Ciężka kotara ozdobiona haftami owoców głogu poruszyła się powoli, zdradzając przybycie nowego interesanta jeszcze zanim Louvain przekroczył próg sklepu Gregorovitchów. Materiał zazseleścił głucho a wraz z nim do środka wślizgnął się niemalże ostatni chłód październikowego popołudnia i coś jeszcze. Napięcie czarodzieja, który od pewnego czasu coraz częściej myślał o własnym bezpieczeństwie. Spalona noc pozostawiła po sobie więcej niż widok płonącego Londynu; pozostawiła świadomość, że nieoczekiwane może przyjść zawsze, w każdej chwili. A jednak nie sam ogień był tym, co najmocniej utkwiło mu pod powiekami. Myślami wciąż wracał do Kniei i do widma, które napotkał pośród zieleni drzew, do obecności nieludzkiej, która spojrzała w niego z niepokojącą łatwością, jakby jego wnętrze było jedynie uchylonymi drzwiami. Od tamtej chwili niepokoiło go coś znacznie bardziej wstydliwego niż lęk przed śmiercią: świadomość własnego Zimna. Tego pustego miejsca głęboko pod żebrami, które widmo się zdawało się dostrzec bez najmniejszego trudu. Po raz pierwszy od dawna Louvain poczuł, że istnieją siły zdolne nie tylko odebrać życie, ale również obnażyć to, czego sam wolał w sobie nie nazywać. Dlatego coraz wyraźniej odczuwał potrzebę “dozbrojenia się”. Otoczenia mocą i przedmiotami, które pozwoliłyby mu odzyskać poczucie kontroli nad sytuacją i nad samym sobą, zanim chaos ponownie zapłonie wokół niego. Ubrany był nienagannie; ciemny, doskonale skrojony płaszcz opinał szczupłą sylwetkę z surową elegancją, podkreślając każdą linię jego postawy. Materiał nie nosił ani jednej przypadkowej fałdy, srebrne spinki przy mankietach połyskiwały dyskretnie przy każdym ruchu dłoni, a wysokie skórzane rękawiczki sprawiały wrażenie równie kosztownych, co praktycznych.
Wnętrze sklepu przypominało bardziej sanktuarium niż zwykły punkt sprzedaży. Lampady podwieszone pod sufitem rzucały nikły, złotawy blask na drewno i złocone ramy portretów pzredstawiających, cholera właściwie wie kogo. Gdyby miał zgadywać były to wizerunki przodków kogoś z rodzinnych stron Mykewa. Twarze na obrazach spoglądały ostro, niemal oskarżycielsko, jak gwardia pilnująca dostępu do czegoś więcej niż tylko rzemiosła. Louvain znał plotki krążące wokół nazwiska Gregorovitch, dla których właśnie tutaj przyszedł. Jednocześnie nie należał do tych naiwnych, którzy wierzyli, że wszystko, co najcenniejsze, wystawia się otwarcie na ladzie. Zatrzymał ciekawe spojrzenie dopiero wtedy, gdy zorientował się, że za ladą nie zastał Mykewa, lecz najwyraźniej jego żonę. I choć w jego spojrzeniu zawsze czaiło się coś trudnego do uchwycenia, chłód albo przesadna uważność, tym razem nie pozwolił sobie na najmniejsze uchybienie etykiecie. Pochylił głowę z należytą godnością, wykonując ukłon płynny i wyćwiczony, należny zamężnej damie czystej krwi. - Madam Gregorovitch. - odezwał się niczym grzeczny chłopiec, terrorysta. Gest nie był przesadzony ani teatralny, przeciwnie, miał w sobie tę szczególną powściągliwość ludzi wychowanych w rodach, gdzie dobre maniery nie były uprzejmością, lecz obowiązkiem. Louvain nie należał do mężczyzn noszących kapelusze, nie potrzebował ich, by wyglądać na człowieka świadomego swojej pozycji. Nie miał więc czego zdjąć z głowy przed Gregorovitchową, ale żeby uniknąć przesadnego sans-gêne, ściągnął prawą rękawiczkę. Powoli, z elegancją wynikającą bardziej z przyzwyczajenia niż ostentacji. Gdyby Larisa zdecydowała się podać mu dłoń, ucałowałby ją zgodnie z wszelkimi zasadami starego wychowania: krótko, z odpowiednim dystansem i szacunkiem, bez poufałości, która mogłaby urągać pozycji zarówno jej, jak i jej męża. Louvain doskonale rozumiał wagę takich gestów. Zwłaszcza w domach, gdzie nazwisko i reputacja były równie istotne jak magia. Wyprostował się dopiero po chwili, utrzymując spojrzenie spokojne i opanowane. - Moja godność, Lestrange Louvain, syn Anthony’ego Lestrange’a. Nazwisko wypowiedział z naturalną pewnością człowieka przyzwyczajonego do istoty własnego rodu, ale bez tej przesadnej pychy, którą często nosili młodzi przedstawiciele starych rodzin. W jego tonie pobrzmiewał raczej zimny profesjonalizm i dobrze wyuczona etykieta. - Potrzebuję kunsztu kaletniczego - oznajmił spokojnie, pozwalając spojrzeniu raz jeszcze przesunąć się po półmroku sklepu. - I chciałbym zapytać, czy przyjmują państwo specjalne zamówienia… z nieco mniej typowych materiałów? W jego postawie nie było protekcjonalności, którą nierzadko nosili przedstawiciele starych rodów wobec rzemieślników, nawet tych wybitnych. Przeciwnie. Odnosił się do nazwiska Gregorovitch z ostrożnym szacunkiem i świadomością, że pewne formy sztuki magicznej stoją znacznie bliżej sacrum niż zwykłego fachu.