17 lipca 1972, wieczór
Robert & Lorien & Biblioteka
Odkąd w kamienicy pojawili się kolejno Richard, Charles, Leonard oraz Sophie, ciężko było o znalezienie miejsca, które było w stanie zapewnić Robertowi potrzebne ilości spokoju oraz ciszy. Dom stał się zbyt tłoczny. Zbyt głośny. Nazbyt pełny ludzi. Odnalezienie się w tych nowych warunkach, nie było zadaniem łatwym. Zwłaszcza, że przez długie lata, wszystko wyglądało tutaj zupełnie inaczej.
Salon odpadał. Własna sypialnia również przestała być miejscem dostępnym. Pracownia w piwnicy? No cóż. Człowiek jednak musiał się choć trochę szanować. Z tego samego względu odpadała kuchnia, która była miejscem odpowiednim wyłącznie dla skrzatów domowych oraz kobiet. Do wyboru pozostawały więc gabinet, jadalnia oraz biblioteka. Ze wszystkich tych miejsc, to ostatnie było zapewne tym, w którym Roberta poszukiwano by na samym końcu. Nie dlatego, że z biblioteki nie korzystał. Nic z tych rzeczy. Chodziło o to, że rzadko kiedy było widać, aby opuszczał gabinet. I dla poszukujących go osób, to właśnie on stanowił pierwszy wybór.
Ukryty był pomiędzy regałami. W dalszej części biblioteki. Zapadł się w miękki, wygodny fotel. Taki typu uszak. W rękach trzymał opasłe tomiszcze. Pogrążony był w jego lekturze Była to jakaś wielostronicowa praca dotycząca pieczętowania. Tak przynajmniej można było wywnioskować po tytule. Na to właśnie zdawał się on wskazywać. Robert od dawna to zgłębiał. Starał się z tym zagadnieniem odpowiednio zaznajomić. Już zapoznając się z samym zasobem domowej biblioteki, łatwo można było zauważyć, że dla któregoś spośród mieszkańców tej nieruchomości, tematyka run oraz pieczętowania była wyjątkowo bliska. Poświęcać musiał jej wiele uwagi.
Skupiony na zapoznawaniu się z zawartością kolejnych stron, korzystał z panującego w bibliotece względnego spokoju. Nie zwracał większej uwagi na otoczenie. Z tego też względu nie usłyszał, a także nie zauważył kolejnej osoby, która zabłądziła w to miejsce, przypadkowo bądź wręcz przeciwnie, decydując się mu przeszkodzić. Oderwać go od dotychczasowego zajęcia.
- Richard? - rzucił w eter, przekonany, że jeśli ktoś znalazł się tutaj o tej porze, to musiał to być brat. Nieistotne, że ten książek przecież nie czytał, a bibliotekę odwiedzał od święta. Ostatni raz zapewne przy okazji tej sytuacji, kiedy z jednej takiej ukradł kilka książek na prośbę Roberta. Znaczy nie do końca na prośbę, bo Robert go o samą kradzież nigdy nie poprosił. Jedynie o zdobycie konkretnych materiałów, ale... dobra, zostawmy to. - Zaraz będę kończył, nie musiałeś organizować wyprawy poszukiwawczej. - poinformował go. Albo raczej osobę, co do której był przekonany, że tym Richardem musiała być. Mieli bowiem wciąż sporo do porozmawiania. Sporo planów do omówienia. Świadomy tego Robert, zerknął nawet na zegarek, żeby sprawdzić godzinę. Późna. Cholernie późna. Aczkolwiek jaka to różnica? I tak ostatnimi czasy sypiał cholernie mało. Praktycznie tyle co nic.