Ostatni drink został wypity, ostatnie uprzejmości wymienione z ludźmi, których obecność znosił z większą lub mniejszą cierpliwością. Teatr powoli opróżniało się z gości, a socjeta z powolna wracała do swoich domostw. Louvain odprowadzał ich spojrzeniem bez większego zainteresowania. Spektakl był przyzwoity. Towarzystwo momentami nawet znośne. Wieczór mógł zakończyć się całkowicie poprawnie, gdyby nie pomysł organizatorów, by finałem charytatywnej zbiórki uczynić losowanie par do tańca. Sama idea budziła w nim niemal fizyczny wstręt. Oddawać przypadkowi decyzję o tym, komu poda się rękę? Kogo dopuści do swojej przestrzeni i z kim pozwoli sobie na kilka minut pozornej bliskości? Absurd. Spośród wszystkich rzeczy, które można było zostawić losowi, własny wybór towarzystwa wydawał mu się jedną z najgłupszych. Dlatego odmówił udziału bez chwili zawahania. Najwyraźniej tylko jemu podobna forma społecznego samoupokorzenia wydawała się odpychająca. Cynthia nie dostrzegła w tym niczego niewłaściwego. A może dostrzegła i zwyczajnie uznała, że to nie ma to znaczenia. Do teraz nie był pewien, co zirytowało go bardziej. Sam fakt, że wzięła udział w tej farsie, czy może to, że los przydzielił jej właśnie Shafiqa. Obserwował ich z drugiego końca sali, ukryty za kieliszkiem i sztucznie podtrzymywaną rozmową, a każda kolejna minuta na parkiecie drażniła go bardziej niż poprzednia. Nie chodziło nawet o samego mężczyznę. Mógłby być nim ktokolwiek. Problemem był widok jej dłoni spoczywającej w cudzej. Sposób, w jaki pozwoliła się prowadzić. Naturalność tego gestu. Ten rodzaj swobody, który powinien być całkowicie niewinny, a mimo to działał na niego jak papier ścierny przeciągany po odsłoniętej skórze.
Najbardziej irytował go fakt, że nie miał żadnego racjonalnego powodu do własnego rozdrażnienia. Cynthia nie zrobiła nic niewłaściwego. Nie przekroczyła żadnej granicy. Nie złamała żadnej obietnicy. A jednak przez resztę wieczoru nie odezwał się do niej już ani słowem. Przynajmniej nie bezpośrednio. Rozmawiał z innymi gośćmi, przyjmował chętniej kolejne kieliszki, nawet kilka razy się zaśmiał, ale za każdym razem, gdy jego spojrzenie przypadkiem odnajdywało ją w tłumie, wracało to samo nieprzyjemne uczucie. Kiedy opuścili teatr, Londyn tonął już w chłodnej wilgoci późnej nocy. Louvain czekał na zaczarowaną karetę z papierosem między palcami, później z drugim, a potem trzecim. Dym nie przynosił ulgi. Gorzkie słowa, które od godziny próbował w sobie zagłuszyć, wracały uporczywie wraz z każdym zaciągnięciem. Im mocniej próbował je zadusić, tym wyraźniej czuł ich smak pod językiem. Gdy karoca wreszcie nadjechała, nie wykonał żadnego z tych drobnych gestów, które zwykle przychodziły mu automatycznie. Nie otworzył jej drzwi. Nie podał jej dłoni. Nie zaszczycił jej nawet spojrzeniem. Wsiadł pierwszy i zajął miejsce przy oiknie, pozostawiając jej samodzielne poradzenie sobie z resztą. Było to celowe. Chłodne. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę, a mimo to nie potrafił zdobyć się na nic lepszego. Dopiero gdy drzwi zatrzasnęły się za nimi, a świat zewnętrzny został odcięty grubymi ścianami zaczarowanej karocy, został sam na sam z własną frustracją. W półmroku wnętrza odbicie Cynthii przesuwało się czasem po szybie obok niego, rozmywane przez światła latarni. - Widzę, że wieczór okazał się mniej wymagający, niż przypuszczałem. Nie docierało do niego, jak absurdalna mogła to być sytuacja. Śmierciożerca, człowiek gotów ryzykować życie dla idei, siedział obrażony jak nastolatek, ponieważ kobieta, którą zaprosił do teatru, zatańczyła jeden taniec z kimś innym. Ta świadomość wcale jednak nie uczyniła jego irytacji mniejszą. Przeciwnie. Sprawiła jedynie, że poczuł się podwójnie rozdrażniony, najpierw przez nią, a potem przez samego siebie. - Byłem przekonany, że jesteś znacznie bardziej wybredna. Czuł pod skórą znajome rozdrażnienie, to samo, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy rzeczywistość nie chciała podporządkować się jego oczekiwaniom. Nie był przyzwyczajony do podobnych rozczarowań.