• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 10 Dalej »
[21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki

[21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#11
28.05.2026, 12:36  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.05.2026, 12:46 przez Aaron Andrew Moody.)  
Gdy tylko Aaron Andrew Moody przestąpił próg Zaklętej Łyżeczki wiedział już, że przejebał sprawę, nie wiedział tylko jeszcze, jak bardzo. Wystarczyło, że jego czujny wzrok przesunął się po pomieszczeniu, sądując znane mu wnętrze restauracji w poszukiwaniu zagrożenia… Nieważne, czy prawdziwego, czy urojonego. Nie wypatrzył jednak żadnych czarnoksiężników ukrywających się pod obrusami. Żadnego też nie wywęszył, chociaż nozdrza aż mu zadrgały, gdy ukradkiem wciągnął powietrzem nosem. Zamiast swądu spalenizny, uczuł jedynie zapach domowego jadła. Niedzielnej pieczeni z puddingiem. Pieczonych ziemniaczków. Szarlotki. Przez krótką, bardzo krótką chwilę, Aaron skłonny był zrozumieć brytyjskich żołnierzy na zachodnim froncie wielkiej wojny. Tych, którzy w okresie świąt, gdy racje żywnościowe były nieco większe, bratali się z wrogiem, dzielili wieczerzą w okopach. Gdyby przy stole z aurorem zasiadł teraz jaki czarnoksiężnik… To by się musiał obejść smakiem, pomyślał Aaron, przywołany do rzeczywistości wonią jaśminowych perfum Lorien. Nie dalej jak wczoraj mówił jej przecież, że Śmierciożerców w Azkabanie to powinno się karmić tyle tylko, żeby nie pozdychali z głodu. Nie dlatego, że głodzenie więźniów było aktem wysoce niehumanitarnym, bo Moody z przekonaniem powtarzał, że jedyny dobry Śmierciożerca to martwy Śmierciożerca! Niestety, martwi nie mogli być pożywką dla zamieszkujących Azkaban dementorów. Truchło zaspokoiłoby tylko krwiożerczą naturę Moody'ego, który na samą myśl miał aż ochotę mlasnąć, tak samo jak na widok szarlotki, wypatrzonej pośród stołów. Czarnoksiężników nabitych na pale na wzór szaszłyków nie było dzisiaj w menu. A przynajmniej Moody żadnego nie wypatrzył. Wypatrzył natomiast gości. Bardzo elegancko ubranych gości. Zdecydowanie bardziej elegancko, niż się spodziewał, bo wszyscy byli w garniturach i odświętnych szatach.

Jak wyjaśnić kobiecie, że umiał zaplanować ze szczegółami skomplikowaną akcję z ramienia Biura Aurorów, przewidzieć wszystkie sposoby, na które coś może pójść nie tak… Ale nie umiał przewidzieć czegoś tak oczywistego, jak to, że otwarcie restauracji Bertiego może wymagać od niego założenia krawata?

A przecież chciał tylko, żeby wyszli w jakieś miłe miejsce, zwłaszcza, że kilka ostatnich dni było ciężkich dla obojga. Nawet, jeżeli tym miejscem miała być Zorza. Zorza… Lorien zwykła się tam stołować, więc nie protestował, gdy już się tam wybierali. Jedzenie mogli mieć niezłe, ale bogowie, jak on tego miejsca nie lubił. Nie umiał wymówić nazwy połowy dań z karty, więc pozostawało mu dostojnie pokazywać paluchem, czego sobie życzy. No bo przecież nie można było kelnera zapytać, co dobrego dzisiaj polecają. Nie można było do tych napompowanych gogusiów w białych garniakach nawet gęby otworzyć, bo zaraz burczeli pseudointelektualnie o wyższości jednego wina nad drugim, rozgadywali się o kulinarnych podróżach szefa kuchni po podniebieniach świata (Moody robił wtedy minę), albo, co gorsza, oferowali kolejne potrawy bez wyjaśnienia, czym właściwie są. Normalnie aż strach było się człowiekowi odezwać… A u Bertiego było swojsko. Można było poprosić, żeby dał rzeczy z samymi warzywkami albo bez warzywek. Szturchnąć po cichaczu, czy nie ma przypadkiem pudełek na wynos, bo jak Bertie ugotował, to i odgrzewane było smaczne. Nawet gdyby Lorien coś nie podpasowało, zawsze mógł Botta poprosić o podmiankę dania, nie uruchamiając przy tym – jak to miało miejsce w Zorzy – całego zastępu kelnerów, kucharzy i innych pracowników restauracji, zatroskanych, że pani znowu coś nie smakuje. Ciekawe, jak miało smakować, skoro co chwila podchodzili do stolika, przeszkadzając im w kolacji, nie wytrzymał w końcu Aaron. Wiadomym było, że nie chcą stracić względów stałej klientki, było jednak w tej nachalności coś wybitnie irytującego. Jak gdyby obawali się, że niestarannie ułożona serwetka może obudzić gniew uśpionej w Lorien klątwy.

Ucieszył się więc, że spodobała jej się propozycja odwiedzenia Zaklętej Łyżeczki. Zajęty opowiadaniem o wystroju, zbył pytanie o dresscode. No bo to przecież restauracja Bertiego. Tego samego Bertiego, który w pewnym momencie wydawał się z rodziną Moodych mieszkać, bo gościł w ich domu częściej niż wiecznie zapracowany Aaron, spędzający co drugą noc w gmachu Ministerstwa. Żadnych wytycznych co do ubioru nie było, bo można było wejść na degustację tak po prostu, z ulicy. A przynajmniej tak zrozumiał Aaron. To przecież nie tak, że nie ubrał się porządnie. Darował sobie może krawat, ale wyglądał bardzo, ale to bardzo porządnie w swojej wyjściowej koszuli, jednej z tych nowych, które zakładał tylko na specjalne okazje. Wrażenie ogólnego wyelegantowania psuła tylko stara, skórzana kurtka, która pamiętała jeszcze czasy młodości Aarona. Służyła mu wiernie tyle lat, a wciąż wyglądała niemal tak samo dobrze jak wtedy, gdy ją kupował, jeszcze jako młody brygadzista. Garderoba Aarona była skromna, ale solidna, co stanowiło kompletne przeciwieństwo garderoby Lorien. "Możesz założyć tę zieloną sukienkę", doradził więc, gdy zaczęła dopytywać, jak powinna ubrać się na okazję, skończony głupiec, który w tamtym momencie był niesłychanie wręcz zadowolony z siebie, "bardzo ci w niej ładnie". Lorien miała tyle sukienek, że Aaron gotów był przysiąc, że nigdy nie widział jej w tej samej rzeczy dwa razy. Lubił to, bo dawało mu to dodatkowy powód, żeby na nią patrzeć. Pogratulował więc sam sobie, że wrócił punktualnie z pracy, wtedy, gdy wspólnie szykowali się na Ekstazę, zamiast zostać po godzinach. Lorien stroiła wtedy piórka przed lustrem, a pokazując się Aaronowi w kolejnych kreacjach, domagła się opinii aurora, którego konstruktywna krytyka polegała na powtarzaniu, że we wszystkim wygląda ślicznie. No bo przecież wyglądała! Jak siedział na kanapie wyelegantowany w galowy mundur, to aż mu się gorąco robiło przy kołnierzyku. To wtedy mignęła mu ta zielona kiecka w drobne kwiatuszki, która wyrokiem pani sędzi została natychmiast zesłana na dno szafy, że niby niewystarczająco na tak podniosłą okazję.
Moody, jak na faceta przystało, nic na to podówczas nie powiedział.
Był już kiedyś żonaty, więc wiedział lepiej, że w takich chwilach wszystkie porady były nietrafionymi. W jej głowie decyzja została już podjęta, nawet jeżeli jego kobieta twierdziła inaczej. Jego rolą było przytakiwać i oglądać, jak się wdzięczy, co czyniło tę rolę skądinąd bardzo przyjemną, podobnie jak przyjemnym był cały ten teatr kobiecości, zbiór urocznych rytuałów, które pozostawały niedostępnymi męskiemu poznaniu, a przez to jeszcze zdawały mu się jeszcze bardziej zachwycającymi. Szata, jaką miała dzisiaj na sobie Lorien, rzeczywiście była lżejszą od ciężkiej, wieczorowej sukni, którą pamiętał z premiery Ekstazy. Skoro na premierę w teatrze, wydarzenie o wiele większej rangi (no bo co teatr, to teatr) była niewystarczająco elegancka, na otwarcie restauracji Bertiego musiała być w sam raz! Tak przynajmniej uważał Aaron. A może po prostu miłym było mu mieć obok Lorien bez tej całej ministerialnej otoczki dostojeństwa. Miłym było pobyć tak po prostu sobą, nie aurorem, choć granica między jednym a drugim dawno już uległa zatarciu. A może nigdy tak naprawdę nie istniała. Normą było to, że Moody niemal wszędzie pojawiał się odstrojony w mundur. Wszędzie wpadał prosto z pracy, w biegu, albo zaledwie przelotem, bo jeżeli nie wracał właśnie z pracy, musiał zatem spieszyć do pracy, nie tak? A jednak wchodząc po cywilnemu do Zaklętej Łyżeczki, Aaron Andrew Moody wcale nie wyglądał, jakby się gdziekolwiek spieszył.

Przejebał sprawę, pomyślał, czując pazurki Lorien wpijające mu się w ramię. Nie chciał przecież postawić jej w niezręcznej sytuacji. Nie, gdy zdążył już zrozumieć, jak bardzo zależało jej na opinii innych. Szukając w otaczającym ich tłumie potencjalnych niebezpieczeństw, nie spodziewał się, że największym niebezpieczeństwem okaże się jego własna nieznajomość właściwej etykiety. Kiedy pamiętasz, jak sławny restaurator bawił się kiedyś z twoim dzieckiem w aurorów i czarnoksiężników, pomyślał Aaron, rozglądając się po restauracji, zapominasz, że dla innych nie jest "po prostu Bertiem" tylko "tym szychą Bottem". Już z daleka dostrzegł Bertiego, nie musiał zresztą długo szukać: Bott był w swoim żywiole, i uśmiechnięty krążył od stolika do stolika. Zatrzymał na nim dłużej spojrzenie, czekając, aż i chłopiec go dostrzeże, po czym zasalutował mu krótko wolną ręką, w geście dobrze znanym z dzieciństwa i jemu, i Alastorowi. Dobra robota. Nie zamierzał zajmować mu na razie czasu, zwłaszcza, że w restauracji pełno było znamienitszych gości, którymi należało się zająć. Niechże się chłopiec nacieszy swoim sukcesem. Na razie skupił się na tym, żeby znaleźć jakiś odpowiedni stolik.
Nieco dłużej zawiesił spojrzenie na grupie eleganckich dryblasów. Dobrze znał ich twarze, choć odczuwał lekki dysonans, widząc je poza murawą boiska. Od razu rozpoznał zawodników Zjednoczonych z Puddlemere, na widok których ucieszyło się serce wiernego kibica. Nie wypadało się jednak gapić, więc odwrócił wzrok.
A wtedy, wtedy zobaczył Woody'ego. Tyle że to nie był Woody Tarpaulin nawet, nie żaden Nokturniarz z gębą zmienioną eliksirem wielosokowym, lecz Clemens Longbottom we własnej osobie! No bo przecież wyelegantowany, wyprany, wyprasowany, jakby go z żurnala mody z czasów młodości ich dziadków wyjęli. Co on tu robił? No oczywiście, że przyszedł na darmowe żarcie. Głupi tylko by nie przyszedł. Tylko czemu wystroił się jak nokturński szczur na otwarcie kanału? Dawno nie wyglądał porządniej, docenił ciepło Aaron, przynajmniej dopóki nie dostrzegł otaczającego przyjaciela towarzystwa. Pewnie jakieś tałatajstwo z Nokturnu, pomyślał Aaron, powstrzymując się od pokręceniem głową z dezaprobatą, albo gorzej. Zastanawiał się, czy wypada mu podejść, skoro był w cywilu, czy winien podtrzymywać mimo wszystko szopkę, jakoby Woody kontakty z rodziną zerwał? Jak zawsze był mu to temat smutny, więc przystanął nieco na bok od wejścia z Lorien, żeby zapoznać się z prezentowanym dzisiaj menu, i dać obojgu czas na zastanowienie, przynajmniej dopóki uczynna kelnerka nie poprowadziła ich do stolika.

Na komentarz o witrażach Aaron niemal przewrócił oczami, zwłaszcza, że sam zwrócił na nie uwagę podczas rodzinnej kolacji z okazji Mabon. Nie przypadły mu wtedy do gustu. Nie chodziło o kolory, po prostu… Za bardzo kojarzyły mu się z wnętrzem kowenowej kaplicy, dokąd Lorien zaczęła ostatnio zaglądać jak gdyby częściej. Aaron niespecjalnie to pochwalał, więc normalnie pewnie wykorzystałby ten moment, żeby ponarzekać nieco na stan duchowny. Zaistniałe okoliczności sprawiły, że przemyślał to dwa razy. Tak więc oto Aaron Andrew Moody, człowiek prawa, argumentu i gderania, skapitulował wobec konieczności udobruchania swej towarzyszki.

– To gdzie chciałabyś te witraże, kochanie? – spytał pojednawczo, obejmując Lorien ramieniem.


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
Architekt Ścieżek
my life would be so much easier if i wasn’t a piece of shit
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#12
28.05.2026, 13:56  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.05.2026, 17:30 przez The Edge.)  
** @Nora Figg @Zenon Kozioł



Od początku wiedział, że to zły pomysł – przychodzenie w takie miejsce, kiedy się na ciebie czaiło tyle osób, żeby oko nożem wydłubać w ramach zemsty i to jeszcze z drobną, delikatną, milutką Norą Figg… Crow, The Edge, Flynn Bell – niech go nazywają jak chcą, żadna z tych postaci nie powinna narażać słodkiej pani cukierniczki z Pokątnej, bo każda, absolutnie każda zarobiła na przynajmniej pięć ciosów w mordę za swoje niegodziwe poczynania.

Florence Bell natomiast nie zdążyła pokłócić się z nikim.

– Nora? – Rzuciła, odrobinę bezczelnie mijając Wendy, która spoglądała na obcą dziewczynę z pytającą miną, a kiedy do niej dotarło, że nie powinna tak robić, cofnęła się dwa kroki. – Ja w sprawie prywatnej, hihi. Florka Bell – przedstawiła się ekspedientce, podała jej rękę i zniknęła za drzwiami prowadzącymi na zaplecze, zupełnie tak, jakby doskonale to miejsce znała, a przecież przyszła tu pierwszy raz.

Miała nadzieję, że to wszystko nie skończy się źle…

– Nora? – Wszedł po stopniach, szukając blondynki w pobliżu salonu. – To ja, Edge – kontynuowała, chociaż brzmiało to jak kłamstwo. Wcale się przecież cyrkowym akrobatą nie czuła, kiedy welurowa bluza i cieliste rajstopy maskowały wybitne umięśnienie i liczne tatuaże. Przy okazji – widząc ją od razu zmieniła zdanie co do tego, że jej spódniczka była za krótka. – Nie chciałem się wpierdalać w tamtym ciele w kocioł ludzi, którzy mogą mnie pamiętać… A ty znasz Zenka tak właściwie? Bo mówiłam ci, że idziemy z moim kumplem? – Przemilczała to, że miała do niego nie zarywać, albo podrapie ją pazurami. – I chyba powinnaś mieć tu więcej zabezpieczeń, bo zawsze za łatwo wchodzę do środka.

* * *

Przyszły pod Zaklętą Łyżeczkę trzymając się za dłonie, jak najlepsze przyjaciółki. To po tej dłoni przez Norę trzymaną, dało się wyczuć, jak podekscytowana tym wszystkim była… Florence? Edzia? Liczba imion przybywała, ale to wciąż był ten sam człowiek – inny, ale ten sam – cieszący się na to wyjście o wiele bardziej niż chciał przyznać (bo jaranie się Bertim Bottem było odrobinę zdradą #Top 1 cukierniczki Pokątnej, ale nie dało się nic poradzić, że typ był absolutnym przekotem) i jednocześnie tracący cały ten entuzjam, kiedy okazało się, że nie dało się wymienić pierwszego dania i zupy na trzy desery.

– Gdyby nie to, że Zenek tam czeka, to bym wróciła do domu – przyznała, nieudolnie udając, że złapawszy milisekundowy kontakt wzrokowy z Bottem, zalała się czerwienią godną dorodnego buraka, no i… w sumie to gdzie ten dom był? Coraz częściej spała w aucie.

Jeśli ją Zenek objął spojrzeniem, to do niego pomachała, jak nie – powoli ruszyła w jego kierunku. Trochę wstyd przyjść tu po nim, skoro Nora mieszkała zaraz obok.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#13
28.05.2026, 17:40  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.05.2026, 17:47 przez Lorraine Malfoy.)  
Lorraine otwarciem nowej restauracji nie była zainteresowana wcale, głównie z tego powodu, że nie zwykła się w nich stołować. Jedzenie w obecności innych ludzi bywało jej wstrętnym. Jedzenie bywało jej wstrętnym. Nie szkodziło jednak przejść się Pokątną, zajrzeć, co się tam dzieje, zwłaszcza, że chciała zrobić zakupy w magicznej pasmanterii. W wolnych chwilach zajmowała się wyszywaniem, wypadało więc uzupełnić ubywające powoli zapasy nici. Na zbliżające się święta, chciała podarować kowenowi w Dolinie Godryka haftowany obrus liturgiczny. W sam raz na zaścielenie płyty ołtarza, tak wspaniałomyślnie wzniesionego ku chwale Matki przez Hjalmara! Lorraine nie była specjalnie zręczną hafciarką, powoli nabierała jednak wprawy. Na obrusku wykwitały kolejne wyszyte jej ręką kwiaty, do motywów roślinnych miała bowiem największy dryg. W tym wszystkim chciała jednak oddać charakter samej Doliny Godryka, która była miejscem narodzin wielu bohaterów. Przy pracy inspirowała się więc romansami rycerskimi oraz lekturą legend arturiańskich, gdzie symbolika kwiatów była szczególnie istotną. Wychodziły więc spod jej igły lilie, róże, dalie i hiacynty, a nawet…

MIAUUUUUUUUUUUUUUUUU!!

– Dalekośmy się zapuścili od domu – szepnęła Lorraine, wyciągając rękę, aby pogłaskać białego kota, którego nie raz widywała przemykającego uliczkami Nokturnu. O ile dało się Nokturn nazywać domem. Być może robiły to tylko bezdomne koty. Tylko bezdomne koty i Lorraine. – Ale nikt nie musi o tym wiedzieć. Jesteś taki śliczny. O wiele czystszy niż ostatnio… Jesteś głodny, maleństwo?

A "maleństwo" zawodziło donośnie, dając świadectwo temu, jak wielkim jest jego głód. Jak wielką kocia desperacja. Musiał już jakiś czas czaić się pod restauracją Bertiego Botta, skoro ludzie nie zwracali uwagi na przemykającego pod nogami dachowca. Mało to kręciło się takich po ulicach od czasu Spalonej Nocy? Nikt na bezdomne zwierzęta nie zważał. Nie bardziej niż na ludzi, a wielu było teraz tak samo bezdomnych. Lorraine zagarnęła szeleszczące suknie, przyklękłszy na uboczu, widocznie rozczulona niedolą nieboraka. Zwierzę musiało czekać aż wyrzucą resztki z kuchni. Nie chciała go przestraszyć, więc wyciągnęła rękę, czekając, czy do niej podejdzie.

Zawsze lubiła koty. W dzieciństwie dokarmiała znajdy, które błąkały się po Little Hangleton. Oswajała dzikusy, które uciekały od niej na początku ze zjeżonym ogonem, sycząc wściekle. Niektóre nigdy nie dały się dotknąć, inne powoli przyzwyczajały się do jej obecności. Zamiast zostawiać ślady pazurów na jej skórze, zaczęły zostawiać jej pod domem martwe gryzonie, rozwleczone resztki ptasich skrzydeł. Nie lubiła, gdy tak robiły, bo płakać jej się chciało na widok martwych ptaszków, ale ojciec, który również koty lubił, śmiał się wtedy tylko, że nie można winić kotów za to, że mają kocią naturę. Nie winiła ich więc, nawet gdy przychodziły z pierzem na pyszczkach, gdy mruczały, wykręcając się o nogi Lorraine, dumne ze swych zdobyczy. Oto byli zakrwawieni wojowie wracający z pola bitwy, proszący o fawor damy, której przysięgali strzec przed myszami buszującymi na strychu! Nadawała im imiona z tych samych legend arturiańskich, do których powracała teraz, szukając hafciarskich inspiracji. Miała więc mała Lorraine swój własny, okrągły stół, choć zamiast dzielnych rycerzy, gościły przy nim koty. Król Arthur, sypiający od czasu do czasu na progu chaty, miał posiwiałe futerko, które przydawało mu dostojeństwa. Najbardziej śmiałym był czarny jak smoła Lancelot, który wskakiwał czasem na kuchenny parapet. Wszystkie myszy i szczury drżały przed dumnym orężem jego wąsów, którymi łaskotał Lorraine, ocierając się o jej twarz. Ten, który zawodził nocami pod jej oknem, zwał się Galahadem. Kocia jego dusza zawsze tęskniła za czymś odległym, często znikał bowiem, a błędne jego łapy niosły go hen daleko, na rozstajne drogi, na których gubił kolejne ze swych kocich żyć. Cieszyła się, gdy wracał, choć wracał coraz bardziej odrapany, ze skundlonym, szaroburym futrem i wybrakowanymi kłami. Lorraine to nie przeszkadzało, był bowiem jej ulubieńcem. Na jej widok Galahad zdawał się szybciej przebierać łapami, nawet wtedy, gdy okulał, bo ktoś przetrącił mu tylną łapę. Nigdy nie zrosła się tak, jak trzeba, nie przeszkadzała mu jednak w kuśtykaniu za małą półwilą po podwórzu, gdy ta knuła, czym by kota nakarmić. Przynosiła mu frykasy w fartuszku, w tajemnicy przed matką, resztki z obiadu, których sama nie dojadła. A potem przytulała do siebie pokiereszowane stworzenie, z którego piersi zrazu dobywał się głęboki pomruk. Pewnego dnia, jej Galahad kocim zwyczajem zniknął i więcej nie wrócił. Zastanawiała się czasem, czy doczłapał się do swojego Graala, czy oddał za niego swoje dziewiąte życie. Sir Galahad herbu złowionej myszy. Błędny rycerz wędrujący sobie tylko znanymi ścieżkami. Było przecież łatwiejszym uczynić schorowane zwierzę bohaterem pięknej opowieści, aniżeli zaakceptować, że wyzionęło ducha na rozstajach. Kot, który wycierał się teraz o Lorraine, zdawał się podobnie zahartowanym przez życie, co Galahad.

