• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 12 13 14 15 16 Dalej »
[14 czerwca 1971] Pierwsze ataki Śmierciożerców

[14 czerwca 1971] Pierwsze ataki Śmierciożerców
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#1
05.01.2023, 19:34  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.12.2023, 12:45 przez Morgana le Fay.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Robert Mulciber - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Rozliczono - Sauriel Rookwood - Piszę, więc jestem

14 czerwca 1971 - Pierwsze ataki Śmierciożerców
Robert & Sauriel


Starannie przygotowany, dość istotny w kontekście planów obejmujących najbliższe miesiące, atak na sklep Ollivanderów, stał się jedną z największych, ale też najbardziej bolesnych porażek, jakie zwolennicy Czarnego Pana odnieśli w ostatnich miesiącach. Nikt nie spodziewał się porażki. Nikt nie spodziewał się tego, co wydarzyło się w niedługim czasie po tym, jak zaangażowane w całą akcje osoby, zjawiły się w wyznaczonym miejscu. Wśród popleczników Czarnego Pana nie znajdywali się przypadkowi czarownicy. Informacje zaś były przekazywane w sposób minimalizujący szanse ich wydostania się na zewnątrz. Wszystko powinno funkcjonować niczym w szwajcarskim zegarku.

I funkcjonowało - do tego konkretnego momentu.

Bałagan trzeba było posprzątać możliwie najszybciej, a całemu zajściu przyjrzeć się na tyle uważnie, żeby w przyszłości ograniczyć ryzyko wystąpienia podobnych sytuacji. Nie było to czymś, czym zająć mógł się byle Naśladowca. Pierwszy lepszy zwolennik Czarnego Pana. Robert i Chester tym razem zdecydowali się wszystkim zająć osobiście, przy wsparciu nielicznych osób, którym mogli do pewnego stopnia zaufać. Wybór nie był w tym przypadku łatwy. Trzeba było rozważyć różne za i przeciw. Bez zbędnego pośpiechu, mogącego ściągnąć im na głowę kolejne problemy. Już i tak mieli ich zbyt wiele.

Na Sauriela czekał w swoim gabinecie. Siedział za biurkiem, przeglądając znajdujące się na nim dokumenty. Nie było tutaj niczego, czego nie mógłby odłożyć na później. Żaden papierek nie dotyczył spraw istotnych, którymi Robert powinien zająć się już teraz. Chodziło jedynie o zabicie czasu. Mulciber nie lubił bezczynności. Na dłuższą metę nie potrafił tak po prostu siedzieć na własnej dupie i patrzeć się w ścianę. Sufit. Podłogę.

Cokolwiek.

- Proszę pana? - nie najmłodsza skrzatka jakby zmaterializowała się prawie na samym środku pomieszczenia. Cierpliwie czekała aż Robert podniesie głowę, przeniesie spojrzenie na nią. Dopiero kiedy była pewna, że przyciągnęła uwagę swojego pana, kontynuowała. - Przyszedł pan Rookwood.

Kiwnął głową, odkładając na bok pióro. Wcześniej zdążył jeszcze złożyć swój podpis pod jednym z papierków, który zamiast z prawej strony biurka, umieścił na stosie dokumentów znajdujących się przy jego lewym brzegi. Starał się rozdzielać sprawy zakończone od tych, z którymi musiał się zapoznać. Na razie w tak podstawowy sposób, później znajdzie czas na ten właściwy. Ważne, że we wszystkim był w stanie się odnaleźć.

- Przyprowadź. - zwrócił się do skrzatki.

Upewnił się, że wszystko znajduje się we właściwym miejscu, a na biurku panuje względny porządek, po czym podniósł cztery litery z krzesła. Sięgnął po paczkę papierosów, wyciągając z niej jednego, którego na spokojnie zdążył zapalić. Pomagało mu to pozbierać myśli. Skupić się na istotnych sprawach. Stanął przy komodzie, na której stała popielniczka. Blisko okna, wychodzącego na londyńskie ulice. Mimo późnej godziny, nadal wiele można było przez nie dostrzec. Pora roku robiła swoje.

- Saurielu. - przywitał się, kiedy zapowiedziany chwilę wcześniej krewniak dotarł na miejsce. Nie był wylewny. Nie był szczególnie serdeczny. Spotkania nie miało charakteru towarzyskiego. Na to wszystko nie było teraz miejsca.

Nie, żeby w normalnych okolicznościach odnosili się do siebie dużo cieplej.

- Dobrze, że udało Ci się dotrzeć tak szybko. Nie, nie siadaj. Nie mamy na to czasu. - machnął ręką, jakby chcąc mężczyznę odgonić od fotela, który przeznaczony był dla gości. - Zaraz będziemy się zbierać w drogę. Musimy złożyć komuś wizytę i będziesz mi przy tym potrzebny. - oczywiście nie zdradzał mu szczegółów. Chłopak ich nie potrzebował. Zasady były jasne. Każdy znał swoją role, swoje miejsce w szeregu. Robert w hierarchii znajdywał się wysoko. Prawie najwyżej. Z niczego nie musiał się tłumaczyć. Co najwyżej mógł. - Musimy przejść do salonu, dzisiaj skorzystamy z kominka.

Po tych słowach pozbył się dopiero co zapalonego papierosa, umieszczając go wewnątrz popielniczki i gasząc. Nie zdążył nawet porządnie się zaciągnąć. Musiało wystarczyć. Gestem dał krewniakowi znać, żeby ruszał. Mógł poprosić, żeby sam na niego zaczekał w salonie, ale nie planował, że w gabinecie spędzą tak mało czasu. Pierwotny plan wyglądał inaczej. Robert się go zwyczajnie nie trzymał.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#2
07.01.2023, 00:46  ✶  
Zgadza się, byli Naśladowcy i byli Śmierciożercy. Były osoby, które bardzo chciałyby stać się trybikami i w maszynie i ci, którzy nie byli byle pionkami, a stanowili obsadę gońców, koni i wież, które wspomagały pracę Królowej i Króla. Dopóki tak się działo, dopóty ten szwajcarski zegarek tykał. Tak się jednak zdarzyło, że tykać przestał. Sauriel w pełnym napięciu śledził te wydarzenia i tylko czysty fart sprawił, że nie był jednym z tych, którzy zostali przez Ministerstwo pojmani. Ci, którzy nie zostali, zazwyczaj byli brani na spyty. Niekoniecznie te oficjalne. Wroga trzeba było wyśledzić, a ten drzemał sobie w środeczku tej organizacji. Ciężko było spać z myślą, że któreś z tych par oczu mogły zwrócić się ku tobie... ale na całe szczęście w tym całym rozpierdolu, padaczce i strachu, jaki wyrodził się w siedlisku węży Sauriel siedział sobie na fotelu, uznając, że sprawa go nie dotyczyła. No bo - nie dotyczyła. Ktoś, kto go nie lubił (a było raczej wielu takich ktosiów) mógłby na niego wskazać paluchem tylko dla czystej zeemsty, żeby porobić problemy, na szczęście nikt taki się nie pojawił. Więc mógł nadal pić whisky, palić fajeczki i robić to, co do niego należało. I przede wszystkim - ocierać pot z czoła, że nie przeczytał wiadomości o martwym ciele Fergusa Ollivandera, młodocianego wytwórcy różdżek.
Byli więc naśladowcy, a w końcu byli Śmierciożercy i Śmierciożercy. Figury szachowe należało rozstawić rozważnie. Każda z nich miała swoje możliwości - jedną przesuniesz daleko, drugą przeskoczysz za front wroga w nieprzewidywalny sposób. Byli też ludzie więc, którzy byli stworzeni do zarządzania tymi pionami.
Tak oto Pionek miał przyjść do Ręki, Która Pionki Rozstawia.
Nigdy nie aspirował do wysokich stanowisk, do tego, by być bliżej Czarnego Dzbana Pana, ani by piąć się po szczeblach kariery. Za to był tutaj - w domu Rookwodów - jeszcze jak chodził do Hogwartu. Innymi słowy - w jego świecie służba temu człowiekowi była czymś, co ciągnęło się latami. Wszystko przez to, że jego rodzina wierzyła w sprawę. A teraz wierzył w nią również Joseph - zbyt stary i zbyt znudzony wampir, żeby wieści o tym, że można zrobić w końcu czystki wśród brudnej krwi nie przyciągnęły go do tego chorego na umyśle człowieka. Człowieka planującego jatki i spryskanie bruku londyńskiego krwią szlam i mugoli.
Wydawałoby się, że Sauriel miał w pełni "profesjonalną" minę, kiedy wszedł przez drzwi ubrany odpowiednio i stosownie do sytuacji, ale nie w garnitur. Nie szedł w końcu na herbatkę ani nie na pogawędki o tym, że mają za ciepłe lato w tym roku. Skinął głową mężczyźnie, kiedy ten wypowiedział jego imię, z szacunkiem i na powitanie. Czy szacunkiem zasłużonym? Cóż, Sauriel bał się niewielu Śmierciożerców i niewielu rzeczy w swoim nie-życiu. Kiedy jesteś niemal nieśmiertelny to twoja perspektywa postrzegania świata trochę się zmienia. Robert Mulciber zaliczał się do tych ludzi, których Sauriel się zdecydowanie bał. Szacunek był więc w pełni wypracowany - posadą i... bezwzględnością tego człowieka.
Na szczęście nie myślał nawet o siadaniu. W końcu nie wypadało to towarzysko, skoro gospodarz nie zaproponował jako pierwszy. Tak jak nie pytał. Nie wtrącał się. Nie od tego tu był. Zbyt wiele lat tu spędził i zbyt wiele się wydarzyło, żeby nie wiedział, jak powinien się zachować. I przede wszystkim jak dbać o własną reputację i renomę w tych kręgach. We wszystkich kręgach.
- Powinienem przyjąć konkretną postawę, czy życzy Pan sobie, żebym tylko robił dobre wrażenie? - Jakiekolwiek by to nie było wrażenie. I co, pytacie, czy przy tym był cynikiem? Otóż tak. Sauriel był niepokojący w całym swoim wydaniu, ale mogło to mieć gorszy albo lepszy efekt. Wystarczyło chociażby bardziej napiąć mięśnie czy skupić spojrzenie, zmyć zblazowanie i obojętność z twarzy i voila! Efekt byłby gotowy. Tym nie mniej - nie wiedział zupełnie, czego się spodziewać i o ile nie potrzebował może tego do końca, tak brak jakiekolwiek wiedzy może odbić swoje negatywne skutki na samej sprawie. Bo jednak człowieka łapie zdziwienie. Albo się zapomina. Albo... wiele "albo" się może zdarzyć. A wampir też człowiek. Czy coś.
Czarne oczy, tęczówka zlana ze źrenicą, przesunęły się na papierosa, potem prześledziły ruchy mężczyzny. Jedno widział - ewidentnie pośpiech tutaj był kluczem.
Tym nie mniej naprawdę nie do końca wiedział, czego się spodziewać.


[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#3
14.01.2023, 22:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.01.2023, 22:47 przez Robert Mulciber.)  

Daleki był od określenia siebie mianem osoby rozstawiającej pionki. Owszem. Nigdy nie był pierwszym z brzegu zwolennikiem Czarnego Pana. W szeregach organizacji znaczył całkiem sporo, choć oczywiście sprawę zdawali sobie z tego nieliczni. Posiadał szerokie wpływy, mógł sobie na wiele pozwolić. Wiedział jednak, że jeden niewłaściwy krok może zakończyć się bolesnym upadkiem. Może nawet śmiertelnym?

Nie śpieszyło mu się na drugą stronę. 

Bynajmniej.

- Masz po prostu być. - nie zastanawiał się długo nad odpowiedzią. Nie starał się też szerzej wszystkiego wytłumaczyć. Niezbyt często to robił, od innych oczekując, że nadążą za jego tokiem rozumowania. W końcu co było w tym skomplikowanego? Skoro szli we dwóch, bez konkretnych zadań, wydanych wcześniej poleceń, logicznym powinno być, że chodziło tutaj o coś na kształt psychologicznej przewagi.

Prowadzący do salonu korytarz niemalże tonął w ciemnościach, widoczność pozostawała ograniczona. Większość mieszkania była słabo oświetlona. Sauriel mógł jednak zwrócić na to uwagę już wcześniej, zmierzając do gabinetu Roberta. Tak samo, jak na panującą tutaj ciszę. Trochę przygnębiającą. Aż za dobrze obrazującą życie Mulcibera, który od zawsze najbardziej cenił sobie własne towarzystwo.

Nie miał wielu bliskich osób.

Kiedy dotarli do salonu, podszedł do kominka, sięgając po niewielką ilość proszku fiuu z umieszczonego na nim pojemnika - prostej ceramicznej miseczki bez zbędnych zdobień. Odwrócił się w kierunku towarzysza.

- Idziemy do Holyhead. Lokal nazywa się Ognisty Krab. - poinformował.

Nie czekając na jakąkolwiek reakcje, umieścił niewielką ilość pyłu w kominku. Raz jeszcze powtórzył nazwę gospody. Wyraźnie, chcąc uniknąć tym sposobem niekoniecznie przyjemnych niespodzianek. Sama podróż była w tym aspekcie więcej niż wystarczająca - niewiele lepsza od teleportacji, za którą Robert nigdy nie przepadał; z którą nie bardzo radził sobie jego organizm.

Na miejscu wszystko było starannie przygotowane. Przywitał ich mężczyzna, który na pierwszy rzut oka nie mógł być wiele młodszy od Roberta. Nieco niepewny, zrobił w stronę Mulcibera jeden, dwa kroki.

- Na t-tyłach jest d-drugie wyjście, nikt nie powinien zauważyć waszego pojawienia się. - poinformował, nerwowo rozglądając się na boki. Nie pojawili się co prawda w głównej sali, ale lepiej było dmuchać na zimne. W każdej chwili mógł się tutaj pojawić pracownik. Zawędrować jeden z gości. Im mniej osób wiedziało o ich obecności, tym lepiej.

Na szczęście nikomu nie trzeba było teraz tego tłumaczyć.

- Doskonale. W którą to stronę? - zapytał, rozglądając się po pomieszczeniu. Istniały tutaj trzy opcje, dobrze było dopytać. Ustalić co i jak.

- Na p-prawo. - wskazał ręką, wyglądając przy tym jakby chciał coś dodać. I jak się po chwili okazało, rzeczywiście chodziło mu coś po głowie. - M-moja c-córka... - zaczął.

Robert nie dał mu jednak czasu, żeby powiedział cokolwiek więcej. Nie był to odpowiedni moment, nie było to też właściwe miejsce. Poza tym sprawa nie zaliczała się do tych istotnych. Była jedną z wielu podobnych.

- Daliśmy Ci słowo. - uciął. Ton głosu wyraźnie informował, że podejmowanie się próby kontynuowania tematu nie byłoby teraz najlepszym pomysłem. Właściciel gospody nie był na tyle głupi, żeby ryzykować.

Może zbyt wiele mógł stracić?

- T-tak. Słowo. - przytaknął jedynie, odprowadzając ich wzrokiem.

Robert nie zamierzał tracić więcej czasu, ruszając w kierunku wskazanego wyjścia. Pojawił się tutaj w konkretnym celu. I to właśnie tą sprawą zamierzał się zająć. Możliwie najszybciej, bez zbędnego ociągania się. Na wycieczki krajoznawcze i zawieranie bliższych znajomości jeszcze przyjdzie czas.

Albo i nie. I tak ich nie potrzebował.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#4
15.01.2023, 14:10  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.01.2023, 10:38 przez Sauriel Rookwood.)  
Heurystyka reprezentatywności opisała to spotkanie. Trudne słowo, co? A nawet - dwa słowa. Można by je było ukrócić do bardziej zrozumiałej formy: błędu poznawczego. Paradoks pierwszych spotkań polegał na tym, że dopasowujemy ludzi na podstawie ich aparycji, sposobu mówienia czy nawet tego, w jaki sposób stał do znanych nam form. Jakbyśmy byli fabryką, która ma gotowe odlewy i każdego próbowali wpasować w jeden z nich. Udawało się to. Zazwyczaj się to udawało i dopiero z biegiem czasu odkrywaliśmy, że nie no, to nie to - jakieś pokraczne, nie taka to bryła, trzy ręce zamiast dwóch, nos długi a miał być krótki. Na początku jednak to ma sens. Tymczasem z drugiej strony ktoś widział siebie samego zupełnie inaczej. I zapewne właśnie inny był, za to nie na darmo się mówiło, że jak cię widzą, tak cię piszą. W zależności od zamierzonego celu mogliśmy swoim oglądem osiągnąć różne cele. Co chciał swoją postawą osiągnąć pan Mulciber? Bo jeśli było to wzbudzenie szacunku, strachu, to robił to dobrze. Wynikało to [względem Sauriela] z kilku prostych składni, jaką było to, że Robert Mulciber nie był pierwszym lepszym Śmierciożercą, jak zostało powiedziane z paroma elementami jego charakteru, które do tej pory zostały przez Rookwooda poznane. Koroną, czy też wisienką na torcie, była jego postura i wygląd. Przypominała mu ojca. A tam, gdzie cokolwiek przypominało mu ojca, była już wystarczająco duża pula strachu, żeby Sauriel chodził jak ten wspomniany szwajcarski zegarek.
Czyli dokładnie tak, jak od niego oczekiwano.
Uzyskana odpowiedź mu w pełni wystarczyła, bo tak - logicznie nasuwało się, że w takim wypadku chodzi o psychologiczną zagrywkę. Sauriel zdawał sobie sprawę z tego, jak działał na większość ludzi - że naprawdę wystarczyło, żeby był. Nawet był trochę ciekaw, gdzie dokładnie się udadzą i kogo odwiedzą w bardzo, hmm, nieoficjalnej wizycie, skoro obędzie się bez przebieranek, masek i innych tych pierdu pierdu.
Dom wiele mówił o człowieku. Jeśli więc mowa o wrażeniach poznawczych, to te kładące się na ścianach długie cienie, pustka i cisza mówiły same za siebie... na przykład o tym, że żona mogła być na zakupach, a dziecko - w Hogwarcie. Na przykład. Albo o tym, że był to kolejny przykład smutnego, zatrutego niepoprawnymi ideami czystokrwistego. Sauriel to odnotował, ale nie zrobiło to na nim wrażenia - ta pustka. Dokładnie taką samą pamiętał i wyciągał z własnego domu. Odgłos kroków i krzątaniny był bardziej przerażający od milczącego zastoju. Gdyby miał wybierać - poszedłby drogą Roberta. Lub nie, wróć - gdyby MÓGŁ wybierać. Bo na razie jego wybory były raczej ograniczone.
Pojawił się zaraz po Robercie w rzeczonym miejscu i tylko przez moment powiódł spojrzeniem po otoczeniu - kolejne miejsce do wyceny, ale już nie pod względem zamieszkalności. Raczej pod względem tego, gdzie się znajdują, ile jest tu przestrzeni i czy w razie przepychanki przyjdzie sobie łokcie smarować o ścianę. Koniec końców i tak wszystko można zrzucić na karby ciekawości. Nieznajomego obdarzył przeciągłym spojrzeniem, ale nie odezwał się ani słowem na powitanie, ani na pożegnanie, kiedy Robert ruszył - a on za nim. Niech gadają mądrzejsi od niego.
Ruszyli w prawo korytarzem, który zakończony był tylko jedną parą drzwi - ze wszystkich pozostałych, które rozbiegały się w innych kierunkach. Te jedne zostały wskazane. Nic ich nie wyróżniało, jeśli w ogóle było to oczekiwane. Takie same jak inne, które zobaczyć można było wcześniej, przeciętne, żadnych łańcuchów, kłódek. Zabezpieczeń na pierwszy rzut oka. Ale wystarczyło dotknąć klamki, złapać za nią i pchnąć. Powietrze zdawało się delikatnie zafalować, jak po kaczce puszczonej przez taflę jeziora. Nic nie przeszkodziło jednak temu, żeby drzwi zostały otworzone, a oni weszli do środka. Sauriel je za nimi zamknął, spoglądając jeszcze dłuższy moment na wystraszonego - i zaszczutego - osobnika. Tylko przez moment.
Pomieszczenie, do którego weszli, było ewidentnie pomieszczeniem gospodarczym dla knajpy. Z naciskiem na "był". Zostało tu wszystko uprzatnięte, a przede wszystkim maksymalnie poodsuwane do ścian. Takim sposobem - środek był pusty. I było na nim całkiem dużo przestrzeni. Wizerunku tego, że nie będzie przyjemnie uzupełniał fakt, że właściciel bardzo zapobiegawczo pokrył podłogę rozłożonymi kartonami. Kamienną, szorstką - na pewno kiepsko by się z niej zmywało... krew. I zbierało ewentualne zęby. GDYBY, rzecz jasna, te wypadły. Bo przecież Sauriel nigdy by tak nie zrobił.
Przyglądanie się otoczeniu jednak miało ograniczone możliwości z bardzo prostego powodu - jakkolwiek więzień ewidentnie był spętany, być może nawet unieruchomiony zaklęciem czy eliksirem, tak krzesło, na którym był wcześniej posadzony, huknęło przed progiem. W miejscu, w którym przed chwilą stał Robert. Przed chwilą, bo Sauriel odepchnął go na bok. Mebel trzasnął, drewno zaskrzypiało. Wytrzymało. I chociaż czarnowłosy miał stać i po prostu dobrze wyglądać, to rzecz potoczyła się bardzo szybko. Nie było w tym chaosu i niezrozumiałej plątaniny ciał, za to jak na tendencje czarodziejów - było zadziwiająco... pierwotnie. Mężczyzna uniósł swoją broń - nie miał różdżki, a ponoć potrzeba matką wynalazków. A Sauriel, zamiast sięgnąć po swoją, wyszedł dwa kroki do przodu i kopnął w prowizoryczną broń jegomościa, posyłając go w tył. Ten odzyskał równowagę, krzesło poleciało, rzucone teraz w Sauriela i z pięściami skoczył do przodu. Osłabiony walką z więzami i wcześniejszym eliksirem dla czarnych oczu poruszał się wręcz ślamazarnie. Krok w bok wystarczył, żeby krzesło upadło na ziemię i przejechało w kierunku otworzonych drzwi, potem złapał mężczyznę i podciął mu nogę, wywalając go na ten przysłowiowy głupi ryj. I dla pewności - usiadł mu na plecach, łapiąc jego rączki i dociskając go do ziemi.
- No nie wierzgaj tyle, gościu... - Mruknął.
Szybki oddech mężczyzny wskazywał albo na gniew, albo na strach. Ewentualnie - oba.


[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#5
21.01.2023, 22:43  ✶  

Nie spodziewał się, iż po dotarciu na miejsce, będą musieli zająć się więźniem. Wszystko miało być załatwione w odpowiedni sposób, a przetrzymywany w Ognistym Krabie mężczyzna - być nieszkodliwym. Najwyraźniej nie zadbano o to w wystarczający sposób. Nie zachowano niezbędnej dawki ostrożności.

Mulciber na pewno o tym nie zapomni.

Odepchnięty przez Sauriela na bok, uderzył o ścianę. Jęknął. Zainteresował się przez moment prawym łokciem, który zabolał nieco mocniej. Na szczęście wszystko sprowadzało się tylko do tego - lekkiego bólu. Choć przeżycie nie było szczególnie przyjemne, Robert nie mógł mieć tego wampirowi za złe. Przynajmniej nie tym razem. Od tego tutaj był. Na ten moment w dodatku ze swoich obowiązków wywiązywał się dość dobrze. O niewielu Śmierciożercach można było powiedzieć podobnie.

O Naśladowcach lepiej nawet nie wspominać.

- O ile doceniam Twoją pomoc, w tej pozycji będzie mi niewygodnie zająć się jego głową. Postaraj się coś z tym zrobić. - odezwał się, odsuwając od ściany i sięgając po różdżkę. Prosta, bez zbędnych zdobień, wykonana z berberysu i włókna smoczego serca, towarzyszyła mu wiernie od wielu lat. Całe szczęście do tej pory nie został jeszcze zmuszony do jej wymiany. Zwłaszcza, że - zaiste zaskakujące - z reguły nie przepadał za zmianami.

Wiedział jednak, że czasami bywały one konieczne.

Przyglądając się działaniom Sauriela, nie zachował zbyt długo milczenia.

- Dawno się nie widzieliśmy, Jonathanie... mój drogi kuzynie. - słowa, rzecz mało zaskakująca, pozbawione były zbyt wielu emocji. Niemalże całkowicie z nich wyprane. Wiele jednak wyjaśniały. Chociażby to, dlaczego cała ta akcja miała nieoficjalny charakter. Ich ofiara nie tylko była Śmierciożercą, ale znała Roberta. Może nawet wiedziała, jaką rolę odgrywał w szeregach popleczników Czarnego Pana? Jeśli tak miały się sprawy, brak całej tej maskarady stawał się poniekąd uzasadnionym. - Bardzo mi przykro, że zmusiłeś mnie do takich rozwiązań, żeby... żebyśmy mogli odbyć nasze małe, rodzinne spotkanie. - kiedy to było możliwe, podszedł bliżej, przyglądając się nieco poturbowanemu obliczu krewniaka. Wyciągnął dłoń, ujmując go za podbródek, następnie dotykając policzka, na którym znajdywał się siniak sięgający niemalże po prawe oko. - Powinieneś bardziej uw... - przerwał, kiedy więzień zdecydował się w jego kierunku splunąć. Ślina wylądowała na rękawie zadbanego swetra. W oczach Roberta błysnęło wyraźne rozdrażnienie. Chwilę później strzelił swojemu kuzynowi z liścia. - Zawsze byłeś taki... nieokrzesany.

Wreszcie cofnął się, dając Saurielowi znać, żeby mocniej go złapał. Upewnił się, że kolejny raz nie będzie dla nich stanowił zagrożenia. Zanim przejdą do właściwych działań, trzeba było wszystko sprawdzić. To właśnie z tego względu Robert zjawił się na miejscu we własnej osobie. Niewielu czarodziejów posiadało tego rodzaju zdolności - pozwalające odczytać wspomnienia, pozyskując tym sposobem istotne informacje. W tej konkretnej sytuacji zaś, informacje te były wręcz na wagę złota.

- Gotowe? - zapytał Sauriela, będąc gotów na przyłożenie różdżki do głowy Jonathana. Na wypowiedzenie właściwego zaklęcia. Miał w tym już lata praktyki.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#6
22.01.2023, 00:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.01.2023, 22:20 przez Sauriel Rookwood.)  

Było coś absolutnie porywającego w człowieku, który mógł tylko leżeć i kwiczeć u twoich stóp. Taka mała, malutka frajda. Na tyle malutka, że Sauriel zduszał to nieśmiałe uczucie w zarodku, żeby nie wzięło nad nim kontroli. Było coś podniecającego w człowieku, który leżał u twoich stóp. Nie w tym konkretnym, oj nie. I oczywiście - na tyle, na ile podniecenie może odczuwać wampir. Gdybyś był człowiekiem powiedziałbyś, że to przypomina szum krwi w uszach. Że serce mocniej bije, a oddech staje się głębszy i wyraźniejszy. Zmysły jakby się wyostrzają, a wszystkie kolory nabierają głębi. Uczucie niepodobne do wszystkich innych. Jednak człowiekiem nie byłeś. Za to jako wampir z całą stanowczością mogłeś powiedzieć, że w takiej chwili przychodziło opanować swoje ciało i pragnienia, żeby z lubieżną pasją nie wbić swoich kłów w jego szyję. Nie żeby nie mógł. Ale nie był pewien, czy do Robert nie potrzebował jegomościa bardziej przytomnego i takiego... nie okrawionego? Zresztą nad czym tu się zastanawiać? Ta walka nawet nie powinna być walką tylko stwierdzeniem - zachowywać się normalnie, żeby dbać i pielęgnować te resztki człowieczeństwa. Z taką ilością sprzeczności łatwo było poczuć się zwyczajnie znużonym i zabić całą frajdę, jaka mogła z tego przyjść.

- Ay. - Mruknąłeś i zaparłeś się nogami, żeby wstać - a jego pociągnąć za włosy do góry.

- Aaaał, kurwa, już! Już! - Mężczyzna dźwignął się sam na nogi. Pociągnął was ktoś kiedyś za włosy? Na pewno. Nieprzyjemne uczucie, co? A dźwigał ktoś wasze ciało na tych włosach? Tego pewnie nie robili. Musicie uwierzyć na słowo - to nie była najprzyjemniejsza rzecz na świecie i skłaniała do tego, żeby jednak wędrować za ręką osoby, która te włosy ciągnie. - Postaradałeś zmysły, Robercie. - Jonathan, jak został nazwany i jak też Sauriel poznał jego imię, aktualnie stał na nieco ugiętych nogach, bo Sauriel nie puszczał jego włosów sprawiając, że ten trochę przechylał się do tyłu. Wyglądało to prawie tak, jakby jedno mocniejsze pociągnięcie miało mu trachnąć kręgosłup na pół. Na szczęście (chyba na szczęście) to tylko pozory. Trzymał rękoma łapsko Sauriela, chociaż nawet nie można tego nazwać wielkim szarpaniem w tym momencie. - Ten wariat, ten... to nie ma racji bytu! Przyniesie tylko terror. - Tak miało być? Miał tyle gadać? Sauriel nie był pewien, więc dla pewności kopnął go w zgięcie w kolanie. I jednocześnie nie puścił. Mężczyzna stęknął, zamykając na moment oczy, ale utrzymał pion. Czy raczej ten niby-pion. Ale kiedy Robert wyciągnął swoją dłoń i go dotknął... no cóż. Stało się. A kiedy Robert się cofnął, Sauriel rzeczywiście uznał, że gość za dużo gada. Co jednak musiał przyznać - jegomość go zaskoczył. I nawet mu zaimponował. Niestety to zaimponowanie nie pomogło mu w tym, że skończył na kolanach z rękoma wzdłuż siebie i uniesioną głową. Sparaliżowany. Były takie zaklęcia, które po prostu przydawały się wszędzie. Niezastąpione wręcz. Co jednak mogło być ewentualnie warte zauważenia - gość był sparaliżowany, to fakt. Faktem było też, że Sauriel nie trzymał w dłoni różdżki, bo swoje ręce miał zajęte przytrzymywaniem więźnia.

- Chusteczkę? - Czy Sauriel mógł się powstrzymać od tego cynicznego komentarza? Ano mógł. Ale lekki smirk pojawił się mimo wszystko na jego twarzy. <- wyobraził sobie Sauriel, ale że był odważny tak na 90% to pozostało to tylko w jego wyobraźni. Więc zamiast tego tylko potwierdził. - Gotowe.

Błysnęło zaklęcie i zabrało Roberta w świat wspomnień. Tych niepotrzebnych - wspomnienie ostatniego razu, kiedy Jonathan całował żonę w policzek, a potem spoglądnął na swoją córkę mówiąc, że tatuś ma coś do załatwienia, tatuś zaraz wróci. Ale w jego sercu tkwił strach. Wspomnienie przebiegło dalej, pomijając te zbędne, gdzie już nie było szczęścia - była panika. Jonathan wrzucający rzeczy żony do pudła, krzyczący, że ma się wynosić z Londynu... niepotrzebne. Dalej. Jego praca, jego krycie się po uliczkach. Bliżej. Coraz bliżej. Wróć. Uliczki. Niewyraźna twarz. W tył. Boczna uliczka Nocturnu, jedna z tych zapyziałych i twarz skryta częściowo pod kapturem. Ale teraz, jak można było się przyjrzeć, stawała się widoczna. Wysuszona skóra, mężczyzna dobrze po czterdziestce, niezadbany, przedwcześnie postarzały - tak się wydawało.
- Obiecywałeś, że wywieziesz moją rodzinę z Londynu. - Rozbrzmiał twój paniczny głos. A nie, nie twój. Jonathana.
- Obiecywałem i dotrzymam słowa. Jak będzie wszystko gotowe to przeniosę je w bezpieczne miejsce. - Zachrypiał przemytnik.
- NIE MA CZASU, zabierz je stąd, gdziekolwiek! - Złapałeś mężczyznę za ramiona i potrząsnąłeś nim, ale ten szybko i gładko się wywinął, cofając w tył.
- Za dwa dni tutaj. Nie spóźnij się. - I mężczyzna się aportował.

Remuald Carrow. Tak brzmiało imię przemytnika, które wykopałeś z głowy mężczyzny. Ale nie, nie, to nie wszystko... brat. W głowie Jonathana mignęło coś o bracie - a przecież nie miał brata. Przedstawił go jako Anthony Avery. Wspomnienia mogłeś się uczepić, brnąć dalej, głębiej. Tak, fałszywe nazwisko i imię podane tylko po to, by przemytnik się zgodził. To nie był jego brat. To był jego przyjaciel, który podrzucił informację aurorom i dla bezpieczeństwa chcieli uciec z kraju. Całkiem mądrze, co? Elijah Lockhart.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#7
22.01.2023, 22:19  ✶  

Nie on był tutaj tym, który postradał zmysły. Zarzucił rozsądne myślenie. Jonathan zaś... Jonathan w oczach Roberta zawsze był tym głupim. Gorszym. W ostatnim czasie kolejny raz udowodnił to poprzez swoje działania. Kiedy już raz znalazłeś się po tej stronie barykady, droga powrotna przestawała istnieć. Czarny Pan nie wybaczał. Niezależnie od tego, czego to wybaczenie miałoby dotyczyć. Jedyną opcją pozostawała śmierć. Avery tego nie rozumiał. Wydawało mu się, że zdoła uniknąć takiego losu.

Zarówno dla siebie, jak i bliskich sobie osób.

Nie pozostawił wyboru.

Zanim przystawił różdżkę do skroni Jonathana, zajął się oczyszczaniem rękawa ze śliny. Zajęło mu to krótką chwilę. Chusteczkę zawsze miał przy sobie. Jedną, materiałową. Starannie zlożoną, ukrytą w kieszeni. Na niej widniała wyhaftowana literka M. Pochodząca od nazwiska, rzecz oczywista.

- Legilimens! - padło wreszcie z ust Roberta. Było to starannie wyuczone zaklęcie. Nie stosował go po raz pierwszy, choć też nie sięgał po nie szczególnie często. Według potrzeb. Musiała wymagać tego sytuacja. Dokładnie wiedział co teraz nastąpi. Należało przełamać opór, następnie zagłębiając się we wspomnienia i uczucia ofiary. Powoli. Stopniowo. Starając się w tym wszystkim odnaleźć to, co było potrzebne.

Nie interesowały go pocałunki, uściski, towarzyszące temu emocje. Rodzinne spotkania, uroczystości. Normalne, codzienne aktywności, które wykonywał każdy, bez wyjątku. Odrzucał je na bok, poszukując tych bardziej interesujących rzeczy. Prawdziwie istotnych informacji. To zawsze wymagało sporej ilości czasu. Nie dało się po to sięgnąć ot tak, po prostu. Potrzebny był nieco większy wysiłek, ale Mulcibera nigdy to nie odstraszało. Nie zniechęciło również tym razem. Wreszcie natrafił na to, co miało znaczenie, uważnie się wszystkiemu przyjrzał. Starał się dostrzec każdy jeden szczegół.

Być na tyle dokładnym, żeby okazało się to wystarczającym.

To nie miało się skończyć na samym tylko Jonathanie.

Nie zorientował się, kiedy zamiast obserwatorem wydarzeń, poczuł się ich uczestnikiem. To dotarło do niego dopiero po chwili. Razem ze świadomością, że całość trwała najpewniej zbyt długo. Każdy miał swoje granice, Robert zaś właśnie się zbliżał do tych, które wiązały się z jego możliwościami. Starając się uchwycić ostatnie informacje, zaczął się wycofywać. Wracał do własnej świadomości. Rzeczywistości.

Opuścił różdżkę.

- Elijah, co? Stary, głupi Elijah... - wyrzucił z siebie. Niezbyt głośno. Trochę to go bawiło, cała ta oczywistość. Powinien był się domyślić. Powinien mieć Lockharta na uwadze. Tyle dobrego, że jeszcze zdąży to naprawić. Tak samo jak i zająć się Remualdem Carrowem. Potrzeba było tylko odrobiny czasu. Kilku dni. Może tygodni.

Nie brał pod uwagę opcji, zgodnie z którą miałoby to trwać dłużej.

- Myślę, że tutaj już skończyliśmy. Wiesz, co należy zrobić. Pośpiesz się. - odezwał się do Sauriela, odkładając swoją różdżkę, cofając się o kilku kroków. Teraz miał być tylko obserwatorem. Nie zamierzał brudzić sobie rąk. Nie tym razem. Od tego miał Rookwooda.

Sam za zabijaniem nie przepadał, dlatego też jeśli nie musiał tego robić, wolał zachować czyste dłonie. Z białych rękawiczek ciężko było pozbyć się krwi.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#8
22.01.2023, 23:08  ✶  

Czasem, ale tylko czasem, najciemniej było pod latarnią. Tam, gdzie wydawało ci się, że widzisz wszędzie wyraźnie kryły się największe cienie. Wiesz, czemu tak jest? Człowiek został stworzony do tego, żeby się przystosowywać. I tak do ciemności dostosowywały się oczy. Wystarczyło jednak nawet nikłe źródło świata, żebyśmy znów stali się ślepi na krążące wokół cienie. Widzisz to, co najbardziej oczywiste i nie dostrzegasz, że ten płaski obrazek ma jakieś dno. W końcu żyliśmy w trójwymiarze. Płasczyzna nie była jedyną rzeczą, jaką mogliśmy objąć umysłem. I takim sposobem kryli się ci, którzy byli najbliżej. Zgodnie z zasadą, że przyjaciół możesz trzymać blisko, ale wrogów - jeszcze bliżej.

Człowiek bał się tego, czego nie widzi i tego, czego nie rozumie. Między innymi dlatego ciepło latarni było bardziej kuszące niż wszechobecny mrok i nawet jeśli wiedziałeś, że świeca cię oślepi - zapalałeś ją. Miał wielkie oczy i wielkie szpony, miał ślepia świecące pod dziecięcym łóżkiem. I palce, które tylko czekały, aż spod kołdry wysunie się rączka bądź nóżka, żeby ją złapać i wciągnąć pod mebel. Mężczyzna, którego trzymał Sauriel, miał teraz równie wielkie oczy co ten strach. Byłeś pewien, że nawet gdybyś mógł oglądać to, co widział Robert, nie chciałbyś. Teraz to była tylko przeszkoda do pokonania, ale zaglądając w czyjeś wspomnienia odkrywasz, że to człowiek. Mulciber potrafił odróżnić jedno od drugiego, przesiać wartości, wyrzucić niepotrzebne śmieci. Rodzina tego mężczyzny była w końcu zbędna, bo chyba ten tutaj nie był takim idiotą, żeby im cokolwiek przekazywać, prawda..? Kiedy zaczynasz rozumieć wroga - przegrałeś. Bo oznacza to, że zaczynałeś mu współczuć. Sauriel nie chciał w sobie budzić tego uczucia, towarzyszyło mu już zbyt długo. Nie chciałeś liczyć rachunków sumienia i zliczać zdrowasiek za własne grzechy. Tego było już za dużo. Podobno ludzie, których otoczyła Śmierć swoimi ramionami mieli inne oczy. Inne spojrzenie. Ponure, czarne, podkrążone oczy Sauriela widziały i zadały już niejedną. A z każdą kolejną miał wrażenie, że poczucie winy zamienia się w... poczucie zabawy.

Bo w końcu - człowiek przystosowany jest do zmiany, czyż nie?

W trakcie całego procesu obserwowałeś tę cichą, bezgłośną walkę, jaką toczyła ta dwójka. Albo raczej egzekucję. Mentalne sponiewieranie, kradzież tożsamości i własnego ja. Tak, to trwało. Przeciągało się. Spoglądałeś tylko na drzwi za plecami Roberta, ale te, po zamknięciu, pozostawały niewzruszone. Nawet wytężone zmysły nie wychwytywały niczego poza nimi. Nie wiedziałeś, ile czasu tkwiliście w tej pozycji, ale nie ośmieliłeś się ruszyć. Złożone zaklęcie musiało zostać zakończone i Robert musiał odzyskać błysk w oku. Powiedzieć cokolwiek... i doczekałeś się. Wyglądało na to, że ich więzień zresztą przyniósł ze sobą kilka informacji, które go zadowoliły. Miło.

Chore było tylko to, że Robert cofnął się o kilka kroków i chyba... zamierzał na to patrzeć. Chyba powinieneś był się tego spodziewać, a mimo to był taki króciutki, leciutki moment zawieszenia i uniesienie brwi, niemalże bezgłośne pytanie "serio?" Ale proszę bardzo. Skoro go to bawiło... albo chciał się przekonać, czy robota zostanie wykonana, czy nie pojawi się jakiś element, no nie wiem. Zdrady, na ten przykład?

Sauriel szarpnął głową mężczyzny na bok i wbił kły w jego szyję. Mężczyzna nie mógł nawet krzyczeć - i tylko łzy leciały z jego oczu. Czarnowłosemu było wszystko jedno, kto go nakarmi - a ten człowiek i tak miał zginąć. Ale nie od jego kłów, o nie! Wtedy przecież zamieniłby się z powrotem w wampira. Czując przyjemną ekstazę gorącej krwi oderwał się od szyi jegomościa, przesuwając językiem po dolnej wardze. Przesunął też kciukiem nad raną mężczyzny na szyi, żeby ją zasklepić i zmyć krew. Ot, cokolwiek zrobią z ciałem, wcale nie chciał stać się podejrzanym wampirem. A potem rozległ się nieprzyjemny dźwięk szczęknięcia kości.

Ciało mężczyzny z nienaturalnie przekręconą głową upadła na ziemię, kiedy Sauriel go puścił.

- Ja tego nie sprzątam. - Uprzedził z góry. To jest - jakby kazali to co by zrobił? No posprzątałby. Jakoś. Ale prawdę mówiąc nigdy się tym nie zajmował i miałby prawdziwą zagwozdkę co zrobić ciałem. Oblizał sobie jeszcze paluszki z krwi, zanim zaklęciem doprowadził się do porządku po jakże smacznym obiadku i przeszedł nad trupem jednym długim krokiem.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#9
27.01.2023, 18:56  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.02.2023, 20:11 przez Robert Mulciber.)  

Nie zamierzał opuszczać pomieszczenia. Odwracać się. Odcinać od tego, co miało się za chwilę wydarzyć. Czy było to chore? Prawdopodobnie w jakimś stopniu owszem. Robert miał jednak jasne wytyczne i do nich właśnie się stosował. Musiał mieć pewność, że egzekucja zostanie należycie wykonana; że zdrajca zapłaci za czyn, którego się dopuścił. Takie rzeczy nikomu nie mogły ujść płazem. Jonathan miał stanowić dla innych przykład. Przestrogę? Jego śmierć nie obejdzie się bez echa. Wszystko zostanie w tym aspekcie odpowiednio zorganizowane. Obserwował więc Sauriela podczas posiłku, następnie patrzył też, jak skręca swojej ofierze kark. Twarz miał bez wyrazu. Nie malowało się na niej zbyt wiele emocji. Tak jakby nie był to w jego przypadku pierwszy raz.

- Zrobisz, co będzie trzeba. - nie bardzo przejął się protestami ze strony wampira. Nie zamierzał też prowadzić na ten temat żadnych dyskusji. Dla niego sytuacja była jasna. Sauriel będzie robił to, co zostanie mu zlecone. A jeśli odmówi? A jeśli odmówi, to na własnej skórze odczuje tego konsekwencje.

Nie było ludzi niezastąpionych. Wampirów również.

Pochylił się nad bezwładnym ciałem Avery'ego. Dłoń dotknęła brudnych włosów kuzyna. Przez moment znalazła się też na twarzy. Krótka chwila... pożegnanie? Tym razem Robert jednak nic nie mówił. Jeśli zmienił się wyraz jego twarzy, ciężko było to zauważyć. Był pochylony. Trzeba byłoby spojrzeć pod innym kątem.

Nie potrzebował na to wszystko większej ilości czasu. Kilka sekund, po których się podniósł. Wyprostował. Na jego twarzy przez moment dało się dostrzec ślad... ślad czegoś. Czyżby resztek ludzkich emocji?

- Resztą zajmą się inni. Przywołaj Nevana. - tradycyjnie nie padło tutaj żadne prosze. Nie zmienił się też ton głosu. Robert zachowywał się jak Robert. Nigdy nie dało się po nim zauważyć, aby kogoś doceniał. Aby był zadowolony ze współpracy, dokonań, realizacji zadań. Dało to się jednak odczuć w dłuższej perspektywie czasu. W jakimś niewielkim stopniu.

Nie sprecyzował kim był Nevan, ale po skinięciu głową w kierunku drzwi, można było się domyślić, że chodziło o właściciela Ognistego Kraba. O mężczyznę, który nie tak dawno temu ich tutaj przywitał. Czy był kimś, na kim mogli tutaj polegać? Ciężko było stwierdzić. Na pewno jednak musiał sporo wiedzieć. A także obracać się we właściwych kręgach.

Może nawet nie pierwszy raz, to właśnie Ognisty Krab był wykorzystywany do tego rodzaju praktyk?

Czekając aż Sauriel przyprowadzi Nevana, Robert pozwolił sobie zapalić. Wyciągnął papierosa, posłużył się odpowiednim zaklęciem. Zaciągnął. Raz. Drugi.

- Strasznie tutaj nabałaganiłeś, Jon. - można było w kilka chwil później usłyszeć. Najwyraźniej postanowił sobie porozmawiać z umarłym, skoro zostali sami. We dwoje. Jednocześnie zajął się też sprzątaniem. Własnoręcznie. Bez użycia magii, która mogła przecież cały proces znacząco ułatwić. Prawda była jednak taka, że Robert nie przepadał za sprzątaniem przy użyciu czarów. Osiągnięcie zadowalających efektów nie przynosiło wówczas równie dużej satysfakcji. Zwyczajnie nie cieszyło. - Zawsze starałeś się być takim porządnym i popatrz... Martha byłaby strasznie rozczarowana. - mówiąc przenosił kartony, odgarniał to, co odgarnąć mógł. Ruszał się. - Oczywiście gdyby nadal żyła.

Krótką rozmowę z trupem, przerwał rzecz jasna powrót Sauriela. Robert był dość wyczulony na hałas. I nawet jeśli wampir potrafił poruszać się cicho, to towarzyszący mu mężczyzna, był na jego tle niczym słoń w składzie porcelany. Nie dało się tego nie wychwycić.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#10
28.01.2023, 08:52  ✶  

Każd].ego można zastąpić. Ojciec wpajał mu to od zawsze - że nie jest niezastąpiony. Że w tej organizacji było miejsce dla wielu istot, a na pewno nie było takiej, której nie można się pozbyć w imieniu "większego dobra". Dlatego należy się pilnować. Uważać. Dlatego Sauriel przyzwyczaił się do chodzenia na palcach, przemykania jak najciszej przez rezydencję Rookwoodów, a cisza była największym błogosławieństwem. Niedobrze robiło się tylko wtedy, kiedy słychać było czyjeś kroki na korytarzu. To nie było życie. Jako wampir nie powinien się przejmować, przecież i tak był już martwy. Im więcej lat minęło tym głębiej wpadał w te sidła i zostawało mu tylko tyle, co teraz - być grzecznym psem, którego paradoksalnie ozwano Kotem. I jedyne, co zostało, to skrzywienie na ustach, skrzywienie niezadowolenia na słowa, jakie padły i oglądnięcie się na ciało, nad którym przeszedł. Samotne, pozbawione ducha ciało. Jeszcze ciepłe. Jeszcze z policzkami mokrymi od łez i oczami wypełnionymi wygaszonym teraz bólem. Oczy martwych były jak oczy ryby. Bezmyślne. W przeciwieństwie jednak do ryb zapisywały w sobie ten ostatni moment przed ostatnim oddechem, jak pieczątkę na przygotowanym liście pożegnalnym. W tych oczach zapisało się niedowierzanie, że to już i strach. Emocje wtuliły się w siebie w objęcia i tak się ostały - w kimś dla nim obcym, a dla Mulcibera najwyraźniej krewnym. Jakiekolwiek relacje ich łączyły - znali się.

Śledziłeś ruch Roberta, jak odległość przed chwilą zwiększona od ich celu, teraz się pomniejszyła. Jak się pochylił nad tym ciałem, jak wykonał ten gest dłonią, jakby czegoś żałował. Nie, to złe słowo - nie żałował. Jakby przeszyło go jakieś wspomnienie, całkiem pozytywne, które wiązał z tym, który już nie stąpał wśród żywych. Było na to takie mądre słowo... nostalgia. Robert wygląd przez moment, jakby ogarnęła go nostalgia. Ułożyła mu dłonie na ramionach i może nawet wbrew jego woli poruszyła jego mięśniami, żeby był bardziej ludzki w obliczu Śmierci niż chciał być. A Panienka na zgniłym koniu mogła jeszcze chwilę poczekać, nim wprawi kosę w ruch naturalnego biegu rzeczy.

Sprowadzenie Nevana była kwestią otworzenia drzwi, zrobienia kilku kroków, złapania za kołnierz trzęsącego się jak osika jegomościa i zawleczenia go z powrotem. Czy raczej - ściągnięcia z krzesła, żeby sam szedł. Paskudne w tym świecie było to, że silniejsi zawsze dyktowali zachowania innych. Ci na samej górze dyktowali zachowanie Czarnego Kota, a Czarny Kot w swojej frustracji przelewał to potem na innych. I tak się kręcił ten popierdolony glob, nakręcany kołem niezadowolenia - ale naturalnej sprawiedliwości. Ktoś o wiele mądrzejszy od nas ustanowił kiedyś, że na Ziemi panować będzie prawo dżungli i to według niego będą wszelkie stworzenia żyły i funkcjonowały. Nevan zaplątał prawie własne nogi o siebie (i to bez żadnego zaklęcia), podparł się dłońmi ziemi i wyprostował, grzecznie tuptając do przodu, przed Saurielem. Równie grzecznie wszedł do pomieszczenia.

Było coś absolutnie pojebanego w tym, jak Robert się poruszał. Jak mówił, kiedy Sauriel wyszedł po jegomościa. Jak tu przekładał rzeczy obok tego trupa. To był tak abstrakcyjny i niepokojący jednocześnie obraz, że mimo wzbraniania się i budowania murów w takich sytuacjach Sauriela bardzo mocno przeniknął na wskroś chłód. Uderzyło go to. Jakby dopiero teraz dotarło do niego, co się wydarzyło, co tutaj robili i jak bardzo chore to było. Bo w zasadzie - dotarło. Tylko że nie miało to żadnego znaczenia. Wprawiało tylko w gorsze samopoczucie i... nie. Nie mógł tego roztrząsać. Nie chciał tego roztrząsać.

- T-tak? - Przerażony Nevan drżał, patrząc wielkimi oczami na trupa, to na Roberta, który wprowadzał tutaj swój własny ład. Fizycznie. Bez najmniejszego użycia czarów.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Robert Mulciber (3021), Sauriel Rookwood (4245)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa