Czy przeznaczenie było zapisane w gwiazdach tak mocno, że nie dało się go zmienić, czy jednak dostawaliśmy możliwość wpłynięcia na nie, a gwiazdy pokazywały jedynie wynik kroczenia obecnie obraną drogą, lecz ten zmieniał się, jeśli i my z niej zboczyliśmy? Victoria miała z tym problem: bo nie chciała wierzyć, że to, co przepowiada jasnowidz, musi się spełnić co do joty. To zabierało tę wolność, której tak pragnęła. Wolała nie wiedzieć, nie znać przyszłości, bo dawało to iluzję tego, że miała cokolwiek do powiedzenia, nawet jeśli tak wcale nie było. Teraźniejszość zaś… Była zagmatwana, a oni zaplątani byli w tej nici jak w pajęczynie. Czerwona nić, czerwona jak krew, jak szminka, którą Victoria często pociągała usta, jak ogień, który tak kochała – a który kochał też i ją. W tym życiu potrzeba było miejsca i czasu, by się zatrzymać, usiąść i napić tej herbaty w towarzystwie kogoś, z kim ten czas chciało się spędzać, kto swoją obecnością podnosił na duchu i sprawiał, że to serce chciało dalej bić, a jeśli już nie biło – to że nadal chciało się… żyć. Podobno nie było rzeczy niemożliwych. Podobno można było stworzyć kamień filozofów. Podobno można było zwrócić komuś zabrane życie. Czy pogładzenie kota po futrze nie było okazem sympatii, miłości? Niezależnie od tego, co pokażą karty kociego tarota.
Słuchała go uważnie, odpowiadała mu zresztą też o swoich doświadczeniach związanych z nauką teleportacji, czego się obawiała, a co wcale nie było takie straszne, nawet jeśli przenoszenie się z miejsca na miejsce nie było najprzyjemniejszym uczuciem na świecie. Oczywiście zauważyła to zawahanie, krótką pauzę – głuchy by chyba tylko nie zauważył, a odpowiedź jaką dostała, zdawkowa, ale jednocześnie wyjaśniająca sprawę była jakże wymowna. Kiwnęła głową i nie pytała; nie pytała – bo rozumiała to aż za dobrze. Odkąd jej powiedział… pokazał, to wielokrotnie zastanawiała się jak on sobie radzi, na czym musi polegać, by uciec z miejsca, skoro nie potrafił się teleportować. Modliła się do wszystkich bogów, bóstw, do Matki, Pani Księżyca, żeby nikt go nie złapał, żeby wszystko było dobrze, by nic mu się nie stało, by przychodząc do pracy nie dowiedziała się o złapaniu niepokornego wampira. Nie grzebała w tym, nie szukała na niego nic na własną rękę, nie chcąc wzbudzić absolutnie niczyich podejrzeń ani uwagi, która mogłaby czyjeś niepowołane oczy skierować w nie tę stronę co trzeba, ale nie było też tak, że nie chciała wiedzieć. Chciała. Chciała wiedzieć o nim rzeczy, chciała go nie tylko znać, chciała go rozumieć, znać w ten zupełnie niepowierzchowny sposób. Zerkała na niego zresztą całkiem otwarcie gdy rozmawiali, również wtedy, gdy się tak zawahał, zamyślił. Czy w jej spojrzeniu były jakieś oceniające nuty? Nie powinno ich być.
Sauriel się szczerzył zadowolony z zabawy, a Victoria mogła myśleć tylko o tym, że zaraz zaliczą kraksę, że się połamią. Jej ostatnią myślą, gdy już zamknęła oczy, było to, czy jeśli Sauriel przypadkowo wybił sobie kły, to czy by mu odrosły… i już byli na zimnej, kamiennej posadzce, a kawałki kamienia poleciały we wszystkie strony – również na nich. Ale nie było to teraz istotne; istotne było to, że leżeli, że żyli… Chyba żyli. Ona żyła i wtulała się w Sauriela dość instynktownie, szukając bezpieczeństwa, niezależnie od tego, czy jakiś kawał rzeźby uderzył ją w nogę, plecy czy rękę. Bo w głowę nie dostała, a przynajmniej jej się nie wydawało, chociaż kręciło jej się trochę w głowie nawet w tej ciemności. Rzeczywiście jej serce biło jak szalone, oddech był płytki, szybki. Jej dłoń na moment zacisnęła się na ramieniu Sauriela; nie słyszała jego oddechu, nie czuła bicia serca… ale to nie było nic nadzwyczajnego. Zaraz zresztą uniosła odrobinę głowę i jej dłoń powędrowała do jego twarzy, gdy sobie to uświadomiła – że nie wiedziała jak sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku i wtedy zastękał.
– Och… Wybacz – mruknęła i spojrzała w dół, starając się zabrać swoją nogę, żeby już nic Saurielowi nie zgniatać. Nie protestowała też, gdy sam ją trochę przesunął i po nieco dłuższej chwili sama podparła się o posadzkę, usiłując się unieść. Ręką zaczęła rozmasowywać sobie głowę. Przymknęła na moment oczy i wtedy brama z trzaskiem się zatrzasnęła, a gdy Victoria rozwarła powieki – to nie widziała absolutnie nic. Stęknęła cicho i spróbowała się podnieść.
– Że… eee – zaczęła mało inteligentnie i zaczęła na oślep machać dłońmi, szukając swojej różdżki. – Ach cholera – zmrużyła oczy, kiedy Sauriel wyczarował światełko i wręcz osłoniła się przed nim dłonią. Nie zdążyła się jeszcze przyzwyczaić do ciemności, ale upadek z konia zrobił swoje, zaraz jednak wypatrzyła swoją różdżkę – ta na szczęście odturlała się na bok i nie wyglądało, żeby coś jej było. Victoria podniosła się z ociężeniem, z początku klęknęła na podłodze, dopiero potem podparła się i uniosła, chcąc podejść po swoją różdżkę i dopiero teraz zauważyła ogrom zniszczeń jakich dokonali. – Chyba zamkowi się nie spodobało nasze wejście smoka – stwierdziła na koniec i trzymając się za głowę spróbowała zamachać różdżką, by posklejać rzeźbę do kupy, tak jak to robiła wielokrotnie podczas pracy w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym. – Wszystko w porządku?
Kształtowanie?
Akcja nieudana
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)