Bomba!
Tak się złożyło, że tego dnia Helloise przygotowała sernik różany w motywie Maida Vale. Dla smaku w spodzie kardamon, w masie biała czekolada i woda różana — jako że szkoda było wiedźmie wodę z czarnej róży wylać do ciasta, doprawiła je klasyczną wodą różaną. Płatki czarnej róży z Maida Vale znalazły się natomiast poukładane na serniku jako ozdoba, a pomiędzy nie czarownica wkomponowała również słodziutkie, białe kwiaty księżycowej rosy.
Choć wyeksponowany na paterze kwiatowy sernik Maida Vale stanowił niewątpliwie najapetyczniejszą ozdobę kuchni, nie był jedynym, co tego dnia znajdowało się na blacie roboczym. Czarownica przygotowywała się do warzenia eliksirów, o które prosił Leviathan, aby nie zaskoczył jej następnego dnia brak żadnego składnika. Ze spiżarni wyjęty został zatem między innymi słoiczek proszku z brodawkolepu czy wybuchające muchomorki straszące intensywnymi kolorami kapeluszy. Nad ogniem na palenisku bulgotała aromatyczna zupa grzybowa na obiad, a w kociołku obok… coś zdecydowanie mniej zachęcającego, a gęstego i podejrzanego. Trudno byłoby nazwać kuchnię uporządkowaną, gdy tu i tam stały flakony i buteleczki fantazyjnych mazi, słoje z proszkami, ziołami czy zwierzęcymi kłami — lecz w kontraście do ostatniej wizyty Louvaina, miejsce zdawało się przytulniejsze.
W kuchni było ciepło, płomienie trzaskały przyjemnie, czasem przez próg z sąsiedniego pomieszczenia dolatywała daleka woń uspokajającego kadzidełka, zza okna wpadało gdakanie krażących po podwórzu kurczaków. Helloise leżała przy ogniu rozłożona na poduchach oraz futrzanym dywanie w tym samym miejscu, gdzie jeszcze kilka tygodni wcześniej znajdowała się krwawa plama — zniknęła dzień po wizycie Lestrange’a. Tego popołudnia czarownica zabawiała się studiowaniem atlasu magicznych płazów. Wokół jej legowiska orbitowały luźne kartki z notatkami, a przy jej boku z pyskiem wtulonym w fałdy sukni drzemał oswojony lis wielkości średniego psa. Twarz miała zdrowszą, oczy — choć wciąż wyglądały na światy jakby zza mgły — nie były już aż tak zmęczone niewyspaniem i przeziębieniem.
Helloise pozwoliła sobie zapomnieć Spaloną Noc, a i wrażenia po widmach, które widzieli tamtego dnia z Louvainem, zdążyły stracić na intensywności. Wszystkie te dobroczynne efekty czarownica przypisywała sabatowi Mabon — modlitwie i ofierze. Odzyskała dzięki pobożnemu spędzeniu świąt spokój ducha, wiara dodała jej nowych sił i nadziei. Mimo że data sabatu znaczyła datę równonocy jesiennej, a więc coraz szybciej umierającego dnia, czarownica czuła się raczej, jakby wyszła z ciemności, niż ku niej kroczyła.
Wiedziała, że Zimny Śmierciożerca wróci kiedyś. Nie miała wątpliwości po tym, jak zostawił ją z buchorożcem oraz miksturą stworzoną tamtej nocy. Kiedykolwiek otwierała szafę, gdzie pomiędzy jej zbiorami czekały jego rzeczy, miewała krótkie momenty pokusy zabrania części surowca dla siebie. Przedmiot był rzadki, a Louvain nie miał w głowie miarki, aby mógł zauważyć zniknięcie niewielkiej porcji. Nie z lojalności do niego raz po raz rezygnowała z tego pomysłu. Ilość, którą mogłaby niepostrzeżenie ukraść, była niemal bezużyteczna, a okradanie Śmierciożercy mogłoby zostać pewnego dnia poczytane za okradanie Czarnego Pana. Gra niewarta świeczki.
Czekały więc na Lestrange’a jego fiolki nienaruszone. Wraz z nimi zaś jego miotła i kurtka, po które wiedźma wróciła pewnego dnia w tamto miejsce pod Knieją.
Samym Śmierciożercą nie interesowała się, nie wypatrywała go, nie wypytywała o niego. Raz tylko tuż po samej wizycie, wciąż wytrącona z równowagi, bliska była opowiedzenia wszystkiego Leviathanowi, lecz i z tego zrezygnowała. Gdy ochłonęła, odzyskała pewność siebie, a wspomnienie okrzepło, ani myślała więcej pozwalać temu wypłynąć. Lubiła wiedzieć — szczególnie gdy inni nie wiedzieli i mogła tą wiedzą manipulować wedle własnego uznania. Lepiej było przyczaić się i poczekać, jak sytuacja się rozwinie i czy nie nadarzy się okazja, aby to jakoś na swój tylko użytek wykorzystać wedle swojego tylko uznania. Levi zaś, jak to miał w zwyczaju, mógłby chcieć zaingerować w jej sprawy, krytykować plany, a przecież Helloise — w głębokim przeświadczeniu o własnym sprycie — potrafiła o interesy zadbać sama.