• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Walia Snowdonia [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna

[23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna
Evil Queen
Kill them with success and bury them with a smile
wiek
sława
V
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
Niewymowna
Ma jasne włosy, jasne oczy i 177 centymetrów wzrostu. Chętnie chodzi w butach na obcasach, mimo wysokiego wzrostu. Potrafi uśmiechać się bardzo pięknie i ciepło, ale zwykle uśmiech ten jest absolutnie fałszywy.

Charlotte Kelly
#61
09.10.2025, 22:13  ✶  
- I dlatego się przyjaźnimy - oświadczyła Charlotte rozpromieniona, a potem podała mu przypadkowe numery i po rozejrzeniu się Jonathan mógł dostrzec, że były to miejsca przeznaczone dla kobiety w różowej sukience i Fenwicka. - Chociaż oczywiście, jeśli jesteś tu ciekaw kogoś szczególnie, możemy złamać zasady. W końcu po to istnieją.
Charlotte nigdy nie pozwalała, aby coś takiego jak jakieś tam zasady psuło jej zabawę.
Nieco inną sprawą były klątwy czarnoksiężników.
Zajęli miejsca, Jonathan mógł nawet popatrzeć sobie na te nici, zanim pojawiła się Geraldine. Gdy wszyscy wstawali zrobiła to i Kelly, bo chociaż popsucie własnego ślubu było dla niej bardzo zabawne, nie zamierzała siać niepotrzebnego zamętu na cudzej uroczystości. I siedziała spokojnie, podczas tych – jej zdaniem – jakże nudnych modlitw, i kiedy rozpoczynały się przysięgi, ale nagle…
W jej nozdrza uderzył… zapach. Wciągnęła nieco głębiej powietrze, próbując się przekonać, czy wyobraźnia nie płata jej figla, ale zapach tylko się nasilił. Pochyliła się nieco w stronę swojego towarzysza, marszcząc brwi, i zastanawiając się, czy Jonathan się dzisiaj nie umył, ale tak naprawdę… od razu wiedziała, że nie chodziło o to, zwłaszcza że Selwyn za bardzo dbał o swoją prezencję. Znała ten woń od dawna. A nawet gdyby nie, osiadła na całym Londynie ledwo parę tygodni temu i to było naprawdę ciężko zapomnieć.
– Czujesz to? – wyszeptała mu do ucha, bardzo cicho, kiedy tam przy ołtarzu zawiązywano właśnie wstęgi. Nie przerażona jeszcze, ale skonsternowana, czy na przyjęciu weselnym właśnie ktoś bawił się czarną magią: byłoby to bardziej bezczelne niż to, co zrobili oni.
A potem zamarła.
Nikt się nie ruszał, wszyscy siedzieli zapatrzeni w ołtarz, a jednak jej uszu dobiegł dźwięk czyichś kroków. I chociaż Charlotte nie miała pojęcia, jak brzmiał odgłos kroków Voldemorta, którego imienia nie potrafiła wypowiedzieć…  w jej głowie zrodziła się myśl, że oto nadchodził.

Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#62
09.10.2025, 22:22  ✶  

– Możemy się tylko modlić, że Electra nie cieszy się zbytnio z tego wadliwego przepływu informacji – powiedział, pół żartem pół serio, zastanawiając się jakie było prawdopodobieństwo, że przez obecną sytuację mieszkaniową ich siostra robiła coś na co normalnie przewracaliby, albo on przewracałby, oczami. Szanse na to były mieszane bo z jednej strony Electra była odpowiedzialna, ale z drugiej była Electrą.
Na kolejną informację przyjrzał się tej dwójce nieco uważnie.
– Rozumiem – powiedział, uśmiechając się szczerze. No dobrze. Czyli chyba jednak coś działo się w tym kierunku. Kto wie? Może zaraz okaże się, że Icarus na stałe wprowadzi się do mieszkania kobiety. – Dobrze cię widzieć Mono. Świetnie wyglądasz. Ja przyszedłem bo Millie bierze  udział w samym ślubie i potrzebowała znajomego do przyjścia z nią.
Znajomego.

Jakaś cząstka jego najchętniej zaciągnęłaby właśnie brata za ramię gdzieś na skraj lasu i wyrzuciła z siebie wszelkie wątpliwości i rozterki odnośnie znajomości z Millie, ale w ceremonia najwyraźniej właśnie się rozpoczęła. Basilius zmarszczył brwi, zastanawiając się czy ktoś jeszcze miał wrażenie, że działo się coś dziwnego i gdy już miał zapytać się o to pozostałą dwójkę, Geraldine ruszyła do ołtarza, a on nie chciał przecież w żaden sposób przeszkadzać.
Potem jeszcze tylko, gdy zobaczył Millie po stronie panny młodej, spróbował na chwilę złapać jej spojrzenie i uśmiechnąć się do niej.
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#63
09.10.2025, 23:58  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.10.2025, 00:21 przez Alexander Mulciber.)  
Gdy padły wystrzały, nie drgnął. Siedział wyprostowany, wpatrzony w ołtarz. Dopiero po dłuższej chwili sięgnął do swojego ucha. Tego, na które prawie wcale nie słyszał od czasu bójki z Louvainem. Zaczął się na tym przyłapywać, co napawało go irytacją, zamaskował jednak swój gest, odgarniając z twarzy zdecydowanie już przydługie włosy. Do Helloise siedział zwrócony zdrowym uchem. To leśne licho z jakiegoś powodu zawsze wiedziało, do którego należy szeptać. Zastanawiał się, czy wyczytała to z jego ruchów. Ze sposobu, w jaki obracał głowę, gdy próbował pochwycić jej głos.

A więc zapraszasz głuchego do swej relacji z ptakami?

– Nietrudno zmusić ptaki do śpiewu – stwierdził obojętnie. Odczekał chwilę, zanim zamrugał, żeby pozbyć się spod powiek wspomnienia zapłakanej twarzy Lorien. Czuł się winny, gdy wspominał, jak na mocy zaklęcia rozkazał jej, aby mu zaśpiewała. A jednak nie mógł zmusić się do tego, aby żałować. Nie żałował.
A może po prostu jego żal nie należał już do niego.
– Sama wiesz o tym najlepiej, choć wolisz łapać ich pieśni w spódnicę, tak jak zbierasz dojrzałe owoce, po tym jak spadły z drzew. Wolisz, gdy przychodzą dobrowolnie, pod czułym dotykiem ręki, która dokarmia je na zimę. A jednak tymi samymi rękoma drzesz z nich przecież pierze, gdy potrzebujesz cieplejszej pierzyny. – Kierowany nagłym przeczuciem, zmienił ton na łagodniejszy, odwracając na chwilę spojrzenie w stronę Helloise, jak gdyby chciał... Nie wiedział, co chciał. Ale gdy odezwał się znowu, cichszym jeszcze szeptem, brzmiał inaczej. Głębiej. – Ptaki śpiewają swoje piosenki same dla siebie. Różdżkarz zawłaszcza magiczne pióra, a rzeźnik tuszę, ale żaden człowiek nie może zawłaszczyć ich piosenek. Nieważne, czy zły, czy dobry. Ich piosenki może nieść tylko wiatr. A wiatr wieje wszędzie. Spróbuj złapać wiatr. Spróbuj z nim zatańczyć.

Jakie piosenki niósł wiatr na ptasich skrzydłach? Jakie wróżby mógł wyczytać augur z ich lotu? Czy były dla Geraldine i Ambroise'a?

Rzut Symbol 1d258 - 244
Wodospad (bogactwo)


Znów zaszumiał mu strumień. Strumień, a nie las, w którym coś szeleściło między drzewami. "To tylko wiatr", rzucił ktoś, ale Alexander wiedział lepiej. Skupił na chwilę spojrzenie na Millie Moody, której przypadła w udziale rola świadkowej. Ciekawe, czy coś wyczuła. Czy wyczuła wpływ Limbo. Wszystko wydawało się przez chwilę niestabilne, jak podczas koniunkcji sfer, gdy falując, powstawały nowe światy. A może to tylko rozgrzane powietrze falowało w świetle pochodni.

– Ustawiły się tak, jak ustawiają się Hiady w Byku w porę urodzaju – mruknął, śledząc spod oka lot wypłoszonych z lasu ptasząt. – Bogactwo. Dostatek. Obfitość.

Zamrugał, zanim zszedł z powrotem na ziemię.

Nie słuchał kazania. Nasłuchiwał krzyku ptaków.

Gdy nadeszła właściwa pora, powstrzymał Helloise łagodnie, ale stanowczo przed podejściem do państwa młodych. Nie chciał uczestniczyć w obrzędzie. Nie dlatego, że nie życzył Geraldine i Ambroise'owi szczęścia, wręcz przeciwnie. Dlaczego więc zadecydował tak, a nie inaczej? Odpowiedź kryła się w dłoni, którą wyciągnął przewidująco w stronę Helloise. Wciąż drżała. Wiążąc wstęgę na rękach nowożeńców, w ruchu wymagającym większej precyzji, niechybnie zaczęłaby drżeć silniej. A chociaż Alexander Mulciber nie miał się za człowieka dumnego, duma nie pozwalała mu pokazywać swej słabości przy wszystkich. Nieważne, że dla uważnego obserwatora była oczywistą już na pierwszy rzut oka.

Obrócił jedną z lilijek na jej podołku, tak, żeby wskazywała północ.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
hold me like a grudge
and what an ugly thing
– to have someone see you.
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
aurowidz
zawód
auror
Stosunkowo wysoki mężczyzna, mierzący sobie 183 centymetry wzrostu. Posiada włosy barwy ciemnego blondu i jasne, błękitne oczy. Budowa jego ciała jest atletyczna, a na twarzy często widnieje lekki, szelmowski uśmieszek. Porusza się z nonszalancją i pewną niedbałością. Jest nienaturalnie zimny w dotyku.

Atreus Bulstrode
#64
10.10.2025, 00:55  ✶  
- Brenna, nie wiem jak ci to powiedzieć, ale to akurat w ogóle mnie nie dziwi - spojrzał na nią znacząco, aczkolwiek z wyraźnym rozbawieniem. Atreus wcale nie zapomniał, jak poczucie niebezpieczeństwa ściskało go za żołądek, kiedy wcale jej na służbie nie było. To akurat że nie pytał, nie znaczyło że zwyczajnie zapomniał - cokolwiek jednak tam sobie robiła, najwyraźniej było tym czym ludzie się nie chwalili na prawo i lewo, a on też nie zawsze był przecież grzecznym i ułożonym aurorem. Każdy miał swoje przygody do przeżycia i póki kogoś nie mordowała, a wydawała mu się do tego niezdolna, to mógł co najwyżej wzruszyć ramionami.

Dobrze było się trochę rozejrzeć i zobaczyć w tłumie tych nadętych pajacyków jakieś znajome twarze. Atreus jakoś nigdy przesadnie nie kolegował się ani z Greengrassami, ani tym bardziej z Yaxleyami i zestaw rodzinny pozostawał dla niego nieco niewiadomą w stosunku tego czego powinien się po nich spodziewać. Pieczonego wieprza na stole i księżycówki przy każdym talerzu, to na pewno. Ale oprócz? Dobrze więc było zobaczyć Millie, nawet jeśli przyznanie tego przychodziło mu z trudem. Będzie jednak kogo pomęczyć. Basilis i Icarus stanowili bardzo miłe zaskoczenie natomiast. Anthony i towarzysząca mu Jackie też byli miłą niespodzianką. Jej dzieci już nieco mniej, ale dlatego że Atreus nie za bardzo wiedział jak powinien się przy nich zachowywać kiedy ktoś patrzył mu na ręce i nie mógł ich tak zwyczajnie namawiać do głupich rzeczy.

- Myślisz, że dadzą potem wszystkim założyć sobie te pierdolutki na ręce? Wydaje się to strasznie niewygodne - mruknął do Brenny, kiedy zaczęła się ceremonia zarękowin. Wcześniejsze gadanie Macmillana przesiedział w ciszy, tylko odrobinę się krzywiąc się w pewnych momentach.

Widmo
Sztuka alchemii nie zna lęku przed trucizną — z jadu rodzi się życie.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi; znany XVI-wieczny lekarz i alchemik. Jest on uznawany za odkrywcę mowy węży.

Paracelsus
#65
10.10.2025, 01:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.10.2025, 01:53 przez Paracelsus.)  
Kiedy kapłan rozpoczął oficjalną część uroczystości, wśród zgromadzonych zapanowała cisza innego rodzaju niż ta, która towarzyszyła wcześniejszemu oczekiwaniu. Nie była już napięciem, lecz skupieniem. No... Przynajmniej u co poniektórych. Inni, szczególnie młodsi, po prostu zaczęli odpływać we własne myśli, byleby tylko jakoś poradzić sobie z tą zdecydowanie najbardziej formalną częścią świętowania. Byli bowiem niemal boleśnie świadomi tego, że uroczystość dopiero się zaczynała.
Był to sam początek oficjalnego obrządku, lecz w pierwszych, najbardziej związanych z Młodymi rzędach już można było dostrzec mieszaninę wielu różnych emocji. Wzruszenia, dumy i czegoś, co u niektórych przypominało rezygnację, u innych zaś dziwne rozbawienie.
W geście zawiązywania wstęg kryła się bowiem nie tylko podniosłość tej jednej chwili, ale także poniekąd cała wcześniejsza historia dwóch rodzin. Pełna słodyczy i goryczy, dobrych chwil, kompromisów, dawnych uraz i tych nienazwanych nadziei, że może...
...może choć raz los okaże się łaskawszy i ceremonia przebiegnie bez niechcianych zakłóceń? Nawet przy obecności kilku osób wyraźnie lubiących przyciągać kłopoty. Z Panną Młodą i jej świadkową na czele, choć część oczu bez wątpienia kierowała się również w stronę, w którą na samym początku spoglądał Sebastian. Tak, należało się za to modlić.
Między rzędami unosił się ledwie zauważalny szum szeptu, echo oddechów i wspomnień o dawnych ślubach, byłych i niebyłych, o przysięgach, które nigdy nie padły albo już dawno zostały wypowiedziane i wystawione na próbę...
Starsze pokolenie patrzyło z powagą, trzymając się wyuczonych gestów: dłoni splecionych w modlitewnym skupieniu i spojrzeń wzniesionych ku ołtarzowi, choć myśli części z tych ludzi z pewnością krążyły gdzieś indziej.
W ich oczach błyszczała nie tylko duma, ale i wiele innych, mniej lub bardziej subtelnych emocji. Zupełnie tak, jakby każde wypowiedziane przez kapłana słowo o jedności i łasce przywoływało wspomnienia dawnych decyzji, wyzwań, uciech, radości, błędów, rodzinnych napięć i sekretów, które miały pozostać ukryte.
Starsza kobieta o ostrych rysach z niezmiennym, niemal surowym wyrazem twarzy śledziła każdy ruch Sebastiana, nawet nie próbując kryć się z tym, że ocenia, czy wszystko odbywa się zgodnie z tradycją. Bez wątpienia nie była odosobnionym przypadkiem. Wielu ludzi wręcz czekało na powód do późniejszych rozmów, nawet jeśli chwilowo wszystko przebiegało spokojnie i zgodnie z przyjętym rytmem.
Najbliżsi wstawali kolejno, by podejść do ołtarza.
W tle słychać było odgłos przesuwanych krzeseł i cichych oddechów, czasami fragmenty szeptanych rozmów, które wybrzmiały o ćwierć tonu zbyt głośno. Dla jednych był to akt symbolicznego przekazania opieki, dla innych ciche pożegnanie z kimś, kogo do tej pory chronili. W oczach kilkorga z nich dało się dostrzec zamyślenie. Pogrążanie się we wspomnieniach, których nie sposób było nazwać. We fragmentach dzieciństwa, echu dawnych rozmów, śmiechu w ogrodzie czy cieni utraconego czasu.
Gdy materiał oplatał dłonie Młodych, niektórzy ze zgromadzonych pochylali głowy w milczeniu, inni szeptali krótkie błogosławieństwa. Jedni widzieli w rytuale błogosławieństwo, inni obowiązek do wypełnienia i odhaczenia. Jedni uśmiechali się z czułością, inni mieli w oczach cień zadumy. Część gości z powagą patrzyła wprost, chcąc utrwalić ten obraz w pamięci albo udając, że to robią. Pozostali odwracali wzrok, bojąc się własnego wzruszenia, odczuwając przypływ radości bądź smutku, czasem może nawet czując zazdrość lub znudzenie.
Kolejne wstęgi układały się w coraz ciaśniejszy splot i raczej nikt nie miał wątpliwości, że oto właśnie dzieje się coś, co zostanie zapamiętane. No. Bez wątpienia w jakiś sposób. Czy to w związku z przemówieniem kapłana, czy z Młodymi i ich świadkami, czy też z prywatnymi konwersacjami. Przynajmniej przez najbliższy czas, w trakcie trwania ceremonii, ten moment miał szansę odznaczać się w pamięci zebranych. Co najmniej do chwili, gdy rozpocznie się swobodniejsza część wieczoru. Bowiem wtedy...
...no cóż.
Z każdą kolejną chwilą i zawiązaną wstęgą, czas ten coraz bardziej się zbliżał, jednak formalna część ślubu nadal trwała, nawet jeśli najbliżsi członkowie rodziny powrócili na właściwe miejsca. Obrzędy jak to obrzędy. Zwykły trwać, czyż nie? I to było w nich najpiękniejsze.

[+]Spoiler
Tak jak wcześniej, tura trwa 72h. Następny, tym razem dłuższy przeskok pojawi się po w nocy z niedzieli 12.09 na poniedziałek 13.09..

Fabularnie jest to około pół godziny między początkiem a końcem zarękowin, podczas których większość uwagi skupia się na ołtarzu i najbliższych wiążących symboliczne wstęgi.

Tak jak to zostało wspomniane przez Sebastiana, w późniejszym etapie pojawi się fabularna możliwość wejścia w mniejszą lub większą interakcję z kapłankami i dodania swojej wstęgi do zestawu.

Tak jak w przypadku poprzedniej tury, do tego czasu nie obowiązuje ograniczenie w liczbie postów wymienianych ze współgraczami.

Osoby, które z jakiegoś powodu nie miały okazji dołączyć do wesela w poprzedniej turze, wciąż mogą to robić. Nie muszą uznawać spóźnienia, jest to dobrowolne.
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#66
10.10.2025, 11:19  ✶  
Jako wieloletni pracownik Ministerstwa Magii oraz uczestnik niezliczonych ilości ceremoniałów w każdym w sumie rycie, był doskonale przygotowany na ewentualność prezentowania się z gracją i elegancją bez względu na czas oczekiwania. Jego umysł bezbłędnie potrafił oddryfować gdzie indziej, gdy figura pozostała w nienagannej pozycji, twarz zdawała się z uwagą słuchać, a każdy kąt był dobry do zrobienia zdjęcia i użycia go jako jednego z przykładowych, jak powinien wyglądać bardzo zaangażowany uczestnik zachłyśnięty doniosłością chwili, zapatrzony w przyszłość młodych.

–Daj szatę, włóż koronę na me skronie.
Zaczynam tęsknić za nieśmiertelnością.
Już sok egipskich gron tych ust nie zwilży.
Tak, dobra Iras, prędzej! Zda się, słyszę
Głos Antoniusza. Widzę go, jak wstaje,
By wielki czyn mój chwalić. Słyszę! Szydzi
Z Cezarowego szczęścia –


Monolog umierającej Kleopatry był jednym z jego ulubionych fragmentów Szekspirowskich sztuk. Odpowiednio dramatyczny, melodyjny i wyrazisty. Skrzywdzona miłość. Zwiedzione nadzieje. Obracał go w głowie raz za razem, jak buddyjski mnich obracał w swoich dłoniach koraliki mantry. Coś uderzyło go o łydkę na moment tylko wybijając z miarowego pulsu doskonałych słów spisanych kilka wieków temu.

Z Cezarowego szczęścia – szczęścia, jakie
Bogowie dają śmiertelnikom, aby to
Usprawiedliwić swą późniejszą srogość.
Już idę, mężu! — niech mi teraz moja
Odwaga prawo da tak do cię mówić!
Powietrzem jestem i płomieniem. Resztę
Żywiołów moich podlejszemu życiu


Przerzutnia w zapisie nie powinna zatrzymać głosu deklamującej w głowie królowej. Oddaję i zachłyśnięcie, za moment dwie żmije w dłoniach przebiją białą skórę jej piersi. Za moment... Miał wrażenie, że kołysze się całe jego krzesło.

Uniósł brwi i odwrócił się w prawo gdzie miejsce zajmował... Rowen. Rowan? Dalej dziewczynka, jego siostra i Jackie. Chłopiec ewidentnie źle znosił przedłużający się czas ceremoniału. Cóż, trudno było mu się dziwić, skoro jego opieką nie zajmowali się od trzeciego roku życia guwernerzy wrażliwi na obyczaj i tradycję, karcący za każde, choćby półcalowe odchylenie od prawidłowego siadu. Tymczasem nieletni nie był w stanie usiedzieć na krześle. Podnosił się, opadał, wierzgał nogami, kręcił głową, podszczypywał dużo spokojniejszą siostrę.

Anthony westchnął. Skupił się na moment, by sięgnąć do magicznego splotu. Nie musiał bardzo się w tym wszystkim wysilać, wyciągać z marynarki cisową różdżkę. Och nie... już nie.

Puf

W dłoniach siostrzeńca pojawił się listek. Zielony. Okrągły z lekko zaostrzonym czubkiem. Rowan (Rowen?) chmurnie zmarszczyło brwi przypatrując się nieoczekiwanemu znalezisku znikąd.

– Nie ma takiej rośliny – oznajmił chłopiec z pewnością głosu godną doktoratu z botaniki, po czym wyrzucił liść. Twarz Anthony'ego nie zmieniła się ani o jotę, gdy rozproszył twór, nim ten dotarł do ziemi. Chłopiec pochylił się, a wtedy liść pojawił mu się na głowie, co z kolei zwróciło uwagę dziewczynki.

– Ej masz liścia na głowie! – zauważyła może nieco zbyt głośno siostrzenica, a Anthony przez moment przeszedł bardzo trudną próbę charakteru, by się nie zaśmiać. Jeszcze trudniejsze było się nie obejrzeć, gdzieś za siebie gdzie siedzieli Charlie z Jonathanem. Szkoda, że nie siedzili razem jak poprzednio. Kto inny mógłby mieć teraz liścia na głowie.

Magia bezróżdżkowa ale nadal WoP 0
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#67
10.10.2025, 15:14  ✶  
Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie unieść kącika ust, gdy tylko Sebastian zaczął mówić. Cóż za wstęp. Nie, żeby jego słowa mnie śmieszyły - właściwie były dość ładne, jak na standardy kaznodziejów, ale sposób, w jaki wypowiadał każde z nich, z tą teatralną emfazą, sprawiał, że trudno było mi zachować całkowicie poważny wyraz twarzy. Cóż, w moim przypadku wzruszenie najczęściej objawiało się lekkim, sardonicznym uśmiechem. Poza tym - kapłani zawsze mieli talent do dramatyzmu, nawet jeśli publiczność składała się z ludzi, którzy z trudem powstrzymywali ziewnięcie. Jego głos rozlał się po całym ogrodzie, jak melasa - gładki, lepki, podniosły, odrobinę zbyt słodki, żeby nie wywołać u mnie lekko krzywego uśmieszku. „Nowa wspólnota serc”… Jasne. Brzmiało pięknie, owszem, ale znałem oboje wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że ich „wspólnota” wcale nie była taka nowa. Przekręciłem głowę w stronę Prue, tylko na moment, na tyle subtelnie, by nikt poza nią tego nie wychwycił.
- Zawsze wiedziałem, sze Macmillanowie mają ciągoty do teatlu. - szepnąłem cicho, tonem zbliżonym do mamrotnięcia, ledwie słyszalnym, bardziej dla niej niż dla kogokolwiek innego. - Bszmi, jakbyśmy mieli byś świadkami objawienia, a nie zawalsia małszeństwa - Mruknąłem, z rozbawieniem, chociaż mój ton głosu zdradzał raczej dyskretną ironię niż kpiny. Wróciłem spojrzeniem do ołtarza, akurat w momencie, gdy Sebastian nabrał jeszcze bardziej przesadnie uroczystego tembru. Głos miał dobry - to trzeba było mu przyznać, ale mówił, jakby składał hołd samej Matce Księżyca, a nie udzielał ślubu dwójce ludzi, którzy postanowili przyspieszyć procedury. Wyglądał, jakby zaraz miał się unieść nad ziemię w natchnieniu.
Przyglądałem się temu z pozornym skupieniem, choć w głowie wciąż krążyły mi ironiczne uwagi, których z pewnością lepiej było nie wypowiadać na głos. Nie chciałem być złośliwy - prowadzący obrzęd po prostu miał w sobie tę kaznodziejską manierę, która zawsze działała na mnie jak zbyt mocny eliksir uspokajający, zamiast wprowadzać w duchowy nastrój, wywoływała nagłą senność i lekki brak samokontroli nad reakcjami. Kapłan tymczasem kontynuował z tym swoim „świętym znakiem obecności Matki w ich życiu”, a ja, nie chcąc być bezbożnym, pochyliłem głowę z należnym szacunkiem… Gdy przeszedł do wspomnień o „silnym uścisku dłoni” Geraldine, musiałem jednak dyskretnie odchrząknąć, żeby nie parsknąć.
- Zdecydowanie zapamiętał właściwe szczegóły. - Szepnąłem, ledwie poruszając ustami. Nie chciałem przeszkadzać, więc mówiłem cicho, niemal w rytm słów kapłana. Puściłem oczko do towarzyszki i znowu odchyliłem się, jakbym nic nie powiedział, z kamienną twarzą, która ledwo kryła rozbawienie. Nawet w tak ładnym, eleganckim wydaniu, panna młoda miała krzepę - doskonale pamiętałem nasze starcie na korytarzu i to, jak waleczna potrafiła być, nawet jeśli tego dnia wyglądała wyjątkowo niewinnie. Obserwowałem, jak kapłanki zbliżają się z tymi skrzynkami pełnymi wstęg i zawieszek.
Potem jednak przestałem się uśmiechać. Rytuał zarękowin miał w sobie coś rzeczywiście pięknego - to splatanie dłoni, wstęgi, cisza, w której wszystko wydawało się mieć znaczenie. Obserwowałem, jak kapłan wiąże pierwszą z nich, srebrną, z symbolem kowenu, i jak kolejne kolory układają się w misterną plątaninę. Całość miała w sobie coś symbolicznego, coś nawet… Wzruszającego, i przez moment pomyślałem, że może właśnie w takich chwilach ludzie naprawdę wierzą w coś większego niż oni sami. Cisza, w której unosiło się to ceremonialne napięcie, była prawie idealna. Sebastian Macmillan naprawdę umiał zrobić klimat, nawet jeśli trochę zbyt teatralny, jak na gusta cynika po rozwodzie. Uśmiechnąłem się lekko.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Żelazna Dama
Nearly all men can stand adversity, but if you want to test a man's character, give him power.
wiek
69
sława
—
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
magipsychiatra, uzdrowiciel
wysoka - około 180 cm, zazwyczaj dodatkowo podkreślany butami na rozsądnym obcasie / szczupła, ale nie przesadnie chuda / ciemnobrązowe, falowane włosy lekko za ramiona - zazwyczaj upięte albo elegancko wystylizowane / jasne, lodowatoniebieskie oczy / nosi ciężką, drogą biżuterię i eleganckie, szyte na miarę stroje w odcieniach granatu, szarości i brązów

Ursula Lestrange
#68
10.10.2025, 15:45  ✶  
Siedziałam z wyprostowanymi plecami, tak jak uczono mnie od dziecka, przy rodzicach panny młodej - ramiona miałam cofnięte, dłonie złożone lekko na kolanach, palce złączone w gest niemal modlitewny, chociaż w moim przypadku był to raczej wyraz czystej samokontroli niż duchowego uniesienia. Pozwalając sobie na odrobinę szczerości wobec samej siebie, musiałam jednak przyznać, że byłam pod wrażeniem. Szmer rozmów ucichł, Sebastian uniósł różdżkę do gardła, a jego głos w jednej chwili nabrał mocy, jakby odbijał się echem od samych sklepień nieba - dziś zachmurzonego, a więc jednocześnie nam bliższego i dalszego.
Kapłan mówił, w charakterystyczny sposób wypowiadając zdania, a ja wbrew sobie zaczęłam się w tym tonie zatracać. Miał dar - tego nie sposób było mu odmówić - jego słowa unosiły się lekko, przenikały przestrzeń i dotykały czegoś miękkiego w środku, czegoś, co próbowałam skrzętnie ukryć za wachlarzem dystansu. „Święty znak obecności Matki... Wspólnota serc...” - kiwałam głową w myślach, smakując te frazy, chociaż w innej sytuacji uznałabym je za zbyt egzaltowane, bowiem nie byłam przesadnie zapatrzona w koweny i kaznodziei, raczej unikawszy ich wpływów. A jednak mimo drobnych dwuznaczności, które można było wyczytać między wierszami mowy, przemówienie miało w sobie coś wzruszającego. Gdy Sebastian mówił o płomieniach, które potrafią nie tylko niszczyć, ale i chronić, pomyślałam, że to niezwykłe, jak bardzo te słowa pasowały do samej Geraldine. Była ogniem - jej płomień palił się jasno i wysoko, nawet jeśli czasem przy okazji przypalała tych, którzy stali zbyt blisko. Ambroise zresztą też tak miał, chociaż w tym momencie, obok niej, wydawał się spokojny, może nawet zbyt spokojny, kryjąc swoje prawdziwe emocje - na tyle go znałam - jak człowiek, który wiedział, że wchodził w życie z kimś, kto nigdy nie pozwoli mu się nudzić. W drugą stronę działało to równie dobrze - zdecydowanie się pod tym względem dopełniali.
Zastanawiałam się, czy Macmillan celowo dobrał tę metaforę, bo tak dobrze znał młodą, czy też Matka sama podsunęła mu te słowa - w końcu był jej kapłanem, a więc i pośrednikiem między tym, co ludzkie, a tym, co niepojęte. Niemal kiwnęłam z uznaniem, gdy kaznodzieja miał odwagę wtrącić osobistą anegdotę - na tyle subtelną, by nie naruszyć etykiety, ale wystarczająco prawdziwą, by ożywić ceremonię - to była sztuka, nie każdy kapłan potrafił balansować na granicy między sakralnym rytuałem a ludzkim wspomnieniem, i wyjść z tego obronną ręką. Miał w sobie coś z aktora i coś z proroka, jakby doskonale znał cienką granicę między świętością a występem.
Wtem kapłanki ruszyły ku ołtarzowi, ich szaty szeleściły, jak liście poruszane wiatrem. Zatrzymałam wzrok na srebrnym blasku pierwszej wstęgi - wydawał się niemal żywy, pulsujący w świetle - byłam... Oczarowana, może nawet wzruszona, zdecydowanie pochłonięta magią tej chwili. Oczywiście nie pozwoliłam, by cokolwiek z tego wymknęło się na zewnątrz, moje oblicze pozostało nieporuszone, lekko zamyślone, jak przystało na damę mojego rodu. Zachwycił mnie jednak ten widok - nie przyznawałam tego głośno, ale uwielbiałam starodawne ceremonie. Byliśmy świadkami wielopokoleniowego rytuału, a jednak to, co działo się przed nami, miało w sobie coś intymnego i wiecznego. Czegoś, czego nie powinno się komentować. Było w tym coś czystego, niezepsutego współczesnością - coś, co przypominało mi o dawnych porządkach świata, kiedy każde słowo miało wagę, a każdy gest - znaczenie.
Kiedy Sebastian zawiązał pierwszą wstęgę, z symbolem Whitecroft, uniosłam lekko podbródek, przyglądając się temu z powagą. Odetchnęłam cicho, rozluźniając dłonie na kolanach - moje paznokcie wbiły się w materiał sukni -  uśmiechnęłam się do siebie, ledwie zauważalnie. Obserwowałam, jak kolejne dłonie - starsze, młodsze, bardziej lub mniej drżące - splatały losy dwojga ludzi, błogosławiąc im, w kolorowych pasmach tkanin. Było w tym wszystkim coś… Pięknego. Prawdziwie pięknego, chociaż może nie wypadało mi o tym myśleć w takich kategoriach. W końcu uroczystości takie jak ta miały określoną funkcję społeczną - miały cementować więzi, przypominać o hierarchii, o boskim porządku. Zerknęłam na moją osobę towarzyszącą - siedział nieruchomo, z powagą, jak przystało na mężczyznę, który rozumie wagę chwili. Doceniłam to milcząco, obecność kogoś, kto potrafił zachować klasę, zawsze działała na mnie uspokajająco.
Wszystko, co związane z rytuałem zarękowin, powoli dobiegało końca - ostatnie wstęgi spoczywały już na dłoniach młodej pary, tworząc misterną sieć barw i symboli. W powietrzu wciąż unosił się zapach kadzidła i szept wypowiadanych modlitw. Zapanowała cisza tak idealna, że można byłoby usłyszeć trzepot skrzydeł motyla, gdyby jakiś przypadkiem przemknął nad ołtarzem. A potem - jak uderzenie łyżeczki o porcelanę - rozległ się dziecięcy głos. To było nieprzyzwoicie radosne oznajmienie, które w tej pełnej skupienia chwili zabrzmiało dla mnie kilka razy głośniej. Zachowując absolutny spokój, uniosłam lekko podbródek. Nie pozwoliłam sobie na pełen obrót, oczywiście nie - tylko na subtelny ruch, zaledwie odchylenie głowy o kilka stopni, tyle, by rzucić spojrzenie przez ramię, ukosem, ponad ramieniem mojej osoby towarzyszącej. Zajęło mi ułamek sekundy, by zlokalizować winowajczynię w rzędach ludzi bardzo bliskich panu młodemu, a więc winnych zachowywać się szczególnie poprawnie. Wzięłam cichy oddech, dłuższy niż zwykle, i poprawiłam materiał rękawa, a potem spojrzałam na jej opiekuna. Och, jakże się zdziwiłam.
Unosząc lekko brodę, posłałam mu spojrzenie, które w naszym kręgu znaczyło znacznie więcej niż słowa. Nie przeciągłe, nie przesadne, ale wystarczająco wymowne, by wiedział, że jego podopieczna właśnie dopuściła się towarzyskiego faux pas. Nie było w tym gniewu, lecz raczej lekko pobłażliwe przypomnienie o zasadach, i jeżeli widział mnie - wiedział, że ja widziałam jego. A twarz miał bardzo rozpoznawalną. Zwłaszcza dla mnie.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#69
10.10.2025, 22:44  ✶  
– Och, nie udawaj, że nie wiesz, mówisz zawsze bardzo wprost – parsknęła z odrobiną rozbawienia. - Hej, nie miałam pojęcia, że są kradzione, a potem je odniosłam.
Cholerny Thoran - Wcale - Nie - Yaxley naprawdę nieźle ją wtedy wrobił. Może i mogła o samej historii opowiadać jakby dzieliła się dobrym żartem, bo samo noszenie krzeseł czy danie mu pieniędzy na piwo z perspektywy czasu stały się anegdotą, w istocie jednak wciąż czuła i pewną irytację, gdy myślała o tym, jak bardzo namieszał jej w głowie. Znajomy, zachowujący się w ten sposób, to coś innego niż ktoś bawiący się umysłem, co przydarzało się jej ostatnio trochę zbyt często. I naprawdę żałowała mocniej niż kiedykolwiek, że nie opanowała sztuki oklumencji. Może to jej powinna była się uczyć, a nie fal. Ilu takich Thoranów chodziło po świecie? Co jeszcze inni mogli wcisnąć do głowy człowieka? Między innymi dlatego tak długo się wahała, zanim wreszcie próbowała pozbyć się lęku przed ogniem u hipnotyzera – najpierw u Romulusa, potem dwóch innych…

Nie powiedziała jednak już nic więcej, bo gdy pojawiła się Geraldine, cała na biało, wypadało się całkowicie skupić na ceremonii. Milczała grzecznie podczas kazania Sebastiana, uśmiechnęła się lekko, kiedy Macmillan zawiązał materiał, błogosławiąc związek młodych, pochyliła nawet na moment głowę, jeżeli nie w modlitwie, to przynajmniej w wyrazie pewnego szacunku wobec rytuału. Szept Atreusa wyrwał ją z zamyślenia, ale odpowiedziała używając fal, nie chcąc zaczynać rozmowy na głos, póki młodzi nie odejdą od ołtarza.
Może są jakieś magiczne? – padło, głos niesłyszalny dla nikogo innego, gdy zawiązano już pozostałe wstęgi. Coś tam błyszczało srebrem, ale niektóre były chyba kolorowe, ze swojego miejsca nie widziała dokładnie. I potem jakoś znikną albo się pomniejszą, albo coś takiego? Inaczej jeśli później każdy pobiegnie taką zawiązać, to jeszcze zrujnują strój Ger, a byłoby szkoda, wygląda naprawdę wspaniale.



Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Czarodziejska legenda
as calm as the sea, but as devastating as it becomes
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Cliodna to irlandzka driada, żyjąca w średniowieczu. Była animagiem zmieniającym się w morskiego ptaka. Wspomagały ją trzy magiczne ptaszki. Leczyła chorych, śpiewając im do snu, ponadto mówiono, że może zamienić się w morską falę.

Cliodna
#70
11.10.2025, 09:26  ✶  

Jennifer Yaxley była kobietą dumną, to na pewno. Być może niezbyt często pokazywała się w Londynie, oddała tę przyjemność reprezentowania ich rodziny swoim dzieciom, jednak nie zmieniało to faktu, że przez lata, gdy Gerard był jeszcze szefem Komitetu ds. Utylizacji Niebezpiecznych Stworzeń to właśnie ona pełniła główną rolę reprezentacyjną. Kilka lat temu zaszyli się jednak w Walii całkowicie i rzadko się z niej ruszali, nie uważała tego za coś złego. Pokochała Snowdonię już dawno, kiedy to ona stała się żoną człowieka z tych regionów.

Informacja o szybkich zaręczynach i rychłym ślubie spadła na nią niespodziewanie, chociaż, czy na pewno? Miała świadomość tego, że po swojej jedynej córce może się spodziewać wszystkiego, nigdy nie udało jej się jej utemperować na tyle na ile by chciała, wpływ na to miał oczywiście jej mąż, który pozwalał swojej latorośli praktycznie na wszystko, spierali się przez to od lat, tak naprawdę był to jedyny powód ich sprzeczek i wyjątkowo, jak udało jej się decydować o wszystkim innym, tak tutaj nigdy nie miała siły przebicia.

Także informacja była może niespodziewana, zaskakująca, jednak nie spowodowała u pani Yaxley zbytniej paniki, cieszyła się, że w końcu będą mieli to za sobą, chociaż jedno z ich dzieci wreszcie spełni jeden ze swoich obowiązków. Przynajmniej mieli pewność, że Ambroise tym razem nie postanowi uciec od jej problematycznej córki, a jeśli zechce to zrobić, to będzie to nieco bardziej skomplikowane. W dużej mierze obwiniała styl życia swojej latorośli za to, że ich los potoczył się w ten sposób, w jej oczach Greengrass był idealnym kandydatem na męża, powtarzała jej to od lat, zresztą do dzisiaj uważała, że to, że ich drogi się zeszły było w dużej mierze właśnie jej zasługą, i tego, że ubrała na pewien sabat swoją córkę w pewną czerwoną sukienkę.

Przygotowania do ceremonii były krótkie, szybkie, jednak bardzo owocne. Jennifer była zadowolona z tego, co udało im się osiągnąć w tak krótkim czasie, sporo bliskich ich rodzinie osób się w to zaangażowało, za co na pewno odpowiednio im podziękuje, ogromnym wsparciem okazała się Ursula Lestrange. która siedziała teraz obok niej. Kobieta doświadczona, wiedząca, czego chce, odnajdująca się w organizacji podobnych wydarzeń. Znała jej córkę i przyszłego zięcia, potrafiła przewidzieć ich oczekiwania, nie wiedzieć czemu wydawało jej się nawet, że rozumiała Geraldine lepiej od niej, sama Jennifer nadal czasem miewała z tym problem, mimo tego, że była jej matką.

Godzina ceremonii się zbliżała, szmery powoli cichły, w pewnej chwili dźwięk, który przebijał się przez otoczenie był głównie szumem drzew, tych samych, które znajdowały się tutaj kiedy to ona kroczyła w białej sukni do ołtarza. Wiedziała czego się spodziewać, sama to kiedyś przeżyła, a później uczestniczyła w wielu podobnych, rodzinnych ceremoniach, ich przebieg nie był dla niej tajemnicą, być może nie wszyscy z gości mieli możliwość uczestniczenia w podobnym ślubie, jednak Yaxleyowie bardzo cenili sobie swoją przeszłość, tradycję, więc nie powinno nikogo dziwić, że właśnie w taki sposób miało to przebiec.

Pan Młody pojawił się na ołtarzu, Jennifer posłała mu pokrzepiający uśmiech, nie wyglądał na zdenerwowanego, jednak wydawało jej się to całkiem normalnym gestem. Gdy usłyszała sygnał rozchodzący się w powietrzu wstała i odwróciła się tak jak i wszyscy, by spojrzeć na swojego męża i córkę wkraczających między gości. Nie mogła zaprzeczyć, że Geraldine wyglądała wyjątkowo dobrze jak na siebie, wiele razy powtarzała jej, że powinna zrzucić z siebie te swoje skórzane spodnie i za duże koszule, jednak ta nie chciała jej słuchać, kobieta miała wrażenie, że wtedy wszystko byłoby prostsze i już dawno mieliby ten ślub za sobą (jakby faktycznie to zależało od ubrań).

Poczuła na sobie spojrzenie Ursuli, tak, nie musiała nic mówić, doskonale zdawała sobie sprawę o co jej chodzi. Gerard Yaxley wybrał swój najbardziej oficjalny, myśliwy strój, ozdobiony zwierzęcymi elementami strój, w którym na pewno było mu wyjątkowo ciepło, zważając na te wszystkie warstwy ubrań, jednak na to nie miała zbyt wielkiego wpływu. Gdy sobie coś ubzdurał (tak, jak z tymi dzikami), to nie miała zbyt wiele do powiedzenia. Wzruszyła więc jedynie ramionami w odpowiedzi na spojrzenie kobiety, która siedziała obok niej.

Gerard doprowadził ich córkę do ołtarza, chwilę później znalazł się u jej boku. Jennifer wpatrywała się w Ambroise'a i Geraldine, którzy pasowali do tego miejsca jak ulał. Mimo, że rzadko kiedy pozwalała sobie na okazywanie emocji, to jej usta drgnęły w uśmiechu, naprawdę była zadowolona z tego, że w końcu jedno z jej dzieci miało rozpocząć nową drogę z kimś, kto wydawał się je uszczęśliwiać, a to wcale nie było takie oczywiste w ich kręgach.

Usłyszała szept Ursuli, odpowiedziała jej równie cicho, tak, by do nikogo poza nimi nie miał szansy dotrzeć jej głos. - Nie da się temu zaprzeczyć, wyglądają wyjątkowo. - Było coś niesamowitego w tym widoku, majestatycznego.

Kapłan zaczął mówić, Jennifer była osobą dla której wiara miała swoje znaczenie, nie spodziewała się tego, że Macmillan, który miał prowadzić ceremonię znał jej córkę i jej wybranka, nie miała do końca świadomości w jakich kręgach się obracali, jednak gdy wygłosił swoją przemowę poczuła dumę, gdyby ktoś się jej teraz przyjrzał mógłby dostrzec nawet jedną pojedynczą łzę, która spłynęła po jej policzku.

Nadszedł moment zaplatania wstęgi na rękach pary młodej, była to chwila, w której wiedziała, że będzie musiała pojawić się na ołtarzu, aby sama zawiązać jedną z nich. Uważała te tradycje za istotne, ważne było, aby wiedzieli skąd pochodzą, pamiętali o swojej przynależności, nie zrezygnowali z tych obyczajów, na szczęście.

Gdy zaplotła swoją wstęgę wróciła na miejsce ze swoim mężem u boku. Majestatyczną chwilę przerwał dźwięk, głos dziecka, które się odezwało, gdzieś z tyłu. Wiadomo, dzieci były bardzo słodkimi istotami, nad którymi trudno było zapanować, jednak były miejsca i chwile, w których powinno się skupić na tym, aby nie przeszkadzały i to była właśnie jedna z takich chwil. Jennifer odwróciła głowę, nie zrobiła tego dyskretnie, o nie, chciała, by opiekuni dzieci poczuli na sobie jej niezadowolone spojrzenie, bo te dzieci właśnie zakłócały porządek podczas jednej z najważniejszej chwili w życiu jej dzieci.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (7393), Ambroise Greengrass-Yaxley (6231), Anthony Ian Borgin (2091), Anthony Shafiq (2125), Astoria Avery (2550), Atreus Bulstrode (3809), Basilius Prewett (459), Benjy Fenwick (19354), Brenna Longbottom (4921), Charlotte Kelly (1666), Cliodna (4913), Cornelius Lestrange (6240), Elias Bletchley (1503), Geraldine Greengrass-Yaxley (4490), Helloise Rowle (5688), Icarus Prewett (407), Jacqueline Greengrass (1243), Jonathan Selwyn (1578), Millie Moody (3157), Mona Rowle (321), Morpheus Longbottom (1017), Nora Figg (1721), Pan Losu (331), Paracelsus (4094), Primrose Lestrange (597), Prudence Fenwick (16828), Roselyn Greengrass (1608), Sebastian Macmillan (4319), Ursula Lestrange (5498), Vakel Dolohov (1490)


Strony (21): « Wstecz 1 … 5 6 7 8 9 … 21 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa