Jak wyjaśnić kobiecie, że umiał zaplanować ze szczegółami skomplikowaną akcję z ramienia Biura Aurorów, przewidzieć wszystkie sposoby, na które coś może pójść nie tak… Ale nie umiał przewidzieć czegoś tak oczywistego, jak to, że otwarcie restauracji Bertiego może wymagać od niego założenia krawata?
A przecież chciał tylko, żeby wyszli w jakieś miłe miejsce, zwłaszcza, że kilka ostatnich dni było ciężkich dla obojga. Nawet, jeżeli tym miejscem miała być Zorza. Zorza… Lorien zwykła się tam stołować, więc nie protestował, gdy już się tam wybierali. Jedzenie mogli mieć niezłe, ale bogowie, jak on tego miejsca nie lubił. Nie umiał wymówić nazwy połowy dań z karty, więc pozostawało mu dostojnie pokazywać paluchem, czego sobie życzy. No bo przecież nie można było kelnera zapytać, co dobrego dzisiaj polecają. Nie można było do tych napompowanych gogusiów w białych garniakach nawet gęby otworzyć, bo zaraz burczeli pseudointelektualnie o wyższości jednego wina nad drugim, rozgadywali się o kulinarnych podróżach szefa kuchni po podniebieniach świata (Moody robił wtedy minę), albo, co gorsza, oferowali kolejne potrawy bez wyjaśnienia, czym właściwie są. Normalnie aż strach było się człowiekowi odezwać… A u Bertiego było swojsko. Można było poprosić, żeby dał rzeczy z samymi warzywkami albo bez warzywek. Szturchnąć po cichaczu, czy nie ma przypadkiem pudełek na wynos, bo jak Bertie ugotował, to i odgrzewane było smaczne. Nawet gdyby Lorien coś nie podpasowało, zawsze mógł Botta poprosić o podmiankę dania, nie uruchamiając przy tym – jak to miało miejsce w Zorzy – całego zastępu kelnerów, kucharzy i innych pracowników restauracji, zatroskanych, że pani znowu coś nie smakuje. Ciekawe, jak miało smakować, skoro co chwila podchodzili do stolika, przeszkadzając im w kolacji, nie wytrzymał w końcu Aaron. Wiadomym było, że nie chcą stracić względów stałej klientki, było jednak w tej nachalności coś wybitnie irytującego. Jak gdyby obawali się, że niestarannie ułożona serwetka może obudzić gniew uśpionej w Lorien klątwy.
Ucieszył się więc, że spodobała jej się propozycja odwiedzenia Zaklętej Łyżeczki. Zajęty opowiadaniem o wystroju, zbył pytanie o dresscode. No bo to przecież restauracja Bertiego. Tego samego Bertiego, który w pewnym momencie wydawał się z rodziną Moodych mieszkać, bo gościł w ich domu częściej niż wiecznie zapracowany Aaron, spędzający co drugą noc w gmachu Ministerstwa. Żadnych wytycznych co do ubioru nie było, bo można było wejść na degustację tak po prostu, z ulicy. A przynajmniej tak zrozumiał Aaron. To przecież nie tak, że nie ubrał się porządnie. Darował sobie może krawat, ale wyglądał bardzo, ale to bardzo porządnie w swojej wyjściowej koszuli, jednej z tych nowych, które zakładał tylko na specjalne okazje. Wrażenie ogólnego wyelegantowania psuła tylko stara, skórzana kurtka, która pamiętała jeszcze czasy młodości Aarona. Służyła mu wiernie tyle lat, a wciąż wyglądała niemal tak samo dobrze jak wtedy, gdy ją kupował, jeszcze jako młody brygadzista. Garderoba Aarona była skromna, ale solidna, co stanowiło kompletne przeciwieństwo garderoby Lorien. "Możesz założyć tę zieloną sukienkę", doradził więc, gdy zaczęła dopytywać, jak powinna ubrać się na okazję, skończony głupiec, który w tamtym momencie był niesłychanie wręcz zadowolony z siebie, "bardzo ci w niej ładnie". Lorien miała tyle sukienek, że Aaron gotów był przysiąc, że nigdy nie widział jej w tej samej rzeczy dwa razy. Lubił to, bo dawało mu to dodatkowy powód, żeby na nią patrzeć. Pogratulował więc sam sobie, że wrócił punktualnie z pracy, wtedy, gdy wspólnie szykowali się na Ekstazę, zamiast zostać po godzinach. Lorien stroiła wtedy piórka przed lustrem, a pokazując się Aaronowi w kolejnych kreacjach, domagła się opinii aurora, którego konstruktywna krytyka polegała na powtarzaniu, że we wszystkim wygląda ślicznie. No bo przecież wyglądała! Jak siedział na kanapie wyelegantowany w galowy mundur, to aż mu się gorąco robiło przy kołnierzyku. To wtedy mignęła mu ta zielona kiecka w drobne kwiatuszki, która wyrokiem pani sędzi została natychmiast zesłana na dno szafy, że niby niewystarczająco na tak podniosłą okazję.
Moody, jak na faceta przystało, nic na to podówczas nie powiedział.
Był już kiedyś żonaty, więc wiedział lepiej, że w takich chwilach wszystkie porady były nietrafionymi. W jej głowie decyzja została już podjęta, nawet jeżeli jego kobieta twierdziła inaczej. Jego rolą było przytakiwać i oglądać, jak się wdzięczy, co czyniło tę rolę skądinąd bardzo przyjemną, podobnie jak przyjemnym był cały ten teatr kobiecości, zbiór urocznych rytuałów, które pozostawały niedostępnymi męskiemu poznaniu, a przez to jeszcze zdawały mu się jeszcze bardziej zachwycającymi. Szata, jaką miała dzisiaj na sobie Lorien, rzeczywiście była lżejszą od ciężkiej, wieczorowej sukni, którą pamiętał z premiery Ekstazy. Skoro na premierę w teatrze, wydarzenie o wiele większej rangi (no bo co teatr, to teatr) była niewystarczająco elegancka, na otwarcie restauracji Bertiego musiała być w sam raz! Tak przynajmniej uważał Aaron. A może po prostu miłym było mu mieć obok Lorien bez tej całej ministerialnej otoczki dostojeństwa. Miłym było pobyć tak po prostu sobą, nie aurorem, choć granica między jednym a drugim dawno już uległa zatarciu. A może nigdy tak naprawdę nie istniała. Normą było to, że Moody niemal wszędzie pojawiał się odstrojony w mundur. Wszędzie wpadał prosto z pracy, w biegu, albo zaledwie przelotem, bo jeżeli nie wracał właśnie z pracy, musiał zatem spieszyć do pracy, nie tak? A jednak wchodząc po cywilnemu do Zaklętej Łyżeczki, Aaron Andrew Moody wcale nie wyglądał, jakby się gdziekolwiek spieszył.
Przejebał sprawę, pomyślał, czując pazurki Lorien wpijające mu się w ramię. Nie chciał przecież postawić jej w niezręcznej sytuacji. Nie, gdy zdążył już zrozumieć, jak bardzo zależało jej na opinii innych. Szukając w otaczającym ich tłumie potencjalnych niebezpieczeństw, nie spodziewał się, że największym niebezpieczeństwem okaże się jego własna nieznajomość właściwej etykiety. Kiedy pamiętasz, jak sławny restaurator bawił się kiedyś z twoim dzieckiem w aurorów i czarnoksiężników, pomyślał Aaron, rozglądając się po restauracji, zapominasz, że dla innych nie jest "po prostu Bertiem" tylko "tym szychą Bottem". Już z daleka dostrzegł Bertiego, nie musiał zresztą długo szukać: Bott był w swoim żywiole, i uśmiechnięty krążył od stolika do stolika. Zatrzymał na nim dłużej spojrzenie, czekając, aż i chłopiec go dostrzeże, po czym zasalutował mu krótko wolną ręką, w geście dobrze znanym z dzieciństwa i jemu, i Alastorowi. Dobra robota. Nie zamierzał zajmować mu na razie czasu, zwłaszcza, że w restauracji pełno było znamienitszych gości, którymi należało się zająć. Niechże się chłopiec nacieszy swoim sukcesem. Na razie skupił się na tym, żeby znaleźć jakiś odpowiedni stolik.
Nieco dłużej zawiesił spojrzenie na grupie eleganckich dryblasów. Dobrze znał ich twarze, choć odczuwał lekki dysonans, widząc je poza murawą boiska. Od razu rozpoznał zawodników Zjednoczonych z Puddlemere, na widok których ucieszyło się serce wiernego kibica. Nie wypadało się jednak gapić, więc odwrócił wzrok.
A wtedy, wtedy zobaczył Woody'ego. Tyle że to nie był Woody Tarpaulin nawet, nie żaden Nokturniarz z gębą zmienioną eliksirem wielosokowym, lecz Clemens Longbottom we własnej osobie! No bo przecież wyelegantowany, wyprany, wyprasowany, jakby go z żurnala mody z czasów młodości ich dziadków wyjęli. Co on tu robił? No oczywiście, że przyszedł na darmowe żarcie. Głupi tylko by nie przyszedł. Tylko czemu wystroił się jak nokturński szczur na otwarcie kanału? Dawno nie wyglądał porządniej, docenił ciepło Aaron, przynajmniej dopóki nie dostrzegł otaczającego przyjaciela towarzystwa. Pewnie jakieś tałatajstwo z Nokturnu, pomyślał Aaron, powstrzymując się od pokręceniem głową z dezaprobatą, albo gorzej. Zastanawiał się, czy wypada mu podejść, skoro był w cywilu, czy winien podtrzymywać mimo wszystko szopkę, jakoby Woody kontakty z rodziną zerwał? Jak zawsze był mu to temat smutny, więc przystanął nieco na bok od wejścia z Lorien, żeby zapoznać się z prezentowanym dzisiaj menu, i dać obojgu czas na zastanowienie, przynajmniej dopóki uczynna kelnerka nie poprowadziła ich do stolika.
Na komentarz o witrażach Aaron niemal przewrócił oczami, zwłaszcza, że sam zwrócił na nie uwagę podczas rodzinnej kolacji z okazji Mabon. Nie przypadły mu wtedy do gustu. Nie chodziło o kolory, po prostu… Za bardzo kojarzyły mu się z wnętrzem kowenowej kaplicy, dokąd Lorien zaczęła ostatnio zaglądać jak gdyby częściej. Aaron niespecjalnie to pochwalał, więc normalnie pewnie wykorzystałby ten moment, żeby ponarzekać nieco na stan duchowny. Zaistniałe okoliczności sprawiły, że przemyślał to dwa razy. Tak więc oto Aaron Andrew Moody, człowiek prawa, argumentu i gderania, skapitulował wobec konieczności udobruchania swej towarzyszki.
– To gdzie chciałabyś te witraże, kochanie? – spytał pojednawczo, obejmując Lorien ramieniem.
and I am ready to strike in her name