• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6
[Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa

[Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa
Gówniara z miotełką
She had a mischievous smile, curious heart and an affinity for running wild.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#151
24.11.2022, 13:05  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.11.2022, 11:19 przez Heather Wood.)  

Heather chyba po prostu nie potrafiłaby mieć takiego kija w dupie. Musiałaby myśleć o tym, co robi, a myślenie w przypadku panny Wood wychodziło nie najlepiej. Wolała działać, chyba od zawsze. Szybkie decyzje, wcale nieprzemyślane to było coś w czym była najlepsza.

- Och tak mój najdroższy, co byśmy bez Ciebie zrobili.- Przechyliła głowę w stronę Camerona i się w niego wpatrywała. Dotarło do niej właśnie, jakie miała szczęście, że on i Charlie pojawili się w jej życiu. Idealnie się dopełniali, dbali o siebie, niczego więcej nie potrzebowała. - Nie sądzisz, że to całkiem zabawne, że normalnie raczej masz problem z koordynacją, a jak przychodzi, co do czego to masz najpewniejszą rękę z nas wszystkich? Nie spodziewałam się, że zostaniesz medykiem, nie miej mi tego za złe, że Ci o tym mówię, ale naprawdę nie mam pojęcia, jak do tego doszło.- Zastanawiała się w sumie, jak to jest możliwe, że w przypadku pracy Lupin był swoim zupełnym przeciwieństwem.

Nachyliła się do niego i szepnęła mu do ucha. - Nie wspominałeś o tym wcześniej, może trzeba coś z tym zrobić, żebyś zaczął się wysypiać.- Kiedy palce Camerona dotknęły jej ręki przeszedł ją ciepły dreszcz. Przymknęła na moment oczy. Rozmarzyła się, wiele by dała, żeby nie być teraz z nim wśród tych wszystkich ludzi, musiała jednak wrócić do miejsca w którym się znajdowali. - Lepiej tak więcej nie rób, bo nie będę mogła się powstrzymać.- Trudno jej było panować nad swoimi emocjami, a on ją prowokował, pobudzał jej zmysły, te których wolałaby jednak nie pokazywać przy wszystkich, pozostawała w niej wciąż resztka ogłady.

- Woda, fakt, znowu mnie poniosło.- Widać było, że Heather nieco się zamyśliła. Nadal była zła na siebie, że nie panuje nad klątwą. Nie chciała krzywdzić najbliższych, a czasem przypadkowo obrywali rykoszetem przez te jej przypadłość. - Fakt nie ma co nad tym myśleć za bardzo, grunt, że masz te dwa palce, na pewno się nam jeszcze przydadzą, jeśli zaś chodzi o lecznicze noce u mnie, możemy je częściej powtarzać.

- Bylibyście o mnie zazdrośni, gdybym poszła gdzieś z kim innym?- Spojrzenie Wood przeszywało Camerona, naprawdę była ciekawa, czy to prawda, co właśnie powiedział. - Wolę rybę z frytkami z Wami, niż wystawne kolacje z takimi pajacami, jak ten tam. Nie stresuj się, nigdy Was nie zostawię.- Wydawało jej się, że jej życie jest kompletne, kiedy miała ich dwóch obok siebie, nic więcej nie potrzebowała do szczęścia. Może czasem zastanawiała się, jak to będzie i czy tak można zawsze? Czy wypadałoby kiedyś jednak związać się z kim na stałe, w końcu Charlie miał swoją dziewuchę, a ona z Camim byli nadal obok.

Cieszyło ją to, że Lupin podłapał jej ton rozmowy z dziennikarką, zamierzała nadal w to brnąć, tym bardziej, że on nie miał nic przeciwko temu. - Co więcej mogę powiedzieć, wyglądał jak cukierek? Miałam kłamać, że mnie satysfakcjonuje, a ten drugi... nie dość, że był z białego złota, to miał brylant za mały.- Udała rozczarowanie. - Tak, za trzecim razem, na pewno trafisz w mój gust kochany. - Pozwoliła sobie pocałować Camerona w policzek, żeby dziennikarka widziała, jak bardzo jest zaangażowana w ten związek. Przyglądała się dziennikarce, w sumie postanowiła nadal ciągnąć ten temat. - Mogę powiedzieć, oczywiście, jeśli zostanie to między nami.- Szepnęła do kobiety. Już ona wiedziała, że na pewno to wykorzysta. - Jest w moim życiu jeszcze jeden mężczyzna, Charles, nazwiska jednak nie podam, może uda się pani połączyć fakty, nie można wszystkiego podawać jak na tacy. - Sama Heather była ciekawa, co o sobie przeczyta w gazecie po tej rozmowie. Nie wypuszczała dłoni Lupina ze swojej, jego bliskość sprawiała jej przyjemność.

Zupełnie zignorowała Florence, która do nich podeszła, bo akurat w tym momencie zaczęła śpiewać Faye, Heath niczym zaczarowana spoglądała na piosenkarkę na scenie.- Cami, słyszałeś coś tak pięknego?- Nie miała możliwości jednak wsłuchiwać się zbyt długo w ten zachwycający występ, gdyż zaczęło się jakieś zamieszanie. Heather momentalnie wstała, chciała zobaczyć co się dzieje, nie puściła jednak ręki Camerona tylko pociągnęła go ze sobą. - JA PIERDOLE, KURWA BOBER CAMI - Czego, jak czego, ale nie spodziewała się, że na balu u Longbottomów będzie dane jej zobaczyć bobra. Dziwny dreszcz przeszedł jej po plecach, ostatnio nie miała zbyt przyjemnych spotkań ze zwierzętami, na szczęście bóbr był po drugiej stronie sali, nie powinien więc się nimi zainteresować.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Ma około 182 cm wzorstu, atletycznej sylwetki. Jego włosy są czarne, podkręcane, często zaczesywane do tyłu lub pozostawione same sobie. Twarz ma łagodną, ale opaloną wiatrem. Wyróżnia go przyjemna, oliwkowa cera, wyraźna oprawa równie ciemnych oczu i kilkudniowy zarost. Dłonie, raczej szorstkie, często poranione, lecz ciepłe w dotyku. Pachnie drewnem (świeżo ściętym lub palonym w kominku), skórzanymi wyrobami i czymś gorzkim, może lasem. W zachowaniu, można powiedzieć, dziwny. Bije od niego pewien rodzaj praktyczności i dystans. W postawie pewny siebie, może spięty?

Theseus Fletcher
#152
24.11.2022, 13:23  ✶  
Czas spowolnił tak jak ten bóbr, który z perspektywy, w której położony był Theseus, wyglądał niczym Ikar. Na przekór prośbom Dedala, bóbr o imieniu Nora wyrusza ku skazanej na porażkę przygodzie.

Przez chwilę zdawało mu się, że ciało bobra przesłoniło im nawet światło żyrandola, rzucając swój cień na cały ten bal. Jeśli jeszcze przed chwilą jakieś wolne panny nabierały rumieńców na myśl o wygranej licytacji kolacji z Erikiem, tak teraz oczy wszystkich spoczęły nie na pięknym dziedzicu Longbottomów, a zwyczajnym bobrze. Nora może nie skradła serc wszystkich zebranych od razu, ale na pewno, ostrymi jak brzytwa siekaczami, wyrwała sobie drogę do bycia gwiazdą wieczoru.

Czy to była jego wina? Czy to on był tym, który rzucił zaklęcie? Co się stało? Czy śnił? Powoli podnosił się z ziemi, słysząc odbijające się po jego głowie okrzyki pełne emocji, które były ze sobą bardzo sprzeczne. Ktoś w pełnej zgrozie wołał, że zostawić należy bobra! Ktoś wył, że „no dobra, trzeba teraz tego bobra na grobla”! Inni, pijani szaleństwem nocy raz, że niedowierzali własnym załzawionym oczom, dwa – chcieli być po prostu bliżej.

Widział, jak w ruch idą różdżki, najbliżej był Alastor, ale to Brennie udało się odsunąć Norę od tej farsy. Ciężko jej jednak było odsunąć ją od drewnianej laski jakiegoś mężczyzny.

Czy Theseus, widząc to wszystko, zemdlał?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak
Paprotka
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Pierwsze, co rzuca się w oczy to nierówna pionowa blizna po lewej stronie ust. Zniekształca nieco delikatny uśmiech, który zawsze pełga na jej wargach, chociaż ciemne oczy wcale wesoło nie świecą. Spogląda na świat nieco smutno, trochę nieobecnie, jakby myślami zawsze wędrowała gdzieś indziej. Mierzy nieco ponad 170 centymetrów, a kilka centymetrów dodaje jej bujna i zawsze rozwiana czupryna ciemnobrązowych włosów. Jedyny czas, kiedy ogarnia chaos na swojej głowie, to kiedy pracuje w św. Mungu. Równie nieodłącznym aspektem jej wyglądu jest charakterystyczna zielona szata uzdrowiciela. Poza godzinami pracy w szpitalu zwykle nosi szare wełniane spodnie, swetry w zieleniach lub brązach oraz marynarki, lub (swoją ulubioną) brązową mugolską pilotkę.

Fernah Slughorn
#153
24.11.2022, 13:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.11.2022, 13:48 przez Fernah Slughorn.)  

— Masz rację. Właściwie tę niebotyczną kwotę ratuje tylko to, że zostanie przekazane na szczytny cel.

Jak i całe to wydarzenie, bo więcej zdziałaliby na świecie, gdyby zamiast przyjęć, bankietów i prywatek, czarodzieje zajęli się poważniejszymi sprawami.

— Jasne, że pamiętam. Do dziś przypominam mu o tym, jak wyrósł mu dziób. Byliśmy wtedy chyba na trzecim roku i stwierdziłaś, że zrobimy eliksir upiększający. — zaśmiała się, wspominając Camerona, który pokrzykiwał, jak rasowy paw. — Jeżeli mogłabym ci jakoś pomóc, to wystarczy, że powiesz. Wal jak w dym, że tak to ujmę.

Fernah miała złote serce i nie zaprzeczyłby temu nikt, kto spędził z nią, chociaż kilka minut. Zawsze można było na nią liczyć, a już zwłaszcza mogli na niej polegać przyjaciele. Była tym typem człowieka, który za Dorę, Camerona lub inną bliską osobą skoczyłby w ogień, lub zszedł na samo dno piekła.

Ich rozmowę przerwał występ Faye Longbottom, więc obie zwróciły się w kierunku sceny. Paprotka nie należała do melomanów, ale coś w śpiewie krewnej sprawiło, że przebiegły ją ciarki. Całe szczęście nie była jedyną osobą, wpatrującą się nachalnie w jasnowłosą kobietę.

Utwór powoli zmierzający ku końcowi, nagle się urwał. Fernah zamrugała, ponownie skupiając uwagę na otaczającym ją świecie. Z przeciwnego krańca sali dobiegły ją krzyki. Były to zarówno przeciągłe ochy i achy zdziwienia, jak i ciche przekleństwa. Zwieńczeniem całego poruszenia było to samo zaklęcie wykrzyczane przez dwa różne głosy.

— Co najlepszego się tam dzieje?

Przez głowę Ferny przebiegł cały tabun myśli. Zaczynając od kolejnego ataku popleczników Lorda Voldemorta, przechodząc do kłótni nielubiących się czarodziejów, kończąc na ataku serca jednego z gości, który wywołały kwoty, jakie przed momentem padły. Odruchowo sięgnęła po różdżkę i jednocześnie zrobiła krok do przodu, przed Dorę, by w razie co móc osłonić swoją przyjaciółkę.


Odkryj wiadomość pozafabularną
TLDR: w rozmowie z Dorą wspomina o tym, jak na 3. roku postanowiły Camerona upiękrzyć, ale zamiast tego wyrósł mu dziób. Przerywają na rzecz koncertu Faye i na sam koniec reakcja Paprotki na krzyki z drugiego końca sali.


„Rękopisy nie płoną.”
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#154
24.11.2022, 13:38  ✶  

Geraldine przyjemnie spędzała czas z Gio. Udało im się wygrać interesujące ich licytacje, byli więc w wyśmienitych humorach. Yaxley nie miała zamiaru jakoś specjalnie dzisiaj zwracać na siebie uwagi, dobrze czasem było bawić się gdzieś w tle, szczególnie w takim wspaniałym towarzystwie.

Po raz kolejny zauważyła Theseusa, który najwyraźniej bawił się tu dzisiaj jeszcze lepiej niż ona, w towarzystwie nieznanej blondynki. Obserwowała ich uważnie, z odpowiedniej odległości. Nie chciała, żeby przyjaciel poczuł na sobie jej wzrok. Sięgnęła po kieliszek z alkoholem i wypiła zawartość jednym haustem. Chyba zrobiła się trochę zazdrosna, powinna? Przecież Thes to był jej przyjaciel, nie wiedziała dlaczego więc to wszystko jej tak ciąży. Miała chęć wyjść stąd zaczerpnąć świeżego powietrza. Przeniosła spojrzenie na moment na Gio, nie chciała go tu zostawić samego, choć pewnie by sobie bez niej poradził. Wystarczyło, że odwróciła wzrok na chwilę, a wszystko zaczęło się sypać.

Nie widziała momentu, w którym Theseus wypuścił Norę z rąk, jednak dane jej już było dostrzec zaklęcie, które uderzyło w kobietę w powietrzu i zamieniło ją w bobra. - Na Merlina... - Stanęła na palcach, by zobaczyć, gdzie jest Thes i czy wszystko z nim w porządku. - Przepraszam Cię Gio, wrócę, na pewno!- Nie zamierzała zwlekać, w końcu chodziło o Fletchera.

Gerry pobiegła przed siebie nie zważając na ludzi, których po drodze taranowała. Przepychała się łokciami, aby dobiec do przyjaciela w potrzebie. W nosie miała tego całego bobra, dla niej najważniejsze było to, aby zobaczyć, co z Theseusem. Niczym gazela w kilka sekund dobiegła do niego. Na całe szczęście, bo zobaczyła, jak widząc efekt swoich tańców zemdlał. Nachyliła się przy nim, co ona właściwie powinna teraz zrobić? - Thes, słońce, żyjesz?- Delikatnie uderzyła go w policzek. - CZY JEST NA SALI MEDYK- Wydarła się ile tylko miała sił w płucach.

The Alchemistake
—I am a brain—
The rest of me is a mere appendix
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Naukowiec/Antropolog MM
William zdaje się mieć głowę w obłokach przy swoich 185 centymetrach wzrostu i wiecznie nieobecnym spojrzeniu. Burza kręconych, czarnych włosów wydaje się niezdatna do zaczesania, zazwyczaj towarzyszy jej też lekkie zmarszczenie brwi; w zamyśle, skoncentrowaniu. Skrępowany w towarzystwie mówi zbyt wiele lub za mało. Często zapomina o skarpetkach (czasami nawet o butach) czy jak wiąże sie krawat, nierzadko zapina nierówno koszule (myli guziki). Mówi dość szybko, więc czasami trudno zrozumieć zlewające się ze sobą słowa, ewentualnie nie kończy myśli, więc trzeba go ciągnąć za język.

William Lestrange
#155
24.11.2022, 14:42  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.11.2022, 15:05 przez William Lestrange.)  
Tutaj dla Eden:

Z każdym kolejnym słowem Eden czuł, ze potrzebował wlać w siebie więcej alkoholu. Niby pamiętał, że nigdy nie była miłą i do rany przyłóż osobą, ale zdecydowanie nie spodziewał się, że będą dyskutować o takich sprawach na tym, pozornie nieszkodliwym, balu. Westchnął w duchu gdy kobieta wyraziła swoje zdanie na temat bliźniaka. Teoretycznie się z nią zgadzał, ale wypowiadając słowa przeciwko Elliottowi wypowiedziałby je też przeciwko Eden, bo obydwoje byli siebie warci. Will zdawał sobie sprawę, że gdyby Eden dana była szansa to faktycznie pozbyłaby się swojego brata, ale przeszkadzał jej w tym autorytet ojca. Czasami mu się wydawało, że kobieta nie zgadza się z nim tylko dlatego że nie chce dopuścić do siebie tych wszystkich myśli, że woli żyć w iluzji, bez świadomości tego jak mocno niszczą ją relacje z własną rodziną. Nie powinien jej winić, ale też nie rozumiał do końca mechanizmów, które kierowały blondynką, a jak miał w zwyczaju, raczej nie wypowiadał się na tematy, w których nie miał jeszcze pewności.
Sięgnął po kolejny kieliszek, bo mimo bąbelków szampan zaczynał smakować jak słodkie wybawienie.
Prawie się zakrztusił kolejnym łykiem, gdy partnerka postanowiła obdarzyć go jednym ze swoich autorskich przytyków. Przełknął alkohol z trudnem, czując jak piecze go przełyk i to wcale nie od ilości procentów, a po prostu chęci wyplucia tego, co właśnie miał w ustach. Nie poddał się - połknął, tak samo jak połykał każdą kolejną obelgę ze strony Eden. Przynajmniej na razie. Każdy ma swój limit.
Nawet ie zauważył, gdy ścisnął za mocno kieliszek, więc w momencie wypowiadania przez blondynkę kolejnej, horrendalnej kwoty szkło pękło mu w dłoni, a reszta słodkiego płynu ściekła mu po palcach, z odrobiną krwi i wylądowała na podłodze. Zaraz też zajęła się tym obsługa, a Will przetarł dłoń rękawem marynarki.
- No tak, zapomniałem, że to jest właśnie twój typ, Eden. Prawdziwy mężczyzna. Cokolwiek to znaczy, ale wydaje mi się, że według norm to raczej wszystko to, z czym walczysz swoimi jadowitymi komentarzami, ale może przez ten rok zmieniło się tak wiele rzeczy, ze wolałabyś, aby ktoś ci pokazał, gdzie jest twoje miejsce jako kobiety w związku. - uniósł brwi - Miłego szukania prawdziwych mężczyzn, jest ich zapewne sporo na sali. - nie zaśmiał się nawet i wysmyknął z uścisku żony, bez przemyślenia akcji po prostu wmieszał się w tłum, gdy licytujący wciąż wykrzykiwali coraz to wyższe sumy.

Odnośnie zmiany w bobra i potrząsania wybudzania Theseusa:

Licytacje wygrał bliźniak Eden i bardzo dobrze, pomyślał William w pierwszej chwili i dopiero wtedy się zatrzymał, westchnął głęboko. Niewielkie przecięcie na ręce przestało krwawić, bo szkło kieliszka nie wbiło się głęboko, wciąż odrobinę piekło, ale to nie było teraz istotne, pewnie zaraz o tym zapomni. Rozejrzał się po sali próbując wyłapać w tłumie kogoś znajomego, z kim, być może będzie mógł spędzić resztę godzin. Nie chciał myśleć o żonie, zwłaszcza, ze jego zirytowanie nie brało się z samej odzywki, którą rzuciła w jego stronę, a bardziej z tonu. Dopiero co o tym rozmawiali, a znowu wrócili do punktu wyjścia, jeżeli tak miało wyglądać ich 'pogodzenie się', jeżeli mieli chodzić w kółko i nie rozwiązywać niczego, a sprawiać, że jeszcze bardziej się znienawidzą to te papiery rozwodowe wcale nie byłyby takim głupim pomysłem. Miałby spokój. Nie musiałby wychodzić z laboratorium, martwić się, że kogoś rani samym swoim istnieniem i funkcjonowaniem.
Zobaczył w tłumie Florence i to do niej chciał podejść, ale w tym samym momencie usłyszał śpiew dochodzący ze sceny, więc zatrzymał się w półkroku. Przekręcił lekko głowę przyglądając się kobiecie na scenie, nie będąc pewnym w jaki nastrój wprawia go ta muzyka, na pewno wcześniejsze zirytowanie zachowaniem żony wyparowało z niego w zaskakująco szybkim tempie, aby zastąpić spięte mięśnie miłym rozluźnieniem. Zamrugał pare razy i potrząsnął głową. Co właściwie miał zrobić? A tak. Spojrzał w miejsce, gdzie wcześniej widział Florence, ale nie mógł jej dostrzec przez to, że w rozstawionych po sali gościach nastąpiła roszada, a niektórzy ruszyli na parkiet. Oczy Lestrange'a skupiły się na chwilę na tańczących, aby wyłapać fakt, że jedna z kobiet, drobna blondynka, prawdopodobnie zaraz zaliczy nieprzyjemne spotkanie z posadzką. Przyjemne uczucia, którymi wypełnił Williama śpiew Faye spowodowały, że zechciał jej pomóc, wyciągnął więc różdżkę chcąc transmutować najbliższy mebel w coś miękkiego, niestety - ktoś go lekko potrącił, a też pare kieliszków szybko wypitego na pusty żołądek alkoholu zrobiły swoje. Poddenerwowanie jakby nagle do niego wróciło i nim się obejrzał nieznajoma kobieta śmigała po sali jako bóbr.
Skrzywił się chowając różdżkę w pierwszym odruchu. Na Merlina, co za ambaras. Może Eden miała racje, kompletnie się do niczego nie nadawał, a co dopiero do wychodzenia na kolacje. Jeszcze też by narobił tam bałaganu.
Sytuacja rozwinęła się dość... szybko, wiele osób krzyczało. Najpierw Perseus, mąż siostry Eden, którego laska (ta drewniana, nie Eunice) była podgryzana przez tego nieszczęsnego bobra. Padły kolejne zaklęcia, aby odczarować biedaczkę. Will poczuł ukłucie wyrzutów sumienia, ale ostatecznie musiał przyznać, ze wszystko wyszło śmiesznie, a nie tragicznie. Tyle dobrze.
Zaraz też ktoś zawołał o medyka - nie chwal dnia przed zachodem słońca, pomyślał do siebie i uznawszy, że może się chociaż w tej sytuacji przydać podszedł do wołającej o pomoc kobiety, która pomagała tańczącemu wcześniej, o ironio, ze zmienioną w bobra kobietą.
Uśmiechnął się skrępowany.
- Chyba mogę trochę pomóc z tą medyczną sytuacją. On ma jakąś przypadłość? Chorobę? Czy ta bobrzana afera sprawiła, że zechciał się odłączyć od swojej świadomości? - zapytał, zaskakująco nawet się nie zająknąwszy. Magia alkoholu. Sprawdził mężczyźnie puls w pierwszym odruchu, ale ten wydawał się w normie.
Przyjrzał się Fletcherowi, ale poza tym, ze był nieprzytomny, wszystko było z nim w porządku. Przynajmniej na jego, trochę pijane oko.
- Wydaje się jakby wszystko było z nim w porządku. Chodź, pomogę ci go przetransportować na jakieś krzesło. Dobrze będzie dać mu coś ocucającego - miał na myśli eliksir albo miksturę, oczywiście -, ale nie mam nic przy sobie, gospodarze powinni coś mieć, tak myślę. - wyznał - I żeby wyszedł na powietrze.


Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
Nieoceniony Stażysta
god gives his silliest battles to his most tragic of clowns
wiek
20
sława
IV
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
stażysta, szpital św. munga
zdezorientowane spojrzenie; ciemnobrązowe oczy; ciemnobrązowe włosy w wiecznym nieładzie; cienkie usta; przeciętny wzrost 174 cm; dobrze zbudowany, jednak wynika to raczej z diety i ciągłego latania z jednego zakątka szpitala św. Munga w drugi niźli intensywnym ćwiczeniom fizycznym; wada wymowy (jąkanie się) objawiające się w sytuacjach stresowych

Cameron Lupin
#156
24.11.2022, 16:35  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.11.2022, 19:55 przez Cameron Lupin.)  

Popatrzył na przyjaciółkę z niemałym rozczuleniem, gdy zobaczył, jak ta przekrzywiła lekko głowę. Wydawało mu się, że nawet dostrzegł w jej niebieskich oczach oznaki zamyślenia, jednak szybko wykluczył tę opcję. Oni z reguły dosyć rzadko myśleli, nie mówiąc już o tym, aby robić to w trakcie przyjęcia. W każdym razie Cameron poszedł w ślady dziewczyny, teatralnie odzwierciedlając gest przechylania głowy w bok. Gdyby nie to, że wpakowali się do tego pierwszego rzędu, to może nawet zacząłby ją przedrzeźniać, nieudolnie starając się imitować jej głosik.

— Bylibyście w czarnej ekhm dziurze, że tak grzecznie powiem — odparł, wykonując młynek oczami. Przecież to było oczywiste, że by sobie bez niego nie poradzili, tak samo, jak nie przetrwaliby bez jego magii leczniczej. Ba, miał wątpliwości, czy dożyliby tak sędziwego wieku, jak dwudziestka, gdyby nie to, że przy każdym większym wypadku starał się doprowadzić ich do porządku. W miarę swoich skromnych możliwości. — Bardziej się skupiam, gdy mi na czymś albo na kimś zależy. Nie jest to łatwe, gdy w głowie panuje jedna wielka pustka, aleeee... Jeśli bardzo się postaram, to nawet mi coś czasami wyjdzie.

Uśmiechnął się zawadiacko, doskonale zdając sobie z lekkiego podtekstu, jakim podszyte były jego słowa. Jeśli miałby być dumny z czegokolwiek w swoim życiu, co nie dotyczyło magii, edukacji lub pracy, to zdecydowanie byłaby to jego relacja z Wood i Rookwoodem. Miał świadomość, że był dosyć specyficzny, a w porównaniu z tym, jakie było jego rodzeństwo, dosyć mocno odstawał, gdy stał obok nich w szeregu. I pomimo wszystkich dziwności, które go odznaczały, znalazł wspólny język zresztą sławetnego trio. Brał od nich dużo i to brał cały garściami, czerpiąc z każdej spędzonej w ich gronie chwili, jednak starał się dawać z siebie równie wiele.

— Byłbym wdzięczny. Przydałoby mi się remedium na tę przypadłość — potwierdził ochoczo, poprawiając się na siedzeniu, jakby wystarczyło mu jedno słowo, aby stanąć na równe nogi i przenieść się do laboratorium, aby zacząć eksperymenty. Szkoda tylko, że do pomocy nad recepturą lekarstwa miałby tylko jednego rudzielca. Z jedną asystentką, to by za wiele nie zdziałał, pewnie nawet nie doszliby do żadnego przełomu. A bez Charliego nie mogli pójść na całość i w pełni oddać się różnego rodzaju testom. — Skoro mnie tutaj przyprowadziłaś, to musisz wytrzymać. Pomyśl, o ile gorzej by Ci było, gdybyśmy byli tutaj teraz całą trójką.

Zagryzł dolną wargę, starając się powstrzymać szeroki uśmiech, który za wszelką cenę próbował wedrzeć się na jego usta. Prawdę mówiąc, miał dziwne wrażenie, że jego słowa będą miały efekt odwrotny od zamierzonego, przez co Ruda stanie się jeszcze bardziej zniecierpliwiona. Cóż, w najgorszym razie znowu przełączy się na tryb hydrantu. Może nawet byłoby im to na rękę? Licytacja szybciej by dobiegła końca, a oni mogliby znaleźć sobie jakąś przytulną kanapę w pobliżu baru z darmowym alkoholem.

— Byłbym chorobliwie zazdrosny o Was obydwoje. — Wyprostował się, odwracając wzrok w bok, jak gdyby przyznanie się do tego na głos było okazaniem słabości. W końcu nie było też tak, że w grę nie wchodziły żadne uczucia w tym układzie, czyż nie? Ciężko by było utrzymać relację tego typu przez tak długi czas, gdyby nie darzyli się żadnymi intensywnymi emocjami. Uśmiechnął się, gdy obiecała nie podbijać do Longbottoma. — Masz szczęście. Gdybyś jednak do niego poszła, gospodarze mogliby stracić dziedzica. Wprawdzie najpierw trzeba by było przeciąć go na pół, bo do jednej beczki się nie zmieści, ale po wrzuceniu po połówce do beczki, raczej udałoby się go zalać eliksirem o właściwościach kwasu, żeby nie został po nim żaden ślad.

Wbił na dłuższą chwilę wzrok w swoją towarzyszkę, jak gdyby chciał ją przekonać, że mówi całkowicie na poważnie. Po chwili parsknął jednak histerycznym śmiechem. Cóż, paru rzeczy się nauczył podczas dodatkowych kursów, które odbył po nauce w Hogwarcie. Wprawdzie nie był pewny, czy eliksir faktycznie pozbyłby się wszystkich dowodów ewentualnej zbrodni, zwłaszcza w przypadku tak rosłego faceta, ale zawsze można było spróbować. Poeksperymentować w imię nauki. Gdyby przegiął i faktycznie zachciałoby mu się gdzieś chodzić z Heather. Nie miał znajomych w swoich wieku?

— Trzeba włożyć naprawdę cholernie dużo wysiłku, żeby zaspokoić potrzeby tej kobiety. Zanim wyjdzie się z nią gdziekolwiek na kolację, to trzeba wszystko zaplanować z wyprzedzeniem, bo jak usiądzie przy stoliku, to od niego szybciej nie odejdzie. Najpierw przystawka, potem pierwsze danie, drugie danie, drink, deser, przekąska, żeby nie zgłodniała w drodze powrotnej do domu — zaczął wyliczać.

Szybko jednak odniósł wrażenie, że pióro skupiło się przede wszystkim na pierwszym wypowiedzianym przez niego zdaniu. To go trochę zdziwiło. Bądź co bądź właśnie dawał dziennikarce konkretne szczegóły na temat zwyczajów żywieniowych gwiazdy quidditcha.

— Skoro bardziej Ci zależy na tym, żeby to pierścionek cię usatysfakcjonował, a nie narzeczony, to chyba muszę dogłębnie przemyśleć swój udział w tym układzie. Już niedługo będziesz mogła pójść do tego drugiego jakmutam — sarknął, jakby uwagi rudowłosej działały na niego, niczym płachta na byka.

Koniec końców reporterka zostawiła ich w spokoju. Niedługo później na scenę wkroczyła Faye Longbottom, a gdy na sali rozbrzmiał jej anielski głos, młody medyk wręcz nie był w stanie odwrócić od niej oczu. Poniekąd odnosił wrażenie, że kobieta śpiewa tylko dla niego, tak wyraźnie przemówił do niego utwór wykonywany przez śpiewaczkę. Mógł tak trwać i trwać, gdyby nie to, że nagle zjawiła się Florence, a Cameron natychmiast bladł, przerażony tym, czego mogłaby chcieć marnować na niego swój prywatny czas. Machinalnie podniósł się z krzesła i wyprostował jak struna od gitary, starając się obserwować zarówno Faye, jak i opiekunkę stażu. A jeszcze musiał zerkać co chwilę na Heather, na Merlina, ile do ogarnięcia w jednej chwili.

— Dzień dobry — przywitał się szybko, jednak zanim zdążył cokolwiek dodać, został uraczony dosyć dosadnym ostrzeżeniem. Zamrugał parę razy i już miał odpowiedzieć, gdy w tle nagle doszło do jakiegoś incydentu. Skierował tam swój wzrok, jednak ten wrócił od razu do Bulstrode. — Ja... Ja oczywiście, że pamiętam. Będę gotowy. Wszystko będzie przygotowane na tip top!

Zanim zdążył złożyć kolejne obietnice, Ruda poderwała się z miejsca, wykrzykując coś na temat jakiegoś bobra. Gdzie ona widziała bobra? Zmrużył oczy, rozglądając się to tu to tam, jednak niczego takiego nie zauważył. Chociaż w jednym kącie sali zbierała się już niemała grupa ludzi, więc może tam coś się stało...

— Trzeba go poczochrać po brzuszku, to wtedy podobno spełnia trzy życzenia! — mruknął, gdy Heather pociągnęła go w bliżej nieokreślonym kierunku. Pozwolił jej na to. Czyżby chciała obejrzeć ten cyrk z bliska?

King with no crown
Stars, hide your fires
Let no light see my black and deep desires
wiek
31
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Kanclerz Skarbu
Schludny, młody mężczyzna ze starannie ułożonymi blond włosami. Nie grzeszy wzrostem, będąc wysokim na 178 centymetrów, acz chodzi na tyle wyprostowany i z uniesioną głową, że może wydawać się górować nad rozmówcą. Pomaga mu w tym spojrzenie chłodnych, niebieskich oczu, na tyle skutych lodem, że nie sposób się przez niego przebić, aby dostrzec kryjącą się za nimi duszę. Zazwyczaj używa perfum z cedrowymi nutami przeplatającymi się z drzewem sandałowym. Dobiera ubrania starannie, zwłaszcza kolorystycznie. Nie ubiera się krzykliwie, acz odpowiednio do okazji; zawsze z idealnie wyprasowanym materiałem koszuli, dobrze dopiętą kamizelką. Charyzmą przyciąga do siebie innych, acz waży słowa w naturalnie ostrożnej manierze. Nie brak mu w głosie donośnych tonów, na marne można oczekiwać, że otworzy usta, aby krzyczeć, nawet te cicho wypowiedziane przez niego słowa potrafią być dobitniejsze niż cudzy krzyk. Stawia na niską intonację, uważając, że jest przyjemniejsza dla ucha i bardzo dobrze podkreśla angielski, wręcz krzyczący w swojej pretensjonalności o jego uprzywilejowanym urodzeniu, akcent.

Elliott Malfoy
#157
24.11.2022, 17:43  ✶  
- A masz jakieś grzechy podatkowe do wyznania, Percy? - Malfoy uniósł brwi w rozbawieniu. Nawet jeżeli przyjaciel miałby jakiekolwiek tego typu kwestie to prędzej pomógłby mu je odpowiednio zatuszować ewentualnie ubrać w słowa, aby dokumenty nie wydawały się podejrzane. Po to w końcu był na tym stanowisku, aby mieć kontrolę nad tego typu rzeczami, aby móc pogrążać jednych i ratować drugich. Ostatnio, oczywiście musiał trochę przystopować, bo nie chciał tracić zaufania, które wciąż posiadał. Fakt bycia czysto krwistym czarodziejem w Ministerstwie Magii było ostatnimi czasy trudniejsze niż mogłoby się wydawać, bo trzeba było balansować pomiędzy poglądami intensywniej niż kiedykolwiek wcześniej.
Wygrana smakowała słodko, a może był to tylko kolejny łyk musującego szampana, Elliott nie był do końca pewien. Uśmiechnął się szerzej, gdy fala endorfin zalała jego myśli - bycie w czymś najlepszym i pierwszym, zdaniem innych, zapewne nie było dla Malfoya niczym wyjątkowym, w praktyce było inaczej. Nawet jeżeli z początku licytował przede wszystkim z chęci podbicia ceny dla innych to myśl o wygranej kołatała się z tyłu głowy, nie wchodził w nic bez motywacji i ambicji zdobycia najwyżej nagrody, która, w tym wypadku, o ironio, był Erik. To znaczy... kolacja z nim, nie on sam. Za jego samego pewnie zapłaciłby więcej.
Spojrzał na siostrę, gdy ta w lekkim podirytowaniu zdecydowała się poddać i posłał jej krótki uśmiech, mówiący 'w porządku, daj mu te satysfakcję bycia prowodyrem'. Miał tutaj na myśli oczywiście Perseusa. Domyślał się, że w tej relacji to Eunice była tą dominująca stroną, Black był jego dobrym przyjacielem i byłym kochankiem, ale w porównaniu z Malfoyami miał stosunkowo mało dominującej siły przebicia, nawet jeżeli chodziło o dwudziesto dwu letnią żonę. Elliott pamiętał go ze szkoły, z młodszych lat i nie mógł przestać myśleć, że Percy bardzo się zmienił przez ostatnie dziesięć lat, zmalał jakby, chociaż fizycznie wciąż był tym wyższym. Laska zapewne nie pomagała mu w utrzymywaniu psychologicznej przewagi.
Pozwolił sobie na przewrócenie oczyma na kolejne ostrzeżenie ze strony byłego partnera, zwłaszcza, ze był to już drugi raz tego wieczora. Ten pierwszy zaakceptował ze zrozumieniem, być może nawet poczuł się lepiej, ale tym razem uznał, że jest to conajmniej niepotrzebne. Wydawało mu się, że to Perseusa, z ich dwójki, bardziej dotknęła śmierć Simone i, prawdopodobnie się nie mylił. W końcu Black nie miał do niej tylu negatywnych emocji co sam Elliott, a też blondyn się swoimi nie podzielił, uznając, że nawet w oczach przyjaciela woli być zagubionym, acz jednak trochę opłakującym jej śmierć. W rzeczywistości myślał o tym jakie garnitury sobie kupi, aby wyglądać dobrze w czerni i odrobinę żałował, że biel nie mogła być u nich kolorem żałoby, bo w na lato i wiosnę najlepiej było przywdziewać się w jasne barwy, tak nakazywał pewien rodzaj etykiety, być może zwyczaju. Lniane spodnie, jasna koszulka polo, być może nawet zwykła, ale z krótkim rękawem i zawiązany na szyi sweter. Nic z tych ubrań nie powinno być ciemne, że też Simone nie wybrała sobie jesieni.
Na chwilę zanurzył się w swoich myślach, a gdy postanowił wrócić do świata namacalnego dział się w nim niemały ambaras.
Elliott nie spostrzegł nawet, gdy futrzane stworzonko przemknęło zwinnie między tańczącymi, aby dorwać drewno laski Perseusa. W pierwszym momencie wydał z siebie bardzo zaskoczony, wręcz skomlący dźwięk zaskoczenia wciągając powietrze ze świstem. Zamiast odciągnąć zwierzę odsunął się gwałtownie, co też nie było najlepszym wyjściem, bo wpadł na osobę stojącą za nim. W chwilowej panice, bez zwyczajowej maski pewności siebie odwrócił głowę chcąc skonfrontować się z przymusem przeproszenia za swoją niezdarność i w tym samym momencie trochę zdębiał widząc, że osoba, na którą praktycznie wszedł był Erik. Otworzył i zamknął usta, całkowicie strącony z pantałyku krzykami i podrygiwaniami laską stojącego za nim Perseusa, a sam Longbottom był prawdopodobnie świadkiem przejścia przez twarz Elliotta największej ilości emocji, jakie na niej kiedykolwiek widział.
- Przepraszam, nie zauważyłem cię - wydusił z siebie w końcu brzmiąc jakby zaraz miało braknąć mu tchu, nie było teraz czasu, aby się zastanawiać co powiedzieć dalej (i dobrze, bo Malfoy poczuł się niesamowicie głupio), bo laską Percy'ego zainteresowała się większa ilość osób.
Elliott cofnął się, nie dlatego że nie chciał pomóc przyjacielowi, ale wolał nie oberwać przypadkiem jakimś zaklęciem w trakcie tego wszystkiego. W ostatecznym rozrachunku, zanim zdążył cokolwiek sam zdziałać najpierw niezbyt trzeźwy Auror - Elliott na pewno kojarzył go z Ministerstwa, ale nie potrafił przypomnieć sobie jego imienia - zaczął wykrzykiwać do Blacka ostrzeżenia o tym przedziwnym szopie praczu zawieszonym na jego lasce.
- Łatwo mówić, jak jakaś nutria aktualnie nie pożera ci jedynej podpory - mruknął do Erika i zaśmiał się, bo sytuacja była doprawdy abstrakcyjna. Percy'emu też nic nie groziło, ta 'świnka morska' co najwyżej mogła mu pogryźć spodnie, co też w głowie Malfoya było niesamowicie śmieszne. Nic więc dziwnego, że zamiast rzucić się w panice z pomocą, czego raczej nie miał w zwyczaju, po prostu śmiał się z sytuacji. Bacznie obserwował rozwój wydarzeń nie mieszając się w nie, wolał nie narobić sobą więcej ambarasu niż już się rozgrywało, tym bardziej, że zaraz obok stała prasa, dopóki niczyje życie nie było w zagrożeniu nie musiał odgrywać bardziej przejętego niż był, poza tym można było nazwa uznać za godne podziwu jak szybko wrócił do opanowywania swojej mimiki i reakcji. Tak czy siak, zaczął myśleć, że nawet garnituru nie byłoby mu szkoda, bo nie ubrał ulubionego i widząc, że przyjaciel patrzy w jego stronę, prawdopodobnie z obowiązku, sięgnął po różdżkę, ale zanim zdążył cokolwiek zrobić siostra Erika naprawiła sytuację. Malfoy spojrzał w jej stronę, a potem wrócił oczyma do samego Longbottoma niezbyt wiedząc jakie zdanie ma sobie wykreować na cały ten temat.
- Percy, wybacz za opóźnioną reakcję, ale ... - jego głos się załamał, bardziej czujne ucho mogło dostrzec, że zrobił to całkowicie świadomie, zasłonił też usta dłonią - nie spodziewałem się, że kogokolwiek aż tak bardzo zainteresuje twój drewniany interes. - może nie powinien był żartować, ale jego zdaniem lepiej było to poprowadzić w te stronę niż tworzyć niepotrzebnie dramat - Wszystko w porządku? - dodał jednak, bo wypadało. W końcu nie zakładał, że lekkie wgryzienie się w jego laskę mogło go jakkolwiek uszkodzić, no. Co najwyżej psychicznie, chociaż tutaj zniszczenia już były poczynione.
Skierował spojrzenie na odmienioną kobietę i wyciągnął do niej rękę.
- Chociaż ważniejszym pytaniem powinno być chyba czy z tobą jest wszystko w porządku. - domyślał się, że Nora, której oczywiście nie znał, musiała być bardzo oszołomiona. Niespecjalnie chciał się nią zajmował, ale obecność Erika powodowała, że popisywanie się stawało się jego priorytetem. Liczył na to, że ktoś przejmie od niego obowiązek zajęcia się poszkodowaną, więc też zwrócił spojrzenie ku Longbottomom, zwłaszcza Brennie, w końcu to ona śmigała po całej sali i stawała na głowie w kwestiach organizacyjnych, takie odniósł wrażenie.


“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦
Profesor G
Kilku panów w jednym ciele.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
175cm. Przeciętna budowa ciała. Brązowe włosy. Piwne oczy. Zarost.

Giovanni Urquart
#158
24.11.2022, 17:45  ✶  

— Nie wiem, ale liczę na to, że szybko przestaną, robi się niezręcznie...

Gio był oczywiście histerykiem. Szansa na to, że Jonathan nagle wyjdzie z ukrycia, by przebić licytację na dziesięć tysięcy była znikoma, ale kto go tam wie. Sama kolacja interesowałaby go tyle co nic, nawet by się na niej nie zjawił. Ale pokazać wszystkim kim to on nie jest — jak najbardziej. Gio siorbnął elegancko kolejny łyczek szampana i marszcząc brwi obserwował towarzystwo.

— Dwadzieścia tysięcy? — krzyknął szeptem do Geraldine. Wyciągnął z kieszeni chusteczkę i przetarł czoło. Najchętniej wyszedłby na zewnątrz dopóki ten cyrk się nie skończy. Na szczęście Brenna została wybawicielką i zakończyła te męki. Po chwili znów zasłużyła na miano bohaterki, ale przedtem Gio miał okazję zrelaksować się słuchając znamienitego występu Faye. Urquart był absolutnie zauroczony i tylko wpatrywał się w czarownicę z niewinnym uśmiechem na twarzy. Pewnie rozpływałby się w komentarzach w stronę Ger, ale nim występ się zakończył, cyrk nabrał mocy.

— Na zakręcony ogonek tatusia świnki... — Gio już podniecił się niecodziennym widokiem latających bobrów, lecz okazał się nim tylko zaczarowana kobieta. Również chciał biec na pomoc, lecz Brenna uratowała sytuację. Ale to nie był koniec.

— Wrócisz? Ale...? — Zajęło mu chwilę, by zarejestrować ucieczkę Ger, ale nie spuszczając jej z oka ruszył za nią, chociaż nie tak żwawo. Po drodze nie zapomniał o grzecznym "przepraszam", gdy przyszło mu przeciskać się przez tłum.

Krzyk Ger przeszył jego serce na wylot. Cóż musiało się stać, że potrzebowała medyka? Przyspieszył kroku i odkrył przyjaciółkę troskliwie zajmującą się Theseusem. Oczywiście, że go rozpoznał. Przyjaciel Ger, którego ojciec był kolegą po fachu starego Urquarta. Towarzyszył im także William Lestrange, którego Gio kojarzył z nazwiska, ale nie rozpoznał go jeszcze.

— Widzisz, Ger? Wszystko jest w porządku. Chodź, przeniesiemy go w jakieś ustronne miejsce.

Odstawił niedopity kieliszek na najbliższy stolik i wyciągnął różdżkę. Nie był to czas na zabawy fizyczne. Rzucił na Theseusa zaklęcie, które miało go unieść w powietrze w pozycji leżącej, by ładnie przetransportować go do innego pomieszczenia.


Rzut O 1d100 - 29
Akcja nieudana
prodigal daughter
I knew one day I'd have to watch powerful men burn the world down
I just didn't expect them to be
such losers
wiek
31
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
landlord, ex-auror
Wysoka na 175cm, jasnowłosa zjawa. Jest niezwykle szczupła, wręcz na granicy chorobliwości; lekko zapadnięte policzki ukrywa dobrze dobranym makijażem, którego nieodłączną częścią są usta pomalowane czerwoną szminką. Włosy ma proste i długie, sięgające lędźwi, zwykle nosi je rozpuszczone. Zawsze bardzo elegancko ubrana, najczęściej w stonowane barwy - nie jest zwolenniczką jaskrawych odcieni i mieszania kolorów. Nie lubi też przepychu; widać, że nie szczędzi pieniędzy na dobrej jakości ubiór, lecz nie obwiesza się biżuterią i tym podobnym. Porusza się bardzo zgrabnie, ale pewnie. Zawsze patrzy ludziom prosto w oczy podczas rozmowy, mając przy tym ciemne, przenikliwe spojrzenie. Zwykle mówi w bardzo spokojnym, niskim, nieco zachrypniętym tonie. Ma bardzo przejrzysty akcent, wyraźnie wymawia słowa, po sposobie mowy słychać, że to ktoś z dobrego domu, ktoś świetnie wykształcony.

Eden Lestrange
#159
24.11.2022, 19:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.11.2022, 20:05 przez Eden Lestrange.)  
Do Williama:

Nie mogła pojąć, czy była to kwestia skradającego się coraz bliżej upojenia alkoholowego a razem z nim nieposkromionej buty, czy raczej problem leżał we wrodzonym skurwysyństwie Eden. Swoją drogą to drugie po paru promilach i tak zaczynało biegać wolno, więc obydwie odpowiedzi mogły być poprawne. W każdym razie złamała obietnicę o działaniu w dobrej wierze, którą sama wymusiła na Williamie, chcąc, by odbudowali to małżeństwo. Czy była hipokrytką? Owszem, jeszcze jak. Nie miała żadnych logicznych kontrargumentów, nic na swoje wytłumaczenie. Oczywiście mogła zachować się po szczeniacku, tupnąć nogą, oświadczyć mężowi, że należało mu się, bo ją zdenerwował i podał w wątpliwość jej zdolność poprawnej oceny sytuacji. Jednak, między Merlinem a prawdą, po ostatnim koncertowym załamaniu psychicznym miał pełne prawo nie ufać w stabilność mentalną żony.
I w sumie dobrze zrobił.
Wzdrygnęła się, kiedy szkło pękło w rękach Willa. Odruchowo odsunęła się krok do tyłu, patrząc to na dłonie męża, to na kawałki kieliszka spadające na parkiet. Chciała zapytać "zgłupiałeś?", już czuła, jak nagana przeciskała się przez zaciśnięte zęby, ale kiedy spostrzegła krople krwi na palcach mężczyzny, nagła chęć pomocy mu i troska o niego wypłukała zbierający się w ustach jad.
Niestety nie miała okazji zapytać, czy wszystko w porządku.
Zachłysnęła się powietrzem, słysząc szowinistyczną zagrywkę męża. Po wielu osobach spodziewała się takiego tekstu, ale nie po Williamie. Przepełniony goryczą grymas wpłynął na twarz Eden, wyglądała przez ułamek sekundy, jakby szczerze chciała się rozpłakać na środku sali balowej, ale dzielnie przełknęła ślinę, wyprostowała się niczym struna i zacisnęła usta w szczelną, wąską kreskę. Nie da mu po raz drugi tej satysfakcji i nie uroni ani jednej łzy z jego powodu. Nie umiała przegrywać, ale to nie zmieniało faktu, że zdawała sobie sprawę z własnej porażki tego wieczoru. Chciała prawdziwego mężczyzny i go dostała. Szkoda tylko, że z tego wszystkiego zapomniała, że prawdziwi, rasowi mężczyźni, to jebane świnie.
Dobrze, że w tym momencie ją opuścił, bo namiętnie zaczęła się zastanawiać, jak szybko byłaby w stanie zamordować człowieka łopatką do nakładania ciasta, a ta była w niebezpiecznie bliskim zasięgu. Uniosła dłoń, lecz zatrzymała się w powietrzu, zastanawiając się, czy warto w tym momencie dać się ponieść emocjom. Opuściła dłoń. Doszła do wniosku, że nie, bo żadna wojna jeszcze nie została wygrana w gniewie. Na dodatek błyskawicznie przetrzeźwiała i równie szybko zaczęła sobie zdawać sprawę, że nie musiałaby się zastanawiać nad konsekwencjami morderstwa w afekcie, gdyby czasem zastanowiła się nad tym, co mówi.

Bober i spółka:

Ogłoszenie zwycięzcy licytacji odwróciło uwagę jasnowłosej od wewnętrznego konfliktu. Nie cieszyła się szczęściem Elliotta, co to, to nie, niemniej zadowolił ją fakt, że przynajmniej wszystko zostało w rodzinie. Chciała zapytać bliźniaka, co podkusiło go do zmarnowania takiej sumy na kolację z Longbottomem, a więc zaczęła z wolna zmierzać w jego kierunku podczas trwania koncertu. Niemniej, wraz z pierwszymi dźwiękami wydanymi przez śpiewającą kobietę, zatrzymała się w miejscu i gapiła się w nią wręcz zauroczona, ni stąd, ni zowąd odnajdując w sobie nagle pasję do muzyki. A może po prostu chodziło o to, że Eden zwracała uwagę na kobiety w równie intensywny sposób, co mężczyźni?
Niestety występ został przerwany w nader nieprzyjemny sposób, co wytrąciło ją z transu i pozwoliło wrócić do przepychania się między gośćmi.
Usłyszała znajomy krzyk; błyskawicznie zwróciła ku niemu wzrok, jednak to nie Moody najpierw przyciągnął jej uwagę. Skąd u licha na sali wziął się bóbr? Czy to któryś z animagów, czy zwyczajny najazd szkodników? A może to jeden z gości, jakiś przyjaciel Brenny? Wyglądała jak ktoś, kto z desperacji przyjaźniłby się z kimkolwiek i czymkolwiek, może akurat ten bóbr był w stanie wysłuchać jej niekończące się paplanie, bo nic z tego nie rozumiał?
W normalnych warunkach pewnie zaniosłaby się perfidnym śmiechem, gdy stworzenie zaczęło obgryzać laskę Percy'ego jak kolbę kukurydzy, jednak uwaga Eden wróciła do pierwotnego punktu wyjścia. Odwróciła wzrok z powrotem na Alastora, który ewidentnie nabzdryngolony do reszty próbował zgrywać bohatera. Swoim krzykiem zwrócił na siebie całą uwagę, a nawet sprawił, że ucichła muzyka. Westchnęła ciężko, widząc próby rzucania zaklęcia. Nie miała pojęcia, co go skłoniło do zrobienia z siebie kretyna, ale wyszło mu koncertowo. Dosłownie.
Zaszła starego przyjaciela od tyłu (właściwie to elegancko podbiegła, by za nim nadążyć), chcąc położyć mu dłonie na ramionach. Zrobiła to w miarę delikatnie, starając się Alastora nie wystraszyć - wiedziała, że jego dewizą była stała czujność, lecz obawiała się, że jej obecny stan był raczej ciekły niż stały, gwoli dopasowania się do ilości alkoholu płynącego w żyłach aurora. Toteż wolała podejść do sprawy ostrożnie, żeby czasem z przestrachu nie odwinął jej prosto w nos. Doskonale wiedziała, że jak jej przywali, to ją na miejscu zabije.
- Alastor - zaczęła, zdawać by się mogło, spokojnie. - Wybacz, że zadam ci takie niedyskretne, acz dość istotne pytanie - kontynuowała, zaciskając mocniej palce na jego ramionach. - Ale co ty, kurwa, wyprawiasz? - zapytała cicho, tak między nimi, dochodząc wreszcie do sedna sprawy. Spojrzała na Moody'ego z konsternacją, która naprawdę musiała być spora, skoro z ust pani Lestrange wydostało się przekleństwo. Nie była zła, ale zdecydowanie wolała zabrać go z centrum uwagi, zanim oślepią go światła fleszy. Coś przeczuwała, że nie będzie bawił się wybitnie dobrze w pracy, widząc, jak cała reszta jego współpracowników czyta o jego popisie w jutrzejszym Proroku Codziennym.


I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show

~♦~
Dama z Lumos
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kasztanowe włosy zwykle ma ciasno spięte, odsłaniając bladą, trochę piegowatą twarz. Oczy ma jasne, o uważnym spojrzeniu. Około metr sześćdziesiąt dziewięć wzrostu.

Florence Bulstrode
#160
24.11.2022, 20:16  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.11.2022, 20:19 przez Florence Bulstrode.)  
- Do zobaczenia w poniedziałek - poinformowała krótko Camerona, rzeczywiście nie zamierzając dłużej zawracać mu głowy. Ani tracić własnego czasu.
Nie zdążyła jednak wrócić do Astorii i Alice. Początek występu Faye sprawił, że Florence zatrzymała się, nie chcąc biegać po sali i przerywać występu. Ten zresztą przyciągnął jej uwagę, chociaż Bulstrode nie należała do osób szczególnie wrażliwych na piękno muzyki. Nie miała pojęcia, czy to urok willi, czy może po prostu umiejętności śpiewaczki - tego pierwszego zresztą nawet nie podejrzewała - ale było coś w tej piosence, co sprawiło, że Florence przez moment skupiała się tylko na niej, choć wyraz twarzy kobiety pozostał nieodgadniony.
Czyjeś krzyki, ktoś popychający ją w ramię, to wszystko wytrąciło Florence z zamyślenia i sprawiło, że gwałtownie obróciła się tyłem do sceny. W samą porę, by zobaczyć pogoń dwóch osób za... bobrem? Bulstrode nie widziała samego momentu przemiany, bo patrzyła na scenę, nie do końca więc rozumiała, co się dzieje.
Wzywanie uzdrowiciela sprawiło, że postąpiła kilka kroków w stronę Theseusa, już chcąc się tam rzucać na pomoc, w zasięgu wzroku pojawił się jednak William, a jeżeli praktyka w Mungu czegoś kobietę nauczyła, to tego, że zbyt wielu magomedyków na jednym pacjentem nie jest dobrym interesem. (Nie mogła wszak wiedzieć, ile Lestrange już wypił. Ani że zamieniał ludzi w bobry.) Gdy pojęła, że ktoś tu padł ofiarą transmutacji, też w pierwszej chwili chciała ruszyć tam... ale wyglądało na to, że były już tam osoby gotowe pomagać.
W związku z tym postanowiła zrobić coś innego.
Florence była uzdrowicielką. Osobą, która niekoniecznie była dla wszystkich miła, ale na pewno miała dość empatii i spostrzegawczości, by dostrzec, że niewidoma Faye tkwi na scenie, nie śpiewając już i ewidentnie nie mają pojęcia, co robić ani co dzieje się na sali. Jej najbliżsi krewni natomiast albo znajdowali się w innych częściach sali, albo byli zajęci odczarowaniem transmutowanych czarodziejów.
Bulstrode bez chwili wahania, jakby miała do tego pełne prawo, wkroczyła na scenę, podchodząc do Faye. Nie martwiła się nawet tym, że ktoś zwróci na nią uwagę - podejrzewała, że większość pochłaniała raczej scena rozgrywająca się w innej części sali...
- Drobne zamieszanie, prawdopodobnie z powodu nieudanego zaklęcia, pani Longbottom - powiedziała uprzejmie. Jakby nikogo nie zamieniano w zwierzęta, nikt nie mdlał, nie wzywano medyków, nie ganiano się po sali, ciskając czary. - Może pomogę pani zejść ze sceny? - zaproponowała, gotowa ująć kobietę pod ramię i ostrożnie sprowadzić ze sceny. W miejsce pod ścianą, gdzie nikt nie stratuje jej podczas ewentualnego zamieszania.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Adelard Longbottom (481), Alastor Moody (3093), Alice Selwyn (2764), Astoria Trelawney (1891), Atreus Bulstrode (3450), Bard Beedle (4517), Brenna Longbottom (8047), Cameron Lupin (6155), Cedric Lupin (2390), Daisy Lockhart (3631), Dora Crawford (2815), Eden Lestrange (5094), Elaine Delacour (1953), Elliott Malfoy (5616), Erik Longbottom (8250), Eunice Malfoy (2520), Fernah Slughorn (1912), Florence Bulstrode (2902), Geraldine Greengrass-Yaxley (2257), Giovanni Urquart (1987), Heather Wood (5031), Ida Moody (1164), Loretta Lestrange (478), Martin Crouch (428), Mavelle Bones (3481), Nora Figg (3371), Patrick Steward (3021), Perseus Black (3050), Sacharissa Macmillan (296), Seraphina Prewett (2183), Theseus Fletcher (2961), William Lestrange (3688)


Strony (21): « Wstecz 1 … 14 15 16 17 18 … 21 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa