Sebastian zaczął rozglądać się za swoimi rzeczami. Gdzie on je posiał... Przygotowanie ołtarza chwilę trwało, bo przecież nie mógłby zostawić wszystkiego na ostatnią chwilę, ale był pewien, że zostawił tobołek z papierami gdzieś tutaj i... Oczy mu się zaświeciły, gdy znalazł wzrokiem swoją własność.
— Ekhm… A teraz, skoro domknęliśmy już większość spraw natury boskiej, to teraz pozostały nam sprawy natury ludzkiej. Konkretnie kowenu. — Sięgnął po swoją torbę, która całą uroczystość przeleżała właśnie w tym namiocie. Grzebał w niej przez dłuższą chwilę, po czym wyciągnął zbiór kilku folderów oraz spiętych ze sobą dokumentów. Wprawne oczy mogły tam też zauważyć kilka ręcznie przygotowanych notatek przyozdobionych kowenowymi pieczęciami. — Zacznijmy od zaległych dokumentów... Protokół przedślubny.
Ten dokument wymagał już jedynie podpisów Geraldine i Ambroise'a, bo Macmillan podpisał się już na wszystkim zawczasu. Państwo młodzi mogli zauważyć, że widnieje na nim ta sama data, jaką Sebastian wyznaczył na ich spotkanie w siedzibie kowenu, po tym jak wymienili listy dotyczące uroczystości. Z uwagi na dość szybką organizację ceremonii niemożliwe było wcześniejsze ich przygotowanie (procedury!); Sebastian wzdrygał się na samą myśl, że akurat w kwestii dokumentów byli w tyle, ale cóż... Takie życie. Na karcie wypisane były szczegółowe dane osobowe młodej pary, informacje o tym, który kapłan przeprowadzał ceremonię, termin i miejsce ślubu, a także deklaracje dotyczące wspólnego rozwoju duchowego jako małżeństwo. Dał parze młodej chwilę czasu na sprawdzenie poprawności wszystkich danych i zwrócił się do Millie i Corneliusa.
— Bardzo dobrze rokujecie — zapowiedział, patrząc na nich z uśmiechem. — Wspaniale się prezentowaliście i mam nadzieję, że nie jest to nasza ostatnia wspólna uroczystość kowenowa. W końcu, kiedy rozwijają się kwiaty prawdziwej miłości, uczucie to staje się zaraźliwe. Może spotkam się z którymś z was przy ołtarzu? — Zerknął instynktownie na Millie; mimowolnie zaczął zastanawiać się, kto rościłby sobie większe prawa do poprowadzenia jej do ołtarza - ojciec Aaron a może brat Alastor? — W każdym razie... Wiem, że na pewno zdajecie sobie sprawę z tego, jak wielka odpowiedzialność na was spoczywa. Nie jesteście już tylko przyjaciółmi Gerladine i Ambroise'a. To nie był wybór przypadkowy ani gest grzecznościowy, ale autentyczny akt zaufania. Jesteście strażnikami pamięci tego dnia, podobnie jak i ja. Waszym zadaniem - może cichym, ale ważnym - jest przypominać im, jeśli kiedyś przyjdą trudniejsze chwile, że miłość, którą dziś sobie wyznali, była prawdziwa, odważna i święta. Podpisy, jakie dziś z nimi złożycie, nie są więc tylko formalnością, a pieczęcią zaufania. Ekhm.. Zaufania, które niedługo przyjdzie wam wszystkim wspólnie celebrować wraz z resztą gości.
Sebastian zamierzał zostać ze względów grzecznościowych na parę godzin w rezydencji Yaxleyów, jednak na pewno nie zamierzał spędzić tutaj kilku dni. Takie huczne imprezy nie były w jego stylu. I chyba wolałby pozostać nieświadomy co do tego, jak co poniektórzy goście będą się zachowywać, kiedy barek zostanie w dużej mierze opróżniony... Bądź co bądź, co poniektórych widywał w kowenie czy na sabatach. Nie chciał psuć swojej wizji co poniektórych wiernych.
— Potwierdzenie zawarcia małżeństwa — podsunął kolejne dokumenty, które tym razem musiała podpisać cała czwórka. Oprócz typowych danych osobowych były też tam miejsca na podpisy potwierdzające obecność oraz miejsce na własnoręczne wypisanie oświadczenia o prawidłowym przebiegu ceremonii.
Sebastian obserwował uważnie całą czwórkę, jednak w tym momencie skupiał się najbardziej na Geraldine i Ambrożym. Wprawdzie podczas ich prywatnego spotkania w siedzibie kowenu doszli do porozumienia w kwestii dopięcia poszczególnych szczegółów, jednak nie byłby sobą, gdyby nie upewnił się, że pewne obietnice faktycznie zostaną wprowadzone w życie. Rozumiał, że obecnie wszyscy byli zapracowani, ratowali swoje majątki, starali się wrócić do normalności po pożarach w kraju, jednak... Doba miała aż dwadzieścia cztery godziny. A Londyn dla znacznej większości ludzi był stałym przystankiem w trakcie codziennych podróży.
— A także takie mały ''aneks'', zaproszenie — dodał z uśmiechem, podsuwając im ręcznie wypisaną kartkę z aż trzema pieczątkami kowenu: dwiema na górze i jedną na samym dole. — Bardzo ubolewam nad tym, że przez spontaniczny charakter dzisiejszych celebracji nie udało wam się wziąć udziału w spotkaniach przygotowujących do wejścia w tę świętą unię. Domyślam się, że wam także jest z tego powodu bardzo przykro. — Wbił twarde spojrzenie w parę młodą. — Chciałbym więc oficjalnie zaprosić wam do udziału w naszych spotkaniach modlitewnych. Nie będą to nauki per se, a po prostu... Takie pół godziny dla Matki. Dla wyciszenia się. Dla kontemplacji. Oczywiście nie są to pełnoprawne sabaty, ale staramy się zaangażować w te spotkania także nasz chórek kowenowy. Byłoby mi bardzo miło, gdybym mógł was tam zobaczyć. Może za tydzień, może za dwa... Może nawet w okolicy Samhain lub w jakiś listopadowy weekend. Chciałbym, żebyście znaleźli chwilę na przyjście na takie spotkanie. Razem, osobno - ważne, żebyście się zjawili.
Tutaj zerknął także na świadków.
— Oczywiście, was również chciałbym zaprosić. W idealnych warunkach spotykalibyśmy się w piątkę przez co najmniej kila tygodni przed ceremonią. Może nawet w większej grupie, gdyby udało się zgrać terminy innych par, które również planowały swoje śluby w tym okresie — opuścił spojrzenie na stół; widać było po nim, że szczerze żałuje, że ten plan nie doszedł do skutku. — Niestety, nie było nam dane, a chcę, żebyście widzieli, że bramy kowenu są zawsze otwarte. I czasem nawet chwila refleksji potrafi przynieść prawdziwe objawienie.
Wodził wzrokiem po całej czwórce: ewidentnie liczył, że cała czwórka zobowiąże się do tego, aby faktycznie odwiedzić kowen w nadhodzących miesiącach. Nie był głupi; wiedział, że młodzi będą zajęci sobą, a zgranie grafików czterech dorosłych osób mogło być zadaniem ponad ich siły, dlatego też wyciągał do nich pomocną dłoń - nie wymagał stawienia się w konkretnym terminie. Ba, nie wymagał nawet, żeby wdawali się jakąś pogadankę z nim (jakby akurat na niego trafili podczas spotkania modlitewnego) czy z innymi kapłanami lub kapłankami. Po prostu zależało mu, żeby pośród napiętych grafików i codziennych perypetii znaleźli czas na moment zastanowienia w świątyni Matki. Czy naprawdę prosił o tak wiele?
Spoiler![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)