• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Szkocja [19/08/1972] Duch Gór

[19/08/1972] Duch Gór
nerd and proud
jednym okiem w przyszłość, drugim w zaświaty
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
Asystent, "Prawa Czasu"
Nadchodzi spowity smrodem dymu papierosowego. Na pierwszy rzut wygląda porządnie, codzienna elegancja w neutralnych kolorach… niekiedy może nieco wymięta. To zależy, ile spał, a cienie pod zielononiebieskimi oczami odznaczające się na cerze bladej jak prześcieradło podpowiadają, że niewiele. Palce poznaczone tu i tam rozmazanym atramentem, ugina się pod ciężarem ulubionej skórzanej torby, w której jest… wszystko. Średniego wzrostu (179 cm) postać młodego mężczyzny koronuje imponująca burza czarnych loków, które niewątpliwie są jego największą ozdobą.

Peregrinus Trelawney
#1
06.10.2024, 17:32  ✶  

—19/08/1972—
Góry Kaledońskie
Ambrosia McKinnon, Dægberht Flint, Peregrinus Trelawney



Peregrinus nie sądził, że wróci jeszcze w Góry Kaledońskie, a na pewno nie, że wróci tak szybko. Niedająca spokoju ciekawość i potrzeba rozwiązania napoczętej tajemnicy to jedna rzecz, ale rzecz druga,  czyli potrzeba ciszy i spokoju, zdawała się nad nią zwyciężać. Na litość, ledwo w zeszłym tygodniu wrócił z Windermere po przygodach z morderczym lasem i czaszkami; ostatnie, czego potrzebował, to kolejna potencjalnie mordercza przygoda.
Sam z siebie więc by się tutaj tego dnia nie wybrał. Sytuacja zmieniła się, dopiero gdy trafił kilka dni temu do ciemnego pokoiku Dægberhta, gdzie pędzony był śmierdzący eliksir na bezsenność. W oczekiwaniu, aż miksutra dojdzie, napomknął mu słowo czy dwa o swoim wakacyjnym wypadzie, po czym temat jakby sam z siebie się rozwinął, kolega podłapał i tak skończyli tutaj. We troje, ponieważ na eskapadę Peregrinus zaprosił również kuzynkę Ambrosię. Po pierwsze, w grupie raźniej; po drugie, co dwóch egzorcystów to nie jeden. Nie to, że nie wierzył w kompetencje Flinta, ale poprzednio był jeden i nie wyszło; ostrożności nigdy za wiele.
Pogoda była niewiele lepsza niż ostatnim razem: chłodna, pochmurna, mokra i wietrzna. Peregrinus od czasu do czasu przebierał w butach palcami u stóp, żeby nieco je rozgrzać.
Przed półkolistym łukiem wejścia do jaskini stanęli około południa. Ze środka zionęło niezbyt zapraszającym ziąbem i wilgocią. Za ich plecami szumiał cicho strumień, między skałami hulał wiatr. Poza nimi nie było tu żywego ducha, jedynie tych troje wędrowców wśród kamienistych wzgórz porośniętych krótką, pożółką trawą.
— To tutaj. — Wróżbita stawał w tym miejscu już po raz trzeci. Za pierwszym razem w pojedynkę, gdy wybrał się na rekonesans. Za drugim razem w parze, gdy sprowadził tu Leona. I teraz: za trzecim razem w trójce. Być może okaże się ona szczęśliwą liczbą i w końcu dojdzie do rozstrzygnięcia. — Ta część trasy jest raczej bezproblemowa.
Na tym pierwszym odcinku zejście było jeszcze dość szerokie i rzeczywiście przystępne. Gdyby chcieli, mogliby iść wszyscy troje obok siebie ramię w ramię. Trelawney dał towarzyszom chwilę na przygotowanie się, a sam wyciągnął z plecaka lewitujący lampionik, który miał podążać przed nimi i oświetlać drogę. Lekcja wyciągnięta z poprzedniego wypadu: różdżkę lepiej było trzymać w pogotowiu niż zajętą lumosem. Gdy wszyscy byli gotowi, czarodziej wprowadził ich do jaskini.
Dotarcie do ściany z runicznym napisem, o którym powiedział im wcześniej, nie zajęło z pewnością więcej niż kwadransa. W mocnym blasku lampionu była o wiele lepiej widoczna niż oświetlana punktowo przez różdżki, jak to było za poprzednimi razami, więc w pewnym sensie Peregrin również oglądał ją po raz pierwszy. Całą nierówną powierzchnię pokrywały rysy i żłobienia, niektóre niewątpliwie powstałe naturalnie, inne zaś sprawiały wrażenie, jakby uczyniono je ludzką ręką uzbrojoną w jakieś prymitywne narzędzie. Wśród nich wybijała się bezładna, niestaranna inskrypcja runiczna: wołanie o pomoc, które już wcześniej rozszyfrował Trelawney.


źródło?
objawiono mi to we śnie
oceanic feeling
Wipe the feet, the knees
Crawl to angry sea
I feel trampled here

The night just cradle in me
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
bezpieśny
zawód
wagabunda, twórca
Niesamowicie piękny człowiek. 179 centymetrów wzrostu; długie, lekko falujące się, brązowe włosy. Srebrzyca. Czasami jego oczy w świetle mogą wydawać się złote, ale to iluzja optyczna. Sporadycznie kilkudniowy zarost. Kilka blizn, które zdobył na morzu, większość zakryta runicznymi tatuażami zamkniętymi w kołach. Nie używa żadnych perfum - czuć od niego pot, morze, alkohol i las.

Dægberht Flint
#2
02.11.2024, 00:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.11.2024, 20:17 przez Dægberht Flint.)  
Szkocja była przepięknym krajem i co ostatnio było dla niego najważniejsze - bliskim jego sercu, bliskim jego korzeniom. Dalekomorskie wyprawy były nieodłączną częścią jego życia, a jednak momentami coś w nim krzyczało dziko, żeby wrócić. Do tych łąk, jezior, rzek, gór - do miejsc znanych mu i ważnych, do swoich bliskich. Wszystko po to, by kiedyś znów porzucić to na rzecz śmierdzącej pleśnią i solą morską łajby, ale może taka już była kolej życia, przynajmniej jego życia. Przemierzanie tegoż pasma wywoływało w nim dziwne uczucie, którego opisać nie potrafił.

Przysiągłby, że poznałby te drzewa, ten nastrój, tę atmosferę, to powietrze... za każdym razem, porównując to do czegokolwiek, co widział, bezbłędnie określiłby to je brytyjskimi. Powinien o tym napisać jakiś wiersz. Tylko że nikt się po nim pewnie nie spodziewał wiersza o tęsknocie za tym, co z taką łatwością zostawiał za plecami, pakując się pokład.

Zapewne był do tego zadania przygotowany najlepiej. Miał tu przecież rolę poszukiwacza przygód wędrującego pomiędzy naukowcem i wróżbitką - odzienie jakie oni zapewne zakupili w celu niepoślizgnięcia się na pierwszym lepszym kamieniu i nieprzemoknięcia od byle mżawki, dla Flinta stanowiło większość garderoby. To ubrania wyjściowe, takie do chodzenia po mieście i wpisywania się w stereotyp czystokrwistego czarodzieja, jaki przylgnął mu do łba przez upierdliwą matkę, stanowił w jego szafie niebywałą rzadkość. No bo to tutaj przecież czuł się jak ryba w wodzie, a nie w bibliotekach albo na salonach... albo na Nokturnie, ale nieszczególnie dobrze znał Ambrozję - żadna związana z tym myśl przez jego głowę więc nie przeszła.

- I żeś tutaj aż zaciągnął Bletchleya? - Zapytał wreszcie, przerywając dłuższą ciszę ze swojej strony. Normalnie gęba mu się nie zamykała, ale tym razem w głębokim zamyśleniu podziwiał widoki. Z takim przerysowanym, poetyckim spojrzeniem wlepionym w horyzont i chmury. - Byłem pewien, że on ledwo chodził. Źle go zapamiętałem? - Nie... Nie, z pewnością nie - Leon to był ten chłopak, co się dusił od postawienia kilku kroków, a ta ścieżka wcale nie należała do najłatwiejszych, przynajmniej zdaniem Flinta. Zdradliwa była - bo to jedna z tych, co się wydają spokojne, ale jeżeli poślizgnie ci się noga, mogłeś skończyć bardzo, ale to bardzo źle.

Ciemność i głębia go nie przerażały, jednak nie zachowywał się nonszalancko. Mimo rozbieganego spojrzenia Dægberht zdawał się człowiekiem pewnym siebie, stawiającym przemyślane kroki, wiedzącym, co robić i jak to robić. Jedynym co nieco psuło jego wizerunek, były białe kudły białej, kociej sierści, którą oblazł, zanim tutaj dotarli. Jakieś niedopatrzenie wszechświata albo wskazówka - bo przecież jak ma kota, to musi być dobrym człowiekiem.

On również pochylił się nad runicznymi znakami. Przeszedł obok Trelawneya, chcąc rozejrzeć się lepiej po ścianie, którą wcześniej mu zasłaniał. Zrobiwszy to, pociągnął nosem.

- Odkąd tam pracujesz, śmierdzisz papierosami coraz mocniej.

Rzut N 1d100 - 19
Akcja nieudana


Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#3
20.12.2024, 07:50  ✶  
Sama by się w te góry Kaledońskie nigdy nie wybrała. Pewnie nawet nie zabrałaby się z pierwszą lepszą osobą, ale kiedy rodzina prosiła, Ambrosia jakoś zawsze ulegała o wiele łatwiej i szybciej. Zawsze skryta w cieniach Nokturnowskich kamieniczek, pasmo gór do których zabierał ich Perrin, mogła pokazać co najwyżej palcem na mapie. A to i tak po dłużej chwili zastanowienia, bo przecież geografia nie wpisywała się w program nauczania Hogwartu. A może i wpisywała, ale w szkole blondynka miała wiele ważniejsze rzeczy do roboty, niż słuchanie ciekawostek przyrodniczych o geograficznym ułożeniu wysp.

Ładnie tu było - tyle dobrego. Umiała docenić przecież urokliwą scenerię, nie była aż takim krytykiem angielskiej przyrody, nawet jeśli kompulsywnie trzymała się śmierdzących znajomo ulic, ale czemu musiało być tak zimno? Rosie pociągnęła nosem, bo co prawda się od tego spaceru nieco rozgrzała - głównie dlatego że jej aktywność fizyczna na co dzień ograniczała się do dwóch rzeczy; walczenia z bratem mosiężnym świecznikiem i grania kulą do wróżenia w kręgle póki nie pojawią się klienci - ale rześkie powietrze wciąż kąsało policzki.

- A potem? Coś na nas wyskoczy czy może ziemia rozstąpi się nam pod nogami? - zapytała, tonem niezrażonym, jakby wcale gdzieś w głowie nie przewijała się jej kawalkada niewybrednych przekleństw, kiedy jakiś kamień się jej wyślizgiwał spod podeszwy, albo grunt okazywał się odrobinę zbyt grząski na jej gust. Ostatnim razem jak była na łonie przyrody, swoją drogą przecież nie tak dawno temu, to ta rzeczona przyroda próbowała wszystkich zabić. - Oj nie, nie. Pamiętasz dobrze - odpowiedziała za Trelawneya, wyciągając z kieszeni chusteczkę. - Leon ledwie zipie i jak on tu dotarł nie wyzionąwszy ducha, to jestem aż pod wrażeniem. A może... nie zmartwychwstałeś go tutaj jak nikt nie patrzył? - zerknęła krzywo na kuzyna, absurdalnie jakby poważna w tym momencie, a potem zaraz wydmuchała głośno nos. Od razu się jej lepiej oddychało. - A może Peregrin sobie szedł, a Leoś stał w miejscu i co jakiś czas się teleportował.

Opcji było dużo, aż za dużo. Prawie jej imponowało, jeśli Leon faktycznie się tutaj wdrapał na piechotę i to robiąc sobie mniej jak sto przystanków po drodze. A no i jeśli zrobili to w jeden dzień - no to już w ogóle musiała mu kartkę z gratulacjami wysłać. Pogratulować mu osobiście nie chciała, bo była na niego jeszcze trochę obrażona za buractwo podczas Windermere. A przynajmniej tak się jej wydawało.

Zanim wyruszyli w tę podróż w trójkę, kazała sobie zrobić listę, co powinna zabrać i teraz na podobieństwo kuzyna, szła zaopatrzona w błyskającą światłem latarenkę, która faktycznie działała lepiej jak różdżka. No i co najważniejsze - pozwalała mieć ją w gotowości, na w razie czego. Podczas gdy Flint wyglądał, jakby go ta matka natura z własnego łona wypluła i był u siebie w domu, tak Ambrosia... nie. Nie brakowało jej wytrwałości i pewności siebie, ale potykała się troszkę, nieprzyzwyczajona do uważania na to, czy grunt nie jest chybotliwy, zbyt miękki czy wilgotny. Wolała rozgrzane słońcem łąki, a nie góry i jaskinie. Ciemne jaskinie.

Rozejrzała się dookoła, z umiarkowaną ciekawością obserwując najpierw całe wnętrze, a w ostatniej kolejności kierując swoją uwagę na właściwy punkt programu, czyli zapisaną runami ścianę.
- Ładna. Co tu było dokładnie napisane? Nie wzięłam pracy domowej.

swoim małym oczkiem widzę
Rzut Z 1d100 - 75
Sukces!


she was a gentle
sort of horror
nerd and proud
jednym okiem w przyszłość, drugim w zaświaty
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
Asystent, "Prawa Czasu"
Nadchodzi spowity smrodem dymu papierosowego. Na pierwszy rzut wygląda porządnie, codzienna elegancja w neutralnych kolorach… niekiedy może nieco wymięta. To zależy, ile spał, a cienie pod zielononiebieskimi oczami odznaczające się na cerze bladej jak prześcieradło podpowiadają, że niewiele. Palce poznaczone tu i tam rozmazanym atramentem, ugina się pod ciężarem ulubionej skórzanej torby, w której jest… wszystko. Średniego wzrostu (179 cm) postać młodego mężczyzny koronuje imponująca burza czarnych loków, które niewątpliwie są jego największą ozdobą.

Peregrinus Trelawney
#4
19.01.2025, 20:11  ✶  
W kontekście przygotowania do przygody Peregrinus plasował się gdzieś pomiędzy Dægberhtem a Ambrosią, choć zdecydowanie bliżej tej drugiej. To nie tak, że pierwszy raz wyszedł na zewnątrz na wycieczkę w nieznane. Kiedyś przecież zdarzało mu się regularnie chadzać na długie spacery, nieraz całodzienne, i odkrywać odległe, obce zakątki. Ustały te wędrówki co prawda kilka lat temu, ale… wciąż się liczyło jako doświadczenie?
I choć miał tydzień na chrzest bojowy dla swojego trekkingowego obuwia, które nie wyglądało już jak ledwo zdjęte ze sklepowej półki, to nie wyglądał w tych okolicznościach nawet w połowie tak naturalnie jak Flint. Roztaczał wokół siebie aurę jednego z tych chłopców, którzy naczytali się za dużo powieści podróżniczo-przygodowych i uskuteczniali zromantyzowany larp. Rozrywka dla szukajacego przerwy od monotonnej codzienności chłopaczka, broń Boże styl życia. Robił dobrą minę do złej gry, gdy zaczynało brakować mu pary do dalszej wspinaczki, a głowę wypełniały mu wyczytane tu i tam ciekawostki napawające przekonaniem, że doskonale wie co robi.
Mimo że ostatnia wycieczka do jaskini zwieńczona była niezbyt sympatycznym finałem, Peregrinus obawiał się tego miejsca za każdym razem coraz mniej. Zaczynał rozpoznawać co bardziej charakterystyczne punkty i krzywizny, coraz rzadziej ślizgał się na mokrych kamieniach, ale wciąż daleko mu było do szczytu sprawności.
— Nie dotarłem do etapu rozstępującej się ziemi — odpowiedział Ambrosii, a jego głos odbił się echem od wysokiego sklepienia. — Wygonił mnie stąd wrzask stu diabłów rezonujący w głowie.
Był na wpół poważny, choć mówił oczywiście prawdę i nie trąciła ona wcale optymizmem. Mimo to Peregrinusowi dopisywał tego dnia całkiem dobry humor. Nawet parsknął krótko, wyobrażając sobie Leona teleportującego się z miejsca na miejsce. Może to nerwowa reakcja mająca rozładować ekscytację i stres przygodą zapowiadającą się na intensywne przeżycia, a może tak po prostu był zadowolony.
— Naturalnie, Ambrosio. A ty będziesz kolejną ofiarą mojego eksperymentu nekromancyjnego. Nie patrz nawet na Flinta, nie jest tu, żeby ci pomóc. — Płynnie wpisał się nieporuszonym tonem w konwencję jej żartu, lecz ta jego część odpowiadająca za niszczenie dobrej zabawy wciąż czuła się w obowiązku sprostować: — Leon znalazł stajnię wypożyczającą górskie koniki.
Co za dużo humoru, to niezdorowo. Jeszcze jakimś cudem McKinnon mu uwierzy i co wtedy?
Słowa Flinta za to… całe szczęście, że Peregrinus pochłonięty był studiowaniem żłobień na ścianie i nie musiał patrzeć w tamtej chwili na przyjaciela, bo wskutek jego krótkiej uwagi mózg Trelawneya zrobił fikołka. I to porządnego. Bo skąd ten komentarz? Czyżby pachniał jakoś inaczej? Czemu Dægberht nie wspomniał o tym kilka dni wcześniej? Przecież kiedy siedzieli u niego w pokoju, miał lepszą szansę poznać się na tym, jak Peregrin śmierdzi. Czy on potrafił rozpoznać węchem różnice między markami papierosów? Czy to możliwe, żeby zauważył, że coś się zmieniło?
Nie, wystarczy tej paranoi. Za dużo sobie dopowiada.
— Tak się dzieje, kiedy za mało się wychodzisz wietrzyć i nieprzerwanie kopcisz w zamkniętym pomieszczeniu — mruknął, wzruszając ramionami. Z ulgą przyjął wyrazy ignorancji Ambrosii, które naturalnie zmieniły temat. Peregrinus podążył za jej wzrokiem i dostrzegł to, co i McKinnon dostrzegła, ale nie umiała odczytać, bo nie ma run i dlatego patrzeć miał Flint. Układ znaków był jednak na tyle charakterystyczny, że zwrócił jej uwagę, a za nią i uwagę kompanów (tego ślepego i tego rozkojarzonego). — Ten powyżej to wezwanie pomocy, ten tutaj… — Zbliżył się do ściany. — Nie widziałem go wcześniej. Sądzę, że można go przetłumaczyć jako jego wędrujące szlaki? — Spojrzał jeszcze dla zasięgnięcia drugiej opinii na Berhta (ale przełożył to faktycznie dość wiernie).
Im dłużej się przyglądali ścianie, tym mocniej nasuwało się na myśl wrażenie, że rysy, nierówności i pęknięcia, niby sprawiające wrażenie powstałych naturalnie, miały ukryć coś, co było tu wyryte wcześniej i czego fragmentu dopatrzyła się Rosie. Tłumaczyło to, dlaczego za poprzednimi razami umknęły Trelawneyowi wędrujące szlaki: otaczała je warstwa innych żłobień. Wezwanie pomocy natomiast było najczytelniejsze i… najświeższe?
Nic więcej ze ściany nie udało im się wyciągnąć. Pozostałe fragmenty były absolutnie nie do rozszyfrowania… o ile w ogóle tam były.
Peregrinus jako pierwszy się odwrócił, a jego lampionik popłynął w głąb groty. Spodziewał się zobaczyć płytkie jeziorko, które było tam ostatnim razem, ale… została po nim pusta skalna niecka. Zmarszczył brwi, ale nie zaprzątał tym spostrzeżeniem głowy kompanów. Dzięki temu mogli natomiast suchą stopą dotrzeć do korytarza prowadzącego dalej. Tutaj trasa zwężała się tak, że iść będą musieli pojedynczo, a i to z trudnem. Peregrinus tym razem zdecydowanie nie zamierzał przecierać szlaku.
— Tutaj zaczęła się ostatnio zabawa, dźwięki, te sprawy. Ktoś chce czynić honory?


źródło?
objawiono mi to we śnie
oceanic feeling
Wipe the feet, the knees
Crawl to angry sea
I feel trampled here

The night just cradle in me
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
bezpieśny
zawód
wagabunda, twórca
Niesamowicie piękny człowiek. 179 centymetrów wzrostu; długie, lekko falujące się, brązowe włosy. Srebrzyca. Czasami jego oczy w świetle mogą wydawać się złote, ale to iluzja optyczna. Sporadycznie kilkudniowy zarost. Kilka blizn, które zdobył na morzu, większość zakryta runicznymi tatuażami zamkniętymi w kołach. Nie używa żadnych perfum - czuć od niego pot, morze, alkohol i las.

Dægberht Flint
#5
31.01.2025, 14:19  ✶  
Flint potrafił kłamać. Mógłby kłamać. Skrajna prawdomówność wynikała z wyboru - o ile istniało takie słowo w języku człowieka, który wytatuował sobie na ciele kilkaset wersetów pieśni pochwalnych Matki zapisanych pradawnym, runicznym alfabetem. Wybór, tak? Tylko czasami trochę ulegał wpływom Pani Księżyca i jakoś to pole wyboru zawężało się niemożebnie, do szerokości cieńszej niż łodyżka, co mu właśnie chrupnęła pod butem. Dziwak. Niby podróżnik i jakiś tam zdobywca, a czasami wydawał się delikatniejszy od chmury, nawet jeżeli nosił przy sobie broń. I jakiś taki wyjęty z innej epoki. Może dlatego jego czyny niosły ze sobą jakąś dodatkową moc - kiedy się uśmiechnął na dźwięk słów „nie patrz nawet na Flinta, nie jest tu, żeby ci pomóc”, wyglądając tak niewinnie jak nieobsrana łąka, dodając tej scenie komizmu, którego po niej oczekiwał.

- Oh, zaprosiłeś mnie tutaj, żebym zatarł ślady jeżeli ci się nie uda? - Nie zaśmiał się, a jedynie bardzo sympatycznie przekręcił głowę w bok, kontynuując wyprawę śladami... Leona. Jakież to było dziwaczne. Nie to, żeby coś do Leona miał poza dużą dawką obojętności i też niekoniecznie lubił oceniać innych, ale taka wspinaczka przez kogoś, kto ledwo oddychał wydała mu się jeszcze bardziej komiczna niż koncepcja Peregrinusa ubijającego Matce ducha winną wróżbitkę na dnie górskiej jaskini. Peregrinus nigdy by czegoś takiego nie zrobił, prawda? - Aha. - Zastanowił się nad czymś głęboko. - A czemu my nie mamy górskich koników? - Pytanie nie wynikało z braku wiary w ich możliwości jeżeli chodziło o pokonanie tejże trasy, lecz dużej sympatii do zwierząt. Górski konik? Puchaty konik. Konik z kocykiem na plecach.

Może ten konik go tak rozproszył, że nic tu szczególnie interesującego nie dostrzegł. A może to Ambrosia uważnie stawiająca kroki - bo jeśli coś jej się miało przytrafić, rzuciłby się do ratunku, szybciej niż zdążyłaby krzyknąć lub zagwizdać po pomoc. Tralawneyowi również by pomógł, ale wiedział też, że kogoś swojej wagi nie utrzyma samą ręką i taka pomoc zamiast szybkiej i zdecydowanej reakcji winna oprzeć się na przemyśleniu działania.

- Brzmię pewnie teraz jak upierdliwiec, ale można się od tego chorób nabawić. Może chcesz, żebym ci coś zrobił na oczyszczenie? - Samoświadomość powinna go pewnie ratować z opresji wchodzenia w takie tematy, a jednak robił to i potrafił pozostawać w tym nieugięty. Potrafił też łatwo oddzielić tę rozmowę od drugiej. - Tak, masz rację - potwierdził mu, bo zadając tamto pytanie, jednocześnie badał wzrokiem zaprezentowany mu fragment ściany. Wpatrywał się w niego dłużej, bo każdy zachowany tekst przeszłości zapisywał w sercu i w dzienniku schowanym w wewnętrznej kieszeni płaszcza (co też zrobił, nie zważając na resztę). Pismo, szczególnie starożytne, należało do jednych z wielu jego zajawek i przez moment rozbłysł jeszcze mocniej niż wcześniej. Oni oboje byli ćmami. On był ptakiem, który takie ćmy pożerał na podwieczorek, jeżeli zostały w jednym miejscu zbyt długo.

- Zawsze mi jakoś szkoda, kiedy pewne teksty są odebrane przez czas. Nie umiem sobie wyobrazić, jak wiele opowieści przodków zagubiło się, zanim ktokolwiek zechciał je spisać, więc jak już ktoś to uczynił, to przeżywam jeszcze głębsze poczucie straty. Wyobrażacie sobie, ile legend i baśni tak straciliśmy? - Taka wydrapana w rozpaczy prośba o pomoc mogła zamazać nieznaną nikomu część legend arturiańskich. Jakże wielka szkoda. Paplałby dalej, gdyby Trelawney nie oznajmił, że w tym miejscu właśnie ostatnio poczuł się niebezpiecznie. Zapytany o to, kto miał iść pierwszy, nawet przez moment nie pomyślał, że istniał tu jakiś wybór. Nie puściłby kobiety pierwszej, bo się w nim marynarskie nawyki wyryły bardziej, niż czarodziejowi wypadało, a Peregrin pierwszy nie chciał iść. Nie powiedział nawet, że się zgłasza na ochotnika, tylko stanął naprzeciw tego węższego korytarza, gotowy do drogi. - A wyjmij mi kartę - zasugerował, rzucając to bardziej w eter, niż do niego konkretnie, trochę nieuprzejmie, bo przecież McKinnon też wróżbitką była i różnie na to mogła zareagować. Napił się łyka wody (im również ją zaoferował) i rozjaśnił sobie tenże korytarz odpowiednio stłumionym światłem, żeby nie przeoczyć czegoś przez jego nietrafienie silną intensywność.


Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#6
02.03.2025, 05:42  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.03.2025, 05:46 przez Ambrosia McKinnon.)  
Zerknęła na Flinta, wywołanego do tablicy, nagle określonego jako jej przyszły oprawca i wspólnik Peregrinusa, ale nawet jeśli to spojrzenie było niby to oburzone, jakby ją faktycznie właśnie zagnali w pułapkę i dała się temu bez wcześniejszych wątpliwości, to na dnie tego wyrazu pobłyskiwało rozbawienie. Daleko jej było do łatwowierności, ale może nie dlatego że nie ufała ludziom, a dlatego że wrodzony upór wzbraniał się przed tego typu tendencjami. Przyjęcie czyjejś prawdy było formą poddaństwa. Co prawda dobrowolną, ale ona ani nie robiła tego łatwo, ani bez powodu. Nigdy w całości.

- Jak mnie już znikniecie z tego świata to pamiętajcie o mojej mamie, bo jej przy śniadaniu o was opowiadałam - westchnęła z boleścią, chociaż mniej w niej było teatralności, a więcej zmęczenia marszem. Flint miał rację, bo czemu im te górskie koniki nie przypadły w udziale? Peregrinus w końcu był słabym wycieczkowiczem. Nie to, żeby go w tym momencie oceniała, ale widać było że jego umiejętności nie były tak posunięte jak jego kolegi. Ona natomiast zwyczajnie się męczyła. Konik byłby przyjazną alternatywą, ale tylko w marzeniach bo pewnie gdyby na niego wsiadła to równie szybko by spadła.

- Hm, czyli klasyczny napis do znalezienia w starych, niezbadanych górskich jaskiniach - mruknęła, przyglądając się rzędowi znaków, na które wskazał Peregrinus. Dłoń dotknęła wgłębień, a opuszki palców przesunęły się wzdłuż nich, kiedy podążyła wzdłuż ściany, jakby dotyk miał jej pomóc w studiowaniu i poznaniu nieznanego. Było coś takiego w tym zmyśle, że dawał człowiekowi jakąś pewność. Ludzie trzymali w dłoniach co tylko mogli, a porzekadłach sięgali również po wiedzę. Żałowała, że nie mogła się przebić głębiej, sięgnąć wewnątrz skały i wyciągnąć z niej tajemnice, bo wbrew pewnego rodzaju ignorancji, ceniła wiedzę. Ceniła poczucie bezpieczeństwa, jakie dawała. Teraz mieli przed sobą tylko jeden wyraźny napis. Ten najnowszy i ten najbardziej niepokojący.

- Od momentu kiedy pierwsza baśń się skończyła, została na zawsze utracona. Każda kolejna była tylko jej interpretacją, zmienioną na potrzeby chwili - rzuciła miękko. Tak zwany głuchy telefon. Ale rozumiała o co mu chodziło, bo nie zamierzała się kłócić że niektóre z tych historii na zawsze przepadły w odmętach wieków. Cierpiało na to nie tylko słowo mówione, ale też wszelakie zapisy i nawet nie chodziło jej o te na ścianach, zamazane przez rysy czasu. A może i specjalnie.

- Ha, ja mogę. Mam już wprawę z Windermere co do przecierania szlaków - rzuciła odważnie, ale nie miała zamiaru wpychać się przed Flinta, jeśli ten poczuwał się do obowiązku by iść pierwszemu. Co natomiast zrobiła to wyciągnęła talię tarota. Swoją własną, złożoną z odłamków tych należących do innych ludzi, uzupełnianą przez lata i z niepoprawną ilością powtarzanych kart. Chciał kartę, to dostanie kartę.

Rzut Tarot 1d78 - 32
Dwójka Denarów

Rzut TakNie 1d2 - 2
Nie


Palce wyciągnęły kartę z wprawą i uniosły ją ku górze. Blondynka spojrzała na nią i prychnęła, a na jej ustach pojawił się krzywy uśmiech.
- Dwójka denarów - pokazała im kartę w odwróconym położeniu. - Uważaj pod nogi.


she was a gentle
sort of horror
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambrosia McKinnon (1020), Dægberht Flint (1107), Peregrinus Trelawney (1195)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa