• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Szkocja [07.08.1972, Szkocja, wieczór] Bo kto mógłby pokochać bestię?

[07.08.1972, Szkocja, wieczór] Bo kto mógłby pokochać bestię?
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#11
07.05.2024, 00:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.05.2024, 00:26 przez Victoria Lestrange.)  

Czy przeznaczenie było zapisane w gwiazdach tak mocno, że nie dało się go zmienić, czy jednak dostawaliśmy  możliwość wpłynięcia na nie, a gwiazdy pokazywały jedynie wynik kroczenia obecnie obraną drogą, lecz ten zmieniał się, jeśli i my z niej zboczyliśmy? Victoria miała z tym problem: bo nie chciała wierzyć, że to, co przepowiada jasnowidz, musi się spełnić co do joty. To zabierało tę wolność, której tak pragnęła. Wolała nie wiedzieć, nie znać przyszłości, bo dawało to iluzję tego, że miała cokolwiek do powiedzenia, nawet jeśli tak wcale nie było. Teraźniejszość zaś… Była zagmatwana, a oni zaplątani byli w tej nici jak w pajęczynie. Czerwona nić, czerwona jak krew, jak szminka, którą Victoria często pociągała usta, jak ogień, który tak kochała – a który kochał też i ją. W tym życiu potrzeba było miejsca i czasu, by się zatrzymać, usiąść i napić tej herbaty w towarzystwie kogoś, z kim ten czas chciało się spędzać, kto swoją obecnością podnosił na duchu i sprawiał, że to serce chciało dalej bić, a jeśli już nie biło – to że nadal chciało się… żyć. Podobno nie było rzeczy niemożliwych. Podobno można było stworzyć kamień filozofów. Podobno można było zwrócić komuś zabrane życie. Czy pogładzenie kota po futrze nie było okazem sympatii, miłości? Niezależnie od tego, co pokażą karty kociego tarota.

Słuchała go uważnie, odpowiadała mu zresztą też o swoich doświadczeniach związanych z nauką teleportacji, czego się obawiała, a co wcale nie było takie straszne, nawet jeśli przenoszenie się z miejsca na miejsce nie było najprzyjemniejszym uczuciem na świecie. Oczywiście zauważyła to zawahanie, krótką pauzę – głuchy by chyba tylko nie zauważył, a odpowiedź jaką dostała, zdawkowa, ale jednocześnie wyjaśniająca sprawę była jakże wymowna. Kiwnęła głową i nie pytała; nie pytała – bo rozumiała to aż za dobrze. Odkąd jej powiedział… pokazał, to wielokrotnie zastanawiała się jak on sobie radzi, na czym musi polegać, by uciec z miejsca, skoro nie potrafił się teleportować. Modliła się do wszystkich bogów, bóstw, do Matki, Pani Księżyca, żeby nikt go nie złapał, żeby wszystko było dobrze, by nic mu się nie stało, by przychodząc do pracy nie dowiedziała się o złapaniu niepokornego wampira. Nie grzebała w tym, nie szukała na niego nic na własną rękę, nie chcąc wzbudzić absolutnie niczyich podejrzeń ani uwagi, która mogłaby czyjeś niepowołane oczy skierować w nie tę stronę co trzeba, ale nie było też tak, że nie chciała wiedzieć. Chciała. Chciała wiedzieć o nim rzeczy, chciała go nie tylko znać, chciała go rozumieć, znać w ten zupełnie niepowierzchowny sposób. Zerkała na niego zresztą całkiem otwarcie gdy rozmawiali, również wtedy, gdy się tak zawahał, zamyślił. Czy w jej spojrzeniu były jakieś oceniające nuty? Nie powinno ich być.

Sauriel się szczerzył zadowolony z zabawy, a Victoria mogła myśleć tylko o tym, że zaraz zaliczą kraksę, że się połamią. Jej ostatnią myślą, gdy już zamknęła oczy, było to, czy jeśli Sauriel przypadkowo wybił sobie kły, to czy by mu odrosły… i już byli na zimnej, kamiennej posadzce, a kawałki kamienia poleciały we wszystkie strony – również na nich. Ale nie było to teraz istotne; istotne było to, że leżeli, że żyli… Chyba żyli. Ona żyła i wtulała się w Sauriela dość instynktownie, szukając bezpieczeństwa, niezależnie od tego, czy jakiś kawał rzeźby uderzył ją w nogę, plecy czy rękę. Bo w głowę nie dostała, a przynajmniej jej się nie wydawało, chociaż kręciło jej się trochę w głowie nawet w tej ciemności. Rzeczywiście jej serce biło jak szalone, oddech był płytki, szybki. Jej dłoń na moment zacisnęła się na ramieniu Sauriela; nie słyszała jego oddechu, nie czuła bicia serca… ale to nie było nic nadzwyczajnego. Zaraz zresztą uniosła odrobinę głowę i jej dłoń powędrowała do jego twarzy, gdy sobie to uświadomiła – że nie wiedziała jak sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku i wtedy zastękał.

– Och… Wybacz – mruknęła i spojrzała w dół, starając się zabrać swoją nogę, żeby już nic Saurielowi nie zgniatać. Nie protestowała też, gdy sam ją trochę przesunął i po nieco dłuższej chwili sama podparła się o posadzkę, usiłując się unieść. Ręką zaczęła rozmasowywać sobie głowę. Przymknęła na moment oczy i wtedy brama z trzaskiem się zatrzasnęła, a gdy Victoria rozwarła powieki – to nie widziała absolutnie nic. Stęknęła cicho i spróbowała się podnieść.

– Że… eee – zaczęła mało inteligentnie i zaczęła na oślep machać dłońmi, szukając swojej różdżki. – Ach cholera – zmrużyła oczy, kiedy Sauriel wyczarował światełko i wręcz osłoniła się przed nim dłonią. Nie zdążyła się jeszcze przyzwyczaić do ciemności, ale upadek z konia zrobił swoje, zaraz jednak wypatrzyła swoją różdżkę – ta na szczęście odturlała się na bok i nie wyglądało, żeby coś jej było. Victoria podniosła się z ociężeniem, z początku klęknęła na podłodze, dopiero potem podparła się i uniosła, chcąc podejść po swoją różdżkę i dopiero teraz zauważyła ogrom zniszczeń jakich dokonali. – Chyba zamkowi się nie spodobało nasze wejście smoka – stwierdziła na koniec i trzymając się za głowę spróbowała zamachać różdżką, by posklejać rzeźbę do kupy, tak jak to robiła wielokrotnie podczas pracy w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym. – Wszystko w porządku?


Kształtowanie?
Rzut PO 1d100 - 29
Akcja nieudana
Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#12
07.05.2024, 22:47  ✶  

Świat był cholernie prosty jeśli się nad tym dobrze nie zastanawiałeś. Zło było złem, niecne występki były karalne, jeśli nie byłeś za prawem to byłeś przeciwko niemu. Policjant, który nie łapał przestępców, tylko pomagał im trwać, był również zły. Jak Victoria. Dobra osoba? Być może. Kiedyś była dobra, dopóki nie postanowiła kryć mordercy. Ile dobrych uczynków musiałaby wykonać, żeby zmazać ślad swoich win? Nie było na to prawa, bo wszystkie te zapiski w księgach i na pergaminach mówiły tylko o karaniu nieposłuszeństwa wobec liter najmądrzejszych głów, które je stworzyły. Posadzona zostanie przed Wizengamotem, winna, niech się tłumaczy. Wszyscy bez win - wszyscy rzucą kamieniem. Siniaki, zadrapania - wiele tego mogło zostać. Jak tu i teraz, gdy rozbili się przy posągu i musieli niemalże dosłownie żreć gruz. Tyle było z romantyzmu, umarł na koniu. Potem zaczynałeś się więc zastanawiać - ale jak to? Wkradała się myśl w zasady, które zostały ustalone przed wiekami. W zasady, że człowiek nie był zero jedynkowe, a nasze prawa nie były bez wad. Że przecież to dobre serce kierowało człowiekiem, by chronić drugiego człowieka... tak? Nie. Właśnie nie. Nawet kiedy odkrywałeś, że świat nie był prosty to zaczynałeś rozumieć, że to emocje sprawiały, że człowiek stawał się egoistyczną kurwą. Za takową głównie miał się Sauriel, chociaż dla przyjaciół i bliskich potrafił się naprawdę starać, być uczynnym i szczególnie przed laty robił jak najwięcej tylko mógł, żeby stanowić dla nich wsparcie. Poświęcał się czasem za dużo, stanowczo za dużo. I takim sposobem nie widziałeś niczego, kiedy obdzierałeś z uczuć scenę i aktorów, co usprawiedliwiłoby to, jakiej zdrady Victoria Lestrange się dopuszczała. Sauriel się już nad tym zastanawiał. Widział to. I był tym przerażony.

Machnął ręką, jakby odganiał pszczołę, a w rzeczywistości to miało być machnięcie, że nic się nie stało i nie ma tu za co wybaczać. No przecież i tak mi się już nie przydadzą. Skrzywiony paskudnie, swoim zwyczajem, gramoląc się z zawrotami głowy w końcu usiadł. A kiedy usiadł to pochylił się trochę w przód i na chwilę tak został z dłonią przyłożoną do potylicy. Może i normalnie byłaby jakaś krew? Może w ogóle cokolwiek byłoby widać - te siniaki i zadrapania już wspomniane. Widział za to pył na Victorii i chyba mieli więcej szczęścia niż rozumu, że żaden z nich nie nabił się na ostry kant tej wielkie rzeźby. Lądowanie było o wiele bezpieczniejsze niż być powinno. Koty mają 9 żyć. Przynajmniej dwa już zmarnował.

- Będzie bardziej klimatyczny, jak następni pierdolnięci tu przyjdą. - I zechcą wjeżdżać do zamku jak rycerze na koniu. Ale zamiast marudzić swoim zwyczajem to nieco się pod nosem uśmiechnął. Opuścił w końcu ręce i podpierając się też wstał. Otrzepał trochę swoje ubranie i przekroczył nad kawałem rzeźby. Z tego, co widział, z tego, co zostało - naprawdę pięknej. - Jakim cudem nikt tego jeszcze nie ukradł... - Mruknął, wychodząc bardziej na środek tej hali, z której półokrągłe schody z obu stron prowadziły do galerii, a stamtąd były schody jeszcze wyżej - na drugie piętro. Całość robiła ogromne wrażenie, a ciężki kamień bardzo sprawnie odbijał echo, jeśli tylko zrobiło się głośniejszy krok. - Na prawo jazdy konne się zapisywał nie będę. - Czyli na nauki jazdy konnej. Jeszcze na Podziemnych Ścieżkach nie pomyślano o wdrożeniu konnych ścieżek. I całe szczęście. Wystarczająco tam śmierdziało. - Ay, Maleńka. Dzięki. - Zerknął sam na nią, ale chyba wszystko było w porządku...

- KTO ŚMIE ZAKŁÓCAĆ MÓJ SPOKÓJ. - Zabrzmiało między ścianami i Sauriel automatycznie pochylił głowę w przód i ugiął nogi w kolanach, jakby zaraz miał odskakiwać w tył.

- Co do kurwy... - Mruknął cicho, rozglądając się wokół. Stanął przy tym przy Victorii.

- INTRUZI. Jedni przychodzą oglądać, inni - niszczyć. Ci drudzy nie wychodzą stąd cało.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#13
08.05.2024, 18:23  ✶  

Zło było złem, a dobro było dobrem tylko w teorii, jednak to nie był świat kontrastów, a przenikania się kolorów, również tych wypłowiałych. Takie sprawy chyba nigdy nie były zero-jedynkowe, zwłaszcza tam, gdzie w grę wchodziły emocje i uczucia – również te negatywne, jak nienawiść, wściekłość, ból… w rozumieniu prawa, Victoria rzeczywiście je łamała. Ukrywała przestępcę, spędzała z nim czas – wiedziała to doskonałe i… to była jej decyzja. Była tak wychowana, że dla rodziny robi się wszystko, a był taki czas, że Sauriel miał być tą najbliższą, i oczywiście, że w tym wszystkim Victoria była wybiórcza i patrzyła też na siebie, egoistycznie nie chcąc wydać Rookwooda (jak miałaby po tym spojrzeć sobie w oczy? Wydać jego, jego rodzinę, a potem pogratulować sobie dobrej roboty? Nawet jeśli w literze prawa było to dobre, to co z wyrzutami sumienia? Co z żalem?), ale było w tym też coś jeszcze: nie był całkowicie zepsuty, wciąż miał w sobie to światełko i płomień, widziała to zwłaszcza, gdy siedziała z nim po tym, jak skończył z nim ojciec po tym nieszczęsnym areszcie… zresztą sam jej powiedział: przyjęcie mrocznego znaku nie było jego decyzją. Ilu jeszcze takich było? Ciągle widziała dla niego szansę. Wciąż miał też możliwość, by z tej ścieżki w pewnym sensie zawrócić, no i… ciągle mógł wrócić do życia – nie był wcale stracony dla świata i zmuszony żyć w ciemnościach, gdyby chciał, mógł jej po prostu powiedzieć… znalazłaby sposób, poruszyłaby niebo i ziemię: dla niego, bo uważała, że był tego wart. Nie szła ani drogą ciemności, ani drogą światła – zresztą obie strony miały brudne ręce. Szła pośrodku, ani tu, ani tam, po swojemu, a że i swoje dłonie przy tym ubrudzi… nie było na tym świecie niewinnych.

Rzeczy, które robiliśmy z miłości.

