Dwa najgorsze uczucia, które człowiek mógł odczuwać: niepewność i bezsilność. Odbierały wszelką motywację, człowiek miotał się, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, albo ze złości i rozpaczy, bo nic zrobić nie mógł. Chcesz coś zdziałać, poradzić, a nie możesz, zwyczajnie się nie da i tylko patrzysz, jak wszystko się wali, twoje skrzydła opadają, skrzydła bliskich też, tak bardzo chcesz coś zmienić, zdziałać… Nie możesz. Albo nie wiesz jak. Jak z tym poltergeistem – bo Victoria również była przekonana, że to złośliwy duch. Tyle, że to wykraczało już poza typowe dla nich żarty, chyba, że był nadzwyczajnie potężny… I śmiał się zbyt mało. Był małostkowy, przykładał wagę do rzeczy, które poltergeista wcale by do końca nie przejęły… czyż nie?
– Próbowałam nas teleportować – wyjaśniła, bo może nie zrozumiał, że to właśnie próbowała zrobić, gdy mocniej złapała jego dłoń? Ale nic się nie stało, nie zadziałało, nie było tego nieprzyjemnego uczucia wciągania i wywracania bebechów na drugą stronę, otoczenie też nie zmieniło się nawet o jotę. Wniosek był więc prosty – nie dało się tutaj teleportować, tak jak na większości obszaru Ministerstwa Magii czy w Hogwarcie. Na jej niemoc, Sauriel również nie zareagował agresją – był jak na siebie zadziwiająco spokojny, ale to dobrze, ktoś musiał być, bo Victoria czuła, że jeszcze chwila i sama zacznie panikować. A poza tym więcej zdziałają, kiedy będą mieć w miarę… w miarę świeżą głowę, nie przyćmioną złością, która mocno przysłaniała osąd sytuacji. I tak na ten moment spokój Sauriela jej imponował, chociaż czuła, że sama ma teraz wyjątkowo krótki lont; ale czarnooki obejrzał drzwi, ewidentnie czegoś wypatrywał, ale chyba niczego nie znalazł.
– Chcieliśmy nawiedzony zamek, to mamy – jakże bardzo się mylili… Zamek nie był ani trochę nawiedzony, ale ich głowy dopowiadały sobie odpowiednią wersję wydarzeń i oto byli. Sauriel na szczęście nie zostawił jej samej i wrócił zaraz do środka, a Victoria spróbowała jeszcze raz, ale tym razem nie całym ciałem a samą nogą. To nie do końca tak, że czuła fizyczny opór jakby natrafiała na niewidzialną ścianę. To było bardziej jakby jakaś niewidzialna siła zatrzymywała jej kończyny w ruchu – i tak zawiesiła się, stojąc na jednej nodze, z drugą w powietrzu, gdy Sauriel jednym ruchem dłoni zapalił świeczki, by mogli lepiej widzieć, co się dzieje. – Tak, wiem… Tylko… – wtedy też kobieta westchnęła i cofnęła nogę, stawiając ją na ziemi i uniosła głowę, patrząc się na wejście do budynku od strony, w której się teraz znajdowali. Tutaj też nie było żadnych znaków, niczego. A nawet jeśli, to nikt jej nawet nie dotknął, nic się przecież nie stało… Co się zmieniło? Co ich różniło? Była zamyślona i nie zauważyła momentu, w którym Sauriel sięgnął po apartat, choć stał do niej przodem, zorientowała się dopiero, gdy kliknęło, a klisza wysunęła się, wypluwając zdjęcie zamyślonej Victorii w sukience, której sama pewnie nigdy by nie założyła. Dopiero wtedy opuściła spojrzenie i spojrzała z zaciekawieniem na Rookwooda, przez moment po prostu mrugając oczami. – Za to jesteś mi winien wspólne zdjęcie – to nie była prawda, że faktycznie był jej coś winien… Ale chciała, by takie mieli, razem, wspólne… On i ona, i…
Wtedy ją olśniło, bo raz jeszcze spojrzała po sobie – tym się różnili. To o to chodziło? O sukienkę? Uniosła więc różdżkę, chcąc rozproszyć zaklęcie, odmienić sukienkę, by przywrócić własne ubrania, bo sądziła, że to właśnie się stało – transmutacja i…
Absolutnie nic się nie stało.
Mogła tylko zamrugać ze zdziwienia oczami.
– Zaklęcia nie działają? – wypaliła bez sensu, unosząc spojrzenie na Sauriela. Ale nie, to nie mogło być to… przed chwilą za pomocą magii przecież zapalił świece. Wcześniej rzucił zaklęcie na balkon. A i ona… ona też rzuciła zaklęcie i… Wcale nie była teraz taka pewna, czy ono faktycznie zadziałało, czy może po prostu siła przestała ją wtedy trzymać…? Rzeźby też nie udało jej się poskładać… To było w nią wycelowane od początku? Czy to tylko przypadek? Chyba przypadek, przecież zakończyła magię wyczarowanego przez nich konia i roztrzaskali się na rzeźbie… Wtedy zaklęcia z pewnością działały. Ale sukienka…
Aż zacisnęła szczęki ze złości i zamaszyście trzepnęła najpierw jedną nogą, a potem drugą, pozbywając się tych cholernych szpilek (niemalże tak, jak pamiętnego dnia rzucała za złodziejaszkiem swoimi butami), po czym złapała swoją różdżkę w zęby i sięgnęła dłońmi za siebie, na swoje plecy, próbując wymacać jakiś… jakiś zamek, guziki, czy cokolwiek, co powinna mieć sukienka, chcąc ja najzwyczajniej w świecie… ściągnąć.
Tak. Dokładnie tak. Przy Saurielu, tak po prostu, patrząc wprost na niego. Czuła, że zaschło jej w gardle, za to serce waliło jej jak oszalałe.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)