Zaczęła go głaskać, starając się ułożyć futerko tak, aby nie sterczało, choć po wąsach widać było, że kot ma już kilka żyć na karku. Zlitowała się, wytarłszy niedoschłą sierść na kocim karku brzeżkiem wełnianego szala, którym okryła ramiona: musiał wcześniej wytaplać się w kałuży, zawyrokowała, owijając się szczelniej szalem. Bardzo konserwatywną była jej suknia, z zabudowanym dekoltem i oszczędnymi zdobieniami wzdłuż długich rękawów, odpowiednia do panującej na zewnąrz pogody. Wciąż jednak było jej zimno, wielkimi krokami zbliżał się bowiem listopad. Kot też musiał czuć, że wieczory stają się coraz to chłodniejsze.

MIAUUUUUUUUUUUUUUUUU!!

Jego zawodzenie przypominało Lorraine dźwięki stojącego w Eurydyce pianina, wtedy, gdy Frida uczyła się grać "wlazł kotek na płotek". Taki był już urok instrumentu, którego nigdy nie dało się w pełni nastroić przez panującą w podziemiach wilgoć. W dysonansach między klawiszami Lorraine odnajdywała jednak przedziwny spokój. Może dlatego wyciągnęła ręce w stronę kota, a potem przygarnęła go na chwilę do siebie, tak jak przytulała swoją małą córeczkę, gdy razem zasiadywały za pianinem. Zachwiała się w miejscu, sapnęła, nie sądziła bowiem, że kocur będzie tak ciężkim. Wciąż, pocałowała jednak zwierzątko w koci łebek, jak gdyby sądziła, że w ten sposób uspokoić zdoła jego jękliwy lament. Nie pachniała pieniędzmi, ale jej ciało, spowite w jasną szatę, wionęło słodkimi perfumami. Zbyt słodkimi, zorientował się szybko czuły koci nosek, maskującymi woń śmierci, a może czegoś jeszcze gorszego, czegoś czym wionęły korytarze Podziemnych Ścieżek, gdzie wszystko zdawało się umarłym, choć nic tak naprawdę nie umierało. Nie tak do końca. Znajomym był to zapach. Nie należał do Pokątnej bardziej niż Kożuch, a jednak nikt nie patrzył na Lorraine Malfoy jak na bezdomnego kota. Nie, na nią wszyscy zawsze patrzyli z fascynacją. Zawsze miała w sobie coś, co sprawiało, że ufały jej dzieci i zwierzęta. Najmniejsze z istot żywych, a może te najbardziej niewinne, zdawały się lgnąć do półwili. Chociaż dusza Lorraine nosiła nieusuwalną zmazę zakazanej magii, wystrzegała się przecież jej używania, a swąd popiołu, zaplątany pośród włosów półwili, był swądem krematoryjnego pieca, nie zaś zapachem spaczenia. Kotu się poszczęściło. Napotkał bowiem dobrą duszę, która skłonna była udzielić mu pomocy.

– Tylko ani mru mru – pouczyła Lorraine, podnosząc się na nogi. Wcześniej schowała się wraz ze zwierzęciem za węgłem, więc rozejrzała się wokoło, zanim skierowała swe kroki w stronę wejścia do restauracji. Łaszący się do nóg kot łatwo mógł się ukryć między fałdami jej sukni: Lorraine jak zawsze odziana była w biel, więc futerko w odcieniu – eufemistycznie rzecz ujmując – écru, nie odcinało się zbytnio kolorem od jasnego materiału. Czy ktokolwiek zresztą by na kota patrzył, kiedy obok była wila? A po co patrzeć wili pod nogi, kiedy można patrzeć na jej twarz?
Zaraz znalazł się jakiś uczynny pan, który otworzył jej drzwi, po czym stanął jak ogłupiały z ręką na klamce, niepomny na to, że wpuszcza do środka chłodne, jesienne powietrze. Ocknął się dopiero, gdy półwila obdarzyła go leciutkim skinieniem głowy w podzięce. Drzwi na powrót zamknięto, ale nie miało to znaczenia, bo kot z sukcesem przemycony został do wnętrza restauracji. Lorraine przystanęła grzecznie nieopodal wejścia, nie chcąc ściągać na siebie więcej uwagi. Dzisiaj będziesz ucztował, kocie. Udając pogrążoną w studiowaniu menu, delikatnie popchnęła kota nogą, jak gdyby chciała zachęcić go, żeby rozejrzał się po restauracji. Na pewno udałoby mu się przemknąć niezauważenie pod obrusami… Skądinąd, bardzo ładnymi, stwierdziła, Lorraine, wracając mimowolnie myślami do własnego projektu haftowanego obrusa.

Jedzeniu nie poświęciła tak naprawdę żadnej uwagi.


// Na mocy przewag wil (Niezwykła uroda 1 oraz Ulubieniec tłumu 2) w połączeniu z Występowaniem 1 oraz wysoką charyzmą, niezauważenie przemycam kota Kożucha do środka.


Yes, I am a master
Little love caster
wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#14
28.05.2026, 22:58  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.06.2026, 06:20 przez Zenon Kozioł.)  
— No, pożycie. — powtórzył Zenek. Wszyscy sobie pożywali w tym ich Rejwachu, dzień mijał za dniem, a takie okazje, by się spotkać, pobiesiadować wspólnie zdarzały się rzadziej i rzadziej. Szkoda tylko, że nie powiedział tego na głos. — Asenka wygląda bardzo dobrze i nie będę nigdzie latał. — prychnął, co dla niego było dość zaskakujące, a ręce jeszcze mocniej wgniotły mu kieszenie. Uniósł wzrok z powrotem na salę. Nóżka sama przy tym podrygiwała. O, Astoria z galerii. Cześć, cześć. — Właśnie z nikim, bo czekam.

Odpowiedź na pytanie Woody'ego zdawała się zmaterializować przy wejściu. Problem polegał na tym, że Zenek nie wiedział, iż to było odpowiedzią. Okręcił się w stronę drzwi wejściowych, by raz jeszcze sprawdzić perymetr, wiadomo. I tym razem naprawdę rzuciła mu się w oczy Nora. Zenek pojaśniał. Widok Nory smakował niemal tak dobrze, jak biała czekolada z wiórkami podawana w kubeczku na wynos. A obok Nory jakaś… Zenek naprawdę nie wiedział. Ale machała do niego, więc przestał się nawet kiwać. — No właśnie. — rzucił jeszcze do Woody'ego, żeby chociażby przed sobą udawać kontrolę nad sytuacją, i podążył za źródłem machania.

Stanął przed nimi i pierwsze, co zrobił, to wyjął ręce z kieszeni, bo tak robił dobrze wychowany człowiek. Ale bez kieszeni nie miał gdzie ich ułożyć, więc wylądowały na niezwiązanym krawacie, jakby służył do pociągania w napiętych sytuacjach. W tle pobrzękiwały spokojne nuty muzyki restauracyjnej, tak mdłej, że organizm ledwo ją rejestrował. Zenek zarejestrował. Tym trudniej mu było się skupić. I, kurczę, z jakiegoś powodu dopiero teraz światło padło na te wszystkie witraże, którymi wyszklona była sala, a kolory ze szkła padły na Norę i tę drugą, co to się ubrała gorzej niż Asena. Dobrze, że Woody tego nie widział. Chyba.

W pierwszej kolejności spojrzał na Norę. Opcję znajomą, słodką i bardzo stabilną. Nora w świecie Zenka reprezentowała wszystko to, co najlepsze: niosła radość i dawała cukier. No po prostu człowiek nie miał szansy się zaciukać, kiedy na świecie istnieli tacy ludzie jak Nora. Uśmiechniętą buzię Nory Figg oglądał dotąd jedynie na szyldach reklamowych, więc nie wypróbował jeszcze tych zbawiennych skutków w praktyce, ale w głowie miał już przedsmak z kawiarni. A tam: ptysie, rurki z kremem, włoskie rurki, czekolada, cappuccino i czekolada do picia.
— Cześć, Nora. — spoglądał w dół, ale iskierek ze sprzężenia cukrowego w oczach nie był w stanie ukryć. Za oczami prędko poszła buzia i na twarzy Zenka wykwitł uśmieszek. Z damami chyba nie witało się uściśnięciem dłoni, tylko całusem w policzek. Tak było po europejsku. No, a Zenek absolutnie nie miał psychy. Pociągał zatem nadal za krawat z obu stron. Materiał przesuwał się po kołnierzyku. — Jestem Zenek.

Potem spojrzał na cięższy orzech do zgryzienia.
— Dzień dobry… o pani. — poleciał wzrokiem w górę. W pierwszej chwili myślał, że to Nora zaprosiła koleżankę i stolik dla trzech osób nagle poszerzy się do czterech. Chwila ta jednak już dawno minęła. W tamtym momencie Zenek stał przed nieznajomą, przed jej rajstopami i spódniczką, i lokami miękkimi jak chmurki z kawiarni Nory. W poszukiwaniu czegokolwiek, co by mu rozjaśniło konsternację momentalnie rysującą się na jego twarzy, wejrzał w zwierciadła duszy. To jest w oczy. Wtedy zagrało mu coś znajomego i już nie był w stanie udawać, że jeszcze się zastanawia. Pochylił się nad dziewczyną.
— Czy on jest w środku? — wyszeptał jej do ucha. Nie wyczuwał nic poza ciepłem ciała.


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
Czarodziej
wiek
25
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
projektant mody
Twarz o ostrych rysach, jasne włosy, jasne oczy, 190 cm wzrostu, sylwetka kogoś, kto wprawdzie nie jest wojownikiem, ale komu wyraźnie zależy na tym, aby dobrze się prezentować, więc czasem trochę ćwiczy. Zawsze dobrze ubrany - oczywiście wyłącznie w ubrania z Domu Mody

Christopher Rosier
#15
29.05.2026, 08:59  ✶  
Jeśli szło o Christophera, to jakkolwiek paradoksalnie by nie brzmiało, był jednocześnie i wystrojony, i nie wystrojony ani trochę. Według własnych standardów ubrał się bowiem niemalże codziennie, w końcu nie była to jedna z tych eleganckich restauracji, w których na obiad wydawało się pół pensji przeciętnego sklepikarza, i nie spodziewał się tu dziś wyselekcjonowanej klienteli. Według standardów większości populacji jednak miał na sobie bardzo drogi, kaszmirowy płaszcz z metą z różą, który sam zaprojektował, a jego ciemnoniebieska koszula pochodziła z zeszłorocznej, ściśle limitowanej kolekcji pewnego francuskiego projektanta (drobne ustępstwo od normy, bo Chris najczęściej nosił oczywiście stroje Rosierów).
– Sądzisz, że do każdego dania będą serwować fasolki wszystkich smaków? – spytał Victorii, przystając na moment z przodu, by przyjrzeć się fasadzie. Słowo „darmo” tak naprawdę zupełnie go tu nie przyciągało. Bardziej zainteresowanie nowym punktem, szum, jaki temu towarzyszył oraz fakt, że nawet jak nazwisko Bott nie wzbudzało jakiegoś ogromnego szacunku w kręgach, w których Rosier się obracał, tak było oczywiście znane. Jego mali kuzyni z jakichś powodów uwielbiali Bertiego Botta i jego fasolki wszystkich smaków, co napawało Chrisa nieustannym zadziwieniem. Poza tym to całe menu degustacyjne brzmiało zwyczajnie intrygująco. – Jeżeli nie spodoba się nam w środku, możemy wybrać się do Zorzy, o tej porze jeszcze powinni mieć stoliki – zastrzegł jeszcze, tak na wszelki wypadek, żeby nie wyszło, że zamierzał ciągnąć ją tutaj, jeśli okazałoby się, że w środku panuje ciasnota i zbiegło się tu pół Londynu na samą wieść, że Bertie Bott otwiera knajpę… czy tez co bardziej prawdopodobne, że można najeść się za darmo. Och nie, nie było mowy, żeby usiadł przy tym samym stoliku co jakieś typy z Nokturna! – Jeżeli okaże się, że te fasolki są obowiązkowe, tak samo – dorzucił jeszcze, chyba te słowa jednak miały być jakimś żartem. Przesunął spojrzeniem za progiem po wystroju, potem po gościach. Większości, zgodnie z przewidywaniami, nie rozpoznawał, ale poczuł się trochę pewniej, gdy wyłapał Astorię Avery: skoro ona tu była, znaczy się, że nie było to miejsce, gdzie nie wypada bywać. I wreszcie zatrzymał spojrzenie na dłużej na najbardziej przyciągającej wzrok gromadce i parsknął cichym śmiechem.
– O nie, Zjednoczeni, z Nottem na czele. Jeszcze zdążymy uciec w popłochu, zanim nas wypatrzą – szepnął do niej, utkwiwszy wzrok w szkolnym koledze, otoczonym przez grupę innych zawodników.
pocket size elderich horror
I don't sleep.
I just dream.
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#16
29.05.2026, 09:04  ✶  

Lorien Mulciber z natury przypominała kota bardziej niż wilgowrona. Dumnego, ciemnowłosego, lubującego się w pielęgnowaniu własnego futerka i oglądaniu samego siebie w lustrze kota. Wcale jej nie udobruchało to Aaronowe kochaniowaniei nagłe zainteresowanie witrażem. Jakby mogło? Jej kreacja była dziś zwyczajnie “ładna”. Można by ją uznać za adekwatną dla kogoś innego (mniej czystego) pochodzenia, ale ona miała wyżej postawioną poprzeczkę.
A jednak - ze strony swojego “kochania”, Aaron nie doczekał się żadnej gwałtowniejszej reakcji. Pewnie uratował go prosty fakt, że byli wśród ludzi. A może po prostu mimo faux pas… serduszko Lorien zabiło odrobinę mocniej, gdy przyciągnął ją do siebie bliżej.
Kapitulacja została więc przyjęta, kara odwleczona na bliżej nieokreśloną przyszłość. Czarownica zrobiła mentalną notatkę, żeby chłopa z domu nigdy więcej nie wypuścić nieprzygotowanego. Sama zacznie nosić jakiś jego krawat w torebce jak trzeba będzie.

Nie okazywali sobie publicznie większych czułości, stąd nawet na objęcie ramieniem zareagowała lekko zaskoczonym drgnięciem. To nie było niemiłe. Było po prostu niespodziewane. Ktoś mógłby się czegoś zacząć domyślać, a Moody’emu to… nie przeszkadzało?
Pozwoliła się odprowadzić do stolika.
Zsunęła z dłoni rękawiczki, które wylądowały w torebce. Laseczkę odstawiła na bok co by nikt się o nią nie potknął. Wszystko to, nim wreszcie usiedli przy stoliku i odpowiedziała aurorowi na pytanie o witraż. Nie po złości. Po prostu nie chciała rozmawiać w drodze.
- Chciałabym…- Zamilkła na moment. Wróć. Rewind. Coś jej w tym słowie zdecydowanie nie podpasowało.- Pomyślałam, że moglibyśmy - już trochę lepiej - wstawić witraż w ogrodzie zimowym. Na tej ścianie, która wychodzi na… - dom wójta - południe. - A niech chuj widzi, że nas stać, a jego nie.
Fakt, że myśli o nieszczęsnym mugolu, miała wypisany wręcz na twarzy. Nie lubiła dziada.
Za to bardzo lubiła to, że jej nowy dom miał coś takiego jak właśnie “ogród zimowy”. Pomieszczenie może niekoniecznie nadawało się do uprawiania w nim czegoś więcej niż kwiaty w doniczkach, ale już na etapie zakupu posiadłości stało się ulubionym miejscem Pani Mulciber.
- Mam namiary na dobrego szklarza. Tego pamiętasz… Och uciekło mi nazwisko. Tego co pracował przy remoncie kamienicy.

Przeglądała powoli pozycje w menu degustacyjnym. Oczywiście, że najpierw spojrzała na desery. Potem na alkohol. A dopiero na sam koniec na cokolwiek bardziej pożywnego. Debatowała sama ze sobą co wybrać aż do chwili, gdy wróciła ich kelnerka.
- Mmm… Poproszę zapiekankę pasterską i do tego… wino do grzańca bierzecie prosto z Chateaux des Dragones? - Uniosła pytająco wzrok na dziewczynę, która pokiwała niemal przesadnie entuzjastycznie głową, zapewniając o jakości wyrobu. W to akurat Lorien nie wątpiła. - To będzie też to i może…- Miała malutki moment zawahania czy da radę zjeść i obiad i placek z jabłkami, ale na szczęście była z kimś kto z pewnością dałby radę jej w tym pomóc.- kawałeczek tarty z jabłkami.
Na grzeczne pytanie o zupę, machnęła ręką. Co za dużo to nie zdrowo.
Odłożyła menu na stół, postukując pazurkami o skórzaną oprawę przez cały czas, gdy Aaron składał swoje zamówienie. Rozglądała się po wnętrzu. Może mogliby tu przychodzić częściej? Miło co jakiś czas zmienić otoczenie.
Zatrzymywała wzrok na dłużej na znajomych twarzach, nie angażując się jednak jakoś przesadnie w analizę przekroju społeczeństwa magicznego. Tego typu imprezy zawsze były jakiegoś rodzaju “okazją” - do najedzenia się za frajer, do poszerzenia siatki kontaktów, do poznania czegoś nowego, do spędzenia czasu z przyjaciółmi.

Kelnerka nie zniknęła od razu po przyjęciu zamówienia, co Lorien zauważyła z miłym zaskoczeniem. Nie było nic gorszego niż obsługa biegająca z kąta w kąt. Zamiast tego zaoferowała im… po paczuszce ze słodyczami, pozwalając sobie przy tym na wyuczoną formułkę o drobnych upominkach dla wszystkich gości lokalu. Cóż za wyborny pomysł. Suweniry zawsze były mile widziane (bo za darmo to uczciwa cena, nie?).

!Słodycze Bertiego
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#17
29.05.2026, 09:04  ✶  

Czekoladowe salamandry


Wybrana przez Ciebie torebka, po otworzeniu okazała się zawierać paczuszkę czekoladek, które wyglądają jak salamandry. Zapakowane w folijkę i obwiązane kokardką, po wyjęciu z opakowania zaczynają się ruszać. Każda z nich ma na spodzie odciśnięty symbol łyżeczki i nazwę lokalu. Do paczuszki została także załączona karteczka informująca o właściwościach otrzymanych słodkości.

Czekoladowe salamandry (Zjedzenie salamandry natychmiastowo rozgrzewa i sprawia że czarodzieja nie ima się ogień. Na ubrania jednak wciąż należy uważać. Działa przez fabularną godzinę. Efekt jednorazowy, termin ważności do końca roku 1972.)
Landrynka
She could make hell feel just like home.
wiek
26
sława
V
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Cukierniczka/Twórczyni eliksirów i kadzideł
Można ją przeoczyć. Mierzy 152 centymetry wzrostu, waży niecałe pięćdziesiąt kilo. Spoglądając na nią z tyłu... można myśleć, że ma się do czynienia z dzieckiem. Buzię ma okrągłą, wiecznie uśmiechnięte usta często muśnięte błyszczykiem, bystre zielone oczy. Nos obsypany piegami, które latem zwracają na siebie uwagę. Włosy w kolorze słomy, opadają jej na ramiona, kiedy słońce intensywniej świeci pojawiają się na nich jasne pasemka. Ubiera się w kolorowe rzeczy, nie znosi nudy i szarości. Głos ma przyjemny dla ucha, melodyjny. Pachnie pączkami i domem.

Nora Figg
#18
29.05.2026, 10:05  ✶  

Jesień była bardzo pracowitym czasem dla panny Figg, tak właściwie to, w sumie nie było prawdą. Każdy okres w roku wiązał się z ciężką pracą jeśli było się prężnie działającym przedsiębiorcą. Życie kręciło się w zasadzie od sabatu do sabatu, wtedy bowiem klienci składali najwięcej zamówień, a że tych było osiem… to zawsze znalazło się coś do zrobienia. Do tego wszystkiego, poza słodkościami przecież przygotowywała kadzidła i świece dla swoich najbliższych. Nie narzekała jednak, lubiła wpadać w wir pracy, każdy jednak zasługiwał na chwilę odpoczynku. Dzisiaj miał być jeden z takich dni, kiedy mogła wyściubić nos poza drzwi swojej cukierni.

Każde wyjście należało odpowiednio celebrować, jako, że Norka uwielbiała się stroić to nie mogła się obejść bez odpowiedniego przygotowania. Wybrała jedną ze swoich wyjątkowych sukienek, była ciemna niczym, srebrne, błyszczące elementy lśniły na niej niczym gwiazdy na niebie. Lubiła nosić wyróżniające się stroje, oczywiście musiała być to sukienka odpowiedniej długości, ledwie zakrywająca jej tyłek, bo w takich czuła się najlepiej. W jej stylizacji nie zabrakło bardzo wysokich obcasów, na których potrafiła lawirować wyjątkowo zgrabnie - starała się w ten sposób dodać sobie kilka centymetrów wzrostu, które zostały jej poskąpione.

Przeglądała się właśnie w lustrze, kiedy do jej części mieszkalnej ktoś wpadł. Nie było to niczym dziwnym, przez cukiernię, która była zarazem jej domem przewijały się tabuny ludzi, przywykła do tego. Nieco zaskoczyło ją jednak, gdy dowiedziała się, iż był to Edge, który nie wyglądał jak Edge, po wymianie z nim kilku słów dotarło do niej, że faktycznie rozmawiała z Flynn'em, nie zastanawiała się jakoś szczególnie nad tym performancem, który przygotował na pewno miał ku temu swój powód. Dość szybko wszystko się wyjaśniło, robił to ze względu na nieżyczliwych ludzi. Skomentowała jeszcze, że jego nogi bardzo ładnie wyglądają w tych rajstopach, które na siebie założył i że naprawdę doskonale się prezentuje, a później byli gotowi do wyjścia. Powiedziała mu jeszcze tylko, że nie zna Zenka, a chętnie pozna, i nie było w tym ani odrobiny kłamstwa, bo Norka uwielbiała poznawać nowych ludzi.


Powtarzała sobie w głowie, że to Florka, nie Flynn, żeby nie popełnić jakiejś gafy, nie sprzedać jego przykrywki przy pierwszym otwarciu ust. To by było skandaliczne, więc naprawdę zamierzała się pilnować. Ściskała dłoń swojej nowej przyjaciółki, jakby robiła to od zawsze, kiedy znalazły się przed Zaklętą Łyżeczką. Widziała ekscytacje swojej towarzyszki i uważała ją za całkiem uroczą, szybko jednak dostrzegła też to nagłe rozczarowanie. - Podeślę Ci paczkę od siebie, powinna nieco osłodzić Ci wieczór. - Miała świadomość, że Bell okropnie lubił słodycze.

Nim weszły do środka obejrzała jeszcze samą kamienicę i miejsce, które było zupełnie nowe na mapie Londynu. Wiedziała, że Bertie Bott był prawdziwym specjalistą w swojej dziedzinie w zasadzie to i w jej dziedzinie, a więc pojawiła się jej dość mocna konkurencja na rynku. Nie obawiała się jednak tego, że jej biznes ucierpi, brakowało świetnych restauracji, a zawsze dobrze jest mieć niedaleko kogoś, kto tylko będzie zachęcał do rozwoju i zdrowej rywalizacji. Nie, żeby spodziewała się tego, że pan Bott będzie wiedział kim jest.

Weszły do środka, gdzie zostały odpowiednio przywitane przez pracowników restauracji. Norka z zaciekawieniem rozglądała się po wnętrzu, witraże przez które promienie słońca wpadały do środka zrobiły na niej wrażenie, widać było, że wygląd tego miejsca został bardzo dokładnie przemyślany.

Znalazły się przy mężczyźnie, którego nie znała. Sama nie wiedziała kiedy, zbytnio skupiła się na podziwianiu wnętrza. Znał jej imię, uśmiechnęła się więc do niego na przywitanie ciepło, tym uśmiechem, co potrafił roztapiać lód. - Miło mi poznać, wiele o Tobie słyszałam. - Rzuciła jeszcze lekko, chociaż właściwie to było drobnym kłamstwem, ale tylko drobnym, bo faktycznie Florka wspomniała o tym, że spotkają się z jej znajomym.

Widziała konsternację na twarzy nowego kolegi, ale też wydawało jej się, że dość szybko dostrzegła ten moment, w którym coś zaskoczyło w jego głowie - połączył kropki. Fantastycznie, nie będzie musiała zastanawiać się nad tym, co może powiedzieć i do kogo uszu to dotrze. Zachichotała, kiedy usłyszała szept tuż przy swoim uchu. - Tak jest w środku. - Powiedziała jeszcze cicho. - Florko, Zenku chyba możemy już usiąść. - Głupio było tak stać i robić wokół siebie niepotrzebne zamieszanie. Zresztą nie mogła się doczekać, kiedy skosztuje jedzenia, które zostało przygotowane. Norka naprawdę doceniała pyszne potrawy, bo mało kto potrafił wybitnie gotować, a jak wiadomo to, co ktoś przygotował zawsze smakowało jeszcze lepiej, niż to, co stworzyło się samemu.

Architekt Ścieżek
my life would be so much easier if i wasn’t a piece of shit
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#19
29.05.2026, 14:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.08.2026, 21:21 przez The Edge.)  
** @Nora Figg @Zenon Kozioł (@Woody Tarpaulin – wspomnienie w ost. zdaniu)



Jak wiele dało się zbroić kilkoma drobnymi niedopowiedzeniami? Mógł się w to wszystko nie bawić. Uprzedzić ich, albo przyjść ubranym w czarodziejską szatę. Nikt, absolutnie nikt, nie pomyślałby, że facet ubrany w tak tradycyjny sposób mógł mieć cokolwiek wspólnego z szalonym oprychem chodzącym dekadę w obcisłych spodniach. Miało to jednak wadę, dość oczywistą – to było spotkanie w knajpce, a nie sytuacja życia i śmierci – nie istniał nawet cień szansy na to, że wybrałby opcję łatwą. Za tworzenie sytuacji, w których człowiek nie wiedział co mówić, co robić, jak trzymać ręce i na jak wiele mogli sobie pozwolić, Crow mógł być kochany lub nienawidzony – wybierajcie do woli, ale nigdy, przenigdy nie myślcie sobie, że będziecie w stanie o nim zapomnieć.

I w nienawiści i w miłości dało się uwić sobie gniazdo. Jedynym czego się prawdziwie obawiał, była chłodna obojętność.

Crow, albo ktokolwiek inny. Nie obchodziło go to już. Zmieniał te persony jak rękawiczki. Ktoś pomyślałby pewnie, że powinien uważać na to co robił, jeśli chciał utrzymać swój występ – spotkał się dzisiaj z dwójką ludzi znających go z kompletnie innych światów, ale to przecież był taki dobry test tego, jak bardzo potrafili stanąć dla niego na głowie. Nora miałaby powiedzieć Zenkowi, że próbował zabić się na jej oczach? Nawet nie brał tego pod uwagę. Zenek miałby jej zdradzić, że siedział obok niej seryjny morderca i zbir, a nie poczciwy i żałośnie smutny, cyrkowy akrobata? Wątpił – bo może tym mordercą i zbirem był, ale wciąż był w tym poczciwy i stał po stronie tych, po których stronie wypadało stać. Zresztą, szczerze wierzył w to, że przynajmniej Norze na nim zależało. Ludzie, którym na nim zależało mieli tak silne tendencje do robienia tego co chciał… Ciekawe dlaczego?

Uśmiechnęła się do Nory uroczo. Tak uroczo, aby zamaskować paskudne przemyślenia z dzisiejszego poranka.

– Zawsze jesteś taka słodka – powiedziała rozczulona, w swojej opinii nieco sztucznie, ale to była całkowicie szczera i prawdziwa opinia – dziewczyna się jeszcze nie przyzwyczaiła do dźwięku własnego głosu. Cóż, tak czy siak czuła się z nim o wiele bardziej komfortowo, niż z ubraniami kradzionymi z szafy młodszej siostry.

Nora o Zenku nie słyszała z jej ust nic a nic. To błyskawicznie rozpaliło we Florence myśl, że jeśli on tego nie zrobi, to ona zrobi to za niego – podpyta, cóż takiego jej opowiedziała.

A później jej serce zadrżało niebezpiecznie. Cokolwiek sprzedali mu w Lofcie, zaczynało działać i nie było to działanie, które jej się podobało. W głowie wirówka… Może weszło w reakcję z eliksirem? No właśnie, eliksir. Ten, który uwarzyła Avelina był naprawdę dobry, ale nie był przecież eliksirem wiggenowym. To wciąż było jego ciało, silne i umięśnione jak diabli. Te same, pocięte i podrapane, zmęczone pracą dłonie. I te same smukłe palce, zdolne do czynienia cudów, dawania ludziom rozkoszy lub odbierania im życia. Bez problemu złapała więc Zenka za krawat, wyżej niż on sam go miętosił i bardzo zdecydowanie, korzystając ze swoich atutów, przyciągnęła do siebie jego twarz, co by złożyć mu w kąciku ust wilgotny od pomadki pocałunek. W jej oczach bezsprzecznie jawił się obłęd.

– To ja będę w środku – poinformowała ich i faktycznie poszła tam pierwsza, nie odwracając się, bo miała wrażenie, że jak się odwróci, to się sromotnie wypierdoli.

Widząc w środku Woody'ego szybko przerzuciła spojrzenie na cokolwiek innego z nadzieją, że stary kiep jej nie pozna. Miała energię do bycia zdzirą, ale nie do rozmowy o tym, a po ostatnich wyznaniach obawiała się pouczającej rozmowy. Eh.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
fireheart
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
aurorka, twórczyni eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, ciemnobrązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy. Bije od niej lodowate zimno, w dotyku jest jak bryła lodu.

Victoria Lestrange
#20
30.05.2026, 05:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.06.2026, 16:19 przez Victoria Lestrange.)  

I ją zainteresowała fasada budynku, a już zwłaszcza szyld z łyżeczką, która co chwila uderzała w ciastka, zmieniając je w inne. Wywołało to mimowolny uśmiech na jej twarzy, bo, czego nie każdy widział, ale dla osób, które były jej bliskie było to raczej oczywiste, lubiła słodycze. A królową słodkości była oczywiście czekolada, ale nie było to w tej chwili tak istotne.

Victoria trochę przegapiła ogłoszenia o tym, że Bertie Bott zamierza otworzyć swój lokal, na szczęście Rosier czuwał, a w zasadzie nie było to nic dziwnego, skoro póki co mieszkał w kamienicy należącej do jego rodziców, gdzie przebywała też inna część jego rodziny – wiec zapewne gadano. W Domu Mody też pewnie plotkowano. Rezultat był jednak taki, że wybrali się tutaj razem, korzystając z wolnej (dla Victorii) soboty. I ona nie była przesadnie wystrojona, bo ubrała się dość klasycznie jak na czarownicę czystej krwi o jej statusie majątkowym (i nie był to też mundur aurora rzecz jasna) – miała co prawda długą czarną (a jakże) szatę haftowaną w roślinny wzór złotą nicią, którą dostała na ostatnie urodziny od matki, najpewniej uszytą na zamówienie, bo skrojoną idealnie do figury czarnowłosej, ale nie było to coś, w czym pojawiłaby się na balu. W długie włosy wpiętą miała złotą spinkę ze wzorem księżyca i gwiazd, którą dostała w sierpniu na potańcówce zorganizowanej przez Brennę. Póki co jednak szatę przykrywał ciemnobrązowy płaszcz.

– Hmm… Wątpię prawdę mówiąc – odparła mu szczerze, nie myśląc ani przez chwilę, że będą zmuszeni do jedzenia fasolek wszystkich smaków. Lubiła to małe ryzyko związane z fasolkami od czasu do czasu, zdarzało jej się je kupować, ale jakoś nie leżało jej w kontekście, by Bertie Bott chciał w swojej restauracji podawać fasolki. Jasne, był z nich znany, ale to nie bardzo pasowało do restauracji? I dla niej nieistotne było to, że to miało być darmowe jedzenie. Jak dla niej, to mogła i za nie zapłacić, ale rozumiała, że to była konwencja promocyjna, żeby zapoznać ludzi z tym, co Bott chciał serwować w swoim lokalu. – Haha, na pewno nie będzie źle, Chris. To Pokątna – lokale tutaj były w końcu drogie w utrzymaniu ze względu na prestiż ulicy i Victoria bardzo wątpiła, że skoro już ktoś zdecydował się płacić tyle pieniędzy, to w środku będzie byle jak. Zgoda, mogło już nie wystarczyć funduszy na wykończenie, ale mówili tutaj o Bertiem Bottcie.

Zanim weszli, Victoria zauważyła jeszcze czającego się nieopodal Alastora, do którego pomachała krótko, zakładając, że musi tutaj na kogoś czekać. Rozejrzała się krótko po wejściu, a gdy Chris nachylił się do niej, żeby szepnąć o zawodnikach quidditcha, których wcale nie było trudno wypatrzyć, ale spojrzała na nich dopiero wtedy, gdy to powiedział. Zauważyła Lukasa, bo i w takich warunkach znajoma twarz nie była trudna do wyłowienia… i to dało jej do myślenia.

Nott. To stąd go kojarzyła. Miesiąc temu miała tytle na głowie, że nie miała za bardzo okazji przemyśleć tego dziwnego wrażenia, że skądś go kojarzy, ale teraz wszystko stało się jasne.

– W popłochu? Mało to eleganckie. Boisz się kolegi czy jego kolegów? – i właśnie wtedy zauważyła ich kelnerka.

– Stolik dla dwóch osób? – zapytała.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (5596), Alastor Moody (1331), Anthony Shafiq (1567), Asena Greyback (2293), Astoria Avery (1536), Atreus Bulstrode (2261), Baba Jaga (2379), Basilius Prewett (1050), Benjy Fenwick (11801), Bertie Bott (1108), Brenna Longbottom (2437), Christopher Rosier (4646), Émile Mulciber (1567), Kożuch (1361), Lorien Mulciber (4450), Lorraine Malfoy (1742), Lukas Nott (2405), Lydia Black (1505), Millie Moody (1040), Nora Figg (2764), Pan Losu (1831), Prudence Fenwick (9289), The Edge (4442), Victoria Lestrange (5450), Woody Tarpaulin (2961), Zenon Kozioł (4166)


Strony (18): « Wstecz 1 2 3 4 5 … 18 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa