Sauriel miał to pesymistyczne, fatalistyczne wręcz podejście do życia. Zobaczyć więc w nim ten błysk (!) spokoju, dumy z siebie, że nie poddało się tym negatywnym emocjom, to była prawdziwa rzadkość. Czy Sauriel cieszył się z tych swoich małych zwycięstw? Jak bardzo się starał? Czy pracował nad sobą, wymagał czegoś od samego siebie? Czy może poddał się już całkowicie…? Chyba się nie poddał, chyba wciąż walczył, może dostrzegł, że warto, może coś go zmotywowało, może dostał wiatr pod skrzydła, o których już od dawna myślał, ze zostały połamane i stały się bezużyteczne. Nie były – zrosły się i teraz były już silniejsze, nawet jeśli Sauriel sądził, że zapomniał już, jak się lata, jak to jest czuć powietrze pod skrzydłami i wiatr we włosach, wciskający się również w oczy, wyciskający łzy.
Wydawanie rozkazów… Sauriel i Victoria nie byli swoimi szefami czy podwładnymi, by wydawać i przyjmować rozkazy. Nie byli Mistrzem i Uczniem, Panem i Sługą, a Lestarnge nie oczekiwała żadnego posłuszeństwa. Przy tym Sauriel wolał kiedy mówiło się mu co ma robić, a Victoria wręcz przeciwnie – nie lubiła, gdy ktoś nią kierował. Dopełniali się, co? I jednocześnie… Sauriel potrafił być och, taki stanowczy, że Victorii miękły wtedy kolana. Nie miała pojęcia jak to robił, ale robił. Teraz jednak nie było żadnych rozkazów ani poleceń, ledwie propozycje, burza mózgu (bo głównie jednego…) i prośby. I się udało. Tak samo jak udało się złapać za dłonie, co zaskoczyło Victorię tym bardziej, ze najwyraźniej nie tylko ona wpadła na ten pomysł. Podświadomie szukała z nim kontaktu, podświadomie chciała go trzymać, złapać… I teraz złapawszy się za dłonie, pobiegli. Z początku Victoria dotrzymywała kroku Saurielowi, albo przynajmniej bardzo się starała, chociaż krok miała siłą rzeczy krótszy niż on, ale później rzeczywiście była już bardziej z tyłu – wciąż jednak trzymała go za dłoń, nie zamierzając puścić. Dokładnie tak samo, jak on. Nie chciała się z nim rozdzielić, miała wrażenie, że jeśli go puści, to przepadnie, albo on się zgubi i już nie odnajdą do siebie drogi.
Przez pewien czas towarzyszył im tylko szelest trawy, gdy biegli, tupot butów odbijających się od ziemi i nieregularny oddech Victorii. Była noc, gwieździsta, lecz prawie bezksiężycowa, ledwie kawalątek jego tarczy był widoczny – za dwa dni miał być nów. Tyle wystarczało, póki nie wbiegli w linię lasu, gdzie musieli wyraźnie zwolnić, nic nie widząc. Nawet ze światełkiem, jakie mógł Sauriel wyczarować dla nich w biegu, musiało to być bardzo utrudnione, żeby nie powpadać na drzewa i inne krzaczory.
W końcu się zatrzymali i dopiero wtedy Victoria puściła dłoń Sauriela, po czym pochyliła się do przodu i oparła ręce na kolanach, oddychając ciężko i głęboko. Sauriel się śmiał, w tle huczały sowy i ten wrzask… Najpierw podskoczyła, a potem warknęła pod nosem.
– Nienawidzę… – zaczęła i znowu wzięła kilka głębszych oddechów. – Lisów – dokończyła, po czym się wyprostowała i głośno, długo wypuściła powietrze. Z ogromną ulgą. Po czym nieco od niechcenia odwróciła się bokiem, chcąc spojrzeć w stronę zamku, z którego uciekali. Majaczył tam złowieszczo, ale z tego miejsca, pomiędzy drzewami, nie był już widoczny.
Chyba nikt ich nie gonił?
Lekko przetarła dłonią czoło, ale w końcu odwróciła się do Sauriela, spojrzała na niego krótko i po prostu wpadła na niego, obejmując go mocno w pasie.
– Dziękuję – emocje z niej spływały, adrenalina uciekała, zadrżała z zimna, które ich oblepiało, nawet jeśli go nie odróżniała; to te nerwy, to one sprawiały, że ciarki przechodziły po karku. – Że mnie tam nie zostawiłeś – dodała, mocniej zaciskając dłonie na jego koszuli, chowając swoją twarz przed światem. Było tak cicho, tak spokojnie… Noc była magiczną porą, w której pewne rzeczy przychodziły człowiekowi znacznie łatwiej – jak to okazywanie strachu i wdzięczności. I nie tylko…
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)