• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
« Wstecz 1 2 3 4 Dalej »
[29 czerwca 1972] Kości zostały rzucone | Robert & Richard & Stanley & Rodolphus

[29 czerwca 1972] Kości zostały rzucone | Robert & Richard & Stanley & Rodolphus
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#1
11.03.2024, 23:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.11.2024, 06:42 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Richard Mulciber - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Sesja rozliczona w osiągnięciu Badacz Tajemnic przez Roberta Mulcibera.
Rozliczono - Rodolphus Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

popołudnie, 29 czerwca 1972, Piwnica Nicholasa Traversa, Little Hangleton
Robert & Richard & Rodolphus & Stanley


Przygotowując wszystko z myślą o zbliżającym się, pierwszym spotkaniu, nie miał wystarczająco czasu na to, żeby zadbać o każdy jeden szczegół. Z tego też względu całość określić można było w znacznej mierze mianem tak zwanej prowizorki. Wydzielone trzy pomieszczenia. Oddzielone od reszty, które przynależały do tego konkretnego budynku. Całość wyposażona została jedynie w najbardziej podstawowe meble. Jakiś stół, szafa, krzesła. Kanapa. Brak naturalnych źródeł światła. Dużo pustej przestrzeni, z którą cholera jedna wie, co Robert zamierzał zrobić. I w sumie - co za różnica?

Na miejscu należało zameldować się przy pomocy specjalnego świstoklika. Jednorazowego. W tym konkretnym przypadku Mulciber nie zamierzał nazbyt mocno ryzykować. Gdyby niepozorny przedmiot wpadł w niepowołane ręce, mieliby pewnie sporo problemów. A problemów, to on jednak zamierzał unikać. Bo tak było wygodniej. Łatwiej. Mniejsze ryzyko przeprowadzki do przytulnej celi w Azkabanie. Jakoś nie uśmiechała mu się przeprowadzka na wyspę, gdzie poza całą masą różnych pojebów, za sąsiadów miałby również dementorów. Nie brzmiało kusząco.

Czekając aż zaproszone osoby zjawią się na miejscu, siedział razem z bratem przy stole. Dopiero co zapoznał Richarda z tą konkretną lokalizacją. Wcześniej jakoś tak nie było okazji. Młodszy z bliźniaków przebywał w Norwegii, miał do załatwienia nieco spraw. Znowu więc musieli działać osobno.

W zasadzie - to czy tak naprawdę, na poważnie, zaczęli działać razem? Można było mieć w tym temacie pewne wątpliwości. Uzasadnione.

- Będzie nas tym razem czworo. Jeszcze dwie osoby. Trzecia na razie pozostanie na boku. Jeśli zajdzie taka potrzeba, uruchomimy również kolejne kontakty. - odezwał się znad jakiś notatek, które właśnie przeglądał. Materiałów, jakie sam zdołał sobie wcześniej przygotować. Pozyskać. Choć sam nie wziął na siebie konkretnych zadań, a przynajmniej nie mówił nic na ten temat, to zarazem nie można powiedzieć, aby niczym się nie zajmował. Nie był typem człowieka, który jedynie czekał na efekty prac podjętych przez inne osoby, choć zarazem - w znacznym stopniu się nimi wysługiwał. - Jeśli masz jakieś pytania, to ostatni moment. - uprzedził go jeszcze. Bo przecież za chwilę mieli się tutaj zjawić. Ich niewielka grupa. Być może zalążek czegoś większego. Czas pokaże. Czas dostarczy odpowiedzi. Tak jak zawsze.

Porządny Ochroniarz
Nigdy nie wiesz, kiedy śmierć zapuka do twych drzwi.
wiek
45
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Handlarz Świecami i Kadzidłami
183cm wzrostu. Brązowe oczy i włosy, u których można dostrzec siwe kosmyki. Często widnieje u niego zarost. Ogolony gładko jest tylko wtedy, kiedy brat każe mu się "ogarnąć". Ubiera się zawsze odpowiednio do sytuacji.

Richard Mulciber
#2
12.03.2024, 00:16  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.05.2024, 20:43 przez Mirabella Plunkett.)  

Na całe szczęście, Richardowi udało się na czas załatwić najważniejsze sprawy i kilka z nich nawet zamknąć. W tym sprawę związaną z pracą w Ministerstwie Magii. Składając wypowiedzenie, z pilnych powodów rodzinnych, musząc wracać na dłużej do Londynu. Wiązało się to z tym, że musiał zdać odznakę, mundur i wszystko inne co otrzymał od awansu. Może poszczęści mu się w Brytanii.

Do kamienicy wrócił tego samego dnia z samego rana. Wcześniej uprzedził brata listownie, żeby nie niepokoił się, iż da radę wrócić na czas. Zaznaczając jedynie, że w dniu spotkania. Tak też się stało. Miał wtedy czas, aby się na spokojnie przygotować. Kiedy Robert go zobaczył, od razu nakazał się porządnie ogarnąć, pod względem zgolenia widocznego zarostu. Richard nie przykuwał do tego dużej uwagi, gdyż lubił swój zarost. Jak mu brat kazał, nie będzie się z nim kłócił. Zatem dzisiaj, przyszli razem ładnie ogoleni.

Zaskakująca dla Richarda była zmiana lokalizacji spotkania, że nie miało odbyć się już w ich, czy raczej Roberta gabinecie. A zaś w innym miejscu. Widocznie i ten tydzień, przez jaki go nie było, zaszło sporo nawet drobnych zmian. No nic. Ważne, że coś szło do przodu. Jest bezpieczniejsze miejsce na spotkanie, niż zwalać sobie wszystkich na chatę w jedno miejsce. Ten pomysł stosunkowo pochwalał. Dzięki temu uniknie się niespodziewanych wizyt, z przytupem.

W ich przypadku, wystarczył jeden świstoklik i razem znaleźli się w pomieszczeniu, gdzie ma odbyć się spotkanie. Na miejscu Richard został poinformowany przez brata o tym, że będzie ich więcej niż trzech. Mógłby jedynie zgadywać, że ściągnie tutaj swojego syna, o którym rozmawiali na kilka dni przed Richarda wyjazdem. No ale to były tylko domysły.
Przyjął do wiadomości kwestę liczebności osób, jaka miała się tutaj pojawić.

- Widać, że nie nudziłeś się przez ostatni tydzień.
Odparł siedząc na krześle i lustrując pomieszczenie, zaciągając się przy tym papierosem, którego wcześniej sobie zapalił w ramach oczekiwania na pozostałe osoby. Na sobie miał granatową koszulę, oraz ciemne jeansy, czarne buty. Biorąc pod uwagę porę roku, nie ubierał swetrów, czy golfów, chyba że było znacznie chłodno. Sytuację Roberta rozumiał, ze względu na zakrywanie klątwy na karku.
- Działo się coś w ostatnich dniach o czym powinienem wiedzieć? Czy raczej było spokojnie?
Zapytał, tak przy okazji skoro dostał tę możliwość. Dopiero co wrócił, to nie wiedział czy coś więcej uległo zmianie niż miejsce spotkania i liczba członków jaka miała dzisiaj uczestniczyć. Innych pytań nie miał. Te zapewne będą lub mogą, pojawiać się podczas całego spotkania. W zależności od tego, jak przebiegnie.
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#3
12.03.2024, 12:21  ✶  
Kolejna zmiana miejsca, kolejny świstoklik… Lestrange gdy tylko go otrzymał, westchnął w duchu. Niedługo będzie mógł stworzyć z nich prawdziwą kolekcję. Poukłada je sobie na półce w mieszkaniu, będzie trzymał jak trofea i podziwiał je za każdym razem, gdy będzie obok nich przechodził. Ach, chwila - on chwilowo nie miał mieszkania. To znaczy miał, ale nie mieszkał w nim. Cóż, marzenie ściętej głowy, oby Mulciber nie przysłał mu za tydzień kolejnego świstoklika, bo skończy mu się tymczasowe miejsce.

Na miejsce dotarł punktualnie, otoczony cichym, miękkim dźwiękiem, tak innym od trzasku teleportacji. Widząc Mulciberów przy stole, kiwnął im głową.
- Robercie, Richardzie - nie wyglądało na to, by miał skakać z radości na fakt, że się tu znalazł. Wyglądał… Tak jak zwykle. Poważna mina, ubrania w podobnym tonie co zwykle. Ale nowe, bo ostatnie wydarzenia sprawiły, że musiał je zamówić. Koszule były czerwone od wina, krwi i innych cieczy, którymi ostatnio ludzie chętnie go oblewali. A marynarka… Szło powiedzieć tylko tyle - zapach czerwonego wina bardzo ciężko było sprać. Tak ciężko, że czasem lepiej było się poświęcić i kupić coś nowego, co nie sprawiało, że śmierdzi się jak żul.

Usiadł z boku, stosunkowo daleko od bliźniaków. Nie miał przy sobie teczki, dokumentów czy czegokolwiek, co by świadczyło o tym, że się przygotował. Być może nie wykonał zadania na czas? Albo to, co miał im do przekazania, nie wymagało niczego pisemnego. W końcu Mulciber narzucił szaleńcze tempo działania, a do niektórych spraw należało podchodzić powoli. Niektórych rzeczy nie dawało się przeskoczyć - jak na przykład nieobecności rodziny w szpitalu, która nieco komplikowała jedno z zadań. Ale przynajmniej drugie zadanie szło obrzydliwie dobrze. Na samo wspomnienie miał ochotę wydłubać sobie oczy.
Ogórkowy Baron
Świat nie ma sensu. Trzeba mu go nadać samemu
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stanley mierzy około metra dziewięćdziesięciu wzrostu i jest atletycznej budowy ciała. Jego krótko ścięte, zaczesane na bok ciemnobrązowe włosy okalają owalną twarz, która zrobią piwne oczy. Zawsze ma lekki, kilkudniowy zarost w postaci wąsa i brody. Na co dzień można go spotkać noszącego mundur brygadzisty. Jeżeli jednak uda się komuś go wyciągnąć na jakąś aktywność niedotyczącą pracy to przybędzie w długim, ciemnym płaszczu, a pod spodem będzie miał koszulę i najprawdopodobniej krawat. Wypowiada się w sposób spokojny dopóki nie zostanie wyprowadzony z równowagi.

Stanley Andrew Borgin
#4
12.03.2024, 22:26  ✶  

Instrukcje były w tym wypadku bardzo jasne - miał pojawić się przy pomocy świstoklika, pojawi się przy pomocy świstoklika. Po raz kolejny jednak, Stanley, nie miał pojęcia kto się na tym spotkaniu pojawi. Ostatnimi czasy, Robert lubił zaskakiwać. Wcześniej zaprosił Anthony'ego, więc kogo teraz? Wskrzesił Anne zza światów i zaprosił ją na rodzinne reunion? Bez szans.

Ubrany tak jak zawsze - nudno, klasycznie i w większości na czarno, stawił się u celu. Tym razem nie zdecydował się na wejście z fajką w buzi, a raczej na aportowanie się. Wolał poczekać i być może zaproponować reszcie zgromadzonych papieroska - tego wymagały szeroko pojęte zasady savoir vivre'u i pewnie innych rzeczy, którymi należało się kierować w życiu.

Borgin nie miał jednak czasu, aby się nad tym zastanawiać, wszak miał poważniejsze sprawy. Jego oczy ujrzały to - świętego Graala. Mulciber w jeden osobie ale w postaci dwóch osób. Co za pojebana akcja... Stanley nie sądził, że Robert i Richard mogliby go oszukiwać, ale jakoś tak wypierał to ze świadomości. Teraz jednak miał najprawdziwszy dowód - zarówno jeden jak i drugi istnieli. To nie był żart. To nie była żadna iluzja.

Zamrugał kilkukrotnie, starając się za wszelką cenę dostrzec jakieś różnice o których wspominał mu wujek. Minę musiał mieć co najmniej ciekawą, a najpewniej wpatrywał się w nich z pewnym wytrzeszczem. Mało brakowało, a całkowicie zignorowałby czwartego mężczyznę, który się tutaj znajdował. Kojarzył go z widzenia, może nawet z dwa razy minął w Ministerstwie. Kim on był? Nie miał pojęcia ale zapewne będzie im dane się zapoznać.

Dalej jednak stał wryty jak kamień i nie wypowiadał ani słowa. Sprawnym ruchem dłoni sięgnął po paczkę papierosów do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wyjął jednego i czym prędzej odpalił. Potrzebował jakiegoś stymulanta, aby zaraz tu nie oszaleć. W głowie miał jedną myśl - jak się do nich zwracać, aby czegoś nie odjebać? Pomylenie ojca z wujem i w drugą stronę, to mógł być odrobinę problem. Może jednak powinien przejść do bardziej bezpiecznej formy jaką było ich nazwisko. "Mulciber" brzmiało jako alternatywne wyjście.

- Wzywałeś, więc jestem - rzucił w kierunku Mulciberów. Oczekiwał, że któryś spojrzy się z jakimś skarceniem w oczach i będzie wiedział, że ten z nich to właśnie Robert. Wolną dłonią położył paczkę z papierosami, aby inni mogli się poczęstować. W tym momencie też zrodziła się inna myśl - Richard też lubił zapalić z tego co pamiętał, a jego ojciec unikał tytoniu jako samego w sobie. Stanley dostrzegł jak jeden z bliźniaków pali ów papierosa. Trafiony, zatopiony.

Borgin podszedł w jego kierunku i zwrócił mu spinkę do krawatu. No chyba, że nagle wielce szanowany staruszek postradał już wszystkie zmysły i zaczął udawać Richarda, a to już było za dużo jak na umysł Stanleya - Oddaje - skwitował, kiwając odrobinę głową, a następnie powrócił na swoje miejsce. Dalej jednak stał, nie miał zamiaru na razie siadać.



"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina

"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#5
13.03.2024, 12:38  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.03.2024, 12:39 przez Robert Mulciber.)  

Nie można zaprzeczyć temu, że przez ostatni tydzień nuda była ostatnim na co mógł narzekać. Odkąd wrócił do Londynu, miał na swojej głowie wiele spraw, z których każdą należało się odpowiednio zająć. O ile Harper Moody była dla niego jednym z priorytetów, to o pozostałych kwestiach cały czas pamiętał. Trzymał w ich przypadku rękę na pulsie.

- Zacząłem działać w jeszcze jednej sprawie, ale to nie jest odpowiednie miejsce, żeby poruszać ten temat. – odpowiedział, dając zarazem bratu znać, że być może będą musieli o pewnych sprawach porozmawiać. Później, kiedy już wrócą do domu. Do gabinetu, w którym bezpiecznie mogli ten temat omówić. Na spokojnie i bez pośpiechu.

Czas na zadawanie pytań szybko dobiegł końca, ale też warto w tym miejscu zaznaczyć – Richard nie dostał go wiele. Zaraz na miejscu pojawili się Rodolphus. Następnie Stanley. Przy całkiem sporych rozmiarów stole, mogłoby się zmieścić jeszcze kilka osób. Wolne pozostawały nadal cztery krzesła. Tym raz jednak plan nie zakładał działania w większej grupie. Przynajmniej nie teraz, nie na tak wczesnym etapie. Całą operacje należało bowiem przeprowadzić ostrożnie. Z dbałością o szczegóły. Krok po kroku, bez zbędnego pośpiechu.

Dał im jeszcze chwilę. Samemu sobie pozwolił raz jeszcze przejrzeć część materiałów. Obydwu Śmierciożercom, obydwu zaufanym ludziom, skinął jedynie na powitanie głową. Bez tracenia czasu na zbędne słowa. Niepotrzebne nikomu wymiany grzeczności. Nie zaproponował nikomu ciastek ani czegoś do picia. To nie był ten klimat.

- Wydaje mi się, wszyscy doskonale wiemy jaki jest powód tego spotkania. Nie będę więc tracił czasu na wprowadzanie. – wreszcie odsunął papiery od siebie, na bok. Nie potrzebował dłużej trzymać w tych materiałach własnego nosa. – Mam nadzieje, że do dzisiaj wszystkim udało się poczynić pewne postępy. Ja sam przygotowałem dalsze plany i związane z nimi zadania. Do tego przejdziemy jednak na samym końcu. Lestrange, Stanley i Richard na końcu. – nie bez powodu wyznaczył taką kolejność. Sprawy Stanleya i Richarda były ze sobą do pewnego stopnia powiązane. Najlepiej było zostawić je na sam koniec, omówić wszystko w takim właśnie porządku. Powinno pozwolić to na odpowiednie zajęcie się każdym tematem.

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#6
13.03.2024, 13:13  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.03.2024, 13:15 przez Rodolphus Lestrange.)  
Lestrange kiwnął głową Stanleyowi. Kojarzył go z widzenia - mignął mu raz czy dwa, ale nie przyglądał mu się jakoś szczególnie w Ministerstwie Magii. Pracowali w innych Departamentach, a prawdę mówiąc Lestrange nie interesował się nadmiernie tym, co robią inni. Co nie znaczy, że nie słyszał plotek, które mimowolnie wciskały mu się w uszy, gdy jechał windą, wchodził na piętro czy wychodził z budynku. Nie komentował ich jednak - zresztą nie był osobą, do której ludzie przychodzili z ploteczkami i kawą. Zwłaszcza że za kawą nie przepadał, a w Ministerstwie to był wystarczający powodów, by uznać kogoś za dziwaka.

Szedł na pierwszy ogień. Nie bardzo podobało mu się, że poczynił tak mało postępów, ale po prawdzie to Robert nie dał im zbyt wiele czasu. Patrząc na to, że musiał jednocześnie zajmować się kilkoma innymi sprawami, to albo by poświęcił własny sen, czego robić nie chciał, albo... Nie, nie było albo - nie było innej opcji, po prostu.
- Marie Abbott. Sekretarka w Departamencie Przestrzegania Prawa. Pracuje tam od niedawna, jakoś od miesiąca, ale zajmuje się przygotowywaniem, porządkowaniem i wydawaniem dokumentacji. Widziałem ją kilkukrotnie na korytarzach Ministerstwa, nie słyszałem plotek o niekompetencji. Za nami już dwa spotkania, niedługo będziemy się widzieć po raz trzeci. Jest okropnie naiwna, ale łatwo ją zmanipulować. Na dniach będę posyłał jej sowę z propozycją kolejnego spotkania. Twój plan na razie idzie bez zmian, Robercie. Ma okropne parcie na bycie docenioną przez kogokolwiek, a jednocześnie widać, że bardzo brakuje jej pieniędzy... Słyszałeś może o cudownej knajpie Dwa Złote Łuki? Musisz się tam wybrać, jeśli lubisz ziemniaki w tłuszczu z ogromną ilością soli - i pomyliła go z kuzynem, więc zapewne ma parcie na szkło. I pieniądze, które miał, skoro zaprosiła go do Złotych Łuków. Na wieść o tym, że nie jest Louvainem nawet się nie zająknęła - po prostu parła dalej, wdzięcząc się i chichocząc jak nastolatka. - Będziemy szli do Rosiera po tę nieszczęsną sukienkę. Na razie trzymam ją na odpowiedni dystans, który usilnie stara się skrócić. Pozwolę na to w odpowiednim momencie, gdy nie będzie miała już możliwości odwrotu, najpewniej w przeciągu kilku dni, bo wydaje się być pod presją rodziny albo swojej własnej głowy, jeśli chodzi o złapanie kogoś z pieniędzmi.
Pieniądze tu nie grały roli, miał ich sporo. Problemem był fakt, że dziewczyna wydawała się mieć ogromne parcie na nazwisko. Istniała szansa, że jeżeli kto inny się nią zainteresuje, on sam pójdzie w odstawkę, jeśli nie rozegra tego odpowiednio szybko. Jednocześnie nie mógł się zbytnio narzucać, bo wzbudziłoby to podejrzenia nawet u tak naiwnej dziewczyny, jak Marie.
- Czy potrzebujesz żebym wyciągnął od niej coś konkretnego, czy sprawy mają iść własnym torem? - to było kluczowe pytanie, bo Lestrange miał się do niej zbliżyć. Sprawić, żeby Marie się nim zainteresowała, stała się chętna do rozmowy. To już miał odhaczone. Pogłębi tę więź, tę relację, bo tak mu polecono. Pytanie tylko czy miał zwracać uwagę na coś konkretnego? W końcu Robert, jak zwykle, w tej kwestii był enigmatyczny.
Ogórkowy Baron
Świat nie ma sensu. Trzeba mu go nadać samemu
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stanley mierzy około metra dziewięćdziesięciu wzrostu i jest atletycznej budowy ciała. Jego krótko ścięte, zaczesane na bok ciemnobrązowe włosy okalają owalną twarz, która zrobią piwne oczy. Zawsze ma lekki, kilkudniowy zarost w postaci wąsa i brody. Na co dzień można go spotkać noszącego mundur brygadzisty. Jeżeli jednak uda się komuś go wyciągnąć na jakąś aktywność niedotyczącą pracy to przybędzie w długim, ciemnym płaszczu, a pod spodem będzie miał koszulę i najprawdopodobniej krawat. Wypowiada się w sposób spokojny dopóki nie zostanie wyprowadzony z równowagi.

Stanley Andrew Borgin
#7
15.03.2024, 22:46  ✶  

Na wszelkie oznaki gościnności czy ciasteczka z herbatkom przyjdzie jeszcze czas. Na razie mieli dużo ważniejsze rzeczy do przegadania i zweryfikowania. Jedną z tych rzeczy były informacje - każdy z nich musiał wiedzieć to samo, więc automatycznie należało złożyć należyte raporty. Człowiek wyjdzie z Ministerstwa ale Ministerstwo z człowieka nigdy.

Z zaciekawieniem wsłuchiwał się w słowa ich wspólnika. Co jakiś czas kiwał głową, informując, że wszystko rozumie i jest to klarowne. Sekretarka w Departamencie? No lepiej trafić nie mogliśmy Uśmiechnął się pod nosem, wszak miał kogoś kto piastował podobne stanowisko. Kogoś, kto powinien raczej być skłonnym do nawiązania pewnej współpracy.

Nie odezwał się jeszcze. Stanley wolał poczekać, aż tamten zakończy mówić. Nie mogli sobie przerywać, a całe spotkanie musiało przebiegać w odgórnie ustalonym stylu i z pewnymi zasadami. Kto je ustalał? Nie kto inny jak Mulciber. Robert Mulciber.

- Jeżeli nie Abbott, pozostaje jeszcze Nott. Ta Nott - zwrócił uwagę na nazwisko, chcąc nakreślić o kogo mu dokładniej chodziło. Miał na myśli Nottów, którzy byli powiązani z pierwszej ręki z szukającym Zjednoczonych z Puddlemere - Ludovica Nott dokładniej. Pracuje tam już kilka dobrych lat. Swoją drogą to moja dobra przyjaciółka, więc mógłbym też coś tam podpytać - zaproponował - A jeżeli nie ja, mogę załatwić spotkanie - zapewnił. Może ktoś inny miał chęci do tego, aby się z nią spotkać? Nie było z tym najmniejszego problemu.

- To teraz ja z wujem Richardem - kiwnął głową w kierunku brata swojego ojca. Nadal pamiętał, który z nich przed chwilą palił papierosa i tylko dzięki temu się nie pomylił - Pozwoliłem sobie to podzielić na dwie części - stwierdził, wyjmując z wewnętrznej części płaszcza kopertę, która następnie wylądowała na stole - Tutaj znajdują się plany Ministerstwa. W głównej mierze Biura Aurorów i Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów. Mają raczej wymiar poglądowy, aniżeli dokładny i wykonany przez jakiegoś kartografa - zaznaczył. Nie chciał, aby mieli jakieś wygórowane mniemanie o tych dokumentach. Z Borgina nie był przecież żaden rysownik - Dodałem tam też kilka notatek od siebie. Powinna być na tyle klarowna, aby można było odnaleźć daną osobę czy biuro. Zostawiam do zapoznania się w ciszy i spokoju - dodał, a następnie popchnął ją w kierunku środka stołu. Gdyby ktoś chciał zajrzeć do środka, było tam kilka mapek i pojedynczych stron z własnoręcznie wykonanymi komentarzami. Mapy odzwierciedlały korytarze i zawierały informacje, które mógł posiadać brygadzista - niedoszły Auror - z kilkuletnim doświadczeniem.

Stanley zaciągnął się papierosem, strzepując go do popielniczki - Ale to nie wszystko bo mam jeszcze coś - spojrzał po zebranych, dodpalił swojego nikotynwego przyjaciela i ugasił w szklanc - Przygotowałem też spis wszystkich znanych pracownik. Pozwoliłem też sobie wyróżnić kilka osób - wyciągnął drugą kopertę z płaszcza i zaczął wyciągać zdjęcia czy rysunki poglądowe o których miał zamiar zaraz opowiedzieć. Większość  z nich pochodziła z jakiś gazet, kronik czy zbiorów informacji - wszelkich źródeł gdzie mogły się znaleźć zdjęcia takich osób - Zacznijmy od brygadzistów i ogólnie ludzi pracujących w Departamencie - rzucił pierwsze dwa zdjęcia przedstawiające kobietę i mężczyznę - Jebana Longbottom ze swoim braciszkiem. Brenna i Erik. Detektywi. Ona ma nierówno pod sufitem i setki nadgodzin. Prawdziwy wrzód i jedna z nielicznych osób, która jest skłonna wziąć z 10 nadgodzin z rzędu. Jej brat wydaje się być dużo spokojniejszy ale też nie mamy co na niego liczyć. Na nią tymbardziej - przyznał, rzucając zdjęcie rudowłosej dziewczyny - Wood Heather. Była szukająca Harpii. Nie poszło jej z miotłą to wylądowała w brygadzie. Wspólniczka Brenny. Narwana i pewnie skłonna wygryźć Ci oczy jeżeli coś wspomnisz o jej karierze w Quidditchu. Tutaj raczej też nie wróżyłbym żadnego sukcesu. Za bardzo wpływa na nią Longbottom - wzruszył ramionami i położył zdjęcie typowego cwaniaka - Parkinson Aidan. Mój były partner z Brygady. Pracuje tam trochę z przymusu, nie wychyla się i w wielkim skrócie opierdala się tyle ile jest w stanie. Z tego co pamiętam to miał tam jakąś koleżankę niedaleko Nokturnu i Horyzontalnej, ale ona ma bardziej najebane we łbie od niego. Gdybyś jednak chcieli coś od niego wymóc, może warto by było się zastanowić? Z samym Parkinsonem może udałoby coś załatwić albo coś podpytać o najnowsze szczegóły z Ministerstwa. W końcu czego się nie robi dla starego druha z pracy, czyż nie? - zapytał retorycznie, wzdychając. Aidan był wkurwiajacy ale zawsze dobrze wspominał z nim służbę. Nie zastanawiając się dalej, wyłożył kolejna rzecz - McKinnon Hades. Mąż mojej kuzynki. Świeża krew, która lada dzień ma się pojawić w brygadzie. Widzę duży potencjał do tego, aby mógł coś powiedzieć albo podrzucić od nas do samego Ministerstwa. Persephona na nad nim pełnię władzy, a ja bardzo dobrze żyje z własną kuzynką. Na pewno dam radę ją przekonać, a ona Hadesa - uśmiechnął się pod nosem. Ah, te baby Pokręcił głową, sięgając po zdjęcie jakiejś dziewczyny w krótszych, jasnych włosach - Bones Mavelle. Z tego co kojarzę to rodzina z Caspianem, który jest szefem brygadzistów. Nie potrafię o niej zbyt dużo powiedzieć, ponieważ nie mieliśmy prawie żadnego kontaktu. Z tego faktu ją skreślam całkowicie pod względem przydatności - odrzucił kopertę z resztą zdjęć i notatek na ich odwrotach. Zgromadzeni mogli dostrzec podpis "BUM" - W środku jest jeszcze krótka notka o samym Caspianie i pozostałych, mniej ważnych pracownikach - stwierdził. Spojrzał po wszystkich i wyciągnął ostatni pliczek, który miał przygotowany na dzisiaj.

- To teraz biuro Aurorów - zaśmiał się pod nosem. Niedoszłe marzenie Borgina, a teraz recytował raport odnośnie ich działalności - Bulstrode Atreus i Orion. Bracia. Atreus to mój dobry przyjaciel ale niestety niezrzeszony wiadomo gdzie, więc też nie będzie skłonny do nawiązania współpracy, a szkoda. O Orionie ciężko mi coś powiedzieć. Nasze drogi się nie przecinały zbyt często w kwestiach pracowych i ogólnych - przyznał, rzucając dwa zdjęcia przedstawiające wymienione przez niego osoby - No... tej dwójki to chyba przedstawiać nie muszę, a jakby ktoś się zastanawiał to Michael i Chester Rookwoodowie. Jakbyście potrzebowali jakiś szczegółów to pytajcie Roberta. On zna ich przecież najlepiej - upuścił z wysokości ich zdjęcia i spojrzał w kierunku ojca. Wcześniejsze obrazki raczej starał się kłaść, może nadawać im odrobinę pędu. Całkowicie inaczej miała się sprawa z tą dwójką - oni zostali zrzuceni, upadli jako zdjęcia - Moody Alastor. Jakaś tam rodzina Harper. Powiada się, że kiedy ta zołza walnie w kalendarz, to on przejmie jej miejsce, wszak będzie trzeba tylko zmienić literkę na drzwiach. Nie wróżę mu przyszłości w naszej sprawie, a już na pewno nie po pozbyciu się Harper. Po tej operacji, może mu bardzo zależeć, aby nas dopaść. Dużo bardziej, niż po pozbyciu się Greybacka - zauważył, kładąc zdjęcie krewniaka Harper - Steward Patrick. Auror. Podobnie jak z Moodym, nie potrafię powiedzieć nic więcej. Wyciągając jednak pewne wnioski z osób, którymi się otacza, nie będzie zainteresowany kooperacją z nami. Jak widać, ciężko trafić na odpowiednie osoby w Ministestwie, kiedy dobzi ludzie z niego odeszli - obrazek wylądował na stole - Ehh... - ciężko westchnął - Lestrange Victoria od naszego wampirka. Dobra dziewczyna, zostawiająca pracę po opuszczeniu biura Aurorów. Daleko jej jednak do wsparcia naszej pięknej inicjatywy, chociaż wydaje się być skłonna do przymykania oczu na pewne sprawy - wytłumaczył, a na stole pojawiło się zdjęcie z niedoszłą panią Rookwood - Bletchey Cain. Chuj jakich mało. Nie chce mieć z nim nic wspólnego, a on ze mną. Jeżeli jakimś cudem ktoś by go przekonał to naprawdę, czapki z głów - puścił niedbale zdjęcie chłopaka - No i jest nasza kochana Haper Moody - zadrżała mu powieka, a sam Stanley, przejechał po swojej brodzie - Nie muszę tu chyba też nic dodawać. Do kasacji - dodał, a jej zdjęcie opadło powoli na stolik, poddając się prawom fizyki.

Borgin przyglądał się przez chwilę tym kilku dokumentom. Po kilku sekundach dorzucił tam ostatnią kopertę z popisem "Biuro Aurorów" - Reszta osób, podobnie jak z BUMem, znajduje się w środku - usiadł przy stoliku, przejeżdżając dłonią po blacie - Nie chciałem Was więcej zanudzać. Sami sobie możecie poczytać i ich pooglądać w wolnej chwili. Wszystko co wiem, znajduje się w tych kopertach. Jeżeli Ministerstwo przyspieszyło we wdrażaniu zmian to wszystkie informacje są bezwartościowe. Wszyscy jednak wiemy jak działa Ministerstwo, więc te dane są w miarę aktualne - skwitował. Z tej całej gadaniny to, aż mu zaschło w gardle i nie pogardziłby szklaneczką rudawego trunku. Czuł jednak, że zrobił dobra robotę, albo co najmniej średnia lub taką, która sprawi, że zyska w oczach ojca.



"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina

"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972
Porządny Ochroniarz
Nigdy nie wiesz, kiedy śmierć zapuka do twych drzwi.
wiek
45
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Handlarz Świecami i Kadzidłami
183cm wzrostu. Brązowe oczy i włosy, u których można dostrzec siwe kosmyki. Często widnieje u niego zarost. Ogolony gładko jest tylko wtedy, kiedy brat każe mu się "ogarnąć". Ubiera się zawsze odpowiednio do sytuacji.

Richard Mulciber
#8
16.03.2024, 04:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.03.2024, 11:01 przez Richard Mulciber.)  

Odpowiedź Roberta zaciekawiła Richarda, w jakiej sprawie zaczął działać. A skoro uznał, że to nie jest miejsce na ten temat, znaczyło to, że nie zamierzał chyba owego tematu poruszać przy pozostałych osobach. Richard przyjął to do wiadomości skinieniem głowy. Nie zdążywszy nawet udzielić odpowiedzi słownej, kiedy w pomieszczeniu pojawiła się jedna z oczekiwanych osób. Rodolphus. I jak on miał na jego widok zareagować? Westchnięciem? Skinął mu głową na powitanie. Nie wyrażając sobą nic. Zaakceptował fakt, że tutaj już był, bo raczej musiał, nie spóźnił się i usiadł sobie dalej od nich. Może to i lepiej?

Chwilę później zjawiła się kolejna wyczekiwana osoba. Stanley. Można było się tego spodziewać. Choć Robert mu nie powiedział tego wprost ostatnim razem, to jednak Richard był poinformowany o tym, że chłopak miał już zlecone zadanie, na którego raport także czekał.

Bratankowi Richard także skinął głową na powitanie, ledwo powstrzymując się od uśmiechu, widząc jak młody prowadził wewnątrz umysłową walkę rozpoznawczą. Który z nich to jego ojciec? Powiedział mu ostatnim razem, że różnice między nimi są widoczne. Akurat też w tym momencie się zaciągnął papierosem i strzepnął po chwili popiół do szklanki. Długo chłopakowi nie zajęło odgadnąć. Borgin podszedł do niego w celu oddania wręczonego mu wcześniej przedmiotu drogą listowną. Tutaj Richard uniósł brew ku górze, licząc że młody zachowa ten świstoklik na wszelki wypadek, jak mu napisał. Jego wola. Richard skinął głową i schował do kieszeni spodni mały przedmiot. Dzięki temu Stanley miał potwierdzenie, że podszedł do odpowiedniej osoby.

Robert odezwał się, zostawiając już te nieszczęsne notatki w spokoju, zapowiadając rozpoczęcie spotkania od złożenia raportów. Wyznaczył także kolejność wypowiadania się, zaczynając od Lestrange’a.

Uwaga została skupiona na Niewymownym, któremu widocznie przyszło zakręcić się wokół jednej z sekretarek z Biura Aurorów. Młodej dziewczynie, świeżo zatrudnionej. Szkoda, że Rodolphus nie miał jej zdjęcia. Dla uwagi byłoby warto zapamiętać jej twarz. Ważne, że udało mu się złapać z nią jakąś relację i to w miarę pozytywną. Cenne informacje i pomocne. Choćby dla niego. Niech to tylko utrzyma i nie spieprzy zadania. Richard wysłuchał go do końca i zauważył, że Lestrange, nie wspomniał nic o swoich postępach ze szpitalem. Czyżby pod jego nieobecność nastąpiła pewna zmiana planów w jego zadaniu? Czy ograniczony czas nie pozwolił mu podjąć odpowiednich kroków? Nie wnikał w to. Tutaj każdy rozlicza się ze swojego zdania tyle, ile zdołał zrobić. W trakcie słuchania Rodolphusa, Richard zdążył wypalić swojego papierosa.

Stanley postanowił wtrącić parę słów odnośnie tematu związanego z sekretarkami Biura Aurorów, wspominając o drugiej ale z nazwiskiem Nott. Z naciskiem o konkretną widocznie gałąź Nottów. Richard na te słowa kiwnął głową, że najwyraźniej zrozumiał, o kogo może chodzić. Akurat, jeżeli chodziło o Quidditcha, Richard ogarniał jeszcze drużyny i składy zespołów. Osobiście może jej brata Philipa nie znał, ale nazwisko przewijało się w rubrykach sportowej prasy, jak i jego zdjęcia. Obie kobiety były warte uwagi i od każdej można było coś wyciągnąć, uzyskać.
Kiedy Lestrange skończył składanie sprawozdania słownego, zadając pytanie jego bratu, zapewne Robert udzieliłby mu odpowiedzi.

Teraz zaś przyszła kolej na nich. Uwaga była skupiona na Borginie, który zapewne miał najwięcej do przekazania z ich dwojga. Pozwolił mu mówić. Richard słuchał go tak samo uważnie co Rodolphusa. Każda informacja była dla niego cenna. "Plany Ministerstwa i Biura Aurorów? Idealnie." – pomyślał, wzrok utkwiwszy przez krótki moment na tej kopercie. Na pewno je przestudiuje i dokładnie z nimi zapozna. Jeżeli rzeczywiście, przyjdzie mu tam pracować. O ile ten jeden upierdliwy problem rodzinny, zostanie w jakiś sposób rozwiązany. Bo na razie, miał związane ręce. I musiałby działać na około, nie od środka.

Młodszy z bliźniaków nie sięgał jeszcze po kopertę, ciekawym będąc drugiej części, która mogła być interesująca. Co jak się okazało, była zestawieniem pracowników Biura Aurorów i Brygadzistów. Znakomicie.

Przy tej całej prezentacji brygadzistów, Richard musiał przyznać, że bratanek miał całkiem interesujące podejście opisywania poszczególnych osób. "Wrzód", "Jebana", "Ma nie równo pod sufitem". Idealnie opisywało konkretne osoby. Aby lepiej móc się tym zdjęciom przyjrzeć, przysunął się bardziej do stołu i nawet o niego oparł, przesuwając niektóre fotografie na różne strony, jakby już na miejscu je klasyfikował. Starał tym samym zapamiętywać twarze. Longbottomy na jedną stronę, jako Ci, którymi nie warto sobie zawracać głowy o współpracę, ale bardziej mieć ich na oku? Pod obserwacją? Idąc dalej, jakaś Wood. Słabo ją kojarzył, skoro kariera zawodnika jej się nie udała, to nie istniała. Skoro to wspólniczka, to do tej samej kategorii. Przy Parkinsonie było ciekawiej. Skoro Stanley mu ufał, można by zaryzykować? Na drugą stronę przesunął zdjęcie. O tym, z kim będą się ostatecznie kontaktować, pozostawało też w decyzji Roberta.

Kolejny był McKinnon. Kolejny świeżak, jak tamta sekretarka Abbott. Nad nim się zastanowił, ale skoro Borgin zapewniał o dobrym kontakcie, to można i tutaj zaryzykować i przesunąć do kategorii z Parkinsonem. Bones, pozostała po środku. Skoro nie wiadomo było o niej zbyt wiele. Tak jakby, znak zapytania. Wychodziło na to, że z Brygadzistów, to byli Ci najważniejsi, z którymi Stanley miał styczność jakąkolwiek.

Teraz bardziej ważne, aurorzy. Kolejne rodzeństwo, tym razem Bulstrode. Jednego Stanley cenił, drugiego nie znał. A biorąc pod uwagę swoje doświadczenia, Richard stawiał, że rodzeństwa w większości przypadków, współpracują razem. Zatem tych dwoje przesunął na stronę z Longbottomami. A kiedy padły słowa o znanej im dwójce, Richard podniósł wzrok ze sterty zdjęć na Stanleya. Rookwoodowie. Kiedy wizerunki ich zdjęć opadły na blat stołu, Richard wziął w dłoń zdjęcie z Michaelem. Odtworzyło to jego wspomnienia z przeszłości. Ich relacji, dawnych kontaktów, wspólnych planów na przyszłość, w drodze do zostania aurami.

- Z Michaelem chodziliśmy razem do Hogwartu. Ten sam rocznik. Z Chesterem też się znamy.
Gdyby tylko jebany ojciec nie wycofał jego złożonych dokumentów, w tamtych latach, pewnie do teraz by pracował tutaj w Ministerstwie i był aurorem, a nie za granicą. Westchnął odkładając zdjęcie Michaela i z Chesterowym, przesunął na stronę pod obserwację. Nie miał ostatnio kontaktu z tym pierwszym. A drugiemu, to chętnie by strzelił w pysk, za grożenie jego bratu.
- Mów dalej.
Polecił. Bowiem nie chciał mu przerywać. A widać było, że chłopak naprawdę się postarał. Odwalił kawał dobrej roboty. To bardzo ułatwiało Richardowi rozeznać się wstępnie w pracownikach Biura Aurorów.

Kolejna osoba wydawała się być bardzo interesująca, nosząca nazwisko ich celu. Moody. To zasługiwało na osobną i kluczową kategorię. Więc znalazło się na nowej części stołu. Nad pozostałymi. Steward? Skoro też nie mogli liczyć na współpracę z nim, również poszedł na bok pod obserwację. Kiedy padło nazwisko Lestrange, to powinien się zainteresować tym ich kolega siedzący w drugiej części stołu. Jeżeli coś wiedział więcej na jej temat, byłoby miło, gdyby się podzielił.

Bletcheya także przesunął pod tych, co mogą nie zechcieć współpracować. Słabo to wyglądało ogólnie, jak tak spojrzeć z góry. I sama Harper Moody, wylądowała w kategorii z tym Alastorem. Tyle że, Richard pozwolił sobie przyjrzeć się jej dokładniej, uważniej. Jak zabójca oceniający cel do likwidacji.

- Przekazałeś dość istotne i cenne informacje.
Odezwał się Richard, spoglądając na to wszystko, co znajdowało się przed nimi.

Analizując, za mało mają wsparcia osób, które mogłyby im pomóc. Widział, że będzie ciężko. Miał już kilka pytań w tej sprawie, ale to postanowił zostawić sobie na później.
Do tego zestawienia, dodać trzeba także te dwie sekretarki, których zdjęć raczej nie mieli. O pozostałych pracownikach to sobie Richard w domu poczyta.

- Ze swojej strony powiem, że załatwiłem już rezygnację z pracy w Norweskim Ministerstwie Magii. Potrzebne dokumenty z rozwiązania umowy mam u siebie. Jeżeli tutejsza sytuacja nie pogorszy się bardziej niż jest obecnie i nie będę musiał działać okrężną drogą, mógłbym złożyć papiery o pracę. Ze Stanleyem już na ten temat rozmawialiśmy i nakierował mnie mniej więcej, co powinienem zrobić. Zanim się trochę pokomplikowały obecne sprawy, nie zarejestrowałem niczego niepokojącego w moim kierunku, kiedy pojawiłem się w tutejszym Ministerstwie.

Mówiąc to, wzrokowo spoglądał na każdego tu obecnego. Co mógł więcej dodać? Utknął. Robert o tym wiedział, przez co Richard musiał wstrzymać swoje działania i właśnie czekać na to, co obecnie przygotował Stanley. Bez tego nie mógł ruszyć. Niespodziewana sytuacja Juliusa Mulcibera stała się przeszkodą. Jak przez dziewięć lat spokoju, Ministerstwo niemal zapomniało o Mulciberach, to ten jeden idiota w rodzinie, musiał wszystko spierdolić. Nie pytał o to teraz, jak obecnie wygląda sprawa i czy coś dalej się wydarzyło poza ogłoszeniem rozpoczęcia procesu.

Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#9
16.03.2024, 18:30  ✶  

Zdawał sobie sprawę z tego, że czasu mieli w tym przypadku po prostu niewiele. Starał się więc dostosować pod to swoje oczekiwania. Nie znaczy to jednak, że te stały się nagle dużo mniejsze. Nic z tych rzeczy. Wciąż oczekiwał, że postępy będą widoczne; że wszystko będzie posuwało się do przodu. Krok po kroku. Płynnie. Potrzebowali, żeby wszystko odpowiednio funkcjonowało. On potrzebował - bo był świadomy tego, że jeśli całe przedsięwzięcie zakończy się porażką, to właśnie on zostanie z tego stosownie rozliczony.

Wysłuchał krótkiego raportu Rodolphusa. W żaden wyraźny sposób nie zareagował na wspomnianą restauracje o wdzięcznej nazwie Złote Łuki. Co nie znaczy, że tego miejsca nie kojarzył; że było mu kompletnie obce. Nigdy jednak nie był na tyle zdesperowany, żeby choćby spojrzeć na ich menu.

- Na ten moment masz po prostu utrzymać jej zainteresowanie. Będę się w tej sprawie z Tobą kontaktować na dniach. - poinformował go. Miał pewne plany, nie był jednak wciąż gotowy na to, żeby je przedstawić. Musiał pierw dograć każdy jeden szczegół. Poza tym, na pewne rzeczy było na tym etapie zbyt wcześnie.

Zwrócił uwagę na syna, kiedy ten wspomniał o jakiejś Nott. O ile nazwisko nie było mu obce, określenie ta Nott, mówiło tyle co nic. Jej brata, Philipa również nie kojarzył. Quidditcha natomiast nie śledził. Nie miał takiej potrzeby. Jeśli jednak dziewczyna była dobrą przyjaciółką Stanleya, żal byłoby tego w odpowiednim momencie nie wykorzystać.

- Będziemy mieli to na uwadze. - zareagował na jego sugestie. Teraz nie mieli na to miejsca, nie mieli też czasu. Na pewno jednak o tej kobiecie (dziewczynie?) nie zapomną. Mogła stać się istotnym elementem układanki. Podobnie jak część pracowników Departamentu, na temat których Borgin zebrał sporo cennych informacji.

Powiedzieć, że Robert nie był zadowolony z efektów pracy Stanleya, to jakby nic nie powiedzieć. Słuchał go uważnie. Spoglądał też na zdjęcia, którymi zajął się Richard. Sortował. Zainteresował się również pozostałymi materiałami. Choć na jego obliczu tego rodzaju grymas się nie pojawił, można było odnieść wrażenie, że starszy z bliźniaków się uśmiechał.

- Przygotujemy odpowiednią tablice, jest tutaj zbyt wiele przydatnych informacji, żeby z nich w ogóle nie korzystać. - również w tym przypadku zabrał głos. Wtrącając się pomiędzy Stanleya i Richarda. Miał w głowie pewien pomysł odnośnie tego, w jaki sposób mogliby te dane uporządkować. Przedstawić? Być może nawet sam się tym zajmie. W swoim wolnym czasie, którego miał przecież całkiem sporo. - Dobra robota. - pochwalił chłopaka, nim całą swoją uwagę przeniósł na brata. - Rookwoodów usuń. Nie będziemy korzystać z ich pomocy.

Było to coś, odnośnie czego można było mieć wątpliwości. Kwestia, w przypadku której pozostali mogli się z Robertem nie zgadzać. Bo przecież chodziło tutaj o coś więcej niż jakieś durne konflikty. Tyle tylko, że z jego perspektywy, nie rozbijało się tutaj o żaden drobny konflikt. O żadną sprzeczkę, która była pozbawiona większego znaczenia. Z kimś takim jak Chester nie chciał mieć niczego wspólnego. Nie zamierzał współpracować. Nie zamierzał prosić o pomoc - nawet jeśli byłaby to dla niego jedyna dostępna opcja. Jedyna szansa na to, żeby coś osiągnąć. Może nawet przeżyć?

Tak, czasami był uparty niczym osioł. A do tego również dumny.

- Skoro wszystko podsumowaliśmy, to teraz moja kolej. - nie kazał im długo czekać. Sięgnął na powrót do materiałów, które ze sobą zabrał na to spotkanie. Tych własnych. Miał do przekazania sporo. - Na moje polecenie, nie będziemy na ten moment zajmować się kwestią szpitala. Mamy zbyt dużo zadań i zbyt mało ludzi. Odłożymy to nieco w czasie. Sprawa Marie będzie biegła swoim torem. Richard i zatrudnienie się w Ministerstwie... - zerknął przelotnie na brata. - ...sprawa się odrobinę skomplikowała, na ten moment dobrym posunięciem byłoby zbadanie gruntu. Nie ma sensu zabierać się za coś, co byłoby z góry skazane na porażkę. Być może warto będzie zastanowić się nad tym, czy któraś z osób wskazanych przez Stanleya nie mogłaby wypełnić powstałej luki. Na razie jednak nie będziemy się tutaj śpieszyć. Dwa tygodnie? Może trzy. Wtedy wrócimy do tematu. Jeśli natomiast chodzi o robotę na teraz, potrzebujemy cofnąć się do podstaw. - po tych słowach, przesunął na środek teczkę, która należała do niego. Mogli na spokojnie po nią sięgnąć, zapoznać się z zawartością. - Ulrich Greyback. Człowiek, którego głowa została na początku maja dostarczona do Ministerstwa Magii, rąk własnych Harper Moody. Zdrajca, który próbował przeniknąć do grona Śmierciożerców, a zebrane informacje przekazywał szefowej Biura Aurorów. Z martwymi ciężko się rozmawia, ale myślę że są tu, wśród nas, osoby które wiedzą, że wyciągnięcie informacji nie jest czymś niemożliwym również w tym przypadku. - spojrzenie zatrzymał kolejno na bracie oraz synu. - Potrzebujemy zbadać jego dom, spróbować dostać się do rzeczy stanowiących jego własność, nawiązać kontakt z rodziną. Być może warto rozważyć w tym przypadku skorzystanie z dodatkowego wsparcia. Odpowiednio przygotowany widmowidz mógłby stanowić dla nas atut. Warto też sprawdzić czy sprawa jego śmierci wpłynęła do Ministerstwa, do Brygady lub Biura Aurorów. Jeśli nic takiego nie miało miejsca, będzie to dla nas również stanowiło cenną informacje. Zwłaszcza, że sama szefowa Biura Aurorow otrzymała w prezencie głowę należącą do tego człowieka. Jakieś pytania?

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#10
16.03.2024, 18:51  ✶  
Gdy Robert udzielił mu odpowiedzi, Lestrange kiwnął głową. Niech sprawy idą własnym torem - będzie podtrzymywał to zainteresowanie tyle, ile trzeba. Musiał tu być jednak ostrożny, bo gdyby zrobił zbyt szybki krok, dziewczyna mogłaby się spłoszyć. Albo gorzej: poczuć się zachęcona do tego, by się do niego za bardzo zbliżyć. A on nie potrzebował teraz plotek o kolejnym romansie czy nowym związku.

Potem przyszła kolej na Stanleya. Rodolphus mu nie przerywał, acz zapamiętał wiele. Między innymi to, że nazwał Richarda wujem. Nie skomentował tego jednak, nawet brew mu nie drgnęła na to stwierdzenie, chociaż nie wyobrażał sobie Mulcibera w tej roli. W zasadzie to Richarda wyobrażał sobie tylko w jednej roli.
- Victoria nie będzie skłonna do żadnej współpracy - powiedział w końcu, bębniąc palcami o stół. - Przymyka czasem oko na pewne kwestie, ale poważnie oberwała podczas Beltane. No i trzyma się z Longbottom praktycznie od dziecka, co już o niej świadczy. Mogę jednak spróbować ją podpytać o pewne kwestie w Biurze Aurorów.
Czarna owca rodziny, cóż mógł więcej powiedzieć. I tak planował spotkać się z Victorią, zbyt długo odkładał tę wizytę rodzinną. Jeżeli będą chcieli, może spróbować, ale czuł że musi zaznaczyć, że jego kuzynka nie będzie skłonna do absolutnie żadnej współpracy. Za bardzo wpływała na nią Brenna. Była jak zaraza, trawiła ludzi od środka tą swoją bohaterskością i dobrocią. Victoria nie była odporna na jej urok, chociaż i tak radziła sobie lepiej, niż inni. Co nie znaczyło, że nagle postanowiłaby ich wesprzeć - co do tego nie miał najmniejszych wątpliwości. Resztę pracowników, poza oczywiście Brenną, kojarzył mniej lub bardziej. Bardziej z widzenia, tylko z kuzynką i Longbottom miał przyjemność zamienić więcej słów.

Gdy Robert poruszył temat szpitala, ponownie kiwnął głową. Mieli za mało czasu, żeby teraz się tym zajmować, to mogło poczekać, chociaż w głowie miał już pewien plan, jak się do tego zabrać. Tylko właśnie: to wymagało czasu. Zbierze odpowiednie informacje i gdy Robert da znać, to do tego wróci, przygotowany tak, jak zawsze. Pytań nie miał, więc tylko pokręcił głową. To Robert przydzielał zadania, a plan był całkiem jasny. Nie potrzebował wiedzieć wszystkiego o wszystkim.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Richard Mulciber (3056), Robert Mulciber (2693), Rodolphus Lestrange (1295), Stanley Andrew Borgin (2887)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa