• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Szkocja [07.08.1972, Szkocja, wieczór] Bo kto mógłby pokochać bestię?

[07.08.1972, Szkocja, wieczór] Bo kto mógłby pokochać bestię?
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#21
12.05.2024, 20:20  ✶  

Dwa najgorsze uczucia, które człowiek mógł odczuwać: niepewność i bezsilność. Odbierały wszelką motywację, człowiek miotał się, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, albo ze złości i rozpaczy, bo nic zrobić nie mógł. Chcesz coś zdziałać, poradzić, a nie możesz, zwyczajnie się nie da i tylko patrzysz, jak wszystko się wali, twoje skrzydła opadają, skrzydła bliskich też, tak bardzo chcesz coś zmienić, zdziałać… Nie możesz. Albo nie wiesz jak. Jak z tym poltergeistem – bo Victoria również była przekonana, że to złośliwy duch. Tyle, że to wykraczało już poza typowe dla nich żarty, chyba, że był nadzwyczajnie potężny… I śmiał się zbyt mało. Był małostkowy, przykładał wagę do rzeczy, które poltergeista wcale by do końca nie przejęły… czyż nie?

– Próbowałam nas teleportować – wyjaśniła, bo może nie zrozumiał, że to właśnie próbowała zrobić, gdy mocniej złapała jego dłoń? Ale nic się nie stało, nie zadziałało, nie było tego nieprzyjemnego uczucia wciągania i wywracania bebechów na drugą stronę, otoczenie też nie zmieniło się nawet o jotę. Wniosek był więc prosty – nie dało się tutaj teleportować, tak jak na większości obszaru Ministerstwa Magii czy w Hogwarcie. Na jej niemoc, Sauriel również nie zareagował agresją – był jak na siebie zadziwiająco spokojny, ale to dobrze, ktoś musiał być, bo Victoria czuła, że jeszcze chwila i sama zacznie panikować. A poza tym więcej zdziałają, kiedy będą mieć w miarę… w miarę świeżą głowę, nie przyćmioną złością, która mocno przysłaniała osąd sytuacji. I tak na ten moment spokój Sauriela jej imponował, chociaż czuła, że sama ma teraz wyjątkowo krótki lont; ale czarnooki obejrzał drzwi, ewidentnie czegoś wypatrywał, ale chyba niczego nie znalazł.

– Chcieliśmy nawiedzony zamek, to mamy – jakże bardzo się mylili… Zamek nie był ani trochę nawiedzony, ale ich głowy dopowiadały sobie odpowiednią wersję wydarzeń i oto byli. Sauriel na szczęście nie zostawił jej samej i wrócił zaraz do środka, a Victoria spróbowała jeszcze raz, ale tym razem nie całym ciałem a samą nogą. To nie do końca tak, że czuła fizyczny opór jakby natrafiała na niewidzialną ścianę. To było bardziej jakby jakaś niewidzialna siła zatrzymywała jej kończyny w ruchu – i tak zawiesiła się, stojąc na jednej nodze, z drugą w powietrzu, gdy Sauriel jednym ruchem dłoni zapalił świeczki, by mogli lepiej widzieć, co się dzieje. – Tak, wiem… Tylko… – wtedy też kobieta westchnęła i cofnęła nogę, stawiając ją na ziemi i uniosła głowę, patrząc się na wejście do budynku od strony, w której się teraz znajdowali. Tutaj też nie było żadnych znaków, niczego. A nawet jeśli, to nikt jej nawet nie dotknął, nic się przecież nie stało… Co się zmieniło? Co ich różniło? Była zamyślona i nie zauważyła momentu, w którym Sauriel sięgnął po apartat, choć stał do niej przodem, zorientowała się dopiero, gdy kliknęło, a klisza wysunęła się, wypluwając zdjęcie zamyślonej Victorii w sukience, której sama pewnie nigdy by nie założyła. Dopiero wtedy opuściła spojrzenie i spojrzała z zaciekawieniem na Rookwooda, przez moment po prostu mrugając oczami. – Za to jesteś mi winien wspólne zdjęcie – to nie była prawda, że faktycznie był jej coś winien… Ale chciała, by takie mieli, razem, wspólne… On i ona, i…

Wtedy ją olśniło, bo raz jeszcze spojrzała po sobie – tym się różnili. To o to chodziło? O sukienkę? Uniosła więc różdżkę, chcąc rozproszyć zaklęcie, odmienić sukienkę, by przywrócić własne ubrania, bo sądziła, że to właśnie się stało – transmutacja i…

Absolutnie nic się nie stało.

Mogła tylko zamrugać ze zdziwienia oczami.

– Zaklęcia nie działają? – wypaliła bez sensu, unosząc spojrzenie na Sauriela. Ale nie, to nie mogło być to… przed chwilą za pomocą magii przecież zapalił świece. Wcześniej rzucił zaklęcie na balkon. A i ona… ona też rzuciła zaklęcie i… Wcale nie była teraz taka pewna, czy ono faktycznie zadziałało, czy może po prostu siła przestała ją wtedy trzymać…? Rzeźby też nie udało jej się poskładać… To było w nią wycelowane od początku? Czy to tylko przypadek? Chyba przypadek, przecież zakończyła magię wyczarowanego przez nich konia i roztrzaskali się na rzeźbie… Wtedy zaklęcia z pewnością działały. Ale sukienka…

Aż zacisnęła szczęki ze złości i zamaszyście trzepnęła najpierw jedną nogą, a potem drugą, pozbywając się tych cholernych szpilek (niemalże tak, jak pamiętnego dnia rzucała za złodziejaszkiem swoimi butami), po czym złapała swoją różdżkę w zęby i sięgnęła dłońmi za siebie, na swoje plecy, próbując wymacać jakiś… jakiś zamek, guziki, czy cokolwiek, co powinna mieć sukienka, chcąc ja najzwyczajniej w świecie… ściągnąć.

Tak. Dokładnie tak. Przy Saurielu, tak po prostu, patrząc wprost na niego. Czuła, że zaschło jej w gardle, za to serce waliło jej jak oszalałe.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#22
13.05.2024, 16:12  ✶  

Opcje wyjścia uszczuplały się - aktualnie przynajmniej o dwie. Ona nie mogła się teleportować i też nie mogła wyjść głównymi drzwiami. Czy zaklęcie zostało rzucone na drzwi, czy może jednak na nią? A może zaklęcie było rzucone na całe zamczysko i teraz to było przepychanie się z niewidzialną siłą, z którą walka skazana była na porażkę od startu? To na razie tylko dwie skreślone pozycje. Jeszcze można sprawdzić okna. Tak, okna. Albo spróbować sobie zrobić wyjście samodzielnie, w ścianie, tylko niekoniecznie tutaj. Chyba nikt nie był aż tak pojebany (poza Czarnym Dzbanem, ale to inna liga), żeby rzucać jakieś popierdolone zaklęcie na cały zamek? Wydawał się naprawdę duży z zewnątrz! Chyba że to nie było żadne zaklęcie. Może to była jakaś klątwa? Właśnie. Sukienka? Może sukienka była przeklęta? Myślenie niekoniecznie było czymś, co Sauriel robić lubił i może jeszcze sobie o tym przypomni, ale jak na razie ta powalająca czynność, jaką to myślenie było, pochłaniało go całego. Na tyle, żeby nawet zapominać się denerwować na te wszystkie małe elementy, na które składało się to felerne wydarzenie.

- Zajebiście. - Napięcie było już słyszalne w jego głosie i potencjalnie zwiastujące zbliżające sobie przypomnienie o tym, że irytować się powinien. Imponujące, co? Dla niego imponujące było to, że Lestrange w każdej sytuacji potrafiła zimną krew zachować, a myślenie przychodziło jej zupełnie naturalnie. Że nie była leniwa, a życie też jej nie rozleniwiało. Że walczyła, chociaż ta bezsilność za często ją stopowała. To była kobieta, która naprawdę zasługiwała na coś od życia. Tym nie mniej ze wszystkich rzeczy, o jakie można było walczyć teraz to on zawalczył akurat o fotkę. Wzruszył nieco ramionami, łapiąc fotografię, którą zaczął machać w powietrzu. Musiała w końcu wystygnąć, żeby obraz na pewno się dobrze zapisał, nie rozmazał... w sumie nie wiedział, co dokładnie mogłoby się z tym zdjęciem stać, ale chyba nic dobrego. Był słowny, a kiedy ktoś chciał czegoś w zamian to dotrzymywał obietnic, bo tak należało funkcjonować. Nawet draby z Nokturna musiały mieć jakieś zasady, inaczej ich pokraczne społeczeństwo rozsypałoby się w pył pod naporem "tych dobrych" i wszystkich stróżów prawa próbujących się dobrać do ich tyłków.

- Działa. - Nic się nie psuło pod względem zaklęć. Czy to pytanie miało jakieś drugie dno? Było podchwytliwe? Robiło się takie, kiedy zastanawiałeś się nad tym, że odpowiedź wcale nie jest oczywista. - Przynajmniej moje zaklęcia działają. Tylko chuja robią. - Otworzył ramiona, chcąc pokazać galerię przed nimi. Był pewien, że nie znajdą tam nawet małej ryski, kiedy wejdą po schodach, ale też nie miał ochoty tego sprawdzać aktualnie. - Chodź... - Chciał powiedzieć, że "chodź, przejdziemy się i zobaczymy, czy znajdziemy inne wyjście", ale się zatrzymał, bo zobaczył, jak Victoria walczy z sukienką, jakby naprawdę ją coś nawiedziło czy opętało. - Co ty robisz? - Głos miał zdystansowany, a minę nietęgą - skrzywił się, patrząc, jak kobieta próbuje wygrzebać się z tej sukienki, stojąc teraz boso na zimnej posadzce. Co to był za bunt? Granie na przekór, prawie jak swoim rodzicom, tylko że przy nakazach jej matki nie było siłowego wydostawania się z sukienek, jakie Isabella jej powybierała. - Przestań się kurwa z tym gównem szarpać i chodź. W domu się z tego wydostaniesz. - To dopiero ten poltergeist (czy ktokolwiek to był, albo cokolwiek to było) miałby ubaw i odpowiednie widoki.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#23
13.05.2024, 21:23  ✶  

Tak naprawdę, gdyby Sauriel był chujem, za jakiego się uważał, to by ją tu zostawił. Mógł w każdej chwili stąd po prostu wyjść, skoro nic nie broniło mu wyjścia przez wielkie drzwi, powiedzieć „ciao, bambino” i pójść w siną dal. W ten sposób pozbyłby się problemu, nie musiałby się już więcej martwić tym, że czuła do niego więcej niż tylko przyjaźń, miałby swoje spokojne życie bez ciągnięć z zewnątrz, święty spokój, błogą ciszę, zero podszeptów, by jednak nie zanurzał się w tej czerni i ciemności. Ale nie. Sauriel uparcie tkwił obok niej i ani myślał ją tu zostawić samej na łasce… domniemanego poltergeista. Była mu bardzo wdzięczna… albo raczej dopiero będzie mu bardzo wdzięczna, bo póki co jeszcze do niej nie dotarł tak oczywisty fakt; jej głowa skupiła się na tym, by przeanalizować problem – i obrazu przelatywały przez jej głowę, która próbowała dopasować najlepsze rozwiązanie, tylko jakoś… nic sensownego do niej nie przychodziło. I to ją martwiło. I sprawiało, że zaczynała robić te dziwne, pozornie losowe rzeczy, jak rzut butami. To była panika, strach, że ktoś ją spęta, zamknie w złotej klatce, że podetnie skrzydła, które z takim mozołem i trudem próbowała rozłożyć… a tak bardzo bała się przecież latać. Sauriel był jedynym, co ją trzymało tutaj w ryzach, tak, że nie zaczęła się miotać. Jego spokój, jego obecność, to, że nie była sama…

Mógł ją tu zostawić, prawda? Przeszło jej przez myśl, że co, gdyby jednak się ewakuował bez niej? Blady strach. Nie zrobiłby tego, prawda? Ufała mu – jemu, Śmierciożercy, który na pewno odebrał już kiedyś czyjeś życie. Ale i jej się to zdarzyło, nie była nieskazitelna, lecz czarna magia nie przeżarła jej duszy. Ale Sauriel… Jego dłoniom zawsze mogła ufać. Był przy niej, kiedy go potrzebowała, pozwalał się na sobie oprzeć, pomagał jej iść. Nieraz chciała, by został przy niej dłużej, bardzo tego potrzebowała i raz nawet został – kilka dni czuwał nad jej spokojem. Jak miałaby mu nie ufać? Nawet jeśli zabolało ją to, co zrobił, to jak ją odrzucił, odsunął od siebie, jak poczuła się niechciana, niepotrzebna, nieatrakcyjna (a przecież mężczyźni na ulicy nieraz się za nią oglądali), gorsza, niepewna… nawet w obliczu tego mu ufała.

– To może ja się za mocno uderzyłam w głowę – stwierdziła nieco nadąsana. Bo może w tym był problem z jej zaklęciami? Nie sukienka tylko walnięcie się w ten głupi łeb, z którego ewidentnie nie wywiało dzięki temu absurdalnych pomysłów (aczkolwiek dla kogoś może były genialne). – Ściągam to gówno, nie widzisz? – odburknęła, bo chyba było jasne jak słońce, co właśnie robiła. Próbowała się wydostać spod materiału, ale i z tym miała trochę problemu, chociaż już prawie udało jej się wyciągnąć jedną rękę, kiedy Sauriel jej w tym przeszkodził (słownie) i się zatrzymała, patrząc na niego uważnie. – Nie umiem jej odczarować do moich ubrań. A co jeśli to ona? Przyszło mi do głowy, że może blokuje moje ruchy – nieco zrezygnowana opuściła ręce i głośno wypuściła powietrze przez nos. – Chodź gdzie? Na górę? – wskazała głową na galerię i te piękne schody. – Chcesz nadal zwiedzać zamek? – zapytała ze zwątpieniem w głowie, ale zaraz pomyślała, że może ten poltergeist się znudził… Westchnęła jeszcze raz i obrażona na buty jednak założyła je na swoje stópki. – Przyszło mi jeszcze do głowy… A co jakbyś… Czekaj, schyl się – chyba już dostawała paranoi, ale wolała powiedzieć to Saurielowi prosto na ucho: – Weź mnie na ręce i spróbuj wyjść.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#24
15.05.2024, 16:35  ✶  

Wstrząśnienie mózgu było bardzo prawdopodobnym mankamentem nie pozwalającym prawidłowo korzystać z magii. Sauriel jednak tego nie wiedział. Pozostało więc sceptyczne spojrzenie i niezadowolenie, że tutaj utknęli. To znaczy - ona utknęła, a on nie zamierzał jej tutaj zostawić samej sobie. Jakby był chujem to... Był chujem. Lubił kilka osób, ale większość ludzi by tutaj zostawił bez mrugnięcia okiem, ale Victoria do tych osób się nie zaliczała. Nie był po prostu aż takim egoistom i nie był tchórzem, żeby osoby bliskie zostawiać na pastę losu i na pastwę nie-wiadomo-czego. Poza tym teleportowanie się z Victorią było zdecydowanie szybsze niż wędrówka po lesie, tak? Nie żeby tutaj szli inaczej. Możliwe było jeszcze oddelegowanie się gdziekolwiek i sprowadzenie pomocy. Tylko kogo by ściągał? Atreusa? Nie znał chyba żadnego przeganiacza duchów, czy cokolwiek by się tutaj nie działo. Nawet uwierzyłby, że to kolejne dziwaczne zjawisko jak tamten domek, w którym się obudzili pośród ruin zamiast w wygodnych łóżeczkach.

- Jakbym nie widział to bym nie komentował. - Czy ta sukienka mogła być przeklęta i trzymać ją w miejscu? Mogła być. Nadal takie rozbieranie się przy jakimś obcym fagasie... i miał tutaj na myśli tego durnia, który ich tutaj uwięził wydawało się bardziej niż nieprawdopodobne. Czy to już była jakaś forma desperacji, która w nią uderzała? A dopiero były pierwsze minuty odkrycia, że są tutaj uwięzieni (to znaczy ona jest) i nie mogą się wydostać (znaczy: ona nie może). Chyba dlatego, że sam mógł wyjść to aż tak go nie ruszało. Znaczyło to w końcu, że wyjście jest możliwe, tylko coś dziwnego zadziało się z Victorią. Albo z tym miejscem i miejsce powiązało Victorię. Tak, brzmiało to jak jakaś paskudna klątwa. - Sukienka nie pozwalająca wyjść za drzwi, no kurwa. - W sytuacji, gdzie niewiele się rozumie, wiele rzeczy mogło być prawdopodobne. Obejrzał się przez ramię raz, drugi. To, czy ktoś tu był czy też kogoś nie było... właściwie to czy on był jakimś stróżem godności Victorii? - No dawaj. - Warto spróbować, co nie? - Nie wiem, gdzie, wszędzie. - Skoro nie można wyjść tędy to chyba którędyś się da. Wszędzie, gdziekolwiek, dokądkolwiek. Więc jeśli się zdecydowała rozebrać to czekał, aż spróbuje przejść, a potem ubierze się z powrotem. A jak nie zdecydowała się ubrać z powrotem no to... przecież to jej wybór. Pewnie sam by robił takie protesty, gdyby ktoś wcisnął go w sukienkę dla jakiegoś głupiego żartu. Więc niby rozumiał... - Nie, chcę znaleźć wyjście, skoro to nie działa. - Pokazał rękoma rozchylone wrota, które sobie z nich igrały - światło księżyca, niby wszystko pięknie, niby powiew powietrza i zapach lasu. Niby. Spojrzał na zdjęcie w ręku, żeby się upewnić, że wyschło i schował je do kieszeni razem z aparatem. Ładne zdjęcie, całkiem niezła pamiątka.

Z jednej strony był zirytowany i sfrustrowany, z drugiej nie było co się napinać i denerwować. Prawie że mógł wywracać oczami, że to kolejna dziwaczna przygoda. Z tej przynajmniej nie będzie musiał się nikomu tłumaczyć, a w końcu stanie się to powodem do prychania przy whiskey. Nie na co dzień aurorka kończyła w żółtej sukieneczce i zaczynała się rozbierać, bo MOŻE JEST PRZEKLĘTA. Już teraz jak tak o tym pomyślał to prychnął, szczególnie patrząc teraz na Victorię z zepsutą fryzurą i tym niespokojnym błyskiem w oku. Myślała teraz o tym, że mogłaby tutaj utknąć na zawsze? Niepokoiło ją to, wątpiła? Chyba tak. Chyba był tutaj jej oparcie. Odetchnął i pochylił się w jej kierunku, kiedy go o to poprosiła. Tak, w końcu ich gospodarz mógł podsłuchiwać. Być może miał oczy i uszy wszędzie, a przechytrzenie go graniczyło z cudem. Nie istniały istoty nie do pokonania i czarodzieje, których nie dało się ograć.

- Ooo tak i co jeszcze? Noszenie jak księżniczka? Przymierzanie pantofelka? Obietnice, że nigdy więcej cię nie opuszczę? - Prychnął z rozbawieniem, ale cicho. Mówił tak samo cicho jak ona. W końcu spojrzał w jej oczy i... w sumie, czemu nie? Może ona nie mogła wyjść samodzielnie, a co jak ktoś ją wyniesie? Pochylił się mocniej i złapał ją za nogi, przerzucając ją sobie przez ramię JAK DAMĘ PRZYSTAŁO! Zadowolony wielce z siebie klepnął ją w pośladki. - Ihaaaa~! - Uśmiechnął się od ucha do ucha zadowolony z samego siebie. Pchnął mocniej drzwi, żeby je szerzej otworzyć i... wyszedł. Tak po prostu z nią wyszedł na zewnątrz. Chyba był bardziej zdziwiony niż czarodziej, który zagrzmiał we wnętrzu zamku za ich plecami.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#25
15.05.2024, 21:25  ✶  

Mógł więc tym chujem być do woli, tak długo jak nie był chujem dla niej – inni pod tym względem mało ją obchodzili, chyba, że był to ktoś dla niej bliski czy ważny. Cała reszta? A co świat dla niej zrobił, że powinna się odwdzięczyć? Jak na razie to inni mieli wobec niej zaciągnięty kredyt, nie na odwrót – a to i tak ona za to płaciła swoim… życiem, nie inaczej. Nie, nie była światu niczego winna, więc Sauriel mógł być sobie dupkiem i chujem dla całego ogółu – i dla niego ludzie nie zrobili niczego wielce dobrego. Świat go zawiódł i opuścił dawno temu, tak jak bliscy… rodzina, która powinna go wspierać.

– Zawsze jesteś taki wygadany? – pyskowała, a jakże, nie zawsze była tą spokojną, cichą Victorią, zwłaszcza gdy była poddenerwowana i czuła, że nie musi się pilnować. A przy Saurielu czuła się… swobodnie i jednocześnie czuła się też spięta, ale w tej chwili wygrywało to pierwsze. Po trosze się po prostu z nim droczyła, do czego nie miała już od dawna okazji, gdy pomiędzy nimi wszystko było takie… napięte i trzeba było chodzić na paluszkach, żeby coś nie popsuło się jeszcze bardziej – a przecież żadne z nich tego nie chciało. Jednak przygarnięcie Luny pomogło im obojgu, nawet jeśli nie przyznaliby tego na głos; mały kociak okazał się być lekarstwem na wiele ran na psychice. – A masz lepszy pomysł? – aż pociągnęła ze złością materiał tej sukienki i wypuściła głośniej powietrze przez nos. Czuła narastającą bezsilność, bo nie miała innych pomysłów i najwyraźniej jej magia nie działała i… I było nie tak. Chciała by ten dzień… noc w zasadzie – by wyglądała inaczej. Beztrosko. Tym bardziej, że ją tu zaprosił i byli tylko we dwoje i było tak miło… tak normalnie, choć tę normalność tak naprawdę dopiero mieli do odkrycia. Bo czym ta normalność dla nich była? Dniami ze sobą spędzanymi „pod przymusem” miłosnego rytuału? Wtedy było normalnie… tak jak teraz – i w tym momencie nie byli pod wpływem żadnej pradawnej magii. Co więc to oznaczało? Że tamta więź nie miała takiego znaczenia?

Victoria porzuciła pomysł z rozbieraniem się, gdy Sauriel jej w tym przeszkodził – uznała, że jeśli już wszystko inne zawiedzie, to wtedy… Bo miał rację. Po co to robiła? Zachowywała się, jakby straciła rozum i w desperacji… A gdzie był wstyd? Poltergeist albo facet, który tu mieszkał to jedno, nigdzie go nie było widać, to i łatwo było zapomnieć, ale prócz tego był tutaj przecież Sauriel, a ona była gotowa ot tak ściągnąć przed nim tę cholerną sukienkę i gdyby nie to, że miała z nią problem, to już dawno by ją przecież ściągnęła. Ale teraz ze złością i urazą (do sukienki, nie Sauriela) wygładziła materiał na biodrze.

– Co cię tak bawi? – nie uszło jej uwadze prychnięcie i uśmieszek na twarzy Sauriela. Zastanawiała się też, czy cokolwiek ją tu uwięziło czekało aż się faktycznie pożegnają, czy już się znudził i po prostu dał im spokój… ale fakt, że ciągle miała na sobie ta suknię sugerował, że po prostu czekał.

– Jeśli masz takie fantazje to kim jestem, by ci ich zakazywać? – nie mogła tego zostawić bez komentarza… i to takiego w swoim stylu – powiedzianego półżartem, pół serio, bo śmiertelnie poważnie, a jednak w tonie żartu odpowiadając na jego słowa i przy tym… myśląc dokładnie tak, jak powiedziała. Victoria, pomimo tego, jak lubiła mieć poukładane życie, była dość otwarta na… propozycje. Ta rozmowa o „próbowaniu”, która chyba im obojgu tak zapadła w pamięć, była ku temu dowodem. Więc… jeśli Sauriel chciał się spełniać w roli księcia z pantofelkiem, noszącego księżniczkę i składającego obietnice – ależ proszę bardzo. Chociaż wiedziała, że to akurat nieprawda, że Sauriel nie ma takich aspiracji, ale rzeczywistość a fantazja – to dwie różne sprawy. Tym niemniej nie spodziewała się, że Sauriel schyli się, by złapać ją za nogi i przerzuci sobie ją przez ramię jak worek ziemniaków – aż pisnęła, zaskoczona, a potem wręcz wbiła paznokcie w jego bark i plecy, gdy wczepiła się w niego jak prawdziwa kicia, bojąc się, że zaraz spadnie. I jakby tego było mało, to oberwała prosto w pośladki – nie mocno, ale to też ją zaskoczyło, co wydobyło z jej gardła drugi pisk i aż zamachała nogami, co zapewne rozbawiło Sauriela jeszcze bardziej.

Przyszło jej teraz do głowy, że już kiedyś proponował jej, że ją przeniesie – na tym pamiętnym spacerze, który cofnął ich do punktu wyjścia. Zaś teraz było tak, jakby to wymazali i po prostu cieszyli się życiem i swoim towarzystwem, nawet pomimo idiotyzmu sytuacji i strachu, który wdarł się w serce Victorii ze względu na możliwość uwięzienia w zamku.

Do góry nogami, spod ramienia Sauriela oglądała, jak zbliżają się do bramy… i ją przekraczają, tak po prostu. Aż podniosła głowę, patrząc z powątpiewaniem na drewniane drzwi, które zaraz zaczęły się oddalać. Więc to jednak była ona? Została przeklęta? Czy to faktycznie ta sukienka…? Nie wierzgała i nie próbowała się wyrwać z uścisku Sauriela nawet wtedy, gdy już definitywnie byli za bramą, bo w miejscu, gdzie się to wszystko zaczęło – i gdzie wyczarowała konia i przysięgłaby, że w którymś oknie właśnie minął jakiś cień i słychać było głos…

– Iiii… To już? Tak po prostu? Żadnych… nie wiem… Wybuchów? Pościgów? – wypaliła zza pleców Sauriela opierając się na nim dziwacznie i patrząc w tę cholerną bramę. – Tak po prostu mnie wyniosłeś, a ja nie byłam w stanie nawet nogi postawić? – marudziła dalej, ale czuła ulgę, choć jeszcze nie był to kamień z serca, bo ciągle byli na terenie zamczyska. I do nosa znowu zaczęły jej docierać zapachy tych pięknych kwiatów, które wcześniej oglądała.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#26
16.05.2024, 16:29  ✶  

Miało być miło i beztrosko. Mieli się nie kłócić i nie szarpać za włosy, jak non stop im się to zdarzało od dłuższego czasu. Mieli sobie nie nagadywać za mocno, nie w ten pozbawiony całkowitego żartu sposób. Tutaj było już dość nerwowo. Nerwy wyciągały z ludzi bestie, zaczynała kierować ciałem w pokraczny sposób i prowadzić do podejmowania decyzji, których normalnie by się nie podjęło. Jeśli presja uderzała za mocno to w ogóle znikała kontrola. Okazywało się, że własne ciało przestaje ci być posłuszne. Jednak to napięcie nie przekładało się bezpośrednio na wkurwienie na siebie wzajem. Przynajmniej na razie. Musiał przyznać, że niekiedy zastanowienie się nad tym, co czuje druga strona ułatwiało komunikacje. Kiedy sobie przypominał, że jednak warto to brać pod uwagę to inaczej przechylała się kula ziemska, on zyskiwał nową perspektywę. Potrafił nawet wykazać się wyrozumiałością. Wszystkie te rzeczy, które kiedyś robił niemal nałogowo, a dzisiaj były tylko cieniem dawnego "ja".

Lepszego pomysłu nie było, więc było też przyzwolenie. Spróbujemy wszystkiego, a Victoria nadrabiała kreatywnością za ich dwójkę. Musiała. Sauriel czuł muzykę i miał do niej smykałkę, ale tam się zamykała jego zdolność kreacji. Ostatnio odnalazł się też w robieniu głupich zdjęć aparatem, ale tym daleko było do jakiejkolwiek finezji artyzmu. Nie miały być artystyczne, miały bawić. Zdjęcie Victorii wyszło dobrze z czystego przypadku z rąk tego młodocianego fotografa. Sauriel już nawet gotów był ściągnąć swoją koszulę z siebie, żeby ją okryć i żeby nie paradowała tutaj całkowicie nago, jeśli rzeczywiście będzie się rozbierać. Nic nie wymyślą, a z zasłon chyba na miejscu nie zrobią jej habitu. Na pewno ładnie by wyglądała w jakiejś kreacji na wzór starożytnego Egiptu, ale brakowało im tutaj przynajmniej jednej osoby mającej takie zdolności manualne, żeby wyglądało to właśnie tak - a nie jak ręcznik, który sobie owijasz wokół talii, żeby dotrzeć do sypialni. Ale widział, że dłonie Victorii przestały walczyć uparcie z materiałem. Trochę go to uspokoiło, bo w zasadzie to mogli to zrobić gdzieś tam na szarym końcu, jeśli już naprawdę nie będą mieli wyboru. Ograniczeniem tutaj był czas. Nie dla Victorii - dla niego. W końcu musiałby ją zostawić, albo zaszyć się w kącie zamku licząc na to, że jego właściciel nie postanowi sobie robić z nich jaja. Było to na tyle ryzykowne, że nawet nie chciał próbować. Nie chciał też jej zostawiać. Noc płynęła, a problem przez drobny moment utknął w miejscu.

- Właściciel miałby super frajdę widząc cię bez sukienki. - Jedna z wielu zabawnych myśli, która porwała go tego wieczoru. - To nie moje fantazje. - Uśmiechnął się z sarkazmem.

Zaiste - rozbawiło go to jeszcze bardziej i teraz dopiero był z siebie zadowolony.

Zadowolenie i żart skończyły się, kiedy to okazało się... nie być żartem. Coś tak absurdalnego, co się TAK PO PROSTU udało sprawiło, że Sauriel obrócił się bokiem do bramy, tak żeby i on i Victoria mogli ją widzieć. No byli za nią. Szok aż postawił trzy kropki nad jego głową, a te zaraz miały zacząć się kręcić w próbie ładowania bazy danych.

- Eee... ay? - Odpowiedział z powątpieniem, ale jej nie postawił. Obrócił się i w zasadzie biegiem ruszył wzdłuż tej alejki, bo nie chciał czekać, aż ten poltergeist, czarodziej, czy cokolwiek to było pojawił się z powrotem i zaraz zaczął ich gonić, łapać, czy... cokolwiek miałoby się tutaj dziać wolał być od tego z daleka. Z daleka od czegoś, czemu się nie robiło krzywdy magią. Może fizycznie się dało, ale do tego jeszcze trzeba by było się do takiego jegomościa zbliżyć. Samo to wydawało się stanowić problem. Postawił ją dopiero przy grządce tych kwiatów, które jej się podobały. - Bierz te swoje trąbki i spadamy.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#27
16.05.2024, 21:32  ✶  

Czuła to napięcie, ale rzeczywiście nie było ono skierowane na Sauriela, nie była na niego zła i wcale nie miała przemożnej ochoty się z nim kłócić – bo nawet nie było o co. Była zdenerwowana sytuacją, tym, że nie może robić tego, czego chce, że ktoś próbuje ją tutaj uwięzić wbrew jej woli. Jaka w tym była wina Sauriela? Że ją tutaj zaprowadził? To żadna wina, nie mogli wiedzieć, że zamek jednak nie jest tak opuszczony, jak wszyscy mówili – i nie miała do Rookwooda żadnego żalu. Nawet nie pomyślała o tym, by się na nim wyżywać. Owszem, była poirytowana i to musiało się z niej wylewać, ale nie było wycelowane w czarnowłosego, absolutnie nie. Nie odczuwała też w żadnym momencie, by Sauriel był zły na nią – raczej również na samą sytuację. Mogła brzmieć jakby szukała zaczepki, ale tak nie było – jedynie się z nim… droczyła. W swoim stylu, ale nie miała nic złego na myśli. Nie na Sauriela w każdym razie.

Zawsze miała głowę pełną pomysłów, przebiegały przez nią tysiące myśli – już mu to chyba nieraz udowodniła, w jaki sposób działa jej mózg, jak patrzy na świat, nad czym się zastanawiała i do czego to doprowadzało. Tak jak cały czas zastanawiała się, jak pomóc mu w tym wampirzym życiu; na zastanawianiu się nie kończyło. Spędzała długie godziny z notatnikiem w ręce, zapisując pomysły i kombinacje składników na eliksiry, ślęczała też nad kociołkiem, ciągle coś ważyła – i miała kilka pomysłów, lecz nie wiedziała, czy uda się jej cokolwiek osiągnąć. Tak czy siak będzie to trzeba przetestować, choć na pewno nie w tej chwili. W każdym razie miała pomysły, tak jak teraz, choć obecnie w sytuacji związanej z uwięzieniem w zamku miała ich niezbyt wiele, bo i nie miała zbyt dużo czasu na myślenie. A do tego wszystkiego targały nią różne uczucia, też te negatywne, jak strach, bo co, jeśli naprawdę tutaj utknie pozbawiona swojej magii…? Czy Sauriel by ją tu opuścił? A może zostałby z nią, w zamku było na pewno mnóstwo miejsc, gdzie mógłby się skryć przed słońcem, głodny też by nie został – zawsze była ona.

– O, na pewno… – wymruczała niezadowolona pod nosem. Nie chciała, żeby ją jakiś obcy dziad (tak sobie wyobrażała, że jeśli to nie poltergeist, to jakiś zgrzybiały, stary gość) oglądał ani nago, ani w samej bieliźnie. Sauriel… Sauriel to była zupełnie inna rozmowa, jego wzrok by wytrzymała, zresztą to była zupełnie inna sytuacja, nawet jeśli nigdy jej tak nie oglądał. Ale obcy gość – nie. Aż się wzdrygnęła. – Nie? A zabrzmiało jakby były – on się uśmiechnął, a Victoria… wykrzywiła się do niego, by ostatecznie puścić do niego oko, nim obróciła się do niego bokiem. Rzadko miała okazję się z kimś tak podroczyć i bardzo jej tego brakowało. Zawsze poważna Victoria… Uśmiechnęła się tutaj i teraz, nawet w obliczu tej patowej sytuacji.


Cała ta scena to brzmiało jak jeden wielki bardzo nieśmieszny żart. Niemalże tak bardzo jak pewien mugolski suchar: jak brzmi dzwonek do drzwi Jamesa Bonda? Dong, Ding Dong. Robiło się śmieszne dopiero za którymś razem – tak samo jak zapewne będzie z przygodą, która ich spotkała w tym zamku. Teraz śmiesznie nie było, ale za jakiś czas…?

Musiała się złapać Sauriela mocniej, gdy się obrócił, a potem znowu raz i zaczął biec; znowu wbiła w niego paznokcie, na pewno czuł to przez koszulę, chociaż nie robiła tego celowo i po to, by sprawić mu jakiś ból, zresztą gdy zerwał się do biegu, to z jej ust wyrwał się teraz już okrzyk, a nie pisk. Nie była to najwygodniejsza pozycja, ale Sauriel robił to wszystko celowo i ku własnej uciesze, i gdyby to był ktokolwiek inny, to pewnie straciłby zęby po klepnięciu ją w tyłek. Ale to był Sauriel. Może o tym nie wiedział, ale w stosunku do Victorii mógł sobie pozwolić na znacznie więcej niż większość mężczyzn.

Odstawiona na ziemię, musiała się go złapać, bo aż zakręciło jej się w głowie, od tego wiszenia głową w dół, a teraz gdzie był pion, gdzie poziom? Stęknęła nawet pod nosem, gdy jej palce zacisnęły się na jego nadgarstku, a ona lekko się zakołysała, a ostatecznie przymknęła oczy.

– Czekaj, kręci mi się w głowie – głośniej wypuściła powietrze przez usta, a dłonią dzierżącą uparcie różdżkę potarła swoją skroń. W końcu jednak ostrożnie puściła czarnookiego i zbliżyła się do kwiatów i schyliła się, szukając odpowiedniego miejsca, by pobrać dla siebie szczepek i spróbować je w domu rozmnożyć. – Wiesz, że te kwiaty należą do psiankowatych? Jak te, które mi przyniosłeś – odezwała się w trakcie. – Też są śmiertelnie trujące. Ale zobacz, jakie są piękne i jak pachną – kontynuowała, ciągle grzebiąc przy łodygach i ziemi. W końcu miała, co chciała i się podniosła, kiedy jej wzrok padł na te rosnące obok róże i zapatrzyła się na nie przez moment. – Sauriel? Spróbujesz mnie odczarować? Nie chcę na razie używać magii, chyba naprawdę za mocno się uderzyłam – i dlatego wolała trochę odczekać… ale na pewno nie tu. Bo co jeśli zaraz zostaną pogonieni za niszczenie ogrodu, albo inny absurdalny powód? Mogli się przejść kawałek, posiedzieć gdzieś w trawie, póki nie poczuje się lepiej i wtedy mogłaby ich teleportować. Tylko problemem były te cholerne szpilki; tęskniła już za swoimi butami, odpowiednimi do tej wycieczki. I ta sukienka… już widziała jak się będzie zaczepiać o te wszystkie chaszcze, jakie mijali po drodze. Tylko co, jeśli to nie były jej ubrania zamienione w inne, a podmienione w jakiś dziwny sposób? Myśl, ze ten stary piernik miałby mieć u siebie JEJ ubrania, była odstręczająca.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#28
17.05.2024, 19:48  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.05.2024, 19:49 przez Sauriel Rookwood.)  

Nie, Sauriel nie był zły na Victorię. Był zły na samego siebie. Był z siebie niezadowolony, bardzo niezadowolony. Chciał coś zmienić, pstryknąć palcami i wbić tego pedała (mówił, że tu jakiś pedał mieszka!) w ścianę, rozszarpać go na strzępy. Jednocześnie te emocje nie grały pierwszych skrzypiec. Nic go nie rwało, żeby jak skończony debil skoczyć w przód, żeby czerwona płachta przysłoniła mu oczy i rozsądek. Nie. Rozsądek miał ze sobą i trzymał blisko, przy sobie, prawie jak nie on. Przez ten miesiąc dużo się działo, choć potencjalnie działo się wielkie nic. To "nic" dla niektórych było właśnie czymś dużym. Był więc zły na siebie i jeśli coś miałby komuś robić - to tylko sobie. Potrząsnąć sobą, podrzeć skórę, poszarpać ubrania - tylko po co? Nie, to też bez sensu. Mógł się na siebie złościć, przez złoszczenie się na siebie potrafił wylewać frustrację na Victorię, chociaż ona nie była tutaj niczemu winna. Winić mógł Los. Albo te autorki, które za bardzo kochały wkładać palce we wszystko, co zwichrowane i absolutnie niezdrowe. Mógłby, gdyby wiedział o istnieniu tych sił wyższych, natomiast Sauriel był Saurielem - prostą bestią, który wiele rzeczy zwalał na to, że "to był pech", a jednocześnie potem sam się bił w pierś. Jego wielka, wielka wina. Przeklinanie i miotanie się na boki wydawało mu się nagle absolutną stratą czasu i energii. Nie potrafił tego poczuć - pełnego zagrożenia związanego z tym, że Victoria wpadła w pułapkę. Chyba dlatego, że oprócz paru sztuczek ten ktoś, kto ich odwiedził w zamku (albo kogo oni odwiedzili) nie dał im wcale popalić. Popisał się jakimiś dziwnymi chwytami i rozmył w powietrzu. Dopiero teraz wył w tym zamku i brzmiał tak, jakby miał za nimi rzucić same ogary z czeluści piekieł... I teraz, kiedy to usłyszał, to instynkt przetrwania działał na pierwszym miejscu. Można przeżywać strach sinusoidalnie. O własne życie? O wszystko. Wielu ludzi nie zdawało sobie sprawy, że były na tym świecie rzeczy o wiele gorsze od śmierci.

To biegnięcie potem już wcale nie było ku własnej uciesze, tylko po to, żeby jak najszybciej odsunąć się od potencjalnego zagrożenia. Stawianie Victorii, która miała te pantofle z obcasem na nogach, mijało się z celem. Musiałaby te buty ściągnąć, a żeby ściągnąć buty musiałaby biec pieszo. Mógł jej dać swoją koszulę, ale butów już nie przekaże. Nie dlatego, że nie chciał. Dlatego, że by w nich utonęła i wyrżnęła na pierwszej prostej. Boso? Odpadało. Boso mogła wędrować po tamtym zamku, gdzie podłoga była wypucowana i śliczniusia, ale nie tutaj, gdzie kamienie i chuj wie co przecinały tę kostkę, po której szedł. Spomiędzy szczelin wyrastały trawy sugerując, że naprawdę wiele ludzi tędy nie wędrowało. Że nikt tędy nie wędrował, jeśli nie liczyć tych wszystkich wesołków, którzy zapewniali, że to świetne przeżycie, super zabawa. Z czasem na pewno będzie świetną zabawą.

- Trucizna i pięknie pachnie, no ta... - Pokręcił głową, ale pochylił się, żeby powąchać. - No pięknie pachnie, a teraz trzymaj to bo spieprzamy dalej... - Podtrzymywał to, że Victoria biegnąca w tych bucikach to skończyłaby jak wtedy na Pokątnej - rzucając nimi i biegnąc boso. Tam przynajmniej droga była prosta i nic nie mogło skończyć w jej stópce, chyba że jakiś zagubiony kawałek rozbitej butelki. - Wiesz, że nie jestem dobry w rozpraszanie... - Mruknął, obracając się w stronę drogi. Zamczysko aż pociemniało, jakby sam gniew nieba miał w nich uderzyć i dopomnieć się o boską sprawiedliwość. Spojrzał znów na Lestrange i aż wyciągnął swoją różdżkę, żeby sobie dopomóc. - Kurwa... - Zmarszczył brwi i nos, kiedy się nie udało, irytacja błysnęła w jego oczach, a wraz z nią zacietrzewienie. Machnął różdżką nerwowo i PUFF! Żółta suknia zniknęła, przywracając odzież Victorii do normalnego stanu. - NO! - Schował różdżkę. - Spieprzamy, Różyczko.


Rzut O 1d100 - 23
Akcja nieudana

Rzut O 1d100 - 80
Sukces!


[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#29
18.05.2024, 14:30  ✶  

Potrafiłaby to zrozumieć: tę złość na samego siebie; złość, że zrobiło się coś nie tak, nie wedle planu, nie idealnie, że wyszło źle, że pomimo najszczerszych i najczystszych intencji coś poszło nie tak i drugiej osobie, na której tak zależało, sprawiło się przykrość, albo niezadowolenie. I jednocześnie daleka było do samobiczowania się za to, krzywdzenia się z tego powodu. Za dużo rzeczy w sobie dusiła i nie potrafiła dobrze mówić o swoich emocjach, ale się uczyła, starała się, wiedząc że duszenie w sobie tych wszystkich emocji absolutnie w niczym nie pomaga, a wręcz szkodzi. To, że Sauriel ma tendencję do autodestrukcji już zauważyła po tym, gdy próbował popełnić samobójstwo, a później wpadł w tę ciszę, apatię, odsunął się… od niej na pewno chciał się zdystansować, co bolało, bo bardzo go w tamtym czasie potrzebowała, ale szanowała jego decyzję. Na pewno coś się w trakcie działo; na szczęście dał się wyciągać ze swojej jamy, wyciągnął ten swój piękny nos, gdy dostał od niej aparat. Trochę odżył, co ja strasznie cieszyło, że miał zajęcie, które zajmowało mu czas i mu się podobało. I… odrobinę złagodniał, uspokoił się, czerwona mgła nie przesłaniała mu tak oczu i to on w tej chwili był ostoją spokoju, dzięki czemu się nie pokłócili, a nawet udało im się z tego zamku wydostać. Była mu tak cholernie wdzięczna… i naprawdę nie przemknęło jej nawet przez myśl, że to wszystko jego wina.

Ten okrzyk i jej zmroził krew w żyłach… albo zmroziłby, gdyby już nie była tak zimna. A może jej krew wcale zimna nie była? Nie wiedziała. Nie umiałaby tego stwierdzić, to wiedziałby zapewne jedynie Sauriel, gdyby kiedykolwiek zakosztował jej krwi… a mógłby to być okazją jedna na milion, bo kto wie jak długo Zimna pozostanie? Albo ile jeszcze zostało jej życia? Starała się żyć tak, jakby jutra miało nie być, ale nadal wedle własnych zasad i przekonań, i jednocześnie żyła tak, jakby ta przyszłość gdzieś tam na nią czekała – chciała jej, miała nadzieję, że nie tak zakończy swój żywot, że przeżyje jeszcze wiele przygód, wzlotów (i upadków), ale też spokojnych dni i nocy. Biec na boso czy w tych srebrnych szpilkach? Wybór był oczywisty – na boso, to tak naprawdę nie był nawet żaden wybór. Starała się ruszać szybko przy tych kwiatkach, najszybciej jak potrafiła i kilka razy nerwowo zerknęłam w kierunku bramy.

Wyprostowała się w końcu bo zgadzała się, że powinni stąd spieprzać, ale w takim stanie… albo na boso albo wróci do swoich ciuchów.

– Wiem, ale spróbuj chociaż – zabrzmiała niemalże błagalnie, bo a nuż mu się uda. Ścisnęła nieco mocniej roślinkę, kiedy Sauriel wyciągnął swoją różdżkę, tak łudząco podobna do jej własnej, tylko trochę dłuższą, tak rzadko ja widywała, że aż ją to zaskoczyło i to wrażenie surrealizmu zawsze ją uderzało: że pomimo różnego wychowania i doświadczeń na pewien sposób było do siebie tak podobni, że wybrały ich niemalże bliźniacze różdżki. To, że ich zwierzę totemiczne było takie samo – tego nie wiedziała, ale i to nie powinno być tak zaskakujące, prawda? Byli do siebie podobno bardziej, niż chcieliby to przyznać. Co jak co, ale próbując ich zeswatać, ich rodzice przypadkowo wyjątkowo dobrze trafili.

Victoria gotowa była już ściągnąć te szpilki, kiedy zaklęcie Sauriela się nie udało i zaklął pod nosem, ale wtedy zamachał różdżka jeszcze raz, widziała zresztą jego minę i… ta suknia się rozpłynęła i powróciły jej czarne spodnie i koszula, i buty znacznie odpowiedniejsze do sytuacji.

– Dziękuję – wydusiła z siebie, odetchnąwszy z ulgą i kiwnęła do Sauriela na zgodę, gotowa rzucić się w bieg. Dość zresztą odruchowo złapała go za dłoń i w drugiej trzymając swoją różdżkę i kawałek datury, rzuciła się do biegu, doskonale wiedząc, że opadnie z sił na długo przed Saurielem i pewnie będzie musiał ją ciągnąć. Ale nie chciała biec całej tej drogi aż do wioski, z której zaczęli te podróż – chciała po prostu by oddalili się od zamku na tyle, by mogli złapać oddech (to znaczy żeby ona złapała) i gdzie mogłaby dojść do siebie, nim zdecyduje się na teleportowanie ich do domu.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#30
18.05.2024, 16:58  ✶  

Łatwo przerodzić złość na siebie samego siebie i niezadowolenie w błysk czegoś przedziwnego. Zadowolenia z tego, że się udało. Pośród tych wszystkich klęsk i znojów, jakie były do przejścia, to właśnie w tej chwili udało się coś dobrze. W chwili, kiedy była taka potrzeba. Inicjatywa Victorii górowała, ale nie miało dla niego znaczenia, kto wydał polecenie, kto wpadł na pomysł, kto zepchnął Nobyego Leacha ze szczytu wieży, żeby ten nauczył się latać. Poleciał, prawda? Więc szukajcie winnych w stogu siana. Nie był człowiekiem, który lubił mówić innym, co mają robić, ani nawet takim, który uważał, że ktokolwiek powinien za nim podążać. Każdy powinien robić swoje - on wolał być tym, któremu pokazywało się palcem. Gryzło się to tylko z tym, że czasami palec nie wystarczył, wóz to było za mało na przepchnięcie, a i nie pomagał buchorożec, żeby poruszył się z miejsca. Felerne próby zmienienia czegoś w jego życiu zazwyczaj musiały być subtelne jak pierdolony welurowy wzorek na firankach. Jedno tknięcie powietrza i już nim poruszałeś. To zadowolenie, tu i teraz, było czymś więcej niż welurem. Nie było też miejsca na to, żeby się tym napawać.

Złapała go za rękę? Świetnie, w takim razie ich dłonie spotkały się gdzieś w połowie do siebie wzajem. Nie zamierzał teraz odstępować od niej. Zostawić jej w tyle. Jeśli miała zostać za jego plecami - dobrze, pewnie tak będzie, siłą rzeczy. Lecz musi mieć pewność, że mimo to ciągle biegnie i jest przy nim. Że jakikolwiek diabeł nie pojawiłby się w bramach zamczyska, to oni ciągle będą dalej biec i oddalać się z tego miejsca.

Nie mógł mówić o tym, że szalenie biło mu serce. Nie mógł mówić o adrenalinie. Trzymał ją mocno - ale chyba lżej, niż ona tymi pazurami łapała się jego pleców! Później te kocie zadrapania wyliczy jej na rachunku. Albo schowa do szuflady, bo po podliczeniu wyjdzie, że są na zero. Ona go podrapała, on zabrał ją do aż ZBYT nawiedzonego miejsca. Biegł. Ona biegła z nim, za nim. Nie puszczali się, bo jakiekolwiek zaklęcie miałoby porwać jednego - niech porwie dwoje! A może uda się utrzymać, jeśli będą trzymali wystarczająco mocno?

Wybiegł przez główną bramę, którą tutaj weszli. Ponure wieżyczki malowane na tle rozgwieżdżonego nieba oddalały się coraz bardziej. Tam też zostawał daleko za nimi sen. Bajka, która pisana była na postawie prawdziwych wydarzeń, a dla nich była ledwo kilkoma kartkami na życiorysie. Jakąś marną podpuchą, z której prawdziwy artysta poczyniłby prawdziwą powieść. Tragiczną, a może komediową? Sauriel miał wystarczająco szeroką gamę emocji wyciągniętą z tych murów. Nie oglądał się za siebie nawet kiedy usłyszał jakieś drżenie i trzaśnięcie bramy, przez którą przebiegli. Nie miał wątpliwości, że COŚ ich goni. Być może ktoś - być może to właśnie ten Diabeł, który zamieszkał w tych murach i postanowił, że Victoria już w nich też zostanie. Tak powstawały nieśmiertelne legendy. Pewnie tak tworzone były kolejne duchy do dołączenia do kolekcji zagubionych, którzy nigdy się nie odnaleźli. Victoria miała za sobą wystarczająco tragiczny początek, trudny środek i groził jej zbyt szybki koniec. Zasługiwała na coś lepszego niż gnuśnienie w tych ciemnych, ponurych ścianach zamczyska, nawet jeśli był wyłożony marmurem i złotem. Przecież pieniędzy tej kobiecie nigdy nie brakowało, a mimo to się nimi nie obnosiła.

Zatrzymał się dopiero kawałek dalej (spory kawałek dalej) w lesie. Jemu serce szalenie nie biło, adrenalina nie buzowała w krwi, ale miał przy sobie kogoś, kto przeżywał to zupełnie inaczej. Mocniej, Intensywniej. Kto pewnie teraz był zziajany i zmęczony. Obrócił się do Victorii, ale najpierw spojrzał za nią. Nic. Cisza. Sowa darła się w oddali, jedna, druga, jakiś dziwny wrzask przeciął las... gdyby był mądrzejszy wiedziałby, że to lis, a zamiast tego brzmiało jak jakaś złowieszcza, dzika bestia. Zarzynana w dodatku. Napięcie spłynęło z niego w większej części. Na tyle, że się uśmiechnął... i w końcu zaśmiał. A potem wybuchnął śmiechem.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Sauriel Rookwood (12220), Victoria Lestrange (15975)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa