Może wypadałoby powiedzieć, że Ministerstwo Magii pracowało na zwiększonych obrotach, próbując uporządkować legislacyjny chaos jaki zrodziły wrześniowe ataki, ale sam Wizengamot zdawał się tkwić w martwym punkcie. Tym samym co zawsze. Jakby na wszystko mieli cały czas na świecie.
Sprawy rozwlekano; przesłuchania przeciągały się o kolejne godziny, gdy próbowano przylepiać oskarżonym łatkę śmierciożerców; lewica pierdoliła swoje tolerancyjne farmazony; nawet w konserwatywnej prawicy dało się wyczuć narastającą paranoję i pierwsze rozłamy. Nic nie szło dobrze. A co gorsza - nic nie szło po jej myśli.
Brakowało tego urokliwego wzdychania nad przyniesionymi jesiennymi szarlotkami. Mabon, Mabon i po Mabon. Ani się człowiek obejrzy to będzie Samhain, Dzień Pamięci, Yule i nowy rok.
Teraz nikt nawet nie kwapił się wywiesić ozdoby na Mabon. Przeszło praktycznie przemilczane, a ludzie o wiele bardziej roztkliwiali się nad pustymi miejscami przy stole.
Śmierciożercy zabili coś więcej niż mieszkańców Londynu. Zabili vibe. Niewybaczalna zbrodnia.
Nie wszyscy sędziowie urzędowali przy samych salach Wizengamotu, w bliskim i miłym sąsiedztwie Departamentu Tajemnic. Niektórzy z nich - jak pani Mulciber cenili sobie zgiełk II piętra, ciągłą obecność przedstawicieli magicznej policji w okolicy, odczuwalną nawet przy stosownym wyciszeniu gabinetu oraz bliskość tutejszego magicznego automatu z kawą.
I właśnie w ten chaos wypuszczono Louvaina zaraz po jego obowiązkowym instruktażu proceduralnym, wskazując palcem kierunek z krótkim: “pierwsze drzwi od Biura Aurorów po lewej. Łatwo trafić.”
Proste? Tak, wręcz idiotoodporne, bo na ciemnych drzwiach błyszczała złota plakietka z nazwiskiem czarownicy i orientacyjnymi godzinami urzędowania. W dodatku wejście do środka było wprost z korytarza, więc można było uniknąć ciekawskich spojrzeń tutejszych sekretarek.
Sam gabinet z kolei nie należał do największych, ot odpowiedni dla dwóch osób, w przytłaczających kolorach ciemnego brązu i zieloni. Lorien Mulciber ewidentnie nie należała do szczególnie sentymentalnych osób. A przynajmniej nie na poziomie niektórych urzędniczek, które radośnie obstawiały wszystkie możliwe powierzchnie zdjęciami rodziny, rysunkami sporządzonymi przez zdolne rączki ich dzieci, wyklejonymi z makaronu szkatułkami i glinianymi obciążnikami do papieru w kształcie przejechanego pufka, które ponoć są “ślicznym kotkiem wykonanym przez szalenie uzdolnionego bombelka”.
W gabinecie nie było absolutnie nic personalnego - ciężkie regały wypełniały stare, prawnicze tomiszcza, odziedziczone po ojcu, albo otrzymane w prezencie na przeróżne okazje. Jedyny obraz w pokoju, przedstawiający szanownego Ministra Magii Ignatusa Tufta, oprawiono w pozłacaną, bogato zdobioną ramę chyba tylko po to, żeby uprzykrzyć życie sprzątającym tu dzień w dzień skrzatom domowym. Jak pięść do oka pasowało proste, sygnowane ministerialnym numerem i kodem Biura Aurorów dwukierunkowe lusterko w metalowej oprawie, ustawione na biurku zaraz obok kałamarza, sterty dokumentów sądowych i najnowszego wydania Proroka Codziennego.
Drugie biurko - zresztą identyczne, wniesiono do gabinetu przed kilkoma dniami. Na szczęście na nim Lorien nie zdążyła jeszcze porozkładać się ze swoją chaotycznie porzucaną w każdym kącie papierologią, więc czekało na Lestrange'a wciąż jeszcze puste i czyste.
Wyjątkiem od reguły (zawsze przecież musi być jakiś wyjątek) była ukryta pod szklanym kloszem makieta Azkabanu, z jej miniaturowymi mieszkańcami. Dementorki unosiły się sennie na więziennej wyspie, wyjątkowo dziś nie skore do zabaw i z jakiegoś powodu obrażone na cały świat.
Sama sędzia zajęta była jedną z tych ważniejszych spraw, jaką były codzienne ploteczki z Ministrem Tuftem, który ze wszystkich swoich portretów rozwieszonych w różnych częściach Ministerstwa, ten upodobał sobie najbardziej. Może dlatego, że Lorien cierpliwie i o dziwo uważnie słuchała jego szalonych, często mrożących krew w żyłach pomysłów udoskonalenia systemu więziennictwa.
-... Nie, Nie zgodzą się na ulokowanie dementorów w Clerkenwell, Ignatusie. Nie możemy ryzykować, że strażnicy przedostaną się w strefę przebywania mugoli…
Przerwała zdanie niemal w pół słowa, dopiero teraz zwracając uwagę, że nie będą tu sami. Stosownie zaprosiła do środka chyba jedyną osobę, której wizyty się spodziewała.
- Panie Lestrange, tak szybko wypuścili Pana ze szkolenia?- Zerknęła na wiszący nad drzwiami zegar. Wskazywał kwadrans po dwunastej. W teorii wiedziała, że pojawi się dzisiaj, ale Ministerstwo rządziło się swoimi prawami, gdy chodziło o czas.- Z reguły lubią się pastwić nad ludźmi przez cały dzień. - Odstawiła na blat biurka niedopitą kawę w zgrabnej, porcelanowej filiżance. Ministerialna lura przelana z papierowego kubeczka.