Była już przekonana, że nie ma rzeczy niemożliwych i że dotąd ludzie niewystarczająco się starali, nie zawracali sobie głowy okropnymi wampirami, potworami wysysającymi z żywych krew. Ale była pewna, że przy odpowiedniej ilości eksperymentów i determinacji, ta niemoc mogła zostać zlikwidowana. Myślała już nad tym, czysto teoretycznie: eliksir zmieniający krzepliwość krwi, gdy wampir ją wypije? Coś działającego pobudzająco, może z dodatkiem ludzkiej krwi i innych składników? Jakaś kombinacja zaklęć transmutacyjnych albo translokacyjnych rzucana jako komponent eliksiru? …może domieszka nekromancji, która była wszak elementem zapalnym w całym wampirzym życiu. Odpowiednie proporcje i próby, i… była pewna, że to możliwe. Już nic nie było dla niej niemożliwe. Nie po tym, jak przeżyła Limbo i powstała jako Zimna.

Nie otrzepała się, po prostu wyczyściła się za pomocą magii, nie mogąc znieść tego pyłu, który osiadł na jej ubraniu, a potem skierowała różdżkę na Sauriela, żeby i jego wyczyścić. Pedantka nawet w takich miejscach jak to, opuszczonych przez ludzi… ale chyba nie przez duchy?

– Nie mów tak. Co w nas niby pierdolniętego? – jak to co… mnóstwo rzeczy, które Victoria dostrzegała, ale nie chciała przyjąć do wiadomości, bo psuły jej odbiór świata i samej siebie. Łatwo było ulec złudzeniu, że nie przejmuje się takimi rzeczami, jak duma czy perfekcja – ale było to wrażenie złudne, nawet jeśli te cechy przyćmiewała gdzieś, gdy ściągała te swoje maski i mury przed niektórymi osobami. Sauriel… widział ją w różnych okolicznościach, przez pewien czas też ją odczuwał, przed nim już dawno nie próbowała się tak trzymać w ryzach jak przed obcymi, nie była taka wyprostowana i sztywna – nawet nie chciała być, bo wymagało to zbyt dużo energii i samokontroli. Rozmasowała jeszcze obolałe ramię i rozejrzała się dookoła. Jej zaklęcie nie zadziałało, to by naprawić rzeźbę, chyba jednak uderzyła się za mocno i nie doszła jeszcze do siebie, a wymagało to większego skupienia, więc westchnęła tylko. Naprawdę mieli więcej szczęścia niż rozumu i to oboje. Ale może tego właśnie potrzebowali? Tej beztroski? Odrobiny zabawy, a nie ciągłego smutku, napięcia i ciągnięcia za serce. Oddechu od agresji, która prowadziła ręce Sauriela, chociaż tej kobiety nigdy w ten sposób nie naruszył. – Może była za ciężka – strzeliła i wzruszyła ramionami, patrząc na kawałki rzeźby. Gdzie nie stanęli, tam leżały jakieś odłamki i chrzęściły pod stopami nieprzyjemnie – a przynajmniej jej, bo Sauriel, kiedy chciał, potrafił być cichutki jak kot. Rzeczywiście rzeźba musiała być piękna – jaka szkoda, że nie mieli okazji się jej przyjrzeć i zachwycić tym, co przedstawiała, ale patrząc na kruszec, przypominał marmur. A biel i złoto zachwycająco dobrze do siebie pasowały. Kobieta ruszyła za Saurielem tych kilka kroków, robiąc odrobinę hałasu i przystanęła za nim, lekko z boku, przyglądając się pięknej hali, tym imponującym schodom na piętro i wyżej. Ciemnowłosa aż uniosła głowę i wtedy poczuła lekki zawrót głowy, dlatego od razu wyprostowała szyję, choć z jej ust wydobyło się ciche stęknięcie i niemal od razu uniosła dłoń, by przyłożyć ją sobie do skroni. Uśmiechnęła się pod nosem, bo lubiła te ksywki, które Sauriel jej nadawał, niosły w sobie pewną czułą nutę. – Ja też nie. Lubię konie, ale nie aż tak – "prawo jazdy" na teleportację w zupełności jej wystarczało, a sądząc po tym jak dużo czasu i wody musiało upłynąć, by i panicz Rookwood się na to zdecydował – za szybko nie zmieniłby zdania co do koni.

Spięła się automatycznie, gdy ten obcy głos potoczył się po… cóż… po ścianach. Odbijał od nich jak to echo wcześniej na zewnątrz. Victoria machinalnie mocniej ścisnęła różdżkę i rozejrzała się, chociaż nic to nie dało, bo nikogo nie zauważyła. Ale przestraszyła się w pierwszej chwili, oddech znowu jej przyspieszył gwałtownie i stał się płytszy, i wręcz lekko podskoczyła w tym głupim odruchu na początku.

Oczywiście nie raczyła odpowiedzieć na pytanie: kto śmiał zakłócać spokój… zamku.

– To był tylko wypadek – spróbowała powiedzieć nieco głośniej, czując, że to idiotyczne, bo nie wiedziała nawet do czego, albo do kogo mówi. W odpowiedzi usłyszeli coś jakby prychnięcie.

– To była bezcenna rzeźba z piętnastego wieku! – zagrzmiały ściany. – Złodziejom ucina się ręce, żeby więcej nie kradli, a wandalom… co byłoby adekwatną karą? Oko za oko… – wychrypiał głos, co brzmiało bardzo złowieszczo, tym bardziej że ten zniżył się do szeptu, a jednak słychać go było doskonale. Victoria poruszyła się lekko i przybliżyła do Sauriela, który i do niej się przysunął.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#14
09.05.2024, 18:23  ✶  

Stojąc przed sobą wzajem mieli sobie mnóstwo rzeczy do powiedzenia. Mnóstwo rzeczy, o których Sauriel milczał. Nie każda z nich powinna zostać wyśpiewana - tak mówił. Nie każda z nich powinna mieć odbicie w rzeczywistości, w której nie było czerni-bieli, była szarość. Wieczna, pierdolona szarość. Albo niebieski. Całe jego życie było w końcu niebieskie, tak mogłoby się wydawać. On widział je bardziej w ołowiu, jak ta aura, która mówi o tragedii. Potem ołów przechodził jedna w czerń, w której już miejsca dla białych kwiatuszków brakowało. Możliwość zawrócenia z drogi była realna jeszcze parę morderstw temu. Parę tygodni temu, zanim Czarny Pan gratulował mu narzeczeństwa. Parę gróźb temu, nim sam zamoczył swoje nogi w górnie Podziemnych Ścieżek. Byli w pięknym pałacu, w którym pewnie każdy czułby się jak w bajce. Niejedna osoba chciałaby tutaj zamieszkać, ale teraz, w tych ciemnościach nocy, jawił się bardziej jako upiorny. Nawet on odczuwał respekt przed echem duchów historii, jakie żyły w tych ścianach i nigdy nie wynurzały się na światło dnia, nawet te księżycowe. Nie musiały się ujawniać. One tam były. Przez cały czas tam tkwiły - a on to czuł całym sobą. Nawet jeśli nie wyglądał na osobę, która kochałaby historię, to przecież pochłaniał ją namiętnie.

- Katarzyna Medycejska patronowała kiedyś chłopcu, który miał nieszczęście urodzić się z paskudną klątwą owłosienia. Przypominał przez to Bestię. Był zabawnym kuriozum dworu. Królowa stwierdziła, że zrobi eksperyment i sparowała go ze służką, żeby zobaczyć, co wyjdzie z ich dzieci. Kiedy królowa zginęła trafili do Włoch i byli rozdzielani i rozsyłani po dworach jak zwierzęta. - Podzielił się ciekawostką, kiedy tutaj tak się rozglądali.

Wzruszył ramionami z wilczym uśmieszkiem, paskudnym, kiedy powiedziała, a raczej zapytała, że co niby jest w nich pierdolniętego.

- Nie wiem, Skarbie, wszystko? Więcej niż nic. - Nie byli normalni. Tworzyli nienormalną parę, nienormalną znajomość, ona była aurorem, on Śmierciożercą, byli skazani na życie w przeciwnych światach i kiedyś - walkę ze sobą. Myślał o tej chwili. Zabierała mu chwile przemyślenia, które nie niosły ze sobą żadnych emocji, bo chociaż wydawało się to nieuniknione to nie miał takiej wyobraźni, żeby sprowadzić na siebie takie nieszczęście i się w nie wczuć. Był więc suchy fakt bez pokrycia. Na pewno odległy! Mógł sobie powtarzać, że macha na to ręką, zanim do tego dotrze na pewno coś się wymyśli. Albo i nie. Więc tak - widział ją w różnych wydaniach i każde z tych wydań lubił. Może poza tym, jak przeklinała, bo psuło mu to odbiór swojej babygirl i zakrawało na jakąś abstrakcję, która wywracała głowę i pozostawiała skrzywionym. Victoria była za ładna i za kochana na takie BRZYDKIE SŁOWA. Czasem go wkurwiała, ale hej - każdy go wkurwiał. Czasem chciał powiedzieć, żeby dała sobie spokój, ze wszystkim, żeby go nie męczyła, a potem chciał, żeby jednak męczyła i potrafił żałować, że miał tak nos na kwintę. Zapominał regularnie o drugiej stronie. O tym, jak ona się z tym czuła. Zaczął iść taką gładką ścieżką, gdzie jak najmniej rzeczy powinno dotykać, ale to się nie udawało. Nie do końca. Nawet jeśli czasami łapał naprawdę stabilny grunt.

- Rzeźba za rzeźbę? Zaskoczę cię - żadnej nie mamy ze sobą. - Jakie kurwa oko za oko, o co typowi chodziło? W pierwszej chwili Sauriel się spiął, ale teraz się wyprostował, skrzywił i zaplótł ręce na klatce piersiowej, rozglądając z tą kwaśna miną dookoła. - To pewnie jakiś prank... - Mruknął cicho do Victorii, żeby niekoniecznie całe to zamczysko porwało jego słowa dalej.

- Prank... - W jego głosie zabrzmiała kpina. Sauriel zrobił dziwną miną, uniósł jedną brew ku górze i skrzywił się z jeszcze większym niezadowoleniem. - TO byłby prank. - Zabrzmiało pstryknięcie palców, albo już Saurielowi się wydawało. W następnej chwili Sauriel grzmotnął o ziemię. Grawitacja stała się siłą, z którą nie mógł wygrać. - Albo to. - Kolejne pstryknięcie palców i Victoria poleciała na ścianę, przyszpilona do niej. - Jedno z was tutaj zostanie w zamian za moją rzeźbę.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#15
10.05.2024, 20:54  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.05.2024, 21:03 przez Victoria Lestrange.)  

Mieli sobie dużo do powiedzenia, choć to nie były rzeczy, które łatwo przechodziły przez gardło takim, jak oni, nienawykłym do obnażania serca czy uczuć. Victoria chciała mu powiedzieć tak wiele, chciała się otworzyć, ale nie chciała zarzucać go litanią słów, których wcale nie chciał słuchać – a bardzo dobitnie dał jej do zrozumienia, że słuchać nie chce. Cynthia mówiła jej, że powinna zawalczyć o tę relację, i coś w tym było, jednak nie chciała go do niczego zmuszać. A czego pragnął Sauriel? Normalności, tak mówił i o to pytał, lecz czym dla nich była normalność? Nie dbała o ten znak na jego przedramieniu, nie dbała o zbrodnie, których się dopuścił w jego imieniu. Możliwość zawrócenia była realna parę tygodni temu, zanim stało się coś innego? Sauriel ciągle przed Victorią nazywał samego siebie rynsztokiem, już przed tym – i to nie była prawda, zawsze była możliwość zawrócić, coś zmienić; tak długo jak widziało się chociaż odrobinę światła, wszystko było możliwe. Tak długo, jak dusza nie uległa całkowitej degradacji. Sauriel patrzył na świat fatalistycznie, widział apokaliptyczne wizje, nie chcąc dostrzec tego, że nie wszystko na tym świecie było takie czarne i że nawet jemu należało się odrobinę szczęścia przez to, co całe życie przeżywał. Victoria chciała mu to dać.

– Mugole naprawdę potrafią być obrzydliwi w swoich praktykach – och, źli Śmierciożercy mordujący mugoli. A sami co robili? Gwałty, parowanie na siłę z "potworami", eksperymenty na dzieciach, ciężarnych kobietach i tak dalej. – Zamiast mu pomóc, to traktowali jak zabawkę – albo jak zwierzę, jak to określił Sauriel. Victorii się to nie podobało, może przez to, że jednak czarodzieje uczyli się o magicznych bestiach, różnych magicznych chorobach i klątwach, a odmieńcy byli pewną częścią normalności. No a poza tym… czy właśnie nie udała się na „popularne miejsce schadzek” z wampirem, który przez pewien czas był jej narzeczonym? Ten wampiryzm naprawdę zupełnie jej nie przeszkadzał; patrzyła na niego jak na osobę, przez pryzmat jego słów i zachowania, a bycie wampirem nie było żadną cechą charakteru. Była w tym nutka tajemniczości i pociągająca nutka przyciągania, ale poza tym – był po prostu Saurielem, Czarnym Kotem o równie czarnym wejrzeniu mogącym cięż pożreć, bystrym mężczyzną, który wolał udawać kompletnego głupka.

Coś zatrzepotało jej w żołądku, kiedy tak do niej powiedział – podobało jej się to i jednocześnie ją wkurzało, że potrafił ją tak rozbroić jednym czułym słówkiem, którego pewnie nawet nie przemyślał, tylko tak rzucił przy okazji, może nawet z przyzwyczajenia. Ale chciała wierzyć, że nie – że powiedział tak, bo naprawdę uważał ją za skarb.

– Bo łazimy w nocy po nawiedzonym zamku? Bywałam w gorszych miejscach, Kociaku – odpowiedziała mu po chwili, gdy już zdecydowała się jak na to zareagować. Ale miał rację i w głębi serca to wiedziała: byli pojebani na pewien sposób. Każdy był. I tak, ona była aurorem, on Śmierciożercą… ale wiedziała, że aurorem nie będzie zawsze, że w końcu zrezygnuje. Może faktycznie zostanie sędzią, tak jak zawsze się z tego śmiała, może przeniesie się do Departamentu Tajemnic, a może zajmie się czymś zupełnie swoim. Pracowała dlatego, żeby mieć jakieś zajęcie, nie dlatego, że musiała. Nie wiązała całego swojego życia z aurorami, zwłaszcza nie w sytuacji, gdy Sauriel wkroczył do jej życia z hukiem i z jeszcze większym hałasem pokazał jej swoją rękę. To, że coś się wymyśli do czasu, aż się znudzi aurorowaniem, była całkowicie pewna – wystarczyło tylko chcieć, a o ile było jej wiadomo, Sauriel nie był żadnym podejrzanym i nikt na niego nie dybał. Cóż… to była kolejna z rzeczy, o której powinni porozmawiać. Rozłożyć się w ciszy i spokoju na trawie któregoś wieczoru, poleżeć, popatrzeć w gwiazdy i zwyczajnie porozmawiać. Nawet jeśli mieliby się chwilę na siebie pozłościć, bo przecież Sauriel i ją czasami denerwował, zwłaszcza tym, jaki był idiotycznie uparty (w przeciwieństwie do niej, bo przecież była logicznie uparta). Każdy każdego czasami wkurzał, to było całkowicie normalne.

– Możemy spróbować ją naprawić – dodała nieco ciszej, kątem oka zerkając w tył na rozpryski rzeźby. Nie dodała, że musiałaby najpierw dojść do siebie i że już tego próbowała wcześniej. Zresztą Sauriel zwrócił się do niej i już miała mu odszepnąć, że to brzmi jak jakiś poltergeist, ale głos ją uprzedził. Tez miała wrażenie, że to palce pstryknęły i w następnej chwili Sauriel już leżał na ziemi, a Victoria głośno i gwałtownie wciągnęła powietrze w płuca. Nienawidziła gdy ktoś tykał Sauriela, albo kogokolwiek z jej bliskich. Nie było na to jej zgody – i już sama się zmarszczyła… i zaraz sama poleciała, tyle, że na ścianę. Jeszcze gwałtowniej wypuściła z płuc powietrze po tym uderzeniu i od razu zaczęła się z tą niewidzialną siłą siłować – ale jak została do ściany przyszpilona, tak tam wisiała. I robiła się coraz bardziej wkurzona, zwłaszcza po kolejnych słowach.

– Żebyśmy jeszcze popsuli kilka rzeczy? Cóż za wspaniały pomysł – sarknęła i spróbowała machnąć chociaż minimalnie różdżką, która jakimś cudem nie wypadła jej z dłoni po tym uderzeniu i przyszpileniu do ściany, usiłując rozproszyć zaklęcie. Podziałało i opadła na ziemię tylko po to, by ich uszu dobiegł śmiech.

– Niegrzeczna dziewczynka – głos w moment przestał się śmiać i stał się poważny. – Chyba już wiemy, które z was zostanie – nastąpiło kolejne pstryknięcie i teraz również Victoria znowu leżała na podłodze, pokonana jakąś dziwną grawitacją, nie mogąc się podnieść. – Chyba możecie się pożegnać.


Rozpraszanie
Rzut PO 1d100 - 43
Sukces!
Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#16
11.05.2024, 15:12  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.05.2024, 15:45 przez Sauriel Rookwood.)  

Nawet ten zamek miał w sobie więcej tragedii niż baśni. Baśniowy - z tymi różami i... czym? Anielskie trąby? Tak te kwiaty nazwała? Już nie pamiętał, ale kojarzyło mu się z instrumentem i aniołami. Albo z nią. Może były białe, ale Victoria też dla niego była biała. Jak księżyc na granatowym niebie, jak zorza przecinająca świat, jak blask latarni, kiedy idziesz ciemną drogą i ćmie skrzydła oświetlone płomieniem świecy. To nie był oślepiający blask. To nawet nie było światło na krańcu tunelu, przed którym ostrzegali, bo nie idź w stronę światła. Sauriel szedł ciemną doliną i ciemności się nie zląkł. Za to lękał się, kiedy pojawiało się światło, że ono mogło zostać pochłonięte przez tę czerń. Ilekroć było między nimi tak "zwyczajnie", jak to nazywał, miał poczucie, że jest dobrze. Niczego nie trzeba zmieniać, do niczego zmuszać, nie ma problemów i kłopotów, nie walczymy o utrzymanie światła ani o to, żeby zmienić i przegnać cienie. Mógł sobie mówić, że w ciemności odnalazł komfort, ale nie wiedział w rzeczywistości, co to jest. Raczej ostoja normalności. Normalność. Magiczne słowo, które zdawało się panować nad jego życiem. Czymkolwiek by ona nie była, bo gdyby próbować na nim wymusić ustalenie tego to zaraz zacząłby się denerwować.

- To nie domena mugoli, to domena ludzi. - Mugole wcale tutaj nie byli więcej winni niż czarodzieje, którzy robili równie pojebane rzeczy - albo i bardziej pojebane. Wszystko, co było niezrozumiałe, potrafiło być fascynujące albo odstręczające. Teraz mieliśmy inne czasy - ludzie bardziej patrzyli na poprawności, na to żeby moralnie dobrze wyglądać. Prawo się zmieniało z biegiem lat, wszystko stawało się bardziej dla człowieka i do człowieka. Nawet powołali pierdoloną komisję wilkołaków i wampirów, które były ścigane i mordowane jako niebezpieczne wynaturzenia. Więc nie - nie demonizował zanadto mugoli, którzy wpadli w obsesję na punkcie jakiegoś kuriozum ludzkiego. Domeną czarodziei było na przykład claimowanie takiego zamczyska i pozwalanie, żeby przygodni go odwiedzali, a potem odzywanie się tak... no TAK. Cokolwiek to było. Kimkolwiek by ten ktoś nie był.

Był tak zdziwiony, że nawet nie miał czasu na wkurwienie się. Na tyle zdziwiony, że nawet nie zdążył porządnie napiąć mięśni i wypróbować się z tymi niewidzialnymi pętami, które go docisnęły do ziemi. Otrzepał się, potrząsnął głową, zbierając na kolana i skupił spojrzenie na wejściu na barierce oddzielającej górne piętro mające wgląd na halę na parterze. Była tam sylwetka ledwo oświetlona blaskiem światełka, które pulsowało niemalże radośnie, jakby świetnie się bawiło razem z właścicielem tego zamku. To też by go wkurwiło, gdyby tylko jego atencja była rozdzielona na kilka punktów.

- No... myślisz, że mogłabyś być tutaj szczęśliwa? - Zabrzmiał, jakby pytał na poważnie, kiedy obejrzał się na Victorię, gdy wybrzmiało to dumne oświadczenie o tym, że Victoria tutaj zostaje. I potem została dociśnięta do ziemi, a Sauriel cały się aż zjeżył i znów obrócił głowę w kierunku kryjącego się w cieniu mężczyzny.

Na galerii nastąpił wybuch. Implozja zadrgała podłożem, krótki płomień i dym uderzył w górę, ale nie zdążył nawet opaść, a ogień zawrzał, zaryczał i rozciągnął się na galerię falą, by zaraz zniknąć. Sauriel podniósł się z ziemi. Niewidzialna moc zniknęła. Smród dymu zaczął docierać do nozdrzy. Przez moment gościła cisza. Tylko moment.

- Radzę nie niszczyć niczego więcej w tym domu. - Ponury głos mężczyzny był ostatnim, co od niego usłyszeli. Sauriel syknął, obnażając kły. Dym opadł, ale chociaż światło zostało przesunięte - nikogo tam już nie było. A kiedy obrócił się w stronę Victorii to ta miała na sobie... żółtą sukienkę. Dokładnie taką jak tamta wisząc w oknie, tylko ta nie była zniszczona.

- Viki? - Zrobił ku niej krok, ale trochę niepewnie. Do głowy wpadł mu pomysł, że może została opętana..?


Rzut Z 1d100 - 76
Sukces!

Rzut Z 1d100 - 99
Sukces!


[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#17
11.05.2024, 21:22  ✶  

Na zewnątrz było bajkowo, ale w środku, po tym, co się tu działo – bajka prysła, rzeźba była już tylko ruiną, tak jak z początku myślała o całym tym zamku. Ten jednak okazał się być… nawet nie do końca opuszczony. Czym więc był? Siedliskiem duchów? Może faktycznie mieszkał tu jakiś „psychopatyczny morderca”, dla którego miała być przynętą, jak to sobie żartowali z Saurielem, nim wbili się do środka. Pięknego środka – kiedyś musiały być tutaj wystawiane naprawdę piękne bale. Światło… Była dla Sauriela światłem? Nie chciała go oślepiać, chciała tylko wskazywać dobrą drogę. Być tym światłem na końcu tunelu, za którym się nie tyle co idzie, a który pozwala dostrzec, że w tym tunelu były jeszcze drzwi, by z niego wyjść. Przy Saurielu wcale nie przygasała – nie znał jej wcześniej, ale przy nim ona dopiero rozwijała swoje skrzydła, wychodziła ze swojej poczwarki, promieniała. Dał jej na to siłę i ten jego strach chyba był na wyrost, był tą apokaliptyczną wizją, która przysłaniała mu rzeczywistość.

– Wiem – wiedziała. Powiedziała tak, bo nie przepadała za mugolami, nie tak, że z zasady i uprzedzeń, tylko przez swoje doświadczenia, bo jakieś tam miała. Wkurzało ją, że niektórzy czarodzieje traktowali mugoli jak takie bezbronne mróweczki, słodkie i kochane, kiedy w rzeczywistości Kodeks Tajności powstał chyba właśnie ze strachu przed nimi, ich zazdrością, siłą w liczebności…

Próbowała złapać oddech po tym, jak najpierw została rzucona na ścianę. Nie miała czasu się dobrze rozejrzeć, przyjrzeć balkonowi, ani temu gdzie jest ten wstrętny poltergeist, który tak okrutnie sobie tutaj z nich kpił za tą cholerną rzeźbę (którą naprawdę chciała naprawić). Siła w końcu puściła, gdy Sauriel się pozbierał i zwrócił do niej, z tym kuriozalnym pytaniem.

– Nie ma mowy – odparła sucho po czym kaszlnęła, kiedy pył i kurz dostały się do jej nosa i gardła, kiedy się odezwała. Miała tu zostać? Ani jej się śniło, nie zamierzała zamienić jednego więzienia w drugie, nie zamierzała mieszkać w jakimś pieprzonym opuszczonym i nawiedzonym zamku, a ogród na zewnątrz nie był nawet minimalną ku temu zachętą. Miała swoje życie, swoich znajomych, małego kota… był też Sauriel. Nie było siły, która miałaby ją tu zatrzymać… prawda? Sauriel naprawdę sądził, że byłaby tutaj szczęśliwa? Z dala od… od wszystkiego? …od niego też?

Stęknęła, dociśnięta do ziemi i wtedy… nastąpił wybuch. Walczyła z trzymającą ją siłą, różdżka tym razem już nie znajdowała się w jej dłoni, tylko odturlała kilkanaście centymetrów dalej, a na piętrze zawył ogień. Zdołała unieść tam spojrzenie z poziomu podłogi, by zobaczyć dym i… ruch. Jakby ktoś się stamtąd ewakuował. I potem znowu usłyszeli ten głos… i siła puściła.

Victoria odetchnęła głośniej, głębiej i zaszurała na podłodze rękoma i nogami, podnosząc się do pozycji na czworaka. Wtedy poczuła opór tu i ówdzie na swoim ciele, że ubranie układa się trochę inaczej, niż powinno i  z opuszczoną w dół głową zobaczyła, że już nie miała spodni, ani koszuli, że nie była ubrana w czerń, tylko w cytrynowożółtą suknię, obszytą jakimiś falbankami i koronką. Udało jej się usiąść na nogach i niepewnie dotknęła tego materiału – był miły w dotyku, jakby był bardzo drogi, ale… jej spodnie. Jej koszula. Nieodzywała się, kiedy Sauriel do niej mówił, złapała niepewnie rąbek sukienki w dwa palce i pociągnęła, przyglądając się, jak materiał się układa, a potem powoli uniosła głowę i spojrzała na Sauriela jak taki smutny psiaczek, którego pan właśnie chce go zostawić samego na cały dzień. A cały dzień w pieskim życiu był przecież jak cała wieczność.

– To jakieś… to… – wydusiła z siebie i wyglądała na bardzo nieszczęśliwą – bo była. Sukienka nie była zupełnie w jej stylu. – Nie chcę tu zostawać – nie chciała, by i Sauriel tu zostawał. Nie chciała, żeby w ogóle tutaj zostawali! – Co jeśli to się dzieje co jakiś czas? Może tamta sukienka należała do innej przetrzymanej tu siłą kobiety? – która powiesiła się w oknie, a sukienka tak została, a? – Pomóż – jęknęła, wyciągając do niego rękę, a drugą złapała za swoją różdżkę.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#18
11.05.2024, 22:34  ✶  

Nie wpadłby na to, że ktokolwiek mógłby być szczęśliwy musząc nagle zamieszkać z dala od bliskich, rodziny, swojej ulubionej szczoteczki do zębów i piekarni z najlepszymi eklerkami w mieście. W obcym zamku, bo niby dom twój, gdzie serce twe, ale w takich zimnych ścianach to nawet ciężko serce umiejscawiać. Gdzie je wepchniesz? Pod firankę licząc na to, że nie złapie przeziębienia i nie zacznie kichać? Nonsens. Każdy miał swoje ulubione chwile, nawet najbardziej spierdoleni i nieszczęśliwi ludzie, do których warto było wrócić. Ci, którzy nie mieli niczego do stracenia i mogli zostać w takim miejscu z biegu byli chyba najbardziej tragicznymi ludźmi, jakich można było poznać. Sauriel takich nie znał. Mimo zaznajamiania się z parszywymi osobistościami, z nieprzyjemnymi typami, mimo tego, że sam był wolnym atomem przenoszącym się między miastami i nie czującym przywiązania do jednego miejsca. Och, no może teraz to przywiązanie czuł, bo przecież była Głębina - miejsce jedyne w swoim rodzaju. To tyle jeśli chodzi o przywiązywanie się do miejsc. Do tego miejsca mogła go przywiązać tylko ta dziwna magia grawitacji, która teraz zniknęła.

Te wszystkie rzeczy wydarzyły się tak szybko i płynnie, jedna za drugą, że możliwość reakcji na nie uczuciowej była ograniczona do podniesienia ciśnienia. I to nie krwi, ale wyłącznie tego emocjonalnego. Sauriel teraz spoglądał na zmienioną (bo w sukience) Victorię, ale jednocześnie jego głowa latała do galerii, gdzie wszystko powinno być rozjebane, spalone ogniem, a opadający dym pokazywał drewno i kamień dokładnie takim, jakimi były. Obrazy, jakie tam wisiały - nic. Nawet jedno płótno nie nosiło śladu spalenizny. Dotrze to do niego za parę chwil, kiedy upewni się, że zagrożenia nie ma już obecnego w ich bezpośrednim otoczeniu.

- Nigdzie nie zostaniesz. - Nie powiedział tego ostro, to nie było warknięcie jak to miał w zwyczaju. Powiedział to zadziwiająco delikatnie. Obszedł kobietę paroma krokami, żeby stanąć za nią - żeby mieć na widoku zarówno schody, galerię, gdzie stał ten poltergeist czy cokolwiek to było i jednocześnie żeby widzieć ją. Żeby móc się schylić, wyciągnąć do niej ręce i pomóc jej wstać. - Co ty gadasz... - Gadała z sensem, ale wolał wypierać taki sens, taką opcję, z głowy. Cokolwiek to było, albo ktokolwiek to był, pewnie sobie robił tylko głupie żarty... prawda? Bo może i Śmierci się Sauriel nie bał, ale wizji uwięzienia w miejscu takim jak to - jak najbardziej. - Wstawaj, wychodzimy stąd. - Skupił na niej spojrzenie, ale wyglądało na to, że nic jej nie jest. Może poza paroma siniakami i otarciami, ale z tym sobie poradzi zimny okład, kiedy już wrócą do domu albo jakaś maść - a tych ona zawsze miała pełno. Krew Lestrange robiła swoje, eliksiry były jedną z mocnych stron Victorii. - Wyjebane na tego typa, wypierdalamy stąd... - Wymruczał, ciągle napięty, jeżąc się i strosząc, gdy spoglądał nieufnie po tym cichym teraz zamczysku.

Nie puszczał Victorii. Podtrzymywał ciągle jej rękę nie mając ochoty widzieć kolejny raz, jak nagle odpływa na jakąś ścianę, jak znowu coś (KTOŚ) nią rzuca, coś jej robi, coś się dzieje. To on tutaj był trudny do zabicia, a ona... ona była zbyt delikatna. Skierował się do wielkich drzwi - bo gdzie miałby iść? Czemu miałby się bardziej fatygować? Naturalnie zatrzymał się przed nimi, pchnął jedno skrzydło ręką - otworzyło się, wcale nie protestowało. Pokazał Victorii gestem, żeby szła przodem, a on sam obrócił się ostatni raz do wnętrza zamczyska. Jak sądził przynajmniej - ostatni raz. Bo zaraz miało się okazać, że to nie było takie proste.

- No wychodź. - Pośpieszył ją bardziej nerwowo, kiedy Victoria tak stała jak kołek w przejściu.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#19
12.05.2024, 14:46  ✶  

Tak się właśnie mówiło – że dom twój, gdzie serce twoje, ale serce Victorii nie mogłoby tutaj zamieszkać, bo znajdowało się gdzieś zupełnie indziej. A miałaby pokochać swojego porywacza? Jakiegoś starego dziada, który lubuje się w mieszkaniu na zadupiu, nie dba o swoje kwiaty i udaje, że właściciela nie ma w domu? Niedoczekanie. Lubiła mieć poukładane w swoim życiu, swoje miejsce, do którego wracała, zajęcia, jakimi się zajmowała (a w wolnych chwilach ciągle kombinowała nad różnymi rzeczami w swojej domowej pracowni wypełnionej kociołkami), ludzi, z którymi się spotykała. To nie tak, że w jej życiu nie było miejsca na spontaniczność – bo czasami lubiła dać się zaskoczyć, nawet jeśli wolała, by wszystko miało swoje miejsce.

Sama powinna teraz spoglądać dookoła, obserwować otoczenie, być gotowa na kolejne uderzenie obcej siły, która któreś z nich zmiotnie na ścianę albo na podłogę. Powinna uważać na odpowiedź na atak Sauriela, na rzucenie jakąś kula ognia albo czymś równie paskudnym… ale zamiast tego patrzyła na swoje dłonie, na swój tułów, a w głowie przepływaly jej najgorsze scenariusze. Może mężczyzna nie robił nic więcej, by nie uszkodzić innych rzeczy w zamku? Aż tak się jego stanem przejmował? A może nie chciał uszkodzić swojej zdobyczy w żółtej sukience i w swej wspaniałomyślności dawał im czas na pożegnanie, skoro wycofał się i jego głos przestał dudnić w eterze. A może był pewien że Victoria i tak nie zdoła uciec więc uznał że po co zawracać sobie głowę… Lestrange w końcu przestała się z niedowierzaniem wpatrywać w swój dziwaczny strój i wlepiła spojrzenie w Sauriela. Był zdenerwowany, widziała to po nim, ale nie w ten agresywny sposób, w którym gotów był kąsać i rzucać ludźmi na meble. Zaniepokojenie po prostu się z niego wylewało. Do Victorii póki co też nie dotarło, że ogień Sauriela powinien spowodować coś więcej niż zasłonę dymną, dzięki której tamten czarownik się ulotnił z pola widzenia.

Złapała wyciągniętą do niej dłoń Sauriela bardzo chętnie, tęskniła za jego dotykiem i bliskością, ale nie o to teraz chodziło; podniosła się z podłogi dzięki jego pomocy i z nieco zmarszczonymi z zatroskania brwiami spojrzała po sobie, widząc teraz długość sukienki w pełnej krasie – bo sięgała do samej ziemi. Cholera, nawet butów nie miała już swoich, tylko jakieś srebrne szpilki, które zobaczyła teraz, uniósłszy kawałek materiału sukni wolna dłonią, w której ściskała swoją różdżkę.

Kiwnęła głową na pełną zgodę – powinni się stąd wynieść, walić już nawet tę rzeźbę, nie będzie próbowała drugi raz jej naprawić, po prostu trzeba było się stąd ewakuować. To w sumie dobrze, że Sauriel nie zabrał swojej dłoni, bo Victoria mocniej zacisnęła swoje palce na jego i skupiła się, wybierając cel – Pokątną w Londynie i…

Ale nic się nie stało. Jej czoło wygładziło się, a usta lekko otworzyły. Nie teleportowali się, magia ani drgnęła.

– Stąd się nie da teleportować – wydusiła z siebie i spojrzała na Sauriela. Nie brała tego wcześniej pod uwagę; przyszli tu na nogach, bo żadne z nich dokładnie nie wiedziało gdzie to jest, a poza tym Sauriel dopiero się uczył teleportacji. Mogłaby ona ich teleportować, tak jak teraz próbowała, skoro sytuacja tego wymagała a Sauriel już się tak nie bał samej czynności (wcześniej nigdy tego nie robiła właśnie ze względu na niego i jego strach przed rozszczepieniem). Głośno odetchnęła, a Sauriel w taki wypadku poprowadził ich do wyjścia, którym tutaj w ogóle wpadli… umiała chodzić na szpilkach oczywiście, ale tutaj, kiedy trzeba było uważać na te wszystkie odłamki rzeźby, nie chodziło się wcale łatwo. Czarnowłosy otworzył bramę bez problemu i zrobił krok do przodu i wtedy Victoria poczuła opór i zbladła całkowicie.

– N-nie… nie mogę! – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Nie ze złości, a z wysiłku, gdy całym ciałem napierała, by zrobić krok do przodu. Ale jej noga ani drgnęła. – Nie mogę się ruszyć – warknęła i odetchnęła raz jeszcze, próbując zrobić krok do tyłu, co akurat się udało, po czym spróbowała jeszcze raz. Krok do przodu i… ściana. Nic nie mogła zrobić. – Nosz kurwa mać – wiedziała, że Sauriel nie lubi, gdy przeklinała – i robiła to bardzo rzadko, tym bardziej w jego obecności. Ale w takich sytuacjach jak ta…

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#20
12.05.2024, 17:24  ✶  

Niewiedza była wrogiem. Niepewność wbijała gwoździe do trumny. Ładna to była trumna - z drogiego kamienia, pełna złoconych świeczników, z czerwonymi dywanami i obrazami w ramach z hebanu. Ślicznaaa. Dodaj do tego odpowiedni ubiór - Victoria była teraz już zwarta i gotowa, żeby się do trumny położyć. Nic dziwnego, że tutejszy gospodarz nie chciał jej uszkodzić. Ona jak ona - kilka siniaków da się ukryć, tak powiedziałby każdy mężczyzna bez jakiegokolwiek poczucia honoru. Kiecka jednak! Ooo, na nią należało uważać! Magią nie naprawisz jej na stałe, a jeśli pojawi się ubytek materiału... Tak i niewiedza zabijała. Niepewność dobijała. Sauriel nie poddawał się tej drugiej pani, ale brak wiedzy wyjątkowo negatywnie wpływał na jego ocenę sytuacji. Na to, czy bezpiecznie było gdziekolwiek kierować swoje oczy, gdzie nie było epicentrum zagrożenia. Docenienie tego, jak dziwnie wyglądała Lestrange w tej żółtej kreacji, która tak mocno odchodziła od jej typowego stylu, musiało więc poczekać na swoją kolej. Umiejscowione miało zostać tam, gdzie ulegało się przekonaniu, że chociaż na chwilę mógł powiedzieć o poczuciu bezpieczeństwa.

Bezpieczeństwo w miejscu, gdzie jakiś poltergeist miota tobą o ściany i nie pozwala ci się teleportować - nie, o tym jednak nie mogli sobie opowiedzieć.

- Co kurwa. - To nawet nie było pytanie, to było stwierdzenie. Powiedziała coś niespodziewanego, ale dla niego niedowierzanie i brak chęci akceptacji tego stwierdzenia zniżał go do błahości stwierdzenia, że dzisiaj nie wypiją popołudniowej herbaty, bo już jest północ. Ten sam poziom abstrakcji, a jednocześnie nie ta sama przyziemność problematyki. Zmarszczył brwi i wydał z siebie dźwięk przypominający ciężkie odetchnięcie. Kiedy już Victoria nawet nie mogła przejść to ją odsunął na bok i sam przeszedł. I to bez żadnego problemu. Nie było żadnej ściany, nic. Za to ona rzeczywiście wyglądała tak, jakby zatrzymywała się na jakimś obiekcie. Zrobił krok w tył i ogarnął spojrzeniem drzwi, ale nie widział żadnych runów, pułapek, a próba skupienia się na rozproszeniu zaklęcia, które mogłoby blokować drzwi dało mu poczucie, że równie dobrze mógł próbować odczarować powietrze z tlenu.

Sytuacja na tyle pochłaniała jego skupienie, że nawet nie zamarudził i nie zwrócił uwagi na jej przeklinanie.

- Co za upierdliwy poltergeist... - Istota, z którą czarodziej nic nie mógł zrobić oprócz błagania go, żeby się w końcu odpierdolił. Tylko niektórzy byli w stanie zaklinać duchy, rozmawiać z nimi, a jeszcze mniejsza część ich społeczeństwa - egzorcyzmować je. Sauriel się na tym za bardzo nie znał. Znał się na tyle, żeby wiedzieć, że mieli przejebane.

Wrócił oczywiście do środka i potarł dłonie o siebie, przesuwał palcami po swoich bladych palcach, nerwowym krokiem przemierzał to miejsce. Rozpalił te świece, które ziały czernią, żeby całe to miejsce rozjaśnił ciepły, pomarańczowy blask. Ktokolwiek stał wtedy na tej galerii rzeczywiście - zniknął. Zamek zdawał się całkowicie pusty i bez życia, ale dopiero teraz widać było, że to miejsce nie mogło być opuszczone. To nie była ruina, nie była to zapuszczona staroć, jaką wydawała się z zewnątrz.

- Już raz byliśmy w takiej sytuacji. Wydostaliśmy się wtedy, wydostaniemy się i teraz. - Obwieścił fakt dla niego niezaprzeczalny. A jak wiadomo - kiedy Rookwood sobie coś obmyślił to niech się pali i wali, bo odwiedzenie go od tego pomysłu było sztuką równą oszukania Śmierci. Odwrócił się przodem do Victorii... i dopiero wtedy się zatrzymał. Bo była w sukience. Śliczna. Zjawiskowa. Bo ujęła go urokiem skąpana w blasku księżyca płynącego z tych otworzonych drzwi, które kpiły sobie teraz z jej niedoszłych prób wydostania się. Sauriel przechylił głowę na moment, zaciekawiony.

Wyciągnął aparat i zrobił jej zdjęcie.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Sauriel Rookwood (12220), Victoria Lestrange (15975)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa