• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 10 Dalej »
[21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki

[21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#111
25.06.2026, 19:48  ✶  

Mało kto w sumie zdawał sobie sprawę z jej przypadłości. Nie lubiła o niej wspominać. Trudno było nie wyłapać tego, że coś z nią nie tak, jeśli pozwalała komuś znaleźć się dość blisko siebie, dopuścić bardziej niż całą resztę. Nie ukrywała tego jakoś specjalnie, jednak jako, że nie była szczególnie towarzyska to cóż - łatwo było jej udawać całkiem normalną. Benjy jednak od samego początku mógł wyłapać te drobne szczegóły, doskonałą pamięć, której wcale nie ukrywała, już na samym początku ich znajomości pokazywała na co ją stać, nie bez powodu nauka przychodziła jej z taką łatwością. Nie mówiła mu, co było tego powodem, uważała to raczej za mankament, bo niosło ze sobą przecież również te momenty, kiedy tak po prostu zawieszała się na jednym punkcie, myślała zbyt wiele i długo, gdy jej mózg nieco się zawieszał na wszystkich informacjach, które kiedyś do niego dopuściła. Wyjaśniła mu później na jakiej zasadzie to działało, wspomniała o swojej przypadłości, a on nie traktował jej jako dziwaka, co było ogromnym sukcesem, w sumie nic chyba nie było w stanie odstraszyć od niej Benjy'ego, zaakceptował ją z tym całym pakietem nie do końca normalnych zainteresowań i tą okropnie uroczą osobowością.

- Tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego pierwszego roku. - Uśmiechnęła się poprawiając go, był to idealny moment na to, by pokazać jaką miała doskonałą pamięć.

- Uczciwość to bardzo ważna cecha. - Skomentowała jeszcze. Na pewno zdarzy jej się skorzystać z tej drobnej przewagi, aby coś ugrać. W końcu nigdy nie mieli żadnego problemu z tym, aby pokazywać się sobie ze swojej najlepszej strony, zwłaszcza, że teraz było to bardziej rozrywką niż faktycznym udowadnianiem swojej dominacji.

- Być może masz rację, nie obserwowałam ich działań zbyt długo. - Dosyć szybko oddelegowała bowiem swojego męża do walki z pajęczakami, licząc na to, że będzie dla nich większym zagrożeniem. Zresztą okazało się to jak widać dobrym pomysłem, bo był to bardzo czasochłonny plan, który wymagał bardzo dokładnej obserwacji działań wroga. Nie sądziła, że okaże się, aż tak cierpliwy, jak widać nadal jednak umiał ją zaskoczyć. - Na pewno nie jest to dla Ciebie łatwe, o Twojej cierpliwości można by napisać całkiem grubą książkę. - Być może bardziej o jej braku i o tym, co to za sobą niosło, jednak tego już nie powiedziała. Najważniejsze jednak, że potraktował tę wojnę bardzo poważnie i miał przygotowany plan na długi czas. W końcu będzie musiał osiągnąć zwycięstwo - z jego determinacją nie było w ogóle innej możliwości.

- Wiesz jak to jest z tą szlachetnością, nie zawsze warto po nią sięgać. - Zupełnie nie warto było się nią kierować podczas starcia z pająkami, zdecydowanie dużo bardziej podobała jej się ta wersja, w której wszystkie ginęły bardzo szybko, a najlepiej jakby jeszcze nie pozostał żaden ślad po ich istnieniu. - Samodyscyplina to kolejna z moich wspaniałych zalet. - Okazywało się, że jednak miała ich sporo, po prostu wcześniej ignorowała ich istnienie. Benjy zawsze potrafił budzić w niej to co najlepsze… Przez te wszystkie lata, kiedy wokół siebie krążyli przekraczała swoje kolejne granice, po to aby udowodnić coś sobie lub jemu. Gdyby nie on zapewne nigdy nie byłaby taka zdeterminowana, nie ważne jednak były ówczesne pobudki, a to jakim człowiekiem się dzięki temu stała. Zresztą gdyby byli nieco mniej uparci na pewno wcześniej dostrzegliby do czego to wszystko prowadzi.

To, że stopa ich relacji zupełnie się zmieniła nie spowodowało jednak, że zaczęli gryźć się w język, to nigdy nie było w ich stylu, lubili się ze sobą przekomarzać, sprawdzać na jak wiele mogą sobie pozwolić, przeciągać strunę, robili to jednak bardziej delikatnie niż kiedyś, nie krzywdzili się przy tym, co było sporą odmianą. Dobrze było razem walczyć z całym światem, zamiast ze sobą, szczególnie, że byli w tym całkiem nieźli, mało kto mógłby się z nimi równać, w duecie byli naprawdę silni, mogli wziąć od świata wszystko to, co miał im do zaoferowania.

Zupa całkiem skutecznie odwróciła ich uwagę od rozmowy. W końcu to było w tej chwili najbardziej istotne - mieli sprawdzić, czy faktycznie to, co zostało zaserwowane przyniesie im jakieś wyjątkowe doznania, warte zapamiętania, jeśli tak - to oby jako coś przyjemnego, jak widać bowiem z fasolkami mieli dosyć burzliwe doświadczenia. Wolałaby, aby te dania wzbudzały nieco mniej kontrowersji.

Pokręciła głową słysząc komentarz swojego męża. Wolała teraz nie myśleć o tym, co jadał w przeszłości, bo mogłoby to spowodować u niej brak apetytu, a tego by nie chciała. Zupa, która znalazła się przed nią była całkiem aromatyczna, widać z warzyw, które zostały do niej dodane wyciągnięto to co najlepsze. Smakowała całkiem dobrze, można się było tego spodziewać zważając na renomę właściciela restauracji, w której się znaleźli. - Pozwolisz, że kiedy indziej porozmawiamy o tym, która z rzeczy zjedzonych przez Ciebie wyglądała najbardziej groźnie. - Naprawdę nieco obawiała się tej listy, wiedziała, że w tym przypadku Benjy może ją zaskoczyć i to bardzo mocno. W końcu spędził wiele lat w drodze, bywał w naprawdę dziwnych miejscach.

- Też mam takie wrażenie, a liczyłam na to, że pojawią się jakieś nieprzewidziane czynniki w naszym doświadczeniu. - Liczyła na odrobinę zaskoczenia, póki co było tak - jak się spodziewała, jedzenie było wyjątkowo smaczne, co wiązało się jednak z tym, że nie dojdą do jakichś spektakularnych wniosków, co dla niej jako naukowczyni wiązało się z nudą, ale trudno, przynajmniej ich żołądki będą zadowolone.

Widziała, że posmakowała mu zupa, którą właśnie próbował, o czym świadczył ten dźwięk, który wydostał się z jego ust. Najwyraźniej i jedna i druga potrawa okazały się być niezłe. Gdy przysunął w jej stronę talerz wsadziła do niego łyżkę, już bez żadnych obaw, bo wiedziała, że to, co się w nim znajduje musi być niezłe, nie miało ich zaskoczyć w żaden sposób. Spróbowała więc i tej drugiej zupy, która okazała się być przepyszna, chociaż gdyby zjadła taki pełen talerz, to nie byłaby w stanie skosztować już żadnej, innej potrawy z racji na to, jaka treściwa była. Przesunęła też swój własny talerz w stronę męża, aby on mógł spróbować jej posiłku, w końcu mieli przetestować wszystkie smaki. - Póki co jest nieźle, naprawdę nieźle. - Powiedziała jeszcze, jakby faktycznie była prawdziwym krytykiem kulinarnym.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

fireheart
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
aurorka, twórczyni eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, ciemnobrązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy. Bije od niej lodowate zimno, w dotyku jest jak bryła lodu.

Victoria Lestrange
#112
26.06.2026, 01:08  ✶  

– Ale za to jaka stylowa – zaczepiała go oczywiście, bo nie planowała biegać w zbroi (chociaż pewnie byłoby jej w takim stroju do twarzy, gdyby się tak błyszczała i w ogóle, może wzbudzałaby szacunek i wyglądałaby dostojnie). – Może powinnam zrobić rozeznanie w kowalach, którzy mogliby mi taką wykuć… – ciągnęła, ale zaraz puściła do Chrisa oko, żeby sobie nie pomyślał, że mówiła na poważnie. I tak powinna już się zacząć rozglądać za kowalami – przyszło jej do głowy – bo Samhain było za pasem i wypadałoby się do niego przygotować. Nie wiedziała, jak to wszystko będzie wyglądać, czuła w sercu pewien strach, gdy myślała o tym święcie, ale chodziło o niepewność jej stanu cielesno-duchowego, a nie jakieś paraliżujące uczucie. Co, jeśli nekromantka z Egiptu się jednak myliła…? No a poza tym było dla niej ważne, by jakoś ten dzień uczcić. Tak, powinna się na spokojnie zastanowić nad wszystkim, ale to nie w tej chwili. Bo teraz siedziała z Chrisem przy jednym stoliku i jadła pyszny deser i gadała o hipotetycznej sytuacji spuszczania przez niego włosów z wieży, na co Lestrange cicho parsknęła i zatkała sobie dzioba biszkoptem.

– Może jedno i drugie – zastanowiła się. – Wiesz, może mu zależy, żeby go tak mocno nie kojarzyć z fasolkami – nie miała bladego pojęcia w gruncie rzeczy, ale pompa z jaką zorganizował to otwarcie restauracji jednak jej sugerowała, że może coś być na rzeczy. Zresztą sama rozumiała kunszt i miłość do spędzania nad czymś czasu, nawet jeśli nie miało się z tego wielkiego zysku, bo czy nie to samo robiła jeśli chodziło o eliksiry? Ważniejsze dla niej były odkrycia i wiedza, świadomość, że potrafi coś uwarzyć, coś, co zrobi konkretny efekt, odkrywanie połączeń składników i receptur, a nie to, ile mogłaby na tym zarobić.

– Mhm, ale też na niespodzianki – spojrzała raz jeszcze na swoją paczkę cukrowych pajączków, które spokojnie sobie leżały zapakowane w folijkę. – Strasznie to jest miłe. Ciekawe co jeszcze można było dostać, bo chyba nie tylko pajączki i muffinki – zauważyła, oglądając słodycze raz jeszcze.

– Czy to zaproszenie? – zapytała tuż po tym, jak wzięła ostatni kęs swojego ciastka i zapatrzyła się na Rosiera.

wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#113
26.06.2026, 02:12  ✶  
Czas sunął jak ślimak w smole. Zenek miał wrażenie, że jego użyteczność wyczerpała się wraz z asekuracją stolika. Siedział i słuchał, co dziewczyny gadały. Od słowa do słowa doszedł do tego, jak się poznały. No bo mu pięknie wyjaśniły, wielkiej tajemnicy w tym nie było. I Zenek mógł z tą wiedzą opierać się nieco pewniej na krześle. Te wzajemne grzeczności to były takie dyrdymały, prawda? To nie była prawdziwa zażyłość. A jednak kiwał głową i uśmiechał się niepewnie. Wszystko szło w miarę dobrze. Zgrabnie?
— Nie wiem, nie widziałem. Byłem w łazience i myłem włosy.
No, prawie dobrze. Bo może i potrafił się jeszcze dostosować do stolika, ale przychodziło mu to coraz bardziej z trudem. Coś mu, kurczę, w kącie oka migało. Witraże też. Zenek się jednak bardziej fiksował na dłoniach Florki. Nie wiedział, skąd mu się ta peryferia drapieżnicza wzięła. W Rejwachu to co najwyżej mógł atakować szczuroszczety. No w każdym razie, Florka najpierw włożyła palec do ust. Albo przysunęła do ust. A potem już tylko skubała te palce. I nawet, jak potem przestała, by się zająć papierosem, no to już Zenek się nie mógł skupić. No ale że potrafiła się ruszać, to wiedział.

Potem kelnerka zniosła ten sok, i Zenek się nie mógł ucieszyć bardziej. Pełna szklanka tąpnęła obok niego. Sięgnął po nią natychmiast. Często, gdy się stresował, to nawet jeśli się nie pocił, to chciało mu się pić. Ale nie miał przecież powodu do stresu. Przechylił się do tyłu wraz ze szklanką i wygulgał do połowy. Jabłka ledwo popieściły kubki smakowe. Gdy odstawił szkło na obrus, Florka już ogłaszała chęć odwrotu.
I nici z posmaku jabłek. Pozostało mu tylko wspomnienie popiołu. Jak Crow mu palił na koszulkę, a koszulka leżała na ziemi. Następnym razem musiał mu kupić popielniczkę. Robili podobno takie, ci czarodzieje. Którym zresztą też był. Reklamowali to jako pudełka na popiół. I może, gdyby Zenek miał takie pudełko, to Crow mógłby do niego kopcić, gdy przychodził. Wygodniej by tak mu było.

A tu Florka sobie wstała, szurnęła krzesłem i zaczynała oddalać się od stolika. Tylko że nie odpowiedziała na zenkowe pytanie. I Zenek został z dziurą w głowie, a naprzeciwko Nora. Która może i konkurowała z Florką o tytuł ladacznicy Bertiego, ale w środku to dobra kobieta była. Lewis też był zresztą dobrym człowiekiem, chociaż Florka zabroniła o nim mówić. I tak Zenek siedział i wpatrywał się w Norę, z tyłu głowy Lewisa, a przed oczami jedynie Spaloną Noc. Siedział jeszcze sekundę w milczeniu. Florka zniknęła z peryferii wzroku.

Szurnął krzesłem do tyłu i wstał. Kolejną sekundę spędził w ciszy.
— Przepraszam… Ja muszę… — wydostał się z jego gardła dźwięk żałosny i błagalny. No normalnie jakby go pani do tablicy wywołała, a on się tłumaczył. Najgorsze flashbacki rysowały mu się na ryjcu.
By nie wpatrywać się tym okropnym wzrokiem w Norę dłużej, rozejrzał się po stole. Chwycił torebkę księżycowych rogalików. Nawet ich jeszcze nie otworzył. Opakowanie zaszeleściło, a gdy ścisnął je w dłoni, to palce mu się wbijały w pulchne wypieki. No i poleciał Romeo.

Leciał po wykładzinie. Najprędzej jak tylko mógł. Żeby tylko ktoś go nie zobaczył. Wykładzina tłumiła jego kroki. A że Zenek miał długie nogi, to potrafił naprawdę szybko zapierdalać. Chyba udało mu się wyminąć obsługę i nie wzbudzić podejrzeń, chociaż skąd on by to miał wiedzieć, patrzał przecież w przeciwnym kierunku. Tym, w którym biegł. No i Woody chyba też go nie widział. Witraże mignęły jeszcze w oczach.

Dobiegł wreszcie do lobby i do łazienek. Już, już chwytał za klamkę i szarpał drzwi. Już stawiał pierwszą stopę na chłodnych kafelkach. I nagle zonk. Bo Zenek był przecież przed damską łazienką. Zastygł w pół kroku. Poczuł na sobie palący wzrok. Był to wzrok kelnerki pilnującej lobby. Przypatrywała mu się bacznie. Cofnął się, uchylił drzwi jeszcze szerzej i krzyknął do środka: — FLORKAAA. — i zamknął je z hukiem.

Rzucił się cielskiem o ścianę obok drzwi. Barkiem rymsnął o tynk. Osunął się dupskiem po ścianie, absolutnie pokonany. Na spodniach i koszuli już pojawiły się zagniecenia. Nieuchronne, ile by nie prasował. Zresztą już cały był nie do użytku. Miał mokro pod pachami. Włosy już nawet nie udawały, że próbował je kiedykolwiek ujarzmić grzebykiem. Odetchnął ciężko. W dłoniach ściskał rogaliki. Łypiąca kelnerka pozwoliła mu cierpieć pod kiblem. A Zenek myślał jedynie o tym, że w kiblu też mogły być okna.


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#114
27.06.2026, 14:30  ✶  
Pamiętałem moment, w którym po raz pierwszy zorientowałem się, że z pamięcią mojej ówczesnej przyjaciółki działo się coś, czego nie potrafiłem nazwać - właściwie, było to dla mnie tajemnicą przez całe lata, ponieważ jakoś nigdy nie było mi po drodze zadawać jej o to pytania, i nawet nie próbowałem temu zaprzeczyć - na początku wydawało mi się po prostu, że była wyjątkowo zdolna, bardziej uważna od innych, i że dzięki temu tak po prostu dostrzegała szczegóły, które większości ludzi umykały. Dopiero z czasem zacząłem rozumieć, że to nie była wyłącznie kwestia spostrzegawczości, chociaż przypisanie tego do konkretnej przypadłości medycznej nigdy nie przeszło mi przez myśl, a kiedy przestaliśmy być sobie bliscy, zamiast tego używałem argumentu o „zafiksowaniu” i paru innych, stosunkowo niskich zagrań. W ogólnym rozrachunku, Prudence była jednak dla mnie po prostu Prudence, nigdy nie rozdzielałem jej charakteru na cechy, które należało „jakoś zaakceptować”, i te, które warto było demonizować albo podziwiać. Nigdy nie przyszło mi też do głowy, żeby uznać jej pamięć za coś odstręczająco nienormalnego, wymagającego naprawy - wbrew temu, co wtedy sugerowałem, samemu będąc irytująco zawziętym gówniarzem zafiksowanym na naszej wojence, uważałem to za element osobowości, nie za wadę - oczywiście, bywało to niepokojąco niewygodne, zwłaszcza dla mnie w momentach, kiedy moja niegdysiejsza przyjaciółka potrafiła wyciągnąć zdanie wypowiedziane mimochodem wiele lat wcześniej, ale równie często robiło na mnie ogromne wrażenie. Widziałem przecież, z jaką łatwością zapamiętywała rzeczy, z którymi inni musieli walczyć tygodniami, i jak bez wysiłku wracała do szczegółów, o których ja nie pamiętałem już następnego dnia. Dostrzegałem też drugą stronę tej umiejętności - to, ile kosztowało ją noszenie w głowie każdego wspomnienia, każdego detalu, również tych szczegółów, do których człowiek najchętniej nigdy by nie wracał - ale wtedy aż tak mocno nie analizowałem swoich impulsywnych zachowań, by próbować cokolwiek jej uprzyjemniać, wręcz przeciwnie, samemu uprzykrzałem życie „kogoś, kto sam się o to prosił”. Skoro pamiętała wszystkie pierdoły i sama paliła się ku temu, aby je wytykać, dbałem o to, żeby miała jak najwięcej drażniących wspomnień - to było logiczne, prawda? Mogłem kłócić się z nią wtedy do woli, gdyż naturalnie później wypierałem się znacznej części tych chujowych zachowań. Teraz na jej poprawkę tylko westchnąłem z udawaną rezygnacją i uniosłem dłonie w geście kapitulacji.
- Widzisz? Właśnie o tym mówiłem. - Kącik moich ust uniósł się lekko, gdy kiwnąłem głową i podniosłem ręce. Uśmiechnąłem się pod nosem, bo wiedziałem, że zrobiła to dokładnie po to, by przypomnieć mi, iż w tej konkretnej konkurencji nie miałem najmniejszych szans. Pogodziłem się z tym zresztą już dawno i właściwie zaczynało mnie to nawet bawić. Wskazała właściwy moment z taką naturalnością, że nawet nie przyszło mi na myśl protestować, nie próbowałem z nią wygrać, nie tym razem - tym razem najważniejsze było, iż wiedziałem również, że miała mnie poprawić odruchowo, bez cienia złośliwości. Nie zamierzałem jednak niczego zmieniać, gdybym miał przez całe życie uważać na każde wypowiedziane przy niej słowo, przestałbym być sobą. Dla niej ta data była po prostu faktem, dla mnie - kolejnym dowodem na to, że jej umysł działał według zasad, których nigdy do końca nie zrozumiem.
Przez chwilę nie mówiłem nic więcej, obserwowałem ją tylko z nieznacznie uniesionymi brwiami, wewnątrz dochodząc do wniosku, że nasze życie rzeczywiście zmieniło się bardziej, niż przypuszczałem, kiedy zaczęliśmy „być razem na kilka chwil”. Nadal się droczyliśmy, nadal sprawdzaliśmy, kto szybciej znajdzie ciętą odpowiedź, ale zniknęło z tego pragnienie zadawania sobie ran. Myśl o tym, że moja własna przeszłość bywała dla mnie znacznie mniej dostępna niż dla Prudence, miała w sobie coś jednocześnie zabawnego i nieco absurdalnego, szczególnie że czasami odnosiłem wręcz wrażenie, iż gdybym chciał sobie coś przypomnieć z czasów szkolnych, szybciej uzyskałbym odpowiedź od niej niż od samego siebie.
Oparłszy łokieć o stół, pokręciłem głową, słysząc uwagę o uczciwości - znałem już ten błysk w jej oczach i wiedziałem, iż nie zwiastował on niczego szczególnie niebezpiecznego, ale z pewnością oznaczał, że w odpowiednim momencie wyciągnie z rękawa jakiś argument, o którego istnieniu zdążyłem dawno zapomnieć. Nie przeszkadzało mi to tak naprawdę, im dłużej byliśmy razem, tym bardziej utwierdzałem się tylko w przekonaniu, że moja małżonka potrafiła jednocześnie być absolutnie uczciwa i wyjątkowo przebiegła. Nie oszukiwała, jasne, po prostu wykorzystywała wszystkie dostępne informacje, a ponieważ pamiętała niemal wszystko, dysponowała arsenałem argumentów, o którym większość ludzi mogła jedynie pomarzyć. Cóż, przynajmniej dzięki temu nasze rozmowy pozostawały żywe i wymagały znacznie więcej obustronnej uwagi niż zwykłe wymiany zdań prowadzone z przypadkowymi oponentami.
- Doceniam, sze pszynajmniej cząstkowo upszedzasz mnie o swoim kodeksie postępowania. - Oparłem brodę na dłoni, unosząc brew i przypatrując jej się znacząco. W gruncie rzeczy lubiłem nasze drobne potyczki, były w końcu przypomnieniem, że mimo wszystko pozostaliśmy sobą. Doskonale wiedziałem, że to słowo w jej ustach miało więcej niż jedno znaczenie - była uczciwa, ale jednocześnie potrafiła wykorzystać każdy dostępny argument, jeśli uznała, że prowadziło to do słusznego celu. Nigdy nie miałem jej tego za złe, wbrew pozorom, sam przecież nie należałem do ludzi, którzy walczyli wyłącznie według honorowego podręcznika dobrych manier dla poprawnych politycznie pensjonarek. - To znacznie łaskawsze nisz odklywanie go w tlaksie dyskusji. - W moim głosie pobrzmiewało rozbawienie, gdyż prawda była taka, że właśnie za to między innymi ją uwielbiałem - nigdy nie była całkowicie nużąco przewidywalna, nawet jeśli znałem ją od tylu lat, zawsze potrafiła jakoś mnie czymś zaskoczyć.
Były też rzeczy, które się - oczywiście - nie zmieniały, nasza skłonność do tworzenia zwierzęcych narracji najwyraźniej nie zamierzała umrzeć śmiercią naturalną, a ja coraz bardziej podejrzewałem, że stanie się jednym z naszych wieloletnich żartów. W tym wypadku padło na pająki i, najwyraźniej, moje maskowanie nieporadności w negocjacjach z nimi. Nie miałem z tym problemu - te lekkie, pozornie absurdalne dyskusje miały w sobie coś kojącego - znacznie bardziej odpowiadały mi rozmowy o pajęczakach niż o wojnie, śmierci czy ludziach, których już z nami nie było. Nie musiałem wygrywać, ona również nie, i zaskakująco dobrze żyło się bez konieczności ciągłego liczenia punktów - to był jeden z tych aspektów naszego nieoczekiwanego porozumienia i powrotu do chwil sprzed rozpadu przyjaźni, którego nie potrafiłem wcześniej przewidzieć, a który okazał się wyjątkowo cenny.
- Nie lospowszechniaj takich plotek. - Mruknąłem półgębkiem. - Jeszcze ktoś uwieszy, sze jestem spokojnym człowiekiem. Nie chciałbym zniszczyś sobie opinii pszes jedno stado pajęczaków, nawet tak pokaźne… - Przez moment bawiłem się łyżką, obracając ją powoli między palcami, a potem uśmiechnąłem się pod nosem i wzruszyłem ramionami. - Nawet ja muszę czasem uznaś, sze nie wszystko da się załatwiś siłą. - W końcu z czasem nawet człowiek mojego pokroju uczył się wybierać bitwy, które naprawdę warto było toczyć. - Poza tym cierpliwość jest znacznie łatwiejsza, kiedy pszeciwnik waszy mniej nisz glam. - Nie wspomniałem już, że cierpliwość stopniowo malała mi z każdą chwilą, kiedy któryś z ośmionożnych lokatorów postanawiał zmienić sufit na moją lub jej poduszkę, więc pewnie nasze negocjacje miały rychło zmienić swój styl. Wyobrażenie domu oblężonego przez mściwe pająki, które sprowadziłyby posiłki, gdyż nie podszedłbym do sprawy z odpowiednią subtelnością, było… Cóż, dosyć realistyczne i prawdopodobne, pewnie byłbym w stanie tak postąpić i wstąpić z nimi na wojenną ścieżkę, wdrażając bardziej zdecydowany plan eksterminacji, bardziej zgodny z tym, co proponowała moja druga połowa, ewidentnie lepsza i znacznie bardziej skromna ode mnie.
Parsknąłem cicho, słysząc pochwałę jej własnych zalet, którą wygłosiła z całkowitą powagą, jeszcze kilka lat temu prawdopodobnie wykorzystałbym tę okazję do rozpoczęcia długiej dyskusji, zakończonej wzajemnym wypominaniem sobie wszystkich możliwych wad charakteru, teraz znacznie bardziej satysfakcjonowało mnie obserwowanie, z jaką swobodą zaczęła dostrzegać w sobie rzeczy dobre i poprawiające jej nastrój. Wiedziałem przecież, ile kosztowało ją dojście do tego miejsca. Nie zamierzałem jednak tego rozgłaszać, nie było takiej potrzeby.
- Mhm. Zdecydowanie nie blak ci… Wytlwałości. - Nieznacznie poruszyłem głową, pilnując, by zapanować nad unoszącymi się brwiami.
Spojrzałem ponownie na swoją miskę, z której nadal unosił się przyjemny aromat. Trudno było się do czegokolwiek przyczepić.
- To chyba losądny plan. - Prychnąłem urywanie, gdy wspomniała o odkładaniu rozmowy na temat moich dawnych kulinarnych doświadczeń. - Nie chciałbym pszypadkiem zepsuś ci obiadu opowieścią o czymś, co kiedyś uznałem za jadalne wyłącznie dlatego, sze byłem balso głodny. Na pszykład o pająkach… Albo o… Tej jednej sytuacji s wenszami… - Rzecz jasna, nie mogłem całkowicie tego sobie darować, zwłaszcza że podobne sytuacje zdarzały się zdecydowanie częściej, niż chciałbym zazwyczaj przyznać. Nie było w tym przesady, mój typ pracy prowadził człowieka do miejsc, w których kryteria dotyczące jedzenia wyglądały zupełnie inaczej niż w eleganckiej restauracji przy Pokątnej. Nauczyłem się nie zadawać zbyt wielu pytań, kiedy alternatywą było chodzenie głodnym, nie wszystkie wspomnienia nadawały się jednak do obiadowej rozmowy, zwłaszcza przy tak smacznym posiłku jak ten postawiony przed nami.
Było dobrze, bardzo dobrze. Tak dobrze, iż słysząc uwagę o braku nieprzewidzianych czynników pokręciłem lekko głową, chociaż nijak mnie nie zdziwiła - moja żona była naukowczynią z krwi i kości, oczywiście, że liczyła na element zaskoczenia, ja natomiast ostatnio podejrzanie coraz bardziej doceniałem sytuacje, w których nic nie wybuchało, nie próbowało mnie zjeść ani nie wymagało natychmiastowej ewakuacji, to wydawało mi się całkiem przyjemną odmianą.
- Mam nadzieję, sze właściciel ma wybiólszą głuchotę na klientów naszekających na zbyt wysoki poziom kuchni. - Mrugnąłem do niej porozumiewawczo. - Mógłby poczuś się zmotywowany do wplowadzenia większej liczby niespodzianek. - Chociaż to dopiero mogło być przed nami, co sama zdążyła zauważyć. - Ale losmiem tok rozumowania. Dane bez odchyleń bywają mało ekscytujące. - To mówiąc, sięgnąłem po jej zupę, kiedy przesunęła talerz w moją stronę. Zapach był zupełnie inny od mojego, lżejszy, bardziej warzywny, z wyraźnie wyczuwalnymi ziołami. Nabrawszy niewielką porcję, spróbowałem jej bez pośpiechu, po czym oparłem wygodnie przedramiona o stół, przeżułem jeszcze kawałek grzanki i skinąłem głową z wyraźnym uznaniem. Smak również był wyczuwalnie subtelniejszy od mojego dania, delikatniejszy, ale jednocześnie niezwykle dobrze zbalansowany.
- Tesz jest balso dobla. - Odłożyłem łyżkę. - Zupełnie inna od mojej, ale chyba właśnie o to chodziło. - Spojrzałem najpierw na jedną miskę, potem na drugą, dochodząc do wniosku, iż gdybym miał wybrać jedną, miałbym z tym większy problem, niż przypuszczałem, chociaż w moim przypadku zawsze wygrywało mięso. - Nie ma się do czego pszyczepiś. - Zgodziłem się z nią. Ostatecznie wróciłem do swojej potrawy, zamierzając skonsultować ją całą, tym razem już bez tej początkowej ostrożności, ponieważ Bertie Bott przekonał mnie, że przynajmniej w kwestii zup zdecydowanie wiedział, co robi. Czekało na nas jednak jeszcze drugie danie i deser, więc mogliśmy się jeszcze całkiem zaskoczyć, w takich miejscach głupio byłoby cokolwiek stanowczo zakładać…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
constant extreme
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm, niedowaga), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#115
28.06.2026, 13:44  ✶  
Z @Bertti Bott i @Alastor Moody drze się na środku sali, a potem idzie z resztą do prywatnej loży gdzie już nie słychać jej rozentuzjazmowanego pokrzykiwania

Dwóch rosłych facetów i ona - melodia życia, gdy jak cień od czasu Hogwartu przemieszczała się z bratem, łapiąc każdą wolną jego chwilę, jeśli udało jej się ją złapać. On i Bertie byli kiedyś nierozłączni, a ona była na tyle mała, żeby nikt jej nie przeganiał. I umiała być cicho, choć może nie dzisiaj w dniu, który był tak ważny nie tylko dla Bertiego ale i dla całej trójki. Potrzebowali jak wody tych dobrych momentów. Tych momentów spokoju. Zwłaszcza po śmierci Caina, śmierci Florence… potrzebowali łapać się tęczowych okruchów nadziei bardziej niż kiedykolwiek.

Ciężka dłoń brata na głowie była najprzyjemniejszym powitaniem, osadzeniem w ziemi i przypomnieniem że nie jest dla niego niechcianym elementem krajobrazu. Niestety (albo stety) żywe srebro miało to do siebie, że gdy tylko ręki zabrakło, to trajkotanie się rozpoczęło:

– Jest tak obłędnie jest doskonale ile ludzi w ogóle Bertie kurwa zajebiście tu jest od dziś wpadam tu totalnie codziennie na lunch to jest oficjalnie moje najulubieńsze miejsce w Londynie! – wypluwała z siebie pospiesznie słowa, jakby w obawie, że zaraz jeden i drugi będą musieli gdzieś pójść. Jej uwaga była skupiona w całości na nich, więc jak tylko Bott wspomniał o tym, że nie widzi Thomasa rozejrzała się zdziwiona: – Myślałam, że jest tuż za mną… Może wpadł na swoją siskę. Albo Liszka. Albo oboje. Ja jebie tylu jest tu ludzi, ale czad co wylosowałeś to dropsy? – Zapytała Alastora, gdy ten zdecydował się na najlepszy hazard na świecie. Gdyby mogła zeżarłaby całą zawartość koszyczka na raz. Jej psychiatra wciąż próbował dobrać optymalny skład eliksirów pod jej stan, cóż to dla niej kilka magicznych słodkości? – Wyglądają jak mugolskie tabletki na kaszel! Ugh sorka, już no… – przeprosiła od razu, bo może to byłaby czarna reklama, a chciała przecież, żeby Bottowa restaurancja okazała się Wielkim Kurwa Sukcesem – Całkiem Legitne Absolutnie Magiczne Landryny - dodała więc o wiele głośniej, na wypadek gdyby ktoś poważnie się przejął słowem "mugolskie" w publicznej przestrzeni. – Co się po nich dzieje? Konar płonie? – zapytała i zarechotała od razu na własny jakże wyborny żart. I już miała wygłosić też dodatkowy niewybredny komentarz na temat bezczelnej kradzieży jej własnych cukiereczków, ale równie szybko się utkała obietnicą dostania lepszego łakocia. – Raptuśnik mój ulubiony! Ale czad, ale czad KOCHAM TO MIEJSCE! – nie mogła opanować ekscytacji, trochę bardzo nie zwracając uwagi, że lada moment kelnerzy nie będą chcieli jej wydać alkoholu w obawie o to, że jest niepełnoletnia.

Mimo wszystko pokornie podążyła za pozostałą dwójką do loży, gdzie zaklęcie wyciszające absolutnym przypadkiem zapewniało komfort przebywania na fecie bardziej nawet otoczeniu niż tej trójce.

– Gosz Bottus ja Cię tak przepraszam, że nie wyrobiłam się z tym dolińskim pejzażem, ale sam rozumiesz, że chcę Ci go zakląć tak jak teraz ogarniam magię tych obrazów i chcę żeby on był super wyjebiście relaksacyjny dla wszystkich co na niego spojrzą, nawet tych czystokrwistych pajaców, co w życiu nie zaciągali się jeziornym mułem o poranku. – Przeprosiła wylewnie a potem… a potem zeżarła bezę i zaczęła rosnąć w oczach. I mężnieć…
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#116
29.06.2026, 02:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.06.2026, 02:52 przez Basilius Prewett.)  
Z Astorią przy stoliku

– Zdecydowanie jestem bardziej wypoczęty, gdy widzieliśmy się po raz ostatni – powiedział zaskakująco lekko, zupepnie jakby mówił o zmęczeniu wynikającym z jakiegokolwiek innego powodu, niż spalone życia. — Na pewno skończył nam się już ten najbardziej gorący… – Zły dobór słów. Bardzo zły dobór słów. – To znaczy najbardziej nerwowy okres, chociaż wciąż jest dużo do zrobienia, ale chyba nie warto teraz o tym rozmawiać.

Najchętniej wypytałby ją od razu, czy brała swoje lekarstwa, ale uznał, że to nie była na to pora. Poza tym skoro Astoria wyglądała na mniej umierającą, niż gdy widzieli się po raz ostatni to… No cóż. To oznaczało, że na pewno serce nie dokuczało jej aż tak bardzo.
– Oh… Przykro mi – powiedział, rozglądając się po gościach restauracji, jakby sam chciał odnaleźć w tym tłumie brata Astorii, chociaż… Nie był zbytnio pewny, czy nawet wiedział, jak ten brat wyglądał. – Może coś mu po prostu wypadło?  – zasugerował. – Ciężko pomyśleć, że ktoś umówiłby się do nowej restauracji z tobą tylko po to aby cię wystawić.

On przynajmniej nigdy by tak nie zrobił Electrze no chyba, że nagle coś wypadłoby mu w pracy, ale to byłoby zrozumiałe. Prewett jednak zdecydowanie za łatwo zgadzał się na różne pomysły młodszej siostry, nawet jeśli zdarzyło mu się parę razy zaoponować wobec jakiś jej planów. Na przykład dalej nie założył tej kamizelki, którą poprosiła aby sobie kupił, a która według niej była obecnie modna. Nie, że nie planował tego zrobić po prostu… Potrzebował jeszcze trochę do tego dojrzeć.
– Właściwie to… – Zawahał się na chwilę, zastanawiając się jak najlepiej wytłumaczyć swoją sytuację. – Dwójka moich znajomych miała przyjść razem i potem mieliśmy się tutaj złapać, ale nie wiem dokładnie jakie mają plany. Może… Wzięłaś już paczkę z tymi słodyczami? Mogę nam przynieść jeśli nie.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#117
29.06.2026, 21:45  ✶  

Wzruszyła jedynie ramionami. Nie robiła tego z złośliwości, to było dla niej zupełnie naturalne. Wyciąganie z głowy tych wszystkich dat, godzin, szczegółów, które pewnie dla nikogo nie miały najmniejszego znaczenia. Mało kto wiedział z czego to wynikało, nigdy nie chwaliła się tym, jak działał, na pewno niektórzy zwrócili na to uwagę. Sporo osób traktowało ją przez to jak dziwaka, nauczyła się z tym żyć, często właśnie przez to milczała, nie zaczynała dyskusji, bo wiedziała, że to nie ma większego znaczenia. Nie mówiła jednak o swojej przypadłości, nie lubiła kiedy inni spoglądali na nią z litością. Przyzwyczaiła się po prostu do tego, że czasem jej ciało nie nadążało za tym, co działo się w jej głowie. Często się zawieszała, odpływała gdzieś daleko, musiała z tym żyć. Zresztą nie uważała tego za jakąś wielką ujmę zważając na to, że mogła zapamiętać tak wiele.

- Jestem całkiem przewidywalna. - Akurat Benjy doskonale wiedział, czego może się po niej spodziewać. Od zawsze tak miała, a że znał ją naprawdę wiele lat, to miał szansę zobaczyć to podczas różnych sytuacji. Wyjaśniła mu całkiem niedawno skąd się to bierze, nie zareagował na to jakoś szczególnie, po prostu to zaakceptował, co doceniała, bo nie wszystkim przychodziło to tak lekko. Zresztą miała wrażenie, że był w stanie bez zbędnego roztrząsania przyjąć każde jej dziwactwo, i to było całkiem miłą odmianą zważając na jej przeszłość. Nie wszyscy byli wobec niej bowiem tacy łaskawi.

To nie tak, że chciała z nim konkurować, skoro posiadała pewne informacje, to po prostu się nimi dzieliła, nie chciała wychodzić na przemądrzałą, ale tak naprawdę nikt nie mógł być dla Prue w tym wypadku żadną konkurencją. Benjy się z tym aktualnie po prostu pogodził, w sumie to chyba nie miał innego wyjścia. Musiał przywyknąć do myśli, że trafiła mu się żona, która będzie w stanie wyciągnąć w każdej chwili wszystkie wspomnienia z przeszłości, nawet te, które chciałby bardzo głęboko zakopać. Nie roztrząsała tego jednak, nie żyła przeszłością, traktowała to raczej dane, które znajdowały się w bibliotece, którą była jej głowa.

- Nie miałabym z tego żadnej frajdy, gdybyś nie mógł się do tego przygotować. - Dodała jeszcze z uśmiechem. Benjy doskonale wiedział, w jaki sposób postępowała. Niezbyt się to zmieniło przez te lata, kiedy nie mieli kontaktu. Potrafiła zaskoczyć, kiedy jej na tym zależało, umiała wyciągnąć argumenty, o których pewnie nikt by nawet nie pomyślał, albo już dawno zapomniał i uznał je za nic nieznaczące. Tak naprawdę to nie sądziła, że musiała go uprzedzać. Jej mąż doskonale ją znał, spędzili razem naprawdę wiele czasu, nie zawsze darząc się szczególną sympatią, no może bardziej walcząc z nią doprowadzając do coraz bardziej wyszukanych scysji między sobą, by udowodnić sobie jak bardzo się nie znosili. Kiedy teraz o tym myślała to uważała to za całkiem zabawne. Byli naprawdę uparci jako dzieciaki, w sumie nie zmieniło się to zbytnio i teraz, jednak potrafili w końcu dostrzec to, co od zawsze było całkiem oczywiste. Najwyraźniej musieli dojrzeć do tego, aby zauważyć pewne rzeczy. Dobrze, że mieli to już za sobą i mogli w końcu sięgnąć po te wersję ich duetu, która była najlepsza.

- Nie jestem aż tak bezwzględna. - Cóż, było to może jej przewagą, ale przecież wiedział, że posiadała te wszystkie informacje i nie bała się po nie sięgać, więc w sumie nie pozbywała się żadnego asa z rękawa. Zresztą miała ich tyle, że mogła je niemalże z niego wysypywać. Wiedziała jednak, że bez względu na wszystko Benjy na pewno będzie w stanie utrzymać jej kroku, był bystry, od zawsze wydawał się jej być jedyną osobą, która potrafiła utrzymać jej kroku jeśli chodzi o słowne potyczki, a nawet ją prześcignąć. Zresztą został jej mężem, to świadczyło samo za siebie, Prue nie zostałaby żoną kogoś, kto nie potrafił jej dorównać, albo przegonić, zanudziłaby się przy takiej osobie, a Benjy gwarantował jej naprawdę wiele rozrywki. Trudno było przy nim przewidzieć, co spotka ich kolejnego dnia i co całkiem zabawne naprawdę podobał jej się ten chaos, który wprowadził do jej idealnie ułożonego życia.

Ich absurdalne rozmowy o zwierzęcym życiu towarzyszyły im od zawsze. Nie wydawało jej się, aby ktokolwiek spędził tyle czasu na podobnych rozważaniach, nie sądziła, że szybko z tym skończą, mieli jeszcze sporą część fauny do zwizualizowania, a że szło im to całkiem nieźle, to pewnie przejdą przez większość gatunków. Aktualnie pająki wydawały się być dość istotną częścią ich konwersacji, nic dziwnego - w końcu próbowały przejąć ich dom, a do tego nie mogli dopuścić.

- Masz rację, nie powinnam się tym dzielić. - Cierpliwość mogła się bowiem okazać jego tajną bronią, nie było sensu o niej dyskutować, bo jeszcze kolejny wróg, który pojawi się kiedyś na horyzoncie będzie wiedział, czego można się po nim spodziewać. - Nie wiem, ile Cię to musi kosztować… - Doskonale zdawała sobie sprawę, iż to nie było w jego stylu. Benjy działał szybko i precyzyjnie, w tym przypadku jednak sytuacja wymagała nieco innego stylu radzenia sobie z problemami, jak widać był bardzo elastyczny. Była ciekawa ile faktycznie zajmie mu przejście do typowego dla siebie działania, wiedziała bowiem, że prędzej, czy później skończy się ten pajęczy dzień dziecka.

Przewróciła oczami, gdy usłyszała jego parsknięcie. Nie do końca tego się spodziewała, chociaż, czy tak naprawdę, doskonale wiedziała, jak może zareagować na jej słowa. Przekomarzali się przecież ciągle, nie miała w zwyczaju ostatnio w ten sposób mówić o sobie, ale przy nim coś się zmieniło pod tym względem, zaczęła być bardziej pewna siebie, było to tylko i wyłącznie jego zasługą, sam zaczynał hodować sobie potwora.

- Benjyyyyy… - Przeciągnęła jego imię, bo oczywiście musiał wspomnieć o tym, co zdarzyło mu się kiedyś zjeść. Nie mógł jej tego odpuścić. To był całkiem zabawny kontrast do tego, co przyszło im próbować teraz. Kiedyś jadł węże i pająki, a dzisiaj zachowywał się niczym prawdziwy krytyk kulinarny, niezbadane są koleje losu.

- To na pewno byłoby nieco bardziej porywające. - Nie spodziewała się po sobie, że zacznie oczekiwać od życia tego, że będzie pojawiało się w nim trochę chaosu, że będzie nieco zawiedziona, gdy wszystko stanie się przewidywalne. Jak widać w Prue również zaszła pewna odmiana. Oczywiście doceniała kunszt kulinarny Bertiego Botta, jednak faktycznie z racji na jego renomę liczyła na jakieś odstępstwo od normy, jak przystało na prawdziwą naukowczynię, eksperyment wtedy byłby bardziej fascynujący.

- Mam nadzieję, że nikt nas nie podsłuchuje. - Nie chciałaby, aby jej słowa dotarły do kogokolwiek. Na moment nawet zaczęła rozglądać się wokół, by upewnić się, że nikt nie może usłyszeć ich rozmowy. Spaliłaby się ze wstydu, gdyby ktoś usłyszał o tym, że liczyła na to, że dania będą bardziej niekonwencjonalne.

- Nic nie mogę z tym zrobić. - Miała tu na myśli swój zew naukowca. Im więcej niewiadomych, tym doświadczenie było ciekawsze, Benjy doskonale o tym wiedział, miała szansę bowiem już pokazać mu swoje podejście.

Sprawdziła jego zupę, jej smak również był całkiem ciekawy, jednak nie wydawał się mieć w sobie żadnych niespodzianek, najwyraźniej tak miały wyglądać te dania. Mogli więc bez żadnych obaw sięgać po kolejne. Spróbowała zupy Benjy'ego, później wróciła do swojej, gdy zjadła połowę przesunęła swój talerz w jego stronę, aby dokończył za nią, bo przecież były przed nimi jeszcze trzy dania, nie dałaby rady zjeść wszystkiego w całości, na szczęście jej mąż należał do tych osób, które lepiej było ubierać, niż karmić, chociaż w sumie nie - z ubraniem jego osoby również był problem, bo zdecydowanie jego gabaryty nie należały do standardowych.

- Pewnie w ogóle nie będzie się do czego przyczepić, w końcu to Bertie Bott. - Po tym pierwszym posiłku nie wydawało jej się, że czekają na nich jakieś niespodzianki, raczej zakładała, że wszystkie kolejne będą tak samo mocno dopracowane i idealne.

Pojawiła się przed nimi kelnerka, która przyniosła kolejne dania do spróbowania. Intensywny zapach uderzył w ich nozdrza, postawiła je na stole, Prue spojrzała na męża, doskonale wiedziała, że będzie wolał pieczeń, a więc ten talerz znalazł się przed nim, sama też zdecydowanie wolała zapiekankę pasterską, bo miała więcej warzyw.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#118
01.07.2026, 18:49  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.07.2026, 18:49 przez Benjy Fenwick.)  
Pokręciłem lekko głową, obserwując jej uśmiech.
- Mhmmm… - Zgadzałem się z nią, lecz wyłącznie połowicznie, w bardzo określonym zakresie „bycia przewidywalną”, przez lata zdążyłem się nauczyć, że za tym spokojnym wyrazem twarzy bardzo często krył się plan - niekoniecznie groźny, czasami wyłącznie zabawny, czasem cholernie irytujący, niekiedy całkiem interesujący - niezależnie od opcji, we wszystkich przypadkach oznaczało to jednak, że za chwilę usłyszę coś, czego nie będę w stanie podważyć bez narażania się na kolejne trzy przykłady wyciągnięte z pamięci sprzed dekady. Paradoksalnie właśnie to lubiłem najbardziej, niewiele osób potrafiło zmusić mnie do równie intensywnego myślenia. 
Oparłem przedramiona o blat, przy czym przyglądałem się jej przez chwilę, przypominając sobie, jak wiele razy w przeszłości wyciągała z pamięci rzeczy, które dla mnie dawno przestały istnieć, i zastanawiając się, czy kiedykolwiek tak naprawdę przeszkadzało mi to, że pamiętała więcej ode mnie. Początkowo próbowałem z tym walczyć, potem próbowałem udawać, że pamiętam równie dobrze, ostatecznie skapitulowałem, co okazało się dla dorosłego mnie mentalnie znacznie prostsze niż zakładałem jako gówniarz, szczególnie że nie było sensu rywalizować z żywą biblioteką, która nigdy niczego nie wyrzucała z półek. Każde z nas miało swoje osobliwości, po prostu jej były zdecydowanie… Lepiej udokumentowane. Bywały też niewygodne, czasem kompromitujące, ale jednocześnie dawały mi to dziwne poczucie bezpieczeństwa, gdyż w duchu wiedziałem, że jeśli ja czegoś nie zapamiętam, ona będzie pamiętać za nas oboje.
- To… Podejście. - Skwitowałem, słysząc, że nie miałaby frajdy z zaskakiwania mnie bez ostrzeżenia, lecz nie do końca zamierzając kręcić na siebie bata. Kiedyś próbowałem jeszcze udawać, że jestem w stanie dotrzymać jej kroku, później zrozumiałem, że nie ma to najmniejszego sensu. Walka z kimś, kto pamiętał pierwszy dzień podróży do Hogwartu lepiej niż większość ludzi pamiętała śniadanie sprzed dwóch dni, była z góry przegrana. Zamiast się irytować, nauczyłem się czerpać z tego przyjemność. Byłem chyba jedynym człowiekiem, który mógł w dowolnej chwili zapytać żonę o wydarzenie sprzed piętnastu lat i dostać odpowiedź z dokładnością do daty, godziny i prawdopodobnie kierunku wiatru. Niektóre wspomnienia istniały już chyba wyłącznie w jej głowie i nawet jeśli było to imponujące, nie zazdrościłem jej tego chorobliwie, człowiek powinien mieć możliwość pozwolenia niektórym wspomnieniom odejść, natomiast jej umysł najwyraźniej nie uznawał podobnych przywilejów.
- Nie jesteś bezwzględna? - Uniosłem brew, patrząc na nią z wyraźnym powątpiewaniem, gdy zapewniła mnie, że nie była aż taka. Znałem ją zbyt dobrze, żeby dać się nabrać na ten niewinny ton. Nie była okrutna, oczywiście, nigdy nie była, potrafiła jednak dobrać argument tak precyzyjnie, że człowiek orientował się, iż przegrał dyskusję dopiero kilka minut później, więc nawet nie mógł się porządnie wkurwić. - To ciekawe, bo pamiętam co najmniej kilka dyskusji, podczas któlych miałem bardzo odmienne wlaszenie. - Kącik ust drgnął mi lekko, bo skoro ja to pamiętałem, a ona miała zdecydowanie lepszą pamięć…
Chwilę później nasza rozmowa, jak zwykle, zdążyła zatoczyć szerokie koło i wrócić do powtarzalnego motywu - nie byłem nawet zaskoczony - przy nas każdy temat wcześniej czy później kończył się na zwierzętach albo absurdalnych teoriach, byliśmy pod tym względem zadziwiająco konsekwentni. Przesunąłem wzrok na niewielkie opakowanie z cukrowymi pajączkami, które nadal leżało obok mojego talerza. Doprawdy trudno było uwierzyć, że zwykły deser zdołał wywołać tak długą dyskusję o pajęczych zwyczajach, negocjacjach i strategiach wojennych. Z drugiej strony, właśnie tak wyglądały nasze rozmowy od czasów Hogwartu. Jedno przypadkowe skojarzenie wystarczało, żeby po kwadransie dojść do tematów, których nikt rozsądny nigdy by ze sobą nie połączył.
- Dzięki. - Odparłem, lekko pochylając głowę, chociaż raczej po to, aby ukryć kolejny uśmiech, aniżeli z pokorą, uznaniem czy z realną powagą. - Nigdy nie wiadomo, kto siedzi pod palapetem i sposząsa lapolt. - Zerknąłem teatralnie w stronę okna. Nie mogłem przecież pozwolić, żeby zaczęła budować legendę o mojej opanowanej naturze, byłoby to zwyczajnie nieuczciwe wobec wszystkich, którzy widzieli mnie podczas pracy. - Wywiad pajęczy jest balsiej loswinięty, nisz mogłoby się wydawaś… - Dodałem. Nie podejrzewałem, że kiedykolwiek będę prowadził tyle rozmów na temat stworzeń, których jedynym życiowym celem wydawało się zajmowanie rogów sufitu - im dłużej o tym rozmawialiśmy, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że gdyby ktoś usiadł obok nas w połowie rozmowy, uznałby nas za wyjątkowo osobliwe małżeństwo.
Im bardziej próbowała przekonać mnie o własnym miłosierdziu wobec świata, tym bardziej przypominałem sobie wszystkie wypowiedzi dotyczące rzeczy, które nie do końca wpisywały się w jej kanon.
- Nie kwestionuję twoich zalet. - Rzuciłem obronnie, dostrzegając to, w jaki sposób wywróciła oczami na mój niewerbalny komentarz. -Po prostu zauwaszam, sze kończą się dokładnie tam, gdzie zaczynają się odnósza. - Nie udało mi się jednak powstrzymać uśmiechu, coraz bardziej utwierdzałem się przecież w przekonaniu - tak, jakbym już go nie miał - że pod tą spokojną powierzchnią kryła się wyjątkowo bezwzględna strateg wobec wszystkiego, co miało więcej nóg, oczu lub futra, niż uważała za stosowne. Musiałem jednak przyznać Prue pewną rację z tymi bardziej bezwzględnymi technikami - trudno się stresować negocjacjami, kiedy już się nie istnieje, to wyjątkowo skuteczna metoda rozwiązywania konfliktów.
Na przeciągłe wypowiedzenie mojego imienia odpowiedziałem najbardziej niewinnym wyrazem twarzy, na jaki tylko było mnie stać - takim, który zapewne nikogo poza mną samym nie byłby w stanie przekonać o moich dobrych intencjach. Wiedziałem doskonale, dlaczego zareagowała właśnie w ten sposób, lecz sama sprowadziła rozmowę na jedzenie, a przecież moje kulinarne doświadczenia były… Zróżnicowane.
- Co? - Zapytałem z miną człowieka głęboko zdziwionego jej reakcją. -Pluey… Czy ty wiesz, ile pająków człowiek podobno zjada losznie przez sen? - Pewnie wiedziała, byłem prawie pewny, że dysponowała takimi statystykami. - Albo co dokładnie znajduje się w tych słynnych pasztecikach selwowanych w Wiwelnie? - Spojrzałem na nią znacząco. -Naplawdę uwaszasz, sze moje dawne menu jest największym ploblemem pszy tym stole? - Wiedziałem doskonale, że celowo nie chciała rozwijać tego tematu, bo istniało spore ryzyko, że skutecznie odbiorę jej apetyt, w końcu bywałem w miejscach, gdzie człowiek dość szybko przestawał zadawać pytania o skład posiłków, jeśli chciał zachować zdrowy rozsądek.
Na jej rozglądanie się po restauracji również nie mogłem nie zareagować, odruchowo sam rzuciłem okiem po sali, choć robiłem to z zupełnie innych powodów niż ona, potem wróciłem wzrokiem do Prudence i wzruszyłem ramionami. Bez słowa przyciągnąłem miskę, którą mi zaoferowała, bliżej siebie i dokończyłem jej porcję, po czym odstawiłem naczynie na bok z pełnym przekonaniem, że właśnie postąpiłem całkowicie zgodnie z porządkiem świata.
- Masz lasję. - Skinąłem głową na jej ocenę Bertiego Botta, kiedy kelnerka postawiła przed nami kolejne dania. - Na lasie nie balso mam się do czego przyczepiś, a uwiesz mi, naplawdę plóbowałem znaleźć jakiś powód do maludzenia. - Spojrzałem na pieczeń, która wylądowała przede mną, potem na zapiekankę przed Prudence - mogliśmy próbować dalej - tym razem bardziej ochoczo zabrałem się za moje danie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziej
wiek
25
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
projektant mody
Twarz o ostrych rysach, jasne włosy, jasne oczy, 190 cm wzrostu, sylwetka kogoś, kto wprawdzie nie jest wojownikiem, ale komu wyraźnie zależy na tym, aby dobrze się prezentować, więc czasem trochę ćwiczy. Zawsze dobrze ubrany - oczywiście wyłącznie w ubrania z Domu Mody

Christopher Rosier
#119
02.07.2026, 11:39  ✶  
– Nie powinnaś zbroi zostawić Gryfonom? – spytał, trochę zaczepnie, pijąc oczywiście do tego, że Slytherina nigdy nie przedstawiano w zbrojach, za to Gryffindora często z nimi oraz z mieczem. Rosier jako jedenastolatek lubił sobie to tłumaczyć tym, że Salazar myślał, a Godryk bezmyślnie walczył (bo wtedy oczywiście bycie rycerzem z mieczem zdawało się mu ciekawsze niż bycie łysym starcem z brodą w szacie), chociaż tu wchodziła z kolei Ravenclaw, psując tę teorię. Ostatecznie więc Chris uznał, że lepiej być sprytnym niż odważnym, bo to ten sprytny zwykle przeżywa bitwę, by o niej mówić.
– To możliwe, ale tym bardziej ciekawi mnie, czy da tu jakieś charakterystyczne desery. Nietypowe połączenia smaków? Coś o intrygujących kształtach, które będą dobrze wyglądały na zdjęciu w rubryce Czarownicy? Nie jestem pewien, czy dobrze to wyjaśniam, ale chyba po twórcy fasolek… spodziewam się kreatywności – wyjaśnił. Dzisiejsze desery były przepyszne, ale bardzo typowe: i Rosierowi to nie przeszkadzało, bo smakowały bosko, ale intrygowało go trochę, czy w stałym menu, już za opłatą, pojawią się jakieś pozycje, które mogłyby stać się jego nowym znakiem rozpoznawczym. Czy Bott chciał jakoś się wyróżnić? Całe to nietypowe otwarcie i rozdawanie magicznych słodyczy wskazywało na to, że być może. – A jeśli chodzi o to, podejrzewam, że to też trochę forma reklamy nie tyle restauracji, a jego masowo produkowanych słodyczy – przyznał, i gdy wziął ostatni kęs deseru, sięgnął po torebkę z podarkiem, by obrócić ją w dłoniach. Jeżeli szło o niego, nie był świadom, że Bertie Bott to taka trochę ludzka wersja szczeniaka labradora, pełna miłości wobec ludzi i entuzjazmu wobec świata, spodziewał się więc, że to wyrachowana część strategii promocyjnej. Gdy tymczasem pewnie była po trochu i jednym, i drugim: chęcią zrobienia czegoś miłego i sprytną promocją. A może też częścią planu, by zrealizować największe marzenie? To ostatnie akurat Chris mógł zrozumieć.
Uniósł szklankę z herbatą i posłałam znad niej uśmiech Victorii.
– Oczywiście, że tak. Dziś pewnie wypada zaraz zwolnić stolik, ale chętnie odwiedzę to w inny dzień, gdy będzie stałe menu i nie taki tłum.
I nawet zdołał powstrzymać komentarz o „rożnym tłumie”, bo wyglądało na to, że jakimś cudem darmowa oferta nie przyciągnęła stosów ludzi z marginesu, a jeżeli nawet, to doskonale się maskowali.
– Nie jesteś ciekawa tej pełnej oferty deserów?
fireheart
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
aurorka, twórczyni eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, ciemnobrązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy. Bije od niej lodowate zimno, w dotyku jest jak bryła lodu.

Victoria Lestrange
#120
03.07.2026, 07:56  ✶  

– Gryfona raczej każdy by się w zbroi i z mieczem spodziewał. Ślizgona nie, to element zaskoczenia – odparła, całkiem z siebie zadowolona, tym bardziej, że chyba oboje mieli świadomość, że nic takiego nie nastąpi, a Victoria nie będzie chodziła obłożona żelastwem. Nie była osobą, która ładowała się na przeciwnika, bez ułożenia sobie w głowie choćby krótkiego planu (chociaż oczywiście w walce nie miało to już większego znaczenia, bo działa się zwykle zbyt szybko).

– Może? Prawdopodobnie – zastanawiała się na głos, zerkając teraz dyskretnie na innych gości lokalu, nim wróciła spojrzeniem na Christophera. – Może nie bardziej wymyślne nie nadawały się na taki dzień jak dzisiaj, kiedy spodziewał się wielu gości i musiał mieć przygotowane w zapasie więcej? Nie znam się oczywiście na gotowaniu czy pieczeniu – dodała szybko, zgodnie zresztą z prawdą. – Ale gdyby chodziło o mnie i o eliksiry to tak bym pewnie właśnie zrobiła. Po klasyce rozpoczynasz, czy wie co robi. Po eksperymentach to, co ma w głowie – skwitowała ostatecznie i złożyła widelczyk na talerzyku w sposób nie pozostawiający wątpliwości, że już skończyła swój deser, i sięgnęła jeszcze po filiżankę, by dopić swoją herbatę.

– Tak, na pewno forma reklamy. Przychodzisz, dostajesz uroczy upominek, a może próbkę czegoś, co będzie w ofercie do kupienia na wynos, myślisz o tym miejscu – wymieniała, patrząc teraz na dłonie Chrisa i na woreczek z muffinkami. Uśmiechnęła się pod nosem na jego zapewnienie. Jakoś odczuwała pewną formę ulgi, gdzieś w głębi serca, że Rosier nadal bierze ją pod uwagę i chce gdzieś z nią wychodzić. Nigdy wcześniej nie spędzali ze sobą tyle czasu, a teraz, gdy poznała go trochę lepiej, okazywał się być naprawdę interesującym towarzystwem. Wkradał się do jej myśli i je zajmował. I miała nadzieję, że nie myśli o niej jako o nudnej czy męczącej, takiej na chwilę, aż ktoś ciekawszy nie zajmie jego uwagi.

– Oczywiście, że jestem… – stwierdziła z lekkością, bo nie było sensu ukrywać swojej miłości do deserów, skoro i tak już to zauważył.

Uśmiechnęła się do niego raz jeszcze.

A chwilę później, gdy oboje dopili herbatę, wstali, z zamiarem wyjścia z restauracji, by zwolnić stolik innym, którzy chcieliby spróbować dań przygotowanych na dzisiaj.


Postacie opuszczają sesję
Christopher i Victoria
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 3 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (5596), Alastor Moody (1331), Anthony Shafiq (1567), Asena Greyback (2293), Astoria Avery (1536), Atreus Bulstrode (2261), Baba Jaga (2379), Basilius Prewett (1050), Benjy Fenwick (11801), Bertie Bott (1108), Brenna Longbottom (2437), Christopher Rosier (4646), Émile Mulciber (1567), Kożuch (1361), Lorien Mulciber (4450), Lorraine Malfoy (1742), Lukas Nott (2405), Lydia Black (1505), Millie Moody (1040), Nora Figg (2764), Pan Losu (1831), Prudence Fenwick (9289), The Edge (4442), Victoria Lestrange (5450), Woody Tarpaulin (2961), Zenon Kozioł (4196)


Strony (18): « Wstecz 1 … 10 11 12 13 14 … 18 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa