• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic [30.09] A boy on the side of Babylon

[30.09] A boy on the side of Babylon
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#1
20.06.2026, 20:37  ✶  

Ostatni drink został wypity, ostatnie uprzejmości wymienione z ludźmi, których obecność znosił z większą lub mniejszą cierpliwością. Teatr powoli opróżniało się z gości, a socjeta z powolna wracała do swoich domostw. Louvain odprowadzał ich spojrzeniem bez większego zainteresowania. Spektakl był przyzwoity. Towarzystwo momentami nawet znośne. Wieczór mógł zakończyć się całkowicie poprawnie, gdyby nie pomysł organizatorów, by finałem charytatywnej zbiórki uczynić losowanie par do tańca. Sama idea budziła w nim niemal fizyczny wstręt. Oddawać przypadkowi decyzję o tym, komu poda się rękę? Kogo dopuści do swojej przestrzeni i z kim pozwoli sobie na kilka minut pozornej bliskości? Absurd. Spośród wszystkich rzeczy, które można było zostawić losowi, własny wybór towarzystwa wydawał mu się jedną z najgłupszych. Dlatego odmówił udziału bez chwili zawahania. Najwyraźniej tylko jemu podobna forma społecznego samoupokorzenia wydawała się odpychająca. Cynthia nie dostrzegła w tym niczego niewłaściwego. A może dostrzegła i zwyczajnie uznała, że to nie ma to znaczenia. Do teraz nie był pewien, co zirytowało go bardziej. Sam fakt, że wzięła udział w tej farsie, czy może to, że los przydzielił jej właśnie Shafiqa. Obserwował ich z drugiego końca sali, ukryty za kieliszkiem i sztucznie podtrzymywaną rozmową, a każda kolejna minuta na parkiecie drażniła go bardziej niż poprzednia. Nie chodziło nawet o samego mężczyznę. Mógłby być nim ktokolwiek. Problemem był widok jej dłoni spoczywającej w cudzej. Sposób, w jaki pozwoliła się prowadzić. Naturalność tego gestu. Ten rodzaj swobody, który powinien być całkowicie niewinny, a mimo to działał na niego jak papier ścierny przeciągany po odsłoniętej skórze.

Najbardziej irytował go fakt, że nie miał żadnego racjonalnego powodu do własnego rozdrażnienia. Cynthia nie zrobiła nic niewłaściwego. Nie przekroczyła żadnej granicy. Nie złamała żadnej obietnicy. A jednak przez resztę wieczoru nie odezwał się do niej już ani słowem. Przynajmniej nie bezpośrednio. Rozmawiał z innymi gośćmi, przyjmował chętniej kolejne kieliszki, nawet kilka razy się zaśmiał, ale za każdym razem, gdy jego spojrzenie przypadkiem odnajdywało ją w tłumie, wracało to samo nieprzyjemne uczucie. Kiedy opuścili teatr, Londyn tonął już w chłodnej wilgoci późnej nocy. Louvain czekał na zaczarowaną karetę z papierosem między palcami, później z drugim, a potem trzecim. Dym nie przynosił ulgi. Gorzkie słowa, które od godziny próbował w sobie zagłuszyć, wracały uporczywie wraz z każdym zaciągnięciem. Im mocniej próbował je zadusić, tym wyraźniej czuł ich smak pod językiem. Gdy karoca wreszcie nadjechała, nie wykonał żadnego z tych drobnych gestów, które zwykle przychodziły mu automatycznie. Nie otworzył jej drzwi. Nie podał jej dłoni. Nie zaszczycił jej nawet spojrzeniem. Wsiadł pierwszy i zajął miejsce przy oiknie, pozostawiając jej samodzielne poradzenie sobie z resztą. Było to celowe. Chłodne. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę, a mimo to nie potrafił zdobyć się na nic lepszego. Dopiero gdy drzwi zatrzasnęły się za nimi, a świat zewnętrzny został odcięty grubymi ścianami zaczarowanej karocy, został sam na sam z własną frustracją. W półmroku wnętrza odbicie Cynthii przesuwało się czasem po szybie obok niego, rozmywane przez światła latarni. - Widzę, że wieczór okazał się mniej wymagający, niż przypuszczałem. Nie docierało do niego, jak absurdalna mogła to być sytuacja. Śmierciożerca, człowiek gotów ryzykować życie dla idei, siedział obrażony jak nastolatek, ponieważ kobieta, którą zaprosił do teatru, zatańczyła jeden taniec z kimś innym. Ta świadomość wcale jednak nie uczyniła jego irytacji mniejszą. Przeciwnie. Sprawiła jedynie, że poczuł się podwójnie rozdrażniony, najpierw przez nią, a potem przez samego siebie. - Byłem przekonany, że jesteś znacznie bardziej wybredna. Czuł pod skórą znajome rozdrażnienie, to samo, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy rzeczywistość nie chciała podporządkować się jego oczekiwaniom. Nie był przyzwyczajony do podobnych rozczarowań.

Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#2
21.06.2026, 18:38  ✶  
To był wyjątkowo długi wieczór, ale przyjemnie było chociaż na chwilę wrócić do upragnionej normalności po ostatnich, wydarzeniach. Nie był to może typowy, wystawny bal, do jakich Cynthia od zawsze miała tak ogromną słabość, ale wieczorowe kreacje i wszechobecna elegancja sprawiły, że bankiet zorganizowany po teatralnym przedstawieniu okazał się całkiem dobrym substytutem. Drinki i przekąski były bez zarzutu, cel całego wydarzenia szczytny, a ona miała wreszcie rzadką okazję spędzić trochę czasu z Brenną czy Atreusem, a także z samym Louvainem. Co najważniejsze – na czymś zupełnie innym niż wzajemne przekrzykiwanie się, co w ciągu ostatnich kilku tygodni zdawało się stać ich główną i właściwie jedyną formą komunikacji.
Tak przynajmniej naiwnie myślała do czasu, gdy oficjalnie ogłoszono tańce z losowo wybranym partnerem. Jako kobieta Cynthia zwyczajnie lubiła tańczyć, a jako wieloletni pracownik Ministerstwa Magii po prostu nie chciała i nie mogła demonstracyjnie odmówić wyjścia na parkiet. Taki gest mógłby momentalnie wzbudzić niepotrzebne plotki i wątpliwości dotyczące jej nienagannej dotąd reputacji, zwłaszcza że Lestrange niezbyt kwapił się do tańca. Anthony'ego Shafiqa znała dotychczas głównie z widzenia, więc nawiązanie z nim konwersacji oraz jakiejkolwiek formy znajomości mogło w przyszłości okazać się niezwykle użyteczne. Ich rozmowa podczas wspólnego walca nie była może długa, ale za to całkiem interesująca. Mężczyzna wydał jej się człowiekiem, do którego z czysto pragmatycznych powodów warto mieć jakieś bezpośrednie dojście – choć w tamtej chwili nie do końca potrafiła racjonalnie uzasadnić, dlaczego podświadomość wysyła jej taki sygnał.
Gdy melodia dobiegła końca, a wirujący świat dookoła nich wreszcie przestał się rozmywać, podziękowała czarodziejowi z uprzejmym uśmiechem i spokojnie wróciła do swojego towarzystwa. Uprzednio odruchowo wygładziła materiał granatowej sukni i zdecydowanym ruchem dłoni zgarnęła jasne pasma włosów na plecy, chcąc odrobinę doprowadzić się do porządku. Widok twarzy Louvaina na pierwszy nie zdradzał absolutnie niczego niepokojącego. Mężczyzna jak zwykle wirował wśród londyńskiej socjety z godną podziwu, niemal dziecięcą łatwością, ale jego oczy… Cóż, Cynthia znała je aż nazbyt dobrze. Wiedziała doskonale, że te onyksowe, głębokie tęczówki kryły w tamtym momencie lodowate niezadowolenie oraz tłumioną z trudem wściekłość. Nie miała pojęcia, co było tego realną przyczyną – przynajmniej do czasu, aż podszedł blisko i zaczął rozmowę w tonie, który w jej odczuciu miał na celu wyłącznie jakieś subtelne ukaranie jej. Przyglądała mu się okazjonalnie w trakcie trwania bankietu, ale skoro on sam wyraźnie nie życzył sobie wylewności, nie próbowała go w żaden sposób zaczepiać. Ostatecznie, gdy przyjęcie dobiegało już końca, dopiła swojego szampana, pożegnała się ze znajomymi,wychodząc przed budynek, gdzie miała na nich czekać zaczarowana karoca.

Na zewnątrz przywitało ją chłodne i rześkie powietrze. Przez gęsto zachmurzone niebo noc była niemal całkowicie ciemna i jedynie zawieszone w powietrzu magiczne światła tliły się leniwie dookoła, rzucając na brukowaną ścieżkę długie, głębokie cienie i przypominając swoim blaskiem małe, tańczące świetliki. Ze środka budynku wciąż dobiegał stłumiony gwar zbierających się do powrotu gości, gdzieś w oddali rozbrzmiewał czyjś śmiech, który skutecznie zagłuszał miarowy odgłos kół pojazdu toczącego się po kamieniach. Cynthia poprawiła szal na ramionach, zakrywając odsłoniętą skórę cienkim materiałem idealnie pasującym do jej dopasowanej, eleganckiej sukni, po czym bez słowa wsiadła do środka, układając na kolanach podręczną torebkę. Usiadła naprzeciwko niego, tuż przy oknie po drugiej stronie powozu, i natychmiast odwróciła twarz w stronę ciemnej szyby, cicho wzdychając. Louvain wyglądał w tamtym momencie niczym oburzony, skrajnie niezadowolony z życia chłopiec, który z najwyższym trudem tłumił w sobie rosnącą irytację oraz gniew. Ona z kolei ostatnie, na co miała w tej chwili ochotę, to ponowne wszczynanie kłótni lub wdawanie się w złośliwe, wycieńczające dyskusje. Powóz ruszył. Dziewczyna przymknęła na dłuższą chwilę powieki, czując przy policzku przyjemny chłód bijący od szklanej tafli okna. Głęboka cisza nie trwała jednak przez całą podróż,tak, jak wcześniej zakładała. Głos mężczyzny niespodziewanie rozniósł się echem w zamkniętym wnętrzu, które przypominało szczelną bańkę całkowicie odcinającą ich od reszty świata.
– Dobrze się bawiłam, przyjemnie było po prostu wyjść do ludzi.– odparła jedynie. Mówiła spokojnym, wyważonym tonem i delikatnie wzruszyła ramionami, przez co jej jasne włosy zakołysały się leniwie i spłynęły kaskadą do przodu. Ciemnowłosy mówił jednak dalej, co zmusiło ją do wyprostowania głowy i obdarzenia go bezpośrednim spojrzeniem niebieskich oczu. Na bladej twarzy Louvaina co chwilę odbijało się żółte światło mijanych latarni ulicznych, co tylko potęgowało wyraz jego skrajnego niezadowolenia. Brwi dziewczyny drgnęły nieznacznie. Musiała z najwyższym trudem powstrzymać cisnący się na usta uśmiech rozbawienia, ponieważ za nic w świecie nie chciała mierzić go mocniej, niż było to w tej chwili konieczne.
– Byłam święcie przekonana, że nie będziesz tym faktem ani trochę zaskoczony. Ostatecznie przyjaźnię się z Brenną od pierwszej klasy w Hogwarcie, jeśli to do niej w tym momencie nawiązujesz. Przyszła z Atreusem.
Cynthia naprawdę nie widziała w swoim zachowaniu żadnego racjonalnego powodu do jego nagłej złości. Mógł być osobiście niezadowolony z doboru jej towarzystwa, ale niemal dwudziestoletniej, lojalnej relacji nie dało się przecież wyrzucić z życia ot tak. Zwłaszcza że brunetka była przy niej razem z Tori w tych wszystkich momentach, gdy w jej życiu było ciężko. Mimowolnie przeanalizowała w pamięci cały przebieg tego wieczoru, krok po kroku, ale nie zauważyła absolutnie niczego, co mogłoby doprowadzić Lestrange'a z doskonałego humoru na sam skraj emocjonalnego wybuchu.
O tym, co ukradkiem słyszała wśród złośliwych plotek tego wieczoru – zwłaszcza z ust starszych dam, gdy udała się na moment poprawić makijaż w łazience – nie miała teraz najmniejszej ochoty rozmawiać. Liczyła na to, że ten jeden jedyny wieczór mógłby być przecież całkowicie normalny.
– Dlaczego więc wyglądasz na tak potwornie zirytowanego?
Doprawdy, Louvain Lestrange był w jej oczach czystym usposobieniem chaosu – najbardziej zmiennym i nieprzewidywalnym elementem całego jej dotychczasowego życia w ostatnich miesiącach. Uniosła dłoń, powolnym ruchem przeczesując palcami jasne pasma włosów, po czym zdecydowanie odwróciła od niego wzrok. Skierowała go w dół, na leżącą na kolanach torebkę, w której zaczęła czegoś szukać. W tym samym momencie jedwabny szal zsunął się nieco z jej ramion, próbując bezwładnie opaść na kolana i skutecznie jej to utrudnić.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#3
27.06.2026, 19:39  ✶  

Jej odpowiedź nie przyniosła ulgi, a wręcz przeciwnie. Każde kolejne słowo tylko mocniej utwierdzało go w przekonaniu, że patrzą na ten sam wieczór, ale widzą dwa zupełnie różne obrazki. Louvain siedział nieruchomo, z łokciem wbitym w obicie podłokietnika. Światło kolejnych latarni sunęło po jego twarzy krótkimi smugami, wydobywając z półmroku zaciśniętą szczękę i spojrzenie, w którym coraz mniej było chłodnej irytacji, a coraz więcej zranionej dumy. Milczał jeszcze chwilę, pozwalając, by stukot kół karocy zagłuszył pierwsze słowa, jakie cisnęły mu się na język. Gdyby wypowiedział je od razu, skończyłoby się wyłącznie na obelgach. Westchnął cicho i pokręcił głową z czymś na kształt pobłażliwego niedowierzania. - Longbottom? - prychnął pod nosem. - Do diabła z nią. Nie chodziło o Brennę. Tego wieczoru nawet odczuwał mniejszą potrzebę, by obrzucić ją kolejną pogardliwą uwagą. Odkąd Warownię pokryły płomienie, również z pomocą jego decyzji, jego nienawistna potrzeba zagrażania jej gatunkowi tymczasowo jakby straciła na głośnym wyrazie. Zresztą nie ona była problemem. W tej chwili nie interesowała go ani Longbottom, ani Atreus, ani żaden z pozostałych gości balu. Całą jego uwagę pochłaniał jeden jedyny obraz, który z uporem wracał mu przed oczy. Cynthia prowadzona po parkiecie przez obcego mężczyznę. I właśnie z tym obrazem nie potrafił dojść do porozumienia.

Kącik jego ust uniósł się wyżej, ale nie był to uśmiech. Był to ten szczególny grymas, którym zwykle poprzedzał najbardziej złośliwe uwagi. - Nie, Cynthia. Mam na myśli ten godny politowania wymyk, w którym najwyraźniej uznałaś, że świetnym pomysłem będzie zwrócenie mojej uwagi tańcem z tym… wyrobnikiem sfermentowanego soku. To określenie wydawało mu się wręcz przesadnie uprzejme. Im dłużej o nim myślał, tym bardziej dochodził do wniosku, że gdyby nie nazwisko, człowiek ten doskonale odnalazłby się za drewnianą ladą, przekonując klientów, że rozwodniony cydr sprzedawany w kartonie jest trunkiem godnym arystokratycznych stołów. Tymczasem przez kilka minut prowadził po parkiecie kobietę, którą Louvain sam zaprosił tego wieczoru. Odchylił głowę, a po jego ustach przemknął uśmiech, który nie miał w sobie ani odrobiny ciepła. Był tym rodzajem uśmiechu, który zwykle pojawiał się na chwilę przed wyjątkowo złośliwą uwagą. - Ale właściwie… mnie to nie robi najmniejszej różnicy. To przecież nie ja decyduję, komu pozwalasz się dotykać. Machnął lekceważąco dłonią, jakby temat nagle przestał go interesować. Interesowało. I to z natężeniem przez które nawet nie dostrzegał tego jak jego paznokcie zaraz zaciągną materiał na spodniach. Jego spojrzenie na moment opadło na jej dłoń, tę samą, którą jeszcze kilkadziesiąt minut wcześniej spoczywała w cudzym uścisku, po czym wróciło do jej twarzy. Najbardziej drażnił go jednak nie sam taniec, lecz łatwość, z jaką Cynthia weszła w tę sytuację, jakby nie widziała w niej niczego niestosownego. Jakby w ogóle nie przyszło jej do głowy, że on będzie patrzył. Że będzie analizował każdy jej gest z dokładnością, z jaką ona zwykle analizowała preparaty pod soczewkami badawczymi. - Właściwie z przyjemnością przeczytam następne wydanie Czarownicy. Jestem ciekaw, jak nazwą tę nową modę. Prychnął pod nosem, nie odrywając od niej wzroku. - Przyjść na bal z zaręczonym mężczyzną, a potem z równą ochotą pozwolić prowadzić się następnemu. Słowa ociekały jadem, lecz pod każdą kolejną złośliwością kryło się coś znacznie mniej eleganckiego. Nie próbował nawet udawać, że chodzi o prasę, etykietę czy opinię salonów. Każda kąśliwa uwaga była jedynie nieudolną próbą ukrycia tego, że najbardziej drażniła go sama myśl o cudzych dłoniach na jej talii. Nie potrafił powiedzieć tego wprost, więc wybierał jedyną broń, którą naprawdę władał biegle; szyderstwo. Nie odrywał od niej wzroku. W jego oczach nie było jeszcze gniewu w czystej postaci. Było coś bardziej z urażonej ambicja człowieka, który nie potrafił pogodzić się z tym, że kobieta, o której był przekonany, iż rozumie jego sposób patrzenia na świat, zrobiła coś, co w jego własnym kodeksie było niewybaczalnie lekkomyślne. Nie dlatego, że zatańczyła z innym mężczyzną. Dlatego, że nawet przez chwilę nie przyszło jej do głowy, iż mogłoby go to zaboleć.

Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#4
12.07.2026, 17:38  ✶  
Im dłużej przyglądała się Louvainowi, tym bardziej zastanawiała się nad tym, jak bardzo się zmieniał i co właściwie sobą reprezentował. Bo to, że się zmienił i proces ten postępował już od dłuższego czasu, wiedziała doskonale. Jednak w którym  momencie stał się tak… trudny? A może nawet nieznośny. Każda ich rozmowa kończyła się teraz urazą i pretensjami, jakby była to dla niego jedyna forma dialogu, którą jeszcze pamiętał. Nie wątpiła, że tego typu słowne potyczki, nieustanne wyrzuty i bolesne wbijanie szpilek przynosiły mu jakąś dziwną satysfakcję, ale jaki był w tym wszystkim sens, gdy w ich relacji nie pozostało już nic poza tym?  Oczywiście nie wątpiła, że istniały w gronie jego najbliższych osoby, którym taki toksyczny układ w pełni odpowiadał i być może nawet potęgował ich pociąg w jego kierunku, ale jej zaczynało to już poważnie doskwierać.
Spojrzenie Cynthii przesunęło się po jego pogrążonej w półmroku twarzy, bladej i choć pozornie pozbawionej emocji, to jednak wyjątkowo zirytowanej, wręcz urażonej. Jego usta były mocno ściśnięte, a ciemne oczy o tęczówkach w kolorze onyksów, gdyby tylko mogły, wywołałyby we wnętrzu karety burzę. We wszystkim potrafił dostrzec problem. Westchnęła cicho, wiedząc, że i tym razem ta wątpliwie przyjemna rozmowa jej nie ominie. Czegokolwiek by bowiem nie powiedziała, nigdy nie będzie to dokładnie takie, jakby sobie tego życzył. Przejmowała się tym jednak z każdym dniem coraz mniej, powoli ogarniało ją obojętne przyzwyczajenie. Bo przecież tylko to zdawali się już mieć. Wybuchnie, obrazi się, będzie rozpieszczony i złośliwy, jak zwykle to miało miejsce od kilku miesięcy, a potem każde z nich pójdzie w swoją stronę w głębokiej ciszy, pogrążone we własnych myślach. Wyprostowała się, usiadła wygodniej na skórzanej kanapie i przekręciła lekko głowę, gdy wypowiedział nazwisko jej przyjaciółki w sposób jawnie sugerujący, że to wcale nie o nią chodziło. Z czym tym razem Lestrange miał aż taki problem?
Patrzyła na niego z niedowierzaniem i gdyby to nie był Louvain, uznałaby całą tę sytuację za kiepski żart. Czy naprawdę cała ta nagła złość i oburzenie dotyczyły jednego, krótkiego tańca, którego zwyczajnie nie mogła odmówić, aby nie wzbudzić na salonach głupich plotek i komentarzy? Roześmiała się krótko, unosząc dłoń i przykładając ją delikatnie do ust, by stłumić  rozbawienie.
– I to jest jedyny powód tego, jak się teraz zachowujesz? Doprawdy, Louvain, kiedy myślę, że nie możesz mnie już bardziej zaskoczyć, ty zawsze jakoś to osiągasz. Skąd w ogóle pomysł, że tą sytuacją chciałam desperacko zwrócić na siebie twoją uwagę? – zapytała go zaczepnie. Wiedziała doskonale, że zirytuje go to jeszcze bardziej, ale zwyczajnie mu się to należało, skoro znów wywoływał wielki dramat z niewiele znaczącego drobiazgu. – Sam nie miałeś najmniejszej ochoty tańczyć, a ja to całkiem lubię. Zresztą nie wybrałam partnera na parkiet sama, jak dobrze wiesz, to był odgórny pomysł samej ministry. Skąd więc ta nagła zazdrość, jak gdybym zrobiła to celowo i złośliwie z myślą o tobie?
Był w swojej typowej formie. Znała go na tyle dobrze, aby po małych gestach, sposobie wypowiedzi czy nawet samym błysku w spojrzeniu wiedzieć, że kolejne ostrze skierowane w jej stronę pojawi się lada moment. Ile już takich piętrzyło się wokół niej, każde rzucone jego własnymi rękami tylko po to, żeby zrobić jej przykrość? Zadać ból? A ile jeszcze takich ciosów będzie w stanie bezsłownie wytrzymać? Nie wiedziała, czy chodziło mu o samego Anthony'ego, którego po prostu chorobliwie nie lubił, czy po prostu o fakt, że na parkiecie dotykał jej inny mężczyzna.
– Owszem, nie ty o tym decydujesz. Gdyby jednak skrupulatnie zliczyć każdego lub każdą, która na co dzień dotyka ciebie, przegrałbyś w tym zestawieniu z kretesem. Oboje doskonale o tym wiemy. A jednak, ja Ci nie robię o to awantury.– odpowiedziała mu z lekkim uśmiechem, znacznie mniej złośliwym niż jego, ale wciąż jednoznacznie sugerującym, że wiedziała i słyszała o jego ekscesach być może znacznie więcej, niż by sobie tego życzył. – To był tylko niezobowiązujący taniec, nie miał najmniejszego znaczenia. Mierny substytut walca z Tobą.
Formalny, publiczny, całkowicie pozbawiony czegokolwiek głębszego, dokraszony jedynie krótką, zdawkową wymianą zdań pomiędzy dwojgiem kulturalnych ludzi. Nie widziała w tym niczego złego ani niestosownego, bo gdyby on zdecydował się zatańczyć z jakąkolwiek inną kobietą, ona nie miałaby z tym najmniejszego problemu.
Chciał ją za wszelką cenę sprowokować i oczekiwał gwałtownego wybuchu. Choć celował celnie i dobrze, nie zamierzała dać mu tej satysfakcji. Jej dłonie zacisnęły się mocniej na materiale eleganckiej torebki, jednak spomiędzy warg uciekło jej tylko ciche mruknięcie zamyślenia. Chwilę później wyjęła niewielką fiolkę, o której podczas balu najwidoczniej zapomniała. Uniosła ją do ust, wypiła całą zawartość i delikatnie zwilżyła wargi. Doskonale przecież wiedział, że gdyby tylko miała wcześniej świadomość, że mężczyzna ma oficjalną narzeczoną i nie zerwał tych zaręczyn, by mu odmówiła. Cynthia nie była tego typu kobietą,nigdy nie pochwalała kłamstw, zdrad i utrzymywania relacji z kilkoma partnerami jednocześnie.
– Zastanawiałam się długo nad naszą ostatnią rozmową w ogrodach. Oczekujesz ode mnie absolutnie wszystkiego, a nawet więcej – chcesz, żebym stała się dokładnie taka jak ty. A co ty tak naprawdę możesz mi zaoferować w tej relacji? – podniosła na niego zmęczone spojrzenie, odwzajemniając jego wzrok bez strachu. Torebkę wciąż trzymała kurczowo na kolanach. Jasne pasma włosów spłynęły swobodnie po odkrytych fragmentach skóry w stronę dekoltu, kołysząc się delikatnie pod wpływem miarowego ruchu karety. Cały świat na zewnątrz w tym momencie zupełnie umilkł, jedyne, co docierało do jej uszu, to ich własne, ostre słowa i przyspieszone oddechy.
– Swoją lojalność i serce już dawno komuś oddałeś i to on zawsze będzie twoim pierwszym wyborem. Twoje ciało, nie oszukujmy się, jest obecnie zabawką wielu. Oddanie? Nie sądzę. Sam powiedziałeś, że nie chcesz zostać na samym końcu zupełnie sam, a jednocześnie robisz absolutnie wszystko, żeby tak się właśnie stało. To, co mi dajesz każdego dnia, to wyłącznie złość, wieczne pretensje i szyderstwo. Skoro nawet nie potrafimy już ze sobą normalnie rozmawiać, a każde nasze spotkanie zamienia się w krzyk, to czemu wciąż w tym tkwimy? Czemu po prostu nie pójdziesz do kogoś, kto będzie dokładnie taki, jak sobie tego życzysz? Jestem pewna, że będziesz wtedy szczęśliwszy.
Patrzyła na niego jeszcze przez krótką chwilę, a potem odwróciła głowę i spojrzała przez ciemną szybę karety, łapiąc wzrokiem mijane leniwie latarnie i ich pojedyncze, żółte światełka. Wiedziała doskonale, że zaraz nastąpi kolejny wściekły atak i Louvain obróci całą tę rozmowę tak, aby wyszło, że to wyłącznie jej wina. Bo on ponad wszystko uwielbiał karać innych, nawet jeśli rzekomo pewne bolesne sprawy zostały już dawno zostawione za plecami. Zgorzkniał tak potwornie przez destrukcyjny wpływ czarnej magii, czy może było to po prostu spowodowane zwykłym, ludzkim strachem przed tym, że kogoś można było naprawdę pokochać? Nie była kobietą idealną, ale zawsze ze wszystkich sil starała się o niego dbać i była przy nim za każdym razem, kiedy jej potrzebował. Pomagała mu bezinteresownie, była lojalna i nie pisnęła nikomu ani słowa o jego tajemnicach. A jednak on wciąż był wiecznie niezadowolony. Zawsze znajdował jakiś mało istotny drobiazg, który powodował kolejny wybuch, a Cynthia nie miała już ani siły, ani ochoty obrywać kolejnym rzuconym ukradkiem sztyletem. Była na niego potwornie zła, zarówno za tę awanturę, jak i za ukrywaną sprawę z narzeczoną. Jednak teraz, znacznie częściej niż gniew, ogarniała ją po prostu bezsilność. Każde z nich popełniało w życiu błędy, ale on za każdym razem, z uporem maniaka, odtrącał dłoń, którą mu tak wytrwale podawała. A ona chciała od relacji więcej, ba, zasługiwała na więcej. - Zawsze brzmisz tak, jakbyś mi nie ufał. I już naprawdę nie wiem, co z tym więcej mogę zrobić.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#5
12.07.2026, 22:02  ✶  

Może zbyt łatwo było zrzucić winę na mrok? Na Czarny Znak wypalony pod materiałem rękawa. Wygodnie byłoby uwierzyć, że to te rzeczy dzień po dniu odbierały mu resztki przyzwoitości. Tylko że wtedy musiałby okłamać samego siebie. Coś podobnego nosił w sobie znacznie wcześniej. Jeszcze zanim nauczył się rzucać zaklęcia, których zwykły czarodziej nie odważyłby się nawet wypowiedzieć w myślach. Jeszcze zanim po raz pierwszy zobaczył człowieka umierającego z jego winy. To nie pojawiło się nagle. Raczej sączyło się spod skóry przez całe życie, cierpliwie, na widoku, jak bluszcz rozchodząca się po murach starego dworu. Rok po roku wypaczało kolejne fragmenty jego wnętrza, aż w końcu trudno było odróżnić, co było jeszcze strukturą, a co już tylko pleśnią. Być może właśnie dlatego nigdy nie potrafił wskazać chwili, w której stał się złym człowiekiem. Nie było jednego dnia. Był za to długi pochód drobnych ustępstw wobec samego siebie. Jedno okrucieństwo, które przestało robić wrażenie. Jedna pogarda więcej. Jeszcze jedna granica, którą przekraczał bez większego namysłu. Wszystko odbywało się tak powoli, że niemal elegancko. Dopiero gdy odwrócił się za siebie, zobaczył, jak długą drogę przeszedł. Coraz mocniej pobrzmiewało w nim zniecierpliwienie wywołane jakby tym, że tłumaczy rzecz tak oczywistą, iż samo jej niezrozumienie zakrawa na obrazę inteligencji. Patrzył na Cynthię długo, z niedowierzaniem, jakby usiłował dostrzec w jej twarzy choćby ślad zrozumienia. - Jeśli przychodzisz ze mną, to stoisz przy moim boku do końca. Jeśli nie biorę udziału w tej żenującej zbiórce, ty również. Ja nie tańczę, ty nie tańczysz. Przerwał na moment, zaciskając szczękę tak mocno, że na policzku drgnął mięsień. - Naprawdę aż tak trudno zrozumieć, gdzie jest twoje miejsce? Nie podniósł głosu. Może  to było w nim najbardziej niepokojące. Mówił powoli, z chłodną, niemal mentorsko, jakby wyjaśniał dziecku elementarną zasadę, której nie powinno trzeba było powtarzać drugi raz.

Dopiero kiedy z jej ust padło słowo zazdrość, coś w nim drgnęło. Nie zaprzeczył. Nie próbował nawet odmieniać temu znaczenia. Przez ułamek sekundy siedział nieruchomo, po czym po jego ustach przemknął ledwie dostrzegalny uśmiech. Był dziwnie nieobecny, jakby myślami znajdował się już gdzie indziej. Z jednej strony odczuł niemal przewrotną satysfakcję. Wreszcie przestała udawać, że nie dostrzega tego, co od początku wisiało między nimi niczym ciężka zasłona dymu. Nazwała to. Zobaczyła ukrytą pod wszystkimi jego złośliwościami intencję. Z drugiej jednak strony samo wypowiedzenie tego słowa nie przyniosło żadnej ulgi. Zazdrość okazywała się uczuciem znacznie bardziej podłym, niż chciałby przed sobą przyznać. Paliła od środka powolnym żarem, wyżerając kolejne fragmenty rozsądku i zostawiając po sobie wyłącznie gryzącą gorycz. Coraz trudniej było mu nad nią panować. Miał wrażenie, że wnętrze karocy stało się nagle absurdalnie ciasne, jakby ściany z każdym kolejnym oddechem przysuwały się coraz bliżej, próbując zamknąć razem z nimi całą jego wściekłość. Patrzył na nią długo, niemal nieruchomo. W jego spojrzeniu nie było już wyłącznie gniewu, ale również urażona duma egoisty, który właśnie usłyszał na głos nazwę własnej słabości. I chyba właśnie dlatego uśmiechnął się raz jeszcze. Krótko. Gorzko. Tak, jak uśmiecha się ktoś, kto doskonale wie, że został przejrzany, ale nie zamierza zrobić nic, by się przed tym bronić.

-Mylisz się. Odezwał się natychmiast, poirytowany słysząc karykaturę na swój temat. - Nikt mnie nie dotyka. Słowa padły twardo, bez zawahania. - Nie odkąd… to mnie dopadło po Beltane. Jak w takich sytuacjacj, nie nazwał tego wprost. Nie wypowiadał tej nazwy wtedy, jeśli nie miał pewności że nikt nie słyszy. Nieufność tak głęboko wrośnięta w jego sposób myślenia, że nawet ściany pustej karocy wydawały mu się zbyt ciekawskie. Nie miał najmniejszej ochoty zasłaniać się oświadczeniami ani pustymi deklaracjami. W tej chwili gardził słowami bardziej niż zwykle. Słowa można było odwołać, zmienić, albo wypaczyć. Fakty pozostawały faktami. A fakty były wyjątkowo ironiczne. Zimno odebrało mu nawet możliwość wyboru. Niezależnie od tego, jakie miał zamiary. Niezależnie od tego, czy chciał kogokolwiek przy sobie zatrzymać. Od tamtej nocy żył w czymś, co z ponurym rozbawieniem nazywał własnym celibatem. Z przymusu.

Jej wywód wywołał w nim jedynie cichy, głuchy śmiech, pozbawiony choćby cienia rozbawienia. Był to odruch czystego cynizmu. Powoli przewrócił oczami i odwrócił wzrok ku ciemnej szybie karocy, jakby dalsze patrzenie na Cynthię stało się wysiłkiem, którego nie zamierzał już podejmować. Przez kilka chwil milczał, pozwalając, by stukot kół zagłuszył wszystko to, co zbyt chętnie cisnęło mu się na język. Skoro już i tak przypisywano mu rolę człowieka podłego, zgorzkniałego i niezdolnego do niczego poza zadawaniem ran, z niemal ponurą satysfakcją pozwalał tej karykaturze rosnąć. W jego myślach coraz szybciej kiełkowała dobrze znana pogarda. Czy naprawdę w całym tym kraju nie było ani jednej kobiety, która potrafiłaby z pokorą spojrzeć na własne błędy, zamiast rozliczać cudze? Każda wydawała się niezrównaną specjalistką od wytykania obcych win, lecz kiedy przychodziła pora na rachunek własnego sumienia, nagle odnajdywała dziesiątki usprawiedliwień i okoliczności. Koła karocy zwolniły, aż w końcu zatrzymały się z cichym zgrzytem na mokrym bruku. Dopiero gdy dorożkarz otworzył drzwiczki, Louvain wysiadł pierwszy. Chłodne, nocne powietrze uderzyło go w twarz, skutecznie studząc jedynie policzki, nie myśli. Ku własnemu zaskoczeniu zaczekał. Odwrócił się i wyciągnął dłoń ku Cynthii, pomagając jej zejść na ulicę z uprzejmością, której jeszcze kilka minut wcześniej próżno byłoby się po nim spodziewać. Zaraz potem sięgnął do kieszeni płaszcza, posłał dorożkarzowi galeona i niedbałym ruchem dłoni dał mu jednoznaczny sygnał, by odjechał. Woźnica nie potrzebował więcej zachęty. Louvain odprowadził karocę wzrokiem, dopóki nie zniknęła za najbliższym zakrętem. Dopiero wtedy zwrócił się ku niej. - Przejdźmy się jeszcze, proszę. Wyciągnął w jej stronę ramię, odsłaniając łokieć w geście, który równie dobrze mógł uchodzić za przejaw dawnej elegancji, jak i kolejną próbę przejęcia kontroli nad sytuacją. Gdy Cynthia wsunęła dłoń pod jego ramię, jego palce niemal natychmiast zacisnęły się na niej mocniej, niż wymagałaby tego zwykła uprzejmość. Zdecydowanie za mocno. Nie zrobił jednak ani jednego kroku. Świat urwał się bez najmniejszego ostrzeżenia. Charakterystyczne szarpnięcie deportacji ścisnęło ich z brutalną siłą, rozrywając przestrzeń wokół nich. Dopiero teraz stawało się jasne, że nie był odruchem czułości ani nawet złości. Chwycił ją tak mocno wyłącznie po to, by nie wyślizgnęła mu się z ramion w chwili, gdy rzeczywistość zapadła się pod ich stopami.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cynthia Flint (2207), Louvain Lestrange (2220)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa