Londyńskie mieszkanie Cathala nie było ogromne. Położone w pobliżu siedziby Shafiqów, na drugim piętrze kamienicy na Horyzontalnej, składało się tylko z dwóch pokoi, małej kuchni oraz łazienki. Było też jego oficjalnym lokum – o domu (również nieszczególnie olbrzymim, ale większym niż to miejsce) po matce w Little Hangleton wiedzieli nieliczni.
Salon był dość sporym pomieszczeniem, z kanapą, stołem, fotelami i biurkiem ustawionym pod oknem. Pod ścianami ciągnęły się rzędy regałów. Na większości z nich stały książki, lwia ich część o tematyce historycznej albo dotycząca starożytnych run. Jeden z nich, zabezpieczony magią, zastawiono przedmiotami przywiezionymi z podróży – niektóre były eksponatami faktycznie z wykopalisk, sporo jednak po prostu rzeczami zakupionymi na bazarach czy gdzieś zebranymi – jak kamienna, pustynna róża. O ile drugi pokój, służący Cathalowi za sypialnię i za pracownię, był nieco zagracony, o tyle tutaj panował porządek, a meble, choć nie nowe, wyglądały na starannie do siebie dobrane.
Shafiq przelewitował Jamila… czy też raczej ciało Jamila, ku kanapie. Był wzburzony. Na tyle wzburzony, że było to po nim widać. I to nie z powodu ataku podczas Beltaine, nie ze względu na to, że coś opętało ich wywoływacza duchów ani nawet nie dlatego, że wylądował na koszu na śmieci, a potem nie wyszło mu zaklęcie.
Chodziło o imię, które wypowiedziała osoba, zajmująca chwilowo ciało Anwara.
Geller.
Miotał się wewnętrznie, niepewny, czy pytać. Czy chciał w ogóle poznać odpowiedzi? Sam nie udzielił żadnych odpowiedzi tej kobiecie, nie widział ku temu powodów.
- Łazienka jest tam, czyste ręczniki są w szafce– wskazał tylko Lecie odpowiednie drzwi. Sam nie spuszczał oka z Anwara. Miał jego różdżkę, a wątpliwe, by nowy „lokator” (czy raczej „lokatorka”), była w stanie używać magii bezróżdzkowej. Magiczne więzy też nie powinny puścić jeszcze najmniej przez godzinę. Mimo to nie zamierzał spuścić tej kobiety z oka. Jeśli była zwolenniczką Grindewalda…
Cathal od jakiegoś czasu uważał, że Voldemort mógłby od poprzedniego Czarnego Pana wiele się nauczyć.
Tymczasem gdzieś w Londynie Nell Bagshot, ich historyczka, a także okazyjnie uzdrowicielka i transport, dopadała Sebastiana Macmillana. By wyjaśnić mu – po swojemu, co brzmiało zapewne jak „Jamila nam opętało, tak totalnie opętało, podziękował mi nawet za zdjęcie z rynny, i chyba siedzi w nim śmierciożerca, Cal chce cię wynająć do egzorcyzmów” – że potrzebowali pilnie egzorcysty. Shafiq miał nadzieję, że Sebastian mimo późnej pory zechce się tutaj pofatygować. I że mimo ich wcześniejszej przygody z teleportacją, Nell, bardzo w translokacji sprawna, zdoła ich oboje przetransportować na próg.