taką miała nadzieję. Lou naprawdę rzadko na nią warczał, zwłaszcza gdy znajomość oparta na pomocy uzdrowicielskiej zaczynała się zmieniać w przyjaźń i zacieśniła się pomiędzy nimi więź. Jego słowa sprawiły, że stłumiła westchnienie. To nie tak, że sobie z niego kpiła — raczej po prostu nie brała pod uwagę faktu, że mógł być zazdrosny, szykując się do ślubu. Że myślał o niej poważnie. Gdyby nie fakt, że była damą i magia pozwalała jej kontrolować emocje, przeklęła by brzydko pod nosem, czując, jak sama zapędza siebie pod ścianę. Wpadła w pułapkę. I nawet pocałunek tego nie rozwiązał, nie podsunął jej złotego środka. Dźwięk jego głosu sprawił, że coś w niej drgnęło i poczuła się naprawdę źle. Przez ułamek sekundy czuła wyrzuty sumienia, bo nigdy tych emocji w głosie Lou nie słyszała. I nijak do niego nie pasowały. Milczała, wciąż nachylona, lustrując jego twarz wzrokiem. Intensywnie, pozwalając, aby słowa odbijały się echem w jej głowie. Jej błękitne oczy zdawały się świdrować onyksowe tęczówki, jakby próbowała zajrzeć głębiej, dotrzeć do sedna jego duszy. Poza wściekłość, żal i rozczarowanie. Powinna pójść, to było najlepszym rozwiązaniem, ale nie mogła tego zrobić. Nie chciała tej sprawy tak zostawić. Zależało mu na niej. Ot tak, po prostu. Pokręciła delikatnie głową, a jasne pasma włosów zakołysały się w powietrzu, uwalniając aromat szamponu z nutą jaśminu, który pasował do noszonych przez nią perfum. - Powinnam, ale nie pójdę. - zaczęła, prostując się i odrzucając swoje rzeczy na kanapę, przeniosła spojrzenie na kominek. Nie było w nim ognia, drewno nie trzaskało. Przesunęła dłońmi po włosach i karku, przymykając na chwilę oczy. - Jeśli teraz pójdę i tak to zostawię, to będzie tak, jakbyśmy nigdy o tym nie rozmawiali. Jakby wszystko, co powiedziałeś, nie miało żadnego znaczenia. A ma. - dodała ciszej, odchylając na chwilę głowę do tyłu. Przez myśl jej przeszło, że powinna odpuścić. Że może warto było po prostu dalej kroczyć wybraną przez siebie ścieżką, wyciszyć to i zapomnieć. To tylko Beltaine, mogli się dalej przyjaźnić i mogła dalej mu pomagać. Jej dłoń jednak przemknęła niżej, łapiąc w palce materiał sukienki. Uniosła go do góry, odsłaniając ponad połowę uda, na którym tkwiła samotna, koronkowa podwiązka z czarnego materiału, a za nią tkwiła wsunięta różdżka. Srebrna i elegancka, wydająca się doskonale odzwierciedlać swoją właścicielkę. Lekko zakołysała się w jej palcach, podobnie jak opuszczony materiał. Kiedy ostatnio pozwoliła sobie czuć swobodnie?
- Posługiwanie się nekromancją wymaga większej kontroli, niż bezróżdżkowa i zwykłe, ofensywne i defensywne zaklęcia.. - wyjaśniła krótko, jakby cokolwiek miało to zmienić. Emocje zakłócały precyzję, odwracały uwagę od celu, niszczyły ostrość umysłu. Odkąd tylko zagłębiła się w ten odłam magii, musiała nauczyć się je niwelować. Była niezależna, była panią swojego losu i miała chłodne, obiektywne podejście, dzięki czemu łatwo było Cynthii się dostosować, co z kolei pozwalało na swobodne tworzenie masek i dostosowywanie się do sytuacji, aby wyciągnąć z nich największe korzyści. Zacisnęła mocniej rękojeść różdżki, przesuwając jej końcem po swojej skórze w okolicach nadgarstka. Ile się kryło za trzymającą to wszystko tamą? Nawet efekt sabatu tłumiła, nie wspominając o prostych sprawach, jak szczęście, smutek, rozczarowanie, tęsknota, żałoba, gniew, a przede wszystkim — zmęczenie. Wszystko praktycznie budowała na kłamstwie — doprowadzała do nienaturalnej perfekcji. Z czasem wizja tego, co było prawdziwe, znikała. I tylko sukces, spełnianie ambicji dawało chwilowe poczucie spełnienia. Nie chciała, żeby ktokolwiek znalazł w niej słabość, a miała ich przecież tak wiele. Pod tym względem byli do siebie z Louvainem podobni. Nie było dobrze pokazywać swojego słabego serca, zwłaszcza jeśli nie chciało się go znać. Było to jedno z wielu poświęceń na drodze, którą sobie wymyśliła. Jak miała inaczej radzić sobie z wszechobecną w jej życiu śmiercią i dążeniu do jej głębszego poznania. Nieprzyjemne ciepło rozeszło się po jej ciele, zostawiając dreszcz na skórze, który potem zmienił się w gęsią skórkę. Tysiące myśli zalało jej umysł, niszcząc gładką taflę i budząc uczucia, które mogły przyprawić o zawrót głowy. Wszystkie te rzeczy, które przypominały o byciu człowiekiem. A zdawać się mogło, że ona chciała o byciu człowiekiem zapomnieć. Była mu to winna. Odłożyła różdżkę na bok i odwróciła się przodem do niego, lustrując go wzrokiem. Spojrzeniem nieco innym, niż zwykle to robiła — owszem, może zawziętym i upartym, ale pozbawionym chłodu i obojętności. Serce jej przyspieszyło, zrobiło się jej cieplej, a ona miała niewytłumaczalną potrzebę nawiązania z nim jakiegoś kontaktu. Czy on cały czas przez ten rytuał czuł się w ten sposób? Uległe i bezbronnie, a jednak mając ochotę zacisnąć to w pięściach i nie wypuścić. Nie bardzo wiedziała, co ma zrobić — wszystkie myśli i odczucia były sprzeczne, kłóciły się ze sobą, namawiając ją coraz to mniej sensownych rzeczy. Bo tak powinna, bo tak chciała, bo tak czuła.. Co było właściwą odpowiedzią?
- Lou. - zaczęła w końcu, przerywając milczenie, bo zaczynało jej ciążyć i miała poczucie, że im dłużej będzie trwało, tym gorzej. Chociaż miała ochotę znów się nachylić i po prostu go pocałować, zamiast tego po prostu usiadła obok na skraju kanapy, przesuwając się tak, aby widzieć jego twarz. Zacisnęła palce na sukience, gniotąc w niej materiał, gdy znalazła jego spojrzenie, jakby czuła zdenerwowanie. Nie chciała, żeby się wściekał, chciała, żeby zrozumiał. Bo przecież on ze wszystkich ludzi rozumiał poświęcenie dla czegoś więcej. - Niewiele wiem o zakochiwaniu się w kimś, więc nie mogę powiedzieć, czy to narzucone przez Beltane, czy prawda. Skąd mam to wiedzieć? - przerwała na chwilę, przenosząc wzrok gdzieś na bok, jakby szukała właściwych słów. Jak ludzie mogli funkcjonować na zmieniających się niczym kalejdoskop uczuciach?. - Chcę Cię.  Chce w sposób egoistyczny i zachłanny. Nie znoszę myśli, o Twojej narzeczonej. Nie zasługujesz na życie budowane na kłamstwie.  Bo co, jeśli to nie jest prawda? Jeśli mnie chcesz, to spraw, żebym była pewna, że to prawdziwe. Wtedy nic innego i nikt inny nie będzie miał znaczenia. O tym chciałam dzisiaj z Tobą porozmawiać. Jeśli bym wyszła, nigdy byś tego nie usłyszał.
Sięgnęła po stojący najbliżej kieliszek, czując, jak zaschło jej w gardle — nawet nie wiedziała, czy był to jej własny, czy może należał do mężczyzny. Zerknęła w stronę porzuconej różdżki, mając ochotę wrócić do tego, co znała najlepiej i co sprawiało, że była silnym człowiekiem. A teraz? Zamiast zachowywać spokój, kierować się rozsądkiem, jej głowa podsuwa jej tysiące scenariuszy dotyczących rozwoju tej rozmowy, głównie z wizją wściekłego i obrażonego Lou, który usłyszy tylko to, co będzie mu wygodnie usłyszeć. Nawet jeśli tak się stanie, to przynajmniej będzie wiedziała, że była uczciwa wobec niego. I wobec siebie. Zerknęła w jego stronę, jakby zdając sobie sprawę z tego, jak egoistycznie i paskudnie brzmi "Chcę Cię" w kontekście do drugiej osoby, więc nerwowo przeczesała włosy palcami, podnosząc się z kanapy i czując, że teraz naprawdę powinna już iść, bo zwyczajnie umrze z tysiąca krążących w niej uczuć. Ostatnio tak czuła chyba w Hogwarcie, może krótko po nim. Tyle czuła, tak intensywnie czuła.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#14
28.02.2024, 20:48  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.10.2024, 13:48 przez Louvain Lestrange.)  

Gdyby takimi opisami jego osoby rzucała mu w twarz, pewnie teraz nie siedziałby napuszony jak wściekły kocur, tylko zmiękłby co nieco. Zwykle nie lubił kiedy ktoś próbował go klasyfikować, czy zaszufladkować w jakiekolwiek normy, bo sam siebie uważał za co najmniej nietuzinkowego faceta o rozbudowanej osobowości. Ale takie opisy swojego charakteru przyjąłby z udawaną skromnością, z narastającym uśmiechem. Oczywiście, że ciągle coś udawał dla osiągnięcia własnych celów, no ale umówmy się. Przed Cynthią to nie miał praktycznie żadnych sekretów, bo w przeciwieństwie do tego co serwował pozostałym, nawet tym najbliższym, to wiedziała o nim niemalże wszystko. W przeciwieństwie do niego, bo on o niej nie wiedział zbyt wiele tak naprawdę. Nigdy nie rozmawiali bardziej szczegółowo o tym co robiła po Hogwarcie, oprócz tego, że rozwijała się zawodowo pod względem swoich predyspozycji i wciąż utrzymywała kontakt ze swoimi znajomymi ze szkoły, całkiem podobnie jak on. Właściwie trudno się dziwić, skoro ich ścieżki poszły jeszcze bardziej w różne strony, niż w szkole.

Co nie zmienia faktu, że była nawet bardziej skryta, może dlatego, że nie było na to zbyt wiele czasu, bo to on zabierał większość czasu antenowego swoimi perypetiami życiowymi. Może dlatego, że też cholera nigdy nie pytał, tylko wpieprzał się swoimi ciężkimi buciorami w jej czas, nawet nie prosząc o pomoc w swoich brudnych sprawach. No może tylko ten fakt z nakromantycznym laboratorium, tu faktycznie się przed nim odsłoniła, co było cholernie pociągające. Wiedział, że Cynthia to dziewczyna bardziej z tych ambitnych prymusek, ale nie sądził, że byłaby zdolna sięgać po wiedze zakazaną.

Głównie milczał, bo złość sprawiała, że przez jego gardło mogłyby się przedostać tylko same przykre słowa wzmocnione bluzgami. Raz okazał zazdrość, w tedy kiedy zabrał ją do mugolskiego klubu, kiedy bezpardonowo postanowiła sobie odejść od niego i szukać wrażeń na własną rękę. Nie był gościem, który pozwalał sobie na wybuchy zazdrości. Wtedy wychodziłoby na to, że mu na czymś bardzo zależy. A on przecież za wszelką cenę starał się uchodzić za gościa, któremu na niczym nie zależy, że wszystko po nim ścieka. Zazdrość oznaczałaby, że jest zaangażowany, a to też coś co mógłby uznać nawet przed samym sobą za słabość. Przecież wszystko czego chciał, zawsze dostawał, a nawet jeśli to sobie po to sięgał. Przez większość życia unikał bycia zaangażowanym, bo nie chciał być od nikogo zależy, nie chciał żeby jego nastrój i humor zależał od kogoś innego, niż on sam. Wtedy faktycznie miał ochotę zatrząść światem, bo Cynthia była skupiona na innych, a nie na nim. Jak na egocentryka przystało, nie zamierzał tolerować takiej niesubordynacji. Chciał wtedy jej uwagi, a jeśli jej nie dostawał, frustrował się jak mały chłopiec. Po czasie zdał sobie sprawę, że pozwolił tamtej nocy na zbyt wiele i najwidoczniej opuścił gardę przed emocjami. Jednak to było dość dawno i przy okazji byli też pod wpływem, mimo wszystko zrobił to z jakiegoś konkretnego powodu. A teraz nie mógł na nią nawet spojrzeć, z całych sił próbując przełknąć i zdusić sobie te mieszankę, frustracji, złości i gniewu. Nie było nawet mowy o tym, że miałby być drugi.

A to co od niej usłyszał było cholernie urocze. Ucisk w gardle odpuścił, nerwy opadły i dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jego wzrok przez ostatnie kilka chwil był w trybie widzenia tunelowego. Wciąż jednak pozostawał żal, którego chyba żadne słowa nie mogły teraz ugasić.

- Gdybyś zaczęła te rozmowę od tego... może inaczej by to wszystko wyglądało. - odrzucił wciąż nie mogąc spojrzeć jej nawet przez sekundę w twarz. Kiedy tylko się zbliżała odsuwał wzrok, lub zamykał oczy. Oczywiście, że chciał to usłyszeć, oj i to bardzo. Jednak pewne aksjomaty nie pozwalały mu w żadnym wypadku pójść z tym dalej, po prostu nie i chuj. Nawet jeśli nigdy tego nie powiedział, nawet jeśli ona tego nie powiedziała to w jego przekonaniu należała do niego, do jego strefy wypływów. To że był zaręczony, za niedługo miał się żenić, od dawna znaczyło tyle co nic, ale zachowywał pozory, by nie urazić czyjejś godności i nie wyjść na dekadenta.

- Najpierw mówisz mi, że jest ktoś jeszcze, a teraz chcesz ode mnie jakiś deklaracji pewności? No nie wierzę... - parsknął poirytowanym śmiechem, kręcąc głową z niedowierzaniem. - Dobrze wiesz, że moje zaręczyny to zwykła fasada i to nie od wczoraj, ale po Tobie się tego nie spodziewałem. Nie sądziłem nawet, że można być jeszcze większym gamoniem emocjonalnym, niż ja. - dorzucił tym razem jeszcze bardziej zrezygnowany. Jakieś ogniwo w jego procesach właśnie zostało naruszone. To było już nieco za dużo na jego nastoletnią inteligencję emocjonalną. Odstawił drink, odstawił wszystko co trzymał w rękach i odstawił to spotkanie na bok. - To Ty się zastanów czego chcesz Cynthia. Nie jestem prosty wiem, ale to nie oznacza, że możesz mnie wodzić za nos i sprawiać, że czuję się przy Tobie bezpieczny... Wstał z kanapy i zrobił kilka głębszych wdechów. Z emocji zaczął nawet słyszeć w uszach jakiś dziwny pisk najwyraźniej z nadmiaru ciśnienia. - I lepiej żebym się nigdy nie dowiedział kim on jest, bo zatłukę jak psa! - warknął na odchodne. Gwałtownym ruchem obrócił się w kierunku schodów i poszedł na górę, nie zamierzając dalej tkwić w tej atmosferze. A wychodząc z jego domu Cynthia mogła jeszcze słyszeć jak wkurwiony dzieciak, który zrobił sobie nadzieję, piętro wyżej rozładowuje swój gniew na wszystkim co tylko wpadło mu w ręce.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cynthia Flint (6770), Louvain Lestrange (5084)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa