• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny v
1 2 Dalej »
[14.09.72] O czym szepcze nasze Limbo?

[14.09.72] O czym szepcze nasze Limbo?
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#1
13.01.2026, 00:20  ✶  

Sen


Szlak, którym szedł, był piaszczysty i nierówny, jakby uformowany przez wodę, która dawno temu zmieniła zdanie co do swojego biegu. Po jednej stronie ciągnęła się rzeka. Szeroka, spokojna, o powierzchni matowej jak szkło; po drugiej dzika roślinność, zbyt gęsta jak na brzeg, zbyt surowa jak na ogród. Powietrze było wilgotne i nieprzyjemnie chłodne. Chłód ten nie szczypał, lecz przenikał, osiadając na skórze jak mgła, której nie da się strząsnąć. Louvain szedł wolno, czując pod stopami ziarnisty piasek, i od pierwszego kroku wiedział, że to miejsce jest mu dziwnie znajome, choć nie potrafił przywołać jego nazwy. Im dłużej patrzył na linię horyzontu, tym wyraźniejsze stawało się wrażenie, że już kiedyś tędy przechodził. Może w innym czasie, może w innym stanie istnienia. Krajobraz nie domagał się uwagi, raczej przyjmował ją obojętnie, jakby Louvain był tu czymś spodziewanym, lecz niekoniecznym. W tej obojętności było coś wyciszającego.

Zatrzymał się i spróbował przypomnieć sobie, skąd przyszedł. Myśl cofała się niechętnie, jakby musiała przebić się przez gęsty osad. Najpierw była pustka, potem obrazy nieostre, poszarpane: napięcie, ciężar ciała domagającego się odpoczynku, świadomość granicy. A pod tym wszystkim - strach. Ogromny, przeszywający, nagi w swojej pierwotności. Strach, który rodził się z zagrożenia zewnętrznego, z chwili, w której coś zajrzało w niego samego i on nie mógł już odwrócić wzroku. Pamiętał ten moment. Pamiętał, jak pierwotne zło wychyliło się w jego wnętrza. Jakby coś, co od dawna czekało, wreszcie zostało wywołane po imieniu. Pamiętał absolutność tej chwili, przekonanie, że nie ma już drogi wstecz. I wtedy zrozumiał: skoro tamten moment był ostatni, skoro strach był tak doskonały, tak ostateczny - musiał wtedy zginąć. Myśl ta nie przyniosła rozpaczy. Przyszła spokojnie, jak fakt, który od dawna domagał się uznania. Louvain rozejrzał się jeszcze raz po krajobrazie: po piaszczystym brzegu, po wilgotnym chłodzie unoszącym się nisko nad ziemią, po rzece płynącej bez pośpiechu. Nazwa sama się narzuciła, ciężka i oczywista. Limbo. To samo, które przyszło mu zwiedzić tamtego dnia, w podróży odbytej u boku Lorda Voldemorta. Miejsce zawieszenia, gdzie nic się nie zaczyna i nic się nie kończy, a jednak wszystko zostaje obnażone. I wraz z tym rozpoznaniem przyszła ulga. Nie gwałtowna ani olśniewająca, raczej powolna, osiadająca w nim jak mokry śnieg, który wreszcie można zdjąć z ramion. Jakby w jednej chwili opadło wszystko: napięcie mięśni, czujność, konieczność nieustannego kontrolowania siebie i świata. Zimno, które przez całe czas czaiło się w nim jak skaza, zaczęło tracić sens.

Uklęknął nad brzegiem i dotknął piasku ostrożnie, niemal z niedowierzaniem, pozwalając, by sucha ziemia przesypała się między palcami. Drobne ziarna uciekały, spadały, układały się na nowo bez potrzeby ingerencji. Gest był prosty, niemal dziecinny, a jednak niósł w sobie głęboką ulgę. Nic nie wymagało kontroli, nic nie domagało się panowania. Zagarnął więcej, zanurzył dłonie głębiej i zacisnął palce na mokrym piasku, ciężkim i zbitym. Wilgoć natychmiast przeniknęła skórę; chłód był czysty, zewnętrzny, przyjemny. Zamknął dłonie, pozwalając, by mokra masa przeciskała się między palcami i zostawiała ślady, które nie piekły i nie ciążyły. To było nowe. Teraz mógł je odczuwać. Podniósł się i podszedł bliżej rzeki. Z każdym krokiem powietrze stawało się bardziej wilgotne, chłód wyraźniejszy. Najpierw zanurzył dłonie, potem stopy; nurt delikatnie poruszył piasek pod nimi, jakby sprawdzał jego obecność. Woda była chłodniejsza od niego. Świadomość ta była niemal objawieniem. Zimno, które dręczyło go za życia, odeszło tak całkowicie, że teraz świat mógł być chłodniejszy, a on pozostawał ciepły. Nie wahał się. Wszedł głębiej, aż woda sięgnęła bioder, potem torsu, a gdy w końcu zanurzył się cały, napięcie opuściło go zupełnie. Ciało uniosło się na tafli, lekkie i posłuszne, a Louvain rozłożył ramiona, pozwalając, by nurt niósł go bez wysiłku i bez celu.

Patrzył w nieruchome niebo Limbo, a na jego ustach pojawił się uśmiech, cichy, prawdziwy, pozbawiony ironii. Uśmiech kogoś, kto nie musi już walczyć ani tłumaczyć się ze swojego istnienia. Unosił się bezwładnie, chłodzony wodą, wolny od ciężaru ciała i ciężaru znaczeń, i po raz pierwszy miał pewność, że nic go nie ściga, że nic w nim nie czeka, by znów zapuścić korzenie. Był tylko on, rzeka i cisza. I to wystarczało.

szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#2
27.01.2026, 22:52  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.05.2026, 18:35 przez Helloise Rowle.)  
Gdy była młodsza, tęsknie śniła za miejscem jak to. Za zmętniałą ciszą zebraną pod zasłoną, przez którą nie mogła przedostać się gwałtowniejsza emocja. Za końcem, ucieczką, bezbarwnym niczym pożerającym całą jej gwałtowność, gniew i strach. Przez wiele lat Helloise wierzyła, że obudzenie się w Limbo byłoby rozwiązaniem wszystkich jej problemów.
Tego wieczora, nim umarła, na nieskończenie krótki i gęsty moment była lasem. Chrząszczem wspinającym się w górę chropowatego pnia, sokiem szumiącym w żyłkach liści, splątanym korzeniem smakującym ziemię, promieniem słońca zaglądającym w serce kwiatu, zimną kroplą rosy toczącą się po źdźble, bystrooką łanią mknącą przez gęstwinę. A potem skoncentrowany moment zniknął, pozostawiając znajome uczucie wyzwalającego rozproszenia. Duch Helloise często opuszczał ciało, aby wędrować przez Knieję i przez Dolinę. Przez eksterioryzację czarownica wiedziała, jak to jest pozbyć się cielesnych ograniczeń, jak lekki i swobodny może być człowiek.
Po tym ostatnim rozproszeniu czekało już tylko to nic, o którym dawniej marzyła. Obudziła się po zielonej stronie Limbo, wśród dzikiej i gęstej roślinności niedopasowanej do krajobrazu rzecznego nadbrzeża.
Helloise od razu odczuła, że coś jej zabrano. Nic dawno temu przestało wpisywać się w jej smaki.
Pojaśniało jej w głowie, myśli były oczyszczone, przejrzyste, niemal ostre na oszlifowanych krawędziach. Nie pamiętała takiej jasności, a może nigdy jej nie poznała. Podniosła się do siadu, pociągnęła palcami po białych nogach. Skóra była gładka, aksamitna, bez blizn i bez tekstury, ręka sunęła po niej jak po szkliwionej porcelanie. Jasne włosy skręcały się w jedwabiste pukle loków, miękkie i zdefiniowane, nieprzypominające zwyczajowej spuszonej, skołtunionej plątaniny.
Kobieta rozejrzała się po tym, co najbliżej niej. Chcąc poznać lepiej to nowe, wysupłała spomiędzy gęstych krzewów idealnie okrągłą jagódkę. Przyjrzała się jej, obróciła owoc w palcach. Nie miał skazy. Włożyła go między zęby, rozgryzła — zimny sok był bezbarwny, nie poczuła smaku, a jedynie rozlewający się w ustach chłód. Nie sprawiło jej przyjemności muskanie placami kształtnych, zielonych listeczków porastających ziemię Limbo. Wszystko dookoła było zgaszone, wygładzone, stonowane. Pustka wewnątrz i na zewnątrz uwierała dyskomfortem. Czarownica nie potrafiła odeprzeć poczucia, że coś straciła.
Wstała i ruszyła ku rzece. Pozwoliła, aby ją wiodła wstęga matowej wody przez tę wyblakłą, przepastną krainę niczego, gdzie nawet woda wydawała się bez życia. Baczyła, aby ani kropla nie sięgnęła jej stóp. Rzeka budziła w niej niepokój. Szła z jej prądem, szła, a kraina nie kończyła się, nie zmieniał się układ krajobrazu. Nie czuła się tu zagubiona, nie czuła potrzeby uciekać (gdzie miałaby uciekać?), a jednak spacer napełniał ją smutkiem.
Z nurtem rzeki płynęło blade ciało mężczyzny, wzdłuż tego nurtu snuła się za nim brzegiem i ona, i długo obserwowała w ciszy uśmiechniętego Louvaina. Nie rozumiała, dlaczego wydaje się tak zadowolony.
— Tutaj jesteś szczęśliwy? — zapytała w końcu, niepewna, czy zostanie usłyszana. Limbo kradło jej głos. Pozwalało powiedzieć słowo raz tylko, po czym wchłaniało łapczywie dźwięk, nie pozwalając mu wrócić żadnym echem.
Oczekiwanie na odpowiedź Lestrange'a było puste i bezczynne. Nie było w nim oddechu ani zniecierpliwionego bicia serca. W Limbo nie było nic.
Patrząc na Louvaina, pamiętała niewyjaśniony gniew i strach, choć nie czuła już nic z tych emocji. Nie przypomniała sobie od razu, skąd się tu wzięli. Gdy próbowała cofnąć się poza moment przebudzenia, natrafiała na cienką mleczną zasłonę, za którą rozwijał się teatr cieni. Po drugiej stronie końca widziała wśród czarnych aktorów sylwetkę tego człowieka, i widziała potwory. Obchodziła zasłonę jak znudzony, rozespany kot i wracała nad rzekę. W Limbo nie czuła już ciekawości, która kazałaby ją zerwać.


dotknij trawy
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#3
01.03.2026, 22:45  ✶  

Unosił się bez wysiłku, pozwalając, by nurt obracał go powoli, jakby woda znała jego ciężar lepiej niż on sam. Kiedy usłyszał jej pytanie, ciche, pojedyncze, wchłonięte niemal natychmiast przez bezbarwną przestrzeń, nie otworzył oczu od razu. Limbo kradło echo, ale nie kradło świadomości. Tutaj jesteś szczęśliwy?

Słowo “szczęście” było za małe na to, co odczuwał. Nie było w nim euforii ani triumfu. Była cisza, która nie była pustką. Było rozluźnienie czegoś, co przez całe życie pozostawało zaciśnięte jak pięść, która nie pamięta już, dlaczego się zamknęła. Woda niosła go dalej, a on po raz pierwszy nie próbował nadać kierunku. Nie kalkulował, nie oceniał, nie szukał zagrożeń. W poprzednim życiu nie wszedłby do takiej rzeki. Dzika, chłodna, nieprzewidywalna, wymagałaby czujności, strategii, kontroli. Teraz była korytarzem. Przejściem. Tym samym, czym były dla niego kiedyś podniebne przestworza, bezkresnym ruchem, w którym ciało przestaje być ciężarem, a staje się tylko linią w przestrzeni. Czuł wodę przy skroniach, przy szyi, pod łopatkami. Czuł, jak jej chłód styka się z jego ciepłem i nie próbuje go pochłonąć ani zmienić. Nie walczyła z nim. Nie karała. Nie wymagała. Po prostu była. A on, po raz pierwszy od wielu lat, nie musiał być kimś więcej niż obecnością w tej samej chwili. W tamtym życiu każde istnienie było zadaniem. Każdy oddech - zobowiązaniem. Obietnice składane sobie, przysięgi wypowiadane w imię bogów i idei, ciężar wybranej drogi, którą należało uzasadniać nawet wtedy, gdy już dawno przestała być oczywista. Wszystko to zniknęło nie jak roztrzaskany gmach, lecz jak mgła, która nagle przestaje mieć powód, by się utrzymywać. Nie było tu nic do naprawienia. Nic do udowodnienia. Nic do spalania.

Rzeka przesuwała go łagodnie, a Louvain pozwalał, by jego ciało poddawało się temu ruchowi całkowicie. Ramiona rozluźniły się, dłonie przestały być gotowe do zacisku. Nawet myśli nie układały się w argumenty. Były jak spokojne, pojedyncze fale, pojawiały się i znikały, nie domagając się rozstrzygnięcia. Jedność przyszła bez wysiłku. Nie była wizją ani objawieniem. Była prostą świadomością, że nie istnieje już granica między nim a tym miejscem. Nie był tu gościem ani więźniem. Był częścią krajobrazu tak samo jak woda i piasek. I to wystarczało. Jeśli to było szczęście, było ono czyste z obowiązku. - Tak - odpowiedział w końcu cicho, nie wiedząc, czy jego głos przetrwa choć sekundę. Tutaj nie muszę być niczym więcej niż sobą. A może nawet mniej.

Słowo, które wypowiedział, rozpłynęło się bez echa. A jednak coś w nim drgnęło. Nie dlatego, że odpowiedział lecz dlatego, że pytanie nie zniknęło wraz z ciszą. Nie było jego. Zrozumienie przyszło powoli, jak chłód przesuwający się wzdłuż kręgosłupa. To nie była myśl. Nie był to odruch sumienia, które przez lata przybierało w jego głowie obcy, kobiecy ton. Znał ten mechanizm aż za dobrze. Wewnętrzny głos, który potrafił brzmieć jak kpina, jak ostrzeżenie, jak pokusa. Ale to nie było to. To pytanie miało źródło. Usłyszał je tak wyraźnie, jakby ktoś stał tuż nad nim, mimo że nurt rzeki powinien był połknąć każdy dźwięk, rozciągnąć go, zdeformować, rozproszyć w bezbarwnym szumie. A jednak słowo przebiło się czyste. Nienaruszone. Tutaj jesteś szczęśliwy? Otworzył oczy. Ulga, która jeszcze przed chwilą była jak miękki baldachim rozpostarty nad świadomością, pękła w jednym miejscu. Przez szczeliny wsączyła się irytacja. Niewielka, lecz ostra jak igła. Nawet tutaj, pomyślał z niedowierzaniem, że nawet tutaj nie dano mu spokoju. Powoli uniósł głowę znad wody i spojrzał ku brzegowi. I zobaczył ją. Najpierw sylwetkę, zbyt wyraźną na tle wyblakłej zieleni. Potem jasność skóry, włosy, nieruchomość postawy. Stała tam, jakby była elementem krajobrazu, który nie chciał przyznać się do własnej obcości.

Przecież zwierzęta nie miały mieć duszy. Więc co, do diabła, robiła tutaj ona? Nagłe napięcie przeszyło jego ciało. Zerwał się z bezwładnego unoszenia, gwałtownie zanurzając nogi w wodzie, która przed chwilą była łagodnym łożem. Stopy zapadły się w grząski grunt, miękki i niestabilny. Chwilę szukał oparcia, palce wbiły się w osuwający się piasek, aż wreszcie wyprostował się, odrzucając z ramion ciężar nurtu. Wyszedł na brzeg szybkim, zdecydowanym krokiem. Woda spływała z niego strużkami, lecz nie było w tym już nic z błogosławieństwa. Każdy krok był odzyskiwaniem pionu, odzyskiwaniem granicy. Stanął przed nią, a jego spojrzenie było chłodne i nieprzyjemnie trzeźwe.

- O nie, nie, nie. Absolutnie. W żadnym cholernym wypadku. Omiótł ją wzrokiem, jakby sprawdzał, czy jest rzeczywista, czy tylko upartym cieniem, który nie rozumie, że nie został zaproszony. - To jest moja śmierć, nie twoja. - powiedział twardo. - Znajdź sobie własną, bigotko, i daj mi już święty spokój. W jego głosie zabrzmiała nuta gniewu, której nie próbował ukrywać. W Limbo słowa nie miały echa. Ale w jego spojrzeniu odbiło się coś ostrzejszego niż cisza, determinacja, by bronić tej krainy od wszystkiego, co przypominało życie. Nie potrzebował jej tutaj. Nie w tej przestrzeni, która wreszcie była wolna od zobowiązań, od sporów o sens, od konieczności przekonywania kogokolwiek do czegokolwiek. Limbo nie wymagało towarzystwa. Nie potrzebowało świadków. Było wystarczające samo w sobie, i on, przez tę krótką, doskonałą chwilę, również był wystarczający. A teraz stała przed nim ona. Zagubiona bigotka, która całe życie myliła głos własnej potrzeby z głosem bogów. Kobieta, która tak długo wsłuchiwała się w szelest liści i trzask gałęzi, aż zaczęła wierzyć, że każdy podmuch jest objawieniem. Samotność nie uczyniła jej mądrzejszą, uczyniła ją dzikszą. W jej spojrzeniu było już więcej instynktu niż rozumu, więcej reakcji niż refleksji. Louvain poczuł, jak powraca do niego ta sama irytacja, którą za życia odczuwał wobec wszystkiego, co nie potrafiło istnieć bez dramatycznego uzasadnienia. Nie chciał jej w swojej śmierci. Nie chciał jej w tej ciszy, którą dopiero co uznał za własną. Jeśli Limbo miało być uwolnieniem, to nie od ciała ani od bólu, lecz od ludzi, którzy wciąż potrzebowali, by świat reagował na ich obecność. A Helloise była właśnie taka: nawet w nicości domagała się odpowiedzi, sensu, odbicia. On nie potrzebował już ani jej gniewu, ani jej wiary, ani jej nieustannego tarcia o rzeczywistość. Chciał tylko być. A ona, nawet tutaj z pewnością będzie próbowała wciągnąć go z powrotem w grę, z której właśnie się wyzwolił.


szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#4
22.05.2026, 00:08  ✶  
Czym była dusza, która w śmierci znajdowała takie ukojenie? Widzieć, jak pełna była jego ulga… Ach, ileż błogości doświadczał w śmierci ten człowiek, którego takim innym Helloise pamiętała — to budziło w niej niemal pożałowanie. Serce żałowało go, lecz nie pochyliła się nad nim ani nie zaoferowała mu niczego; trwała wyprostowana i obojętna. On był winny i jego wina zamazywała wszelkie tkliwe współczucie, jakie mogła wobec niego czuć.
Louvain rozbudził się, jakby swoim pytaniem wiedźma poszarpała człowieka pogrążonego w głębokim śnie. Wyrwała go z tej rzeki szczęśliwości i to było rzeczą właściwą. Wiedziała, że poczyniła słusznie.
Dlaczego taką odrazę czuła do tej rzeki? Być może nazbyt błogość na twarzy Lestrange’a przypominała jej własne odstęczające opiumowe uniesienia. Smak, który przyciągał, przyciągał, otwierał przed nią na krótką chwilę niebiańskie raje, aby karać ją później depresjami i marazmem. Może dzięki temu doświadczeniu potrafiła dostrzec, że rzeka w Limbo to jedna z tych rzek, z których nie wychodzi się łatwo.
Choć mężczyzna podszedł do niej, ostrząc swój gniew, to Helloise ani się nie cofnęła, ani jeden mięsień na jej twarzy nie drgnął, gdy Louvain uderzył w nią swoją tyradą. Nikła była w tej krainie moc jego słów i choćby najtwardsze, nie niosły się echem. Tak jak on się stępił, tak dziwaczna stała się Helloise — emanowała biernym spokojem, w który wszyta była cicha dezaprobata dla Lestrange'a. Nie było w czarownicy zadziorności, wyzwania, tej maniery, którą nieustannie próbowała człowieka ściągać do siebie bliżej i usidlać, tłamsić swoją natrętną obecnością. Stała i pozwalała mu być.
— Nie ma twojej śmierci — powiedziała wreszcie powoli, nasłuchując uważnie ostatniego słowa, ciekawa tego, jak zabrzmi w jej ustach nazwanie rzeczy po imieniu, lecz również śmierć się rozpłynęła, jak każde inne słowo. Tak po prostu. — Śmierć nie należy do nikogo, a wydarzyła się nam obojgu.
Jej świadomość na moment powróciła pod tajemniczą kurtynę życia. Szukała znów tego, co się wydarzyło. Wydarzyło się im obojgu. Za kurtyną rozbłyskała raz za razem brutalność, czarne kształty wciąż krążyły za cienkim woalem na granicy Limbo. Czarownica zaczynała powoli coś w nich rozpoznawać.
— Nie powinieneś był nigdy do mnie przychodzić. To dopiero pierwsza ze śmierci, jakie dzielimy. — Nie wiedziała, gdzie znalazła te słowa. Same przyszły do niej i domagały się wypowiedzenia. Wiedziona tym samym impulsem dotknęła swojego czoła i odnalazła pod palcami czarne znamię tam, gdzie zostawił je Louvain. Opuściła rękę na wysokość oczu: jej dłonie pokryły się czarnym nalotem, jakby zanurzyła je w zwęglone pogorzelisko.
Wydawała się zaskoczona. Nie rozumiała, na co patrzy. Przez chwilę w ciszy badała czerń, po czym bez słowa minęła Lestrange’a, i poszła do rzeki. Uklękła przy brzegu, aby przejrzeć się we własnym odbiciu, gdzie czekało na nią w tafli łagodne, piękne stworzenie. Eteryczna nimfa odgarnęła włosy z ramion, wyciągnęła smukłą białą szyję. Twarz miała ładną i czystą, a lekka szata uwita z anielskiej jakiej materii otulała jej zgrabne ramiona. Z rzeki wpatrywały się w Helloise oczy rozmarzone i figlarne.
Płytkie. Płytkie i puste. Obce.
Wodniste odbicie było nią zachwycone. Patrzyło na swój pierwowzór z miłością i uwielbieniem, niemal żądzą. Bo pożądało — tego, co tę rzeczną grację czyniło tak różną od Helloise. Brakowało temu zjawisku głębi jej życia, było bowiem tylko jednowymiarowym widziadłem istniejącym na powierzchni tafli.
Płytki demon z Limbo chciał, żeby Helloise wsączyła swoją duszę w wody rzeki. Niech w zamian za złote jedwabiste pukle odda włosy, które znów potargały się przy przedzieraniu przez dzikie gęstwiny. Niech w zamian za delikatne dłonie odda blizny na swoich rękach świadczące jej miłość do rzemiosła, sztuki i dzieł, które powołała do istnienia. Niech w zamian za łagodne, pełne miłości spojrzenie odda senne zmęczone oczy, którymi oglądała ziemskie cierpienia i brzydoty.
Niech odda to życie, kusił piękny demon bez duszy obietnicą wiecznej szczęśliwości w nurtach Limbo.
Szarpnięta nagłym wzburzeniem Helloise wstała gwałtownie od wód rzeki, mimo że z trudem odrywała się od tych bajecznych pokus. Pękła woskowa maska spokoju, z jaką powitała Lestrange’a po śmierci; wreszcie wynurzył się charakterystyczny grymas spod ściągniętych brwi i zmarszczone w złości czoło.
— Pij! — rozkazała hardo, odwracając się do Louvaina. — Chcesz, to skosztuj wód tej rzeki, skoro znajdujesz w niej tyle szczęśliwości.


dotknij trawy
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#5
12.07.2026, 01:32  ✶  

Najprościej jest nazwać winą wszystko to, czego nie potrafi się objąć rozumem. Człowiek, który widzi jedynie płomień, będzie przeklinał ogień. Nigdy nie zapyta, po co rozpalono stos ani co miało z niego narodzić się pośród popiołu. Przecież to takie proste. Tylko umysły przywiązane do pojedynczych istnień będą sądzić historię przez pryzmat jednostkowych tragedii. Przecież należało patrzeć dalej. Dlatego myśl, że można byłoby przypisać mu winę, wydawała mu się nie tyle obraźliwa, ile żałośnie naiwna. Winą mógł obarczać go wyłącznie ktoś ślepy na wielkość dzieła Czarnego Pana, niezdolny dostrzec porządku wyłaniającego się spod pozornego chaosu. Dla niego śmierć nigdy nie była przeciwieństwem życia. Była jego zwieńczeniem. Ostatnim sakramentem wiernej służby. Przecież od chwili złożenia przysięgi wiedział, że droga, którą obrał, nie prowadzi ku spokojnej starości ani bezpiecznemu. Prowadziła wyłącznie do chwili, w której Pan Śmierci uzna, że jego zadanie dobiegło końca. Czarny Pan władał śmiercią i śmiercią rozdzielał. Dlaczego więc miałby lękać się czegoś, co pozostawało wyrazem woli istoty, której zawierzył całe swoje istnienie?

Nie odczuwał w Limbo rozpaczy. Czuł ulgę tak czystą, że aż niemal świętą. Jeżeli śmierć odnalazła go właśnie teraz, oznaczało to jedynie, iż jego warta dobiegła końca. Nie był już potrzebny na murach świata. Mógł odłożyć broń, rozluźnić dłoń zaciśniętą przez lata na rękojeści własnych obowiązków i po raz pierwszy od dawna pozwolić sobie na bezruch. - To tobie się wydarzyła. Ja swoją wypełniłem. W oczach błysnęła chłodna, niemal wzgardliwa duma, jakby sam fakt, że musiał tłumaczyć rzecz tak oczywistą, uwłaczał jego cierpliwości. Odpoczynek został mu przyznany. Zapracował na niego. Był spokojem wracającego z wojny żołnierza z pewnością, że nie opuścił żadnego posterunku. Nie zlekceważył żadnego rozkazu. Nie zachwiał się ani razu w złożonej przysiędze. Wszystko, czym dysponował; ambicje, życie, własną krew - oddał temu, by plan Czarnego Pana przesunąć choć o jeden krok bliżej spełnienia. Woda Limbo niosła go dalej, tak jak wola mrocznej sługi niosła go we właściwym życiu.  śmierć nie przyszła jak złodziej wyrywający życie z rąk. Przyszła jak dowódca zdejmujący wiernego żołnierza z ostatniej warty, pozwalając mu odejść z poczuciem, że niczego nie pozostawił niedokończonego.

Nie tylko uwaga Helloise była odciągana od sytuacji. Nieco dalej od brzegu jeziora mgła zaczęła gęstnieć, jakby sama kraina postanowiła przemówić obrazem. Mleczne smugi wirowały powoli, splatając się w coraz wyraźniejsze kształty, aż w końcu ułożyły się w znajome twarze. Rozpoznał je natychmiast. Sowia Poczta. Tamtej nocy nie mogli uciec. Ogień był szybszy od ich nóg, a on sam dopilnował, by budynek stał się dla nich piecem bez drzwi. Teraz jednak biegli. Rozmyte sylwetki przemykały pomiędzy pasmami mgły, oglądając się przez ramię z tym samym zwierzęcym przerażeniem, które zapamiętał z ich oczu. Nie podążył za nimi. Pozwolił im uciekać, choć pamiętał, jak dumnie i pięknie umierali. Miraż rozpłynął się równie nagle, jak powstał, lecz mgła nie uspokoiła się ani na chwilę. Z jej wnętrza wyłoniła się kolejna sylwetka. Florence. Jedno uderzenie serca wystarczyło, by rozpoznać sposób, w jaki stała, linię ramion i jasne włosy poruszane niewidzialnym wiatrem. Naprzeciw niej wyrósł cień. Czarna postać uniosła różdżkę, a zielony błysk rozdarł biel Limbo z brutalną wyrazistością. Zaklęcie ugodziło ją prosto w pierś. Ciało zachwiało się i osunęło ku ziemi. Po raz pierwszy od chwili, gdy przekroczył próg tej krainy, coś zakłuło go pod warstwami lodu. Ostre słowa oderwały go hipnotycznych wizji. Obraz rozpadł się natychmiast, a Louvain zamrugał powoli, jak człowiek wyrywany z głębokiego snu. Przetarł oczy. Nie pamiętał, kiedy ruszył. Dopiero teraz uświadomił sobie, że stoi zaledwie kilka kroków od miejsca, gdzie biała zasłona gęstniała najintensywniej. Nie wiedział, kiedy opuścił brzeg jeziora ani kiedy zaczął iść w jej stronę. - Daruj sobie. Nie zamierzam spędzić wieczności obok ciebie. Spojrzenie, którym odnalazł Helloise, nie miało już w sobie tamtego błogiego spokoju. Zniknęła ulga. W jego oczach powoli budził się gniew - zimny, ciężki i urażony, jakby wyrwała go z miejsca, do którego uważał, że miał pełne prawo należeć.

Z pogranicza mgły i splątanych zarośli dobiegł go znajomy dźwięk. Niski i gardłowy. Warkot, którego nie sposób było pomylić z żadnym żywym stworzeniem. Louvain zastygł. Pamiętał go. Tak samo brzmiało Limbo podczas jego pierwszej wędrówki. Wtedy również nie pozostawało na nich biernym. Broniło swoich granic. Przed tymi, którzy nie powinni byli przekroczyć ich z własnej woli. - Lepiej się przygotuj. Nie jesteśmy tu sami. Najpierw ukazały się cienie. Poszarpane. Nienaturalnie wydłużone. Potem zaczęły nabierać kształtu. Czworonożne sylwetki wyłaniały się jedna po drugiej spomiędzy krzewów, lecz żadna nie przypominała zwierzęcia stworzonego przez naturę. Ich kończyny wyginały się pod niemożliwymi kątami, grzbiety falowały jak połamane gałęzie, a tam, gdzie powinny znajdować się pyski, pozostawała jedynie gładka, martwa powierzchnia pozbawiona oczu, nozdrzy i szczęk. Mimo to warkot narastał, wydobywając się z miejsc, których nie powinny posiadać. Różdżka pojawiła się w jego dłoni, zanim zdążyłby pomyśleć o tym, by po nią sięgnąć. Jakby sama pamięć drewna wystarczyła, by odpowiedziało na jego wolę. Nie pozwoliłby cieniom przejąć inicjatywy. Jeszcze zanim pokraczne sylwetki zdążyłyby w pełni wyłonić się z mlecznej zasłony, różdżka przecięła powietrze krótkim, zdecydowanym ruchem z zaklęciem translokacji.


Rzut Z 1d100 - 46
Sukces!
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#6
Wczoraj, 11:27  ✶  
Nie winiła go za swoją śmierć, nie bezpośrednio. Winą, którą go piętnowała, były widma i zachwiana w przyrodzie równowaga. Winę tę rozkładała pomiędzy wszystkich Śmierciożerców i nie widziała dla żadnego z nich rozgrzeszenia, dopóki las pozostawał pod władzą przebudzonych przez nich demonów. Bogini jedna wiedziała, jakie zniszczenia siały te nieczyste stworzenia w Kniei. Bogini jedna znała skalę tej szkody.
Śmierć można było wybaczyć. Pogwałcenie spokoju i równowagi świętych miejsc kultu — nie. Louvain i Czarny Pan bluźnili przeciwko czemuś większemu niż marne życie Helloise. Występowali przeciwko łączącym wszystkich magów korzeniom wijącym się przez wieki magicznej tradycji. Dzieło Voldemorta stało w opozycji do spuścizny przodków i kultu bogów, których wiedźma czciła.

Mgła gęstniała przed Louvainem, lecz Helloise nie widziała w niej niczego poza mlecznobiałym obłokiem. Nie powrócili do niej we śnie jej zmarli, bo w tym przypominającym koszmar majaku nie było miejsca na tych, którzy odeszli dawno i w spokoju. Żadna ofiara nie zginęła zaś z ręki Helloise. Kobieta obserwowała więc gęstnienie mgły z cichym sumieniem. I uśmiech tylko rósł na jej twarzy, gdy patrzyła, jak opary zdają się pochłaniać umysł Śmierciożercy, jak ten na oślep rusza przed siebie.
— Sądzisz, że po śmierci można cokolwiek zamierzać? — zaśmiała się zza jego pleców, jakby powiedział coś niemądrego. — Że będziesz mógł o czymś zdecydować?
Tak jak nie czuła w krainie śmierci strachu przed tym człowiekiem, tak nie czuła strachu również przed czarnymi istotami, które z mrożącym krew w żyłach skowytem zaczęły wyłaniać się spomiędzy gęstej roślinności. Podchodziły bliżej, bliżej, bliżej, a w Helloise narastał tylko złośliwy chichot i podniecenie. Czerpała przyjemność z lęku Lestrange’a, karmiła się jego pełnymi napięcia bojowymi postawami.
— Nie przygotowuję się na nic. One są tu po ciebie, nie po mnie — syknęła ze złą satysfakcją.
Nie szukała własnej różdżki. Nie próbowała ani uciekać, ani mu pomagać. Położyła zimne ręce na ramionach Louvaina i popchnęła go w stronę hordy czworonożnych bestii, nie mogąc doczekać się ich ucztowania. Nie mogąc doczekać się, aż sama dołączy do tego kręgu padlinożerców i jak łasa hiena oderwie mięso od kości Lestrange’a.
Czerń, którą zaraził czarownicę Louvain, wspinała się po jej rękach wyżej i wyżej. Ramiona wydłużały się, palce urastały w krzywe szpony. Na twarz padały cienie, które stopniowo zacierały ludzkie rysy na obliczu Helloise.
Louvain Lestrange widział w niej potencjał do przepoczwarzenia w potwora, lecz czy potrafiłby się z tym potworem zmierzyć?


dotknij trawy
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Helloise Rowle (1629), Louvain Lestrange (2490)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa