31.07.2024, 15:35 ✶
Idę tańczyć z Bertiem
Stosunek Florence do tego typu zabaw był zgoła ambiwalentny - nie należała do najbardziej rozrywkowych osób na świecie, a gdyby rozejrzeć się po tej plaży, to pewnie znalazłyby się zaledwie pojedyncze jednostki mniej rozrywkowe od niej. Nie była może absolutną przeciwniczką dobrej zabawy i doceniała taniec, ale rzadko robiła to w takich okolicznościach jak tutaj. Jednocześnie jednak, gdzieś głęboko pod tym chłodnym spojrzeniem Bulstrodów i niewzruszoną miną, z jaką pewnie niegdyś Rowena Ravenclaw patrzyła na tych niegrzecznych uczniów, kryła się odrobina pociągu do wszelkich gier losowych, płynąca w prewettowskiej krwi. Między innymi dlatego ostatecznie wrzuciła tę kartkę.
Imię Bertie nic jej nie mówiło, ale gdy dojrzała mężczyznę rozglądającego się w tłumie, nazwisko Bott samo się nasunęło. Oczywiście, że Florence kojarzyła Bertiego Botta, nawet jeżeli osobiście go nie znała. I nawet nie dlatego, że czytywała Czarownicę (zaglądała do niej okazyjnie, głównie gdy pisali o jej znajomych i krewnych), i nie dlatego, że uwielbiała jego fasolki (nie była największą wielbicielką, Florence nie przepadała za słodyczami). Po prostu pracowała w szpitalu i słyszała już przynajmniej o kilku przypadkach ostrej reakcji alergicznej po zjedzeniu fasolki – ludzie dzięki nim dowiadywali się, że mają alergię na przykład na rzepę, brudne skarpetki (właściwie każdy miał alergię na brudne skarpetki, jeśli je zjadł) albo szkodzi im zjedzenie dwudziestu różnych fasolek na raz, gdy kilka smakowały jak mydło.
Bertie Bott był w jej oczach złym geniuszem chaosu.
– Dobry wieczór. Florence Bulstrode – przedstawiła się jednak uprzejmie, nawet jeżeli kusiło ją przez chwilę, by spytać, czy jego działania to część jakiejś większej, okrutnej strategii, mającej na celu zdezorganizowanie działania angielskiego społeczeństwa. Powiedziała sobie, że to przyjaciel Patricka (trochę mylnie zakładała, że wszyscy tutaj to jego bliżsi lub dalsi przyjaciele), i że powinna przynajmniej spróbować być grzeczna. – Dziękuję, ale na razie nie mam ochoty na drinki. Mam po niedawnym przyjęciu… lekki uraz do magicznych trunków – powiedziała, marszcząc na moment brwi, bo dostrzegła za plecami Botta Camerona Lupina.
Z ręką na temblaku.
Czy on nie miał mieć dyżuru jutrzejszej nocy?
Zastygła na moment, wbijając spojrzenie w Lupina, ale odetchnęła i podała rękę Bertiemu, by ruszyć z nim za innymi parami, postanawiając, że tym problemem zajmie się później.
Stosunek Florence do tego typu zabaw był zgoła ambiwalentny - nie należała do najbardziej rozrywkowych osób na świecie, a gdyby rozejrzeć się po tej plaży, to pewnie znalazłyby się zaledwie pojedyncze jednostki mniej rozrywkowe od niej. Nie była może absolutną przeciwniczką dobrej zabawy i doceniała taniec, ale rzadko robiła to w takich okolicznościach jak tutaj. Jednocześnie jednak, gdzieś głęboko pod tym chłodnym spojrzeniem Bulstrodów i niewzruszoną miną, z jaką pewnie niegdyś Rowena Ravenclaw patrzyła na tych niegrzecznych uczniów, kryła się odrobina pociągu do wszelkich gier losowych, płynąca w prewettowskiej krwi. Między innymi dlatego ostatecznie wrzuciła tę kartkę.
Imię Bertie nic jej nie mówiło, ale gdy dojrzała mężczyznę rozglądającego się w tłumie, nazwisko Bott samo się nasunęło. Oczywiście, że Florence kojarzyła Bertiego Botta, nawet jeżeli osobiście go nie znała. I nawet nie dlatego, że czytywała Czarownicę (zaglądała do niej okazyjnie, głównie gdy pisali o jej znajomych i krewnych), i nie dlatego, że uwielbiała jego fasolki (nie była największą wielbicielką, Florence nie przepadała za słodyczami). Po prostu pracowała w szpitalu i słyszała już przynajmniej o kilku przypadkach ostrej reakcji alergicznej po zjedzeniu fasolki – ludzie dzięki nim dowiadywali się, że mają alergię na przykład na rzepę, brudne skarpetki (właściwie każdy miał alergię na brudne skarpetki, jeśli je zjadł) albo szkodzi im zjedzenie dwudziestu różnych fasolek na raz, gdy kilka smakowały jak mydło.
Bertie Bott był w jej oczach złym geniuszem chaosu.
– Dobry wieczór. Florence Bulstrode – przedstawiła się jednak uprzejmie, nawet jeżeli kusiło ją przez chwilę, by spytać, czy jego działania to część jakiejś większej, okrutnej strategii, mającej na celu zdezorganizowanie działania angielskiego społeczeństwa. Powiedziała sobie, że to przyjaciel Patricka (trochę mylnie zakładała, że wszyscy tutaj to jego bliżsi lub dalsi przyjaciele), i że powinna przynajmniej spróbować być grzeczna. – Dziękuję, ale na razie nie mam ochoty na drinki. Mam po niedawnym przyjęciu… lekki uraz do magicznych trunków – powiedziała, marszcząc na moment brwi, bo dostrzegła za plecami Botta Camerona Lupina.
Z ręką na temblaku.
Czy on nie miał mieć dyżuru jutrzejszej nocy?
Zastygła na moment, wbijając spojrzenie w Lupina, ale odetchnęła i podała rękę Bertiemu, by ruszyć z nim za innymi parami, postanawiając, że tym problemem zajmie się później.