• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6
[2.05.1972, wieczór] Zimne ciało, zimna dusza | Sauriel & Victoria

[2.05.1972, wieczór] Zimne ciało, zimna dusza | Sauriel & Victoria
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#11
04.07.2023, 21:01  ✶  

Rookwood się nie mylił – to było dla niej bardzo ważne. Nie wiedziała, co się z nią dzieje, przez cały dzień miała na głowie zaciekawionych uzdrowicieli, czuła ból, potem nieprzemijające zimno, w głowie wciąż powtarzała obrazy tej okropnej nocy i… była całkowicie sama. Obok nie było nikogo bliskiego. Ojca nie dopuszczono, matka – wiadomo. Jej przyjaciele mieli ważniejsze rzeczy do roboty. Ona była umierająca i była przy tym całkowicie sama – jak przy każdej śmierci, prawda? To działało na psychikę. Na poczucie, że jest się nic nieznaczącym dla nikogo pyłkiem na wietrze. To była jej chwila słabości i tak bardzo potrzebowała kogoś z boku, że nawet Sauriel ze skwaszoną miną sprawiał, że było jej jakoś lżej. I nawet nie czuła, że to nie są jej myśli, jej odczucia. Wszystko się skłębiło, zmieszało i wszystko wydawało jej się być po prostu pokłosiem tego, co przez tę jedną noc przeżyła, a nie było to nic pięknego.

Jasne, to wszystko to była formalność, do której żadne z nich się nie garnęło. Ale stało się. I przy tym wszystkim wcale nie musiał tutaj być. Nie musiał jej szukać, nie musiał się martwić. Tak naprawdę jej zniknięcie i krzywda powinno być w takim razie na rękę, nie tak? A jednak był tutaj i nie wyglądało, że ktoś go zmusił. Bo co,  jej matka? Poprosiła go, jasne. Ale najpierw musiał się sam zjawić na progu rezydencji, w której mieszkała. Mógł tak naprawdę robic tylko niezbędne minimum, czyli zjawić się na zaręczynach i pokazać się dopiero, kiedy ich rodzice sobie wymyślą, że mają się spotkać. Ale zamiast tego przyszedł na Beltane, gdzie Victoria zrobiła mu wianek, by się choć trochę pobawił… I przyszedł po Beltane, gromiąc wszystkich w namiocie medyków wzrokiem, czekając aż przyjdzie do niego zguba. I przyszła. A teraz byli tutaj i chyba już prawie byli u celu – w końcu Dolina Godryka nie była wcale tak dużym miasteczkiem.

On zerkał na nią, ale Tori w tym wyznaniu w ogóle nie patrzyła na Sauriela. Jej smutny wzrok najpierw spoczął na mocno zaciśniętych palcach, a potem w bok – w drugą stronę niż Sauriel.

- Jesteś jedyną osobą, która na mój dotyk nie odskakiwała jak oparzona mówiąc, że jestem zimna jak trup – odparowała i westchnęła głośno, jakby miała problem z nabieraniem powietrza w płuca. Nie miała, po prostu wydawało jej się, że jakiś ciężar na ramionach mocno ją przygniata. Niematerialny ciężar. - To nic. Żadna metoda jaką próbowali magimedycy nie działała – zimno Sauriela jej nie przeszkadzało. Ani kiedyś, kiedy po prostu przyjęła to za coś dla niego normalnego, a on przecież dla jej wygody ocieplał swój dotyk, i tym bardziej nie przeszkadzało jej teraz, bo jego chłód nie sprawiał, że było jej bardziej zimno. Tak jak żadne ciepło póki co nie było w stanie jej ogrzać, tak przy nim nie stawało się zimniej. Jego dotyk był… normalny, jak on to ujął. Po prostu różnica temperatur nie była widoczna przez co wydawało się być normalne. - Albo Mungo odwiedzi mnie. Tata mnie pewnie nie wypuści z domu – i sam będzie próbował ją leczyć. Victoria nie była pesymistką, ale w głębi duszy czuła, że to wszystko jest skazane na porażkę. Skoro gremium uzdrowicieli nic nie wskórało, nie mogąc znaleźć przyczyny, to nagle miało się to zmienić ot tak? Ciemnooka wiedziała, że coś musiało się stać tam, w Limbo. I wierzyła na słowo, że właściwie była więcej niż jedną nogą w grobie. - Chciałabym, żeby to była tylko chwilowa niedogodność. Ale sensacja jaką wzbudzaliśmy w namiocie mówi mi, że to nie będzie takie proste – wymamrotała, odwracają w końcu głowę od okna. Mogła teraz zerknąć na Sauriela kątem oka. - Dziękuję. Że próbujesz – dodała jeszcze ciszej.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#12
05.07.2023, 22:43  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.07.2023, 22:45 przez Sauriel Rookwood.)  

Dopisywanie sobie odpowiedzi do rzeczy, o które nawet nie pytano. Wyciąganie wniosków z argumentów, które nie padały. Było kilka zmyślnych funkcji mózgu, które uniemożliwiały klarowną komunikację. I przez te funkcje Sauriel miał teraz obawę, że zostanie źle odebrany - w słowach, czynach i spojrzeniach. Poczuł to po raz pierwszy, bo do tej pory się tym nie przejmował. Był dla Victorii tak samo dobry jak dla wszystkich osób, które mu weszły pod skórę w ten najbardziej pozytywny sposób. Jasne, ich relacja się różniła ze względu na to, że musieli się jakoś dotrzeć i być może będą dzielili dom, jeśli nic nie wybuchnie, albo Sauriel nie pierdolnie pięścią w stół. Na to ostatnie się nie zapowiadało. Ale to prawda, że o wiele mocniej wstrząsnęła nim Victoria, niżby chciał. Niż powinno to być. I głównie dlatego był taki wkurwiony. Bo coś tu nie grało i w jego własnym mniemaniu - nie pasowało. Albo tak sobie po prostu wmawiał, żeby nie przyznać przed samym sobą, że naprawdę się martwi. Bo martwi - naprawdę. I tak znowu niby to wiesz, niby nie wiesz. I czemu w sumie w ogóle zastanawiasz się nad tymi syngałami, nadawaniem i odbiorem? Że jak to wypadnie, a czy na pewno dobrze, a co jeśli? Zazwyczaj człowiek zaczynał się tym martwić, kiedy sam nie był pewien, co mu po głowie chodzi. I co chciałby w zasadzie nadać. No więc - Sauriel nie wiedział. Wiedział za to, czego nie chciał - a nie chciał żeby odbierała jego wkurwa jako coś wycelowanego w nią. To jeden z przykładów. Chyba się udawało do tej pory.

- Może dlatego, że jestem zimny. Jak trup. - Lekka nuta sarkazmu się tutaj wkradła, czy może ironizacji. Coś tam w namiocie faktycznie gadali o zimnie. To było naturalne, że człowiek się wzdrygał, kiedy miał nagle kontakt z zimnem - tak u Victorii jak i wszystkich osób wokół. To nie była świadoma reakcja. Zwłaszcza w ciepłe dni... bo co innego, kiedy stykasz się zimą ze sobą, kiedy sam jesteś zmarznięty i szczypią koniuszki palców. - Bez przesady... przeglądali cię... przyglądali ci się medycy tam na miejscu. Na pewno jest mnóstwo lekarzy, których tam nie było a mogą pomyśleć nad problemem. - Strasznie pesymistyczne: lekarze stamtąd nie wiedzieli, co mi jest, więc na pewno nic nie da próbowanie dalej. I to pomyślał on! Nie miał siebie za niepoprawnego optymisty, ale tutaj Victoria zabrzmiała jak zła wróżka... wróżka. Wróżka, która nawiedziła ich na Beltane. Sam się teraz lekko wzdrygnął. - Trochę domowego zacisza ci nie zaszkodzi. - Przypieczętował jej los, a powiedział to całkiem mocnym i wyraźnym tonem jak na jego mruczenie, na które się teraz przeniósł, kiedy gniew przestał mu ściskać gardło. I przestał warczeć. Ciężko było nie pomyśleć, że chyba jest wręcz zadowolony. No - był. Zadowolony z tego, że miała ojca, na którym mogła polegać. I który już na pewno dopilnuje, żeby sprawdzić wszystkich medyków świata. - Ale wiesz, zimno to nie koniec świata. Chyba że lubi się gorącą czekoladę. - Uśmiechnął się tu nawet, próbując wstawić coś humorystycznego. Lżejszego. Żeby przeciąć tę ponurość czymś milszym.

Dziękowała, że próbuje... próby były coś warte - wiedział to. Czasami były warte bardzo wiele. Potrafiły podnieść na duchu, nawet jeśli nie były udane. Bo ktoś się stara, bo komuś zależy - to było czasem pokazywane takimi próbami. I choć nie znał sposobu na rozwiązanie jej problemów ani bolączek, mógł właśnie próbować. Przynajmniej dopóki sam miał energię na te próby.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#13
06.07.2023, 00:02  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.07.2023, 00:04 przez Victoria Lestrange.)  

W tym wszystkim było znacznie więcej, niż mówiła i być może dawała po sobie poznać. Nie dlatego, że planowała coś przed Saurielem ukrywać – na Merlina, skoro to był jej narzeczony (ciągle starała się to jakoś ułożyć w swojej głowie), no to przecież nie będzie przed nim udawała, że wszystko z nią jest w jak najlepszym porządku i że nic się nie zmieniło – ale dlatego, że to wszystko przytłaczało ją tak bardzo, że nawet nie wiedziała jak powinna wszystko ubrać w słowa. Że to nie do końca tak. Że była w Limbo. Że miała spotkanie oko w oko z Voldemortem. Że widziała jak Mroczny Pan próbował zakłócić cykl życia i śmierci. Że widziała swoją zmarłą prababkę, rozmawiała z nią, a ta nigdy nie powróciła do życia jako duch. Że… prawie została wciągnięta, że tam zostałaby tam, gdyby nie przypomnienie w postaci pierścionka, który ciągle miała na palcu i do którego obecności jeszcze nie przywykła. Poniekąd… Sauriel, jego obecność, pozwoliła jej stamtąd wrócić. Nie było dobrych słów, by wypowiedzieć je i by brzmiało to łagodniej niż było i powinno. W tym zmęczeniu – głównie psychicznym, ale jej ciało ewidentnie nie wróciło jeszcze do formy, chociaż większą część czasu po prostu sobie leżała – nie nadinterpretowała zachowania Sauriela, a normalnie pewnie by do tego doszło. Więc założyła, po jego zachowaniu i słowach, że jest zły bo się martwił i to wszystko. Zmartwieni ludzie często się złościli, a głównie na własną bezsilność. Nie usłyszała jeszcze dzisiaj od niego, ze jest głupią krową bo się narażała, więc nie odbierała tego personalnie.

- Może. Ale mi to nigdy nie przeszkadzało – no nie dało się ukryć, Sauriel był trupem. On miał to już przez lata przepracowane, jakoś z tym żył, Victoria też o tym wiedziała i przeszła nad tym do porządku dziennego, po prostu akceptując go takim, jakim jest. I kiedy mówiła, że jest zimna jak trup, to nie chciała mu tego wytknąć, ani sprawić przykrości. Ledwie porównać jak zimna jest obecnie sama – czyli że wychodziło, że jest tak samo zimna jak i on. I pewnie dlatego on nie od razu zauważył różnicę, a dla niej dotyk wampira okazał się całkiem przyjemny.

- Przyglądali. I mówili, ze pierwszy raz widzą coś takiego – że to, co im się przytrafiło, nie jest normalne. - Na początku podobno wzięto nas za martwych – a może faktycznie byli martwi przez jakiś czas? - W jednym przypadku byli tak bezradni, że musieli wzywać spirytystę – więc… to chyba nie był całkowicie medyczny problem, tak? Bo skoro nagle kapłan kowenu jest w stanie więcej zdziałać, niż magimedyk, no to jak inaczej to rozumieć?

Spojrzała na niego w końcu. To drugi raz, kiedy usłyszała u niego taką stanowczość w stosunku do siebie – poprzednia dotyczyła tego, że żadnych więcej latających powozów, no i proszę bardzo, faktycznie nigdzie nie lecieli, a na pewno byłoby łatwiej coś takiego załatwić niż… mugolskie auto, którego, musiała to przyznać, nie została wielką fanką i uważała za kiepską namiastkę magicznych sposobów poruszania się, ale w darowanemu koniu nie zagląda się przecież w zęby, zwłaszcza jeśli było się tak słabym jak ona teraz, że ledwo przeszła od namiotu do samochodu, a miała pomoc Rookwooda. W każdym razie kiedy Sauriel przybierał tak stanowczy ton, to robiło to na niej wrażenie. I musiała przyznać, że w jakiś pokrętny sposób bardzo jej się to podobało.

W końcu dojechali na miejsce. Ta przedziwna maszyna, której nigdy za bardzo nie rozumiała jak działa, w końcu się zatrzymała i Victoria odetchnęła.
[a] - Dziękuję – to były naprawdę szczere podziękowania. Gdyby nie Sauriel, to jeszcze by tam musiała siedzieć i cholera wie jak długo. Czy ktoś by ją odebrał? Czy ktokolwiek w ogóle by wiedział? Czy musiałaby sama dokuśtykać i poczekać na Błędnego Rycerza? A przecież nie miała daleko… Ale wiedziała, że sama nie da rady. - W namiocie mówili, że jest jakiś problem z siecią fiuu? – zapytała, bo teraz przypomniało jej się jak przez mgłę, że słyszała urywany skrawek rozmowy na ten temat. Zmarszczyła też brwi, bo Sauriel nie potrafił się teleportować i w takim razie miał utrudniony powrót do domu. Tak, był jeszcze ten… to coś, w czym siedzieli. Ale… - Nie chcesz zostać? Nie pogardziłabym towarzystwem. Pewnie nie zasnę, to wszystko jest zbyt świeże i zbyt… - zbyt pojebane. Zbyt nieprawdopodobne. Zbyt przerażające i zbyt smutne. - Nie chcę być dzisiaj sama – powiedziała znacznie ciszej, spod byka patrząc na majaczący niedaleko budynek. A Sauriel u boku… w jakiś magiczny i niezrozumiały sposób koił dzisiaj jej nerwy i… Po prostu chyba tego potrzebowała. Odrobiny spokoju. A ona nie wyglądała na spokojną. Wyglądała na kogoś, kto nie bardzo wie co się z nim dzieje, wyglądała na słabą, na rozemocjonowaną, chociaż starała się być opanowana jak zawsze. Były jednak szczegóły, które ją zdradzały.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#14
06.07.2023, 22:48  ✶  

Dlatego, że nie zauważył różnicy, powinien był zauważyć różnicę. Chyba rozumiecie, o co mi chodzi. Normą jest to, z czym stykasz się regularnie. Jakaś stała, która została wypracowana w twojej głowie, albo w ogóle - na głowie tego świata. Kiedy dotykał ludzi - oni byli ciepli. Gorący niekiedy. Kiedy ludzie dotykali jego - był zimny. Różnica robiła się, kiedy dotykał człowieka, a on wcale nie był ciepły. Był taki w sam raz. Ani się nie ogrzejesz, ani nie poczujesz chłodu. To więc było spoglądanie na pewną normę. I nie, nie odebrał tego jako wytknięcie, natomiast było to w pewien sposób ironiczne - tak się układało w jego głowie. Bo przecież w niektórych światach to nie nadzieja, a czarny humor umierał ostatni. Tak było w świecie Sauriela. Nie było to na tyle zabawne, żeby się z tego śmiał, bo było tragiczne. Cokolwiek ją dotknęło i cokolwiek jej się przydarzyło mógł mieć tylko jedną nadzieję - że to nie na zawsze. Że to tylko na chwilkę. A przecież nie było wystarczająco małej ilości klątw na tym świecie, żeby wszystkie skatalogować i poddać badaniom. Żeby powiedzieć, że każdą z nich dało się cofnąć, odwołać. Nie dało.

- Nie ściemniaj. To nie jest przyjemne, wiem o tym. - Okej, może był w stanie uwierzyć, że to akceptowała, ale to, że jej nie przeszkadzało? Nie. Głównie dlatego, że nawet nie doświadczyła tego na tyle, żeby mówić o przeszkadzaniu albo jego braku. Bo dbał zazwyczaj o to, żeby nie było tego nieprzyjemnego zetknięcia. Na tyle jeszcze ta beznadziejna magia, która prowadziła do tylu krzywd, się nadawała. Zabrzmiał może trochę za ostro - nie tyle tonem, co sposobem wypowiedzi, tak sobie pomyślał.

- Spiry... cooo? - Wybałuszył trochę oczy, bo jak dotarło w pełni do niego to, co zostało powiedziane, to zwątpił. - Znaczy rozumiem co powiedziałaś, ale to to... chyba jakiś... inny rodzaj... ee... choroby? Problemu? - No jak to w sumie nazwać? Nie był specjalistą w nekromancji, a tego chyba to dotyczyło, prawda? - Może... chciałabyś... Może Joseph mógłby to zobaczyć. - Mruknął cicho, ale wystarczająco głośno, żeby zostać dosłyszanym i zrozumianym. I dopiero jak to powiedział to skrzywił się, bo dotarło do niego, że to chyba jednak nie jest najlepszy pomysł.

Saurielowi raczej wydawało się, że Victoria to gotowa jest przewracać oczami, kiedy przybierał taki ton. A na pewno nie podejrzewał jej o to, że mogłoby się jej podobać.

Zaparkował przed rezydencją, na ulicy. Wysiadł z samochodu i podszedł od strony Victorii, żeby zobaczyć, czy w ogóle nie potrzebuje pomocy z wysiadaniem, z... wędrowaniem. Wyglądała naprawdę koszmarnie - kiedy teraz na nią spojrzał. A i tak widział niewiele - może i noc nie była czarna, może i było jakieś światło i latarnie robiły swoje, ale nadal było widać o wiele mniej niż w zwykłym świetle dziennym czy też nawet sztucznym - domowym.

- Jasne. Nie powiem, że to przyjemność, bo wolałbym cię odwozić od koleżanek z małego party... - Uśmiechnął się smętnie kącikiem ust. - ... ale i tak spoko. - Dał się ugłaskać z włosem. A może sam się ugłaskał? W ten czy inny sposób był o wiele spokojniejszy i jakoś tak... bał się o nią. Nie chciał, żeby coś złego jej się stało - naprawdę. I nie czuł się dobrze, widząc ją w takim stanie. - Ay, no... ay. - Zakończył trochę koślawie. - I teleportacją. Teren jest ogólnie... fe i be... - Zaplótł ręce na klatce piersiowej na wspomnienie tej wspaniałej polany. - Zostać? - Zaskoczenie było wszem i wobec zmanifestowane w jego głośnie i na facjacie. Zostać. W jej domu. Z jej matką? I... co potem? Nie chciał zostawać. I jednocześnie słysząc jej słowa nie chciał JEJ zostawiać. Znowu poczuł mieszankę dziwnie sprzecznych uczuć, które wcale mu się nie podobały. - No... ten... słuchaj nie dałoby rady skołować veritaserum? Może popatrzę w te twoje... książki... - Zamknął samochód - i poszedł razem z nią do domu.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#15
07.07.2023, 17:09  ✶  
To akurat była prawda, zazwyczaj gdy się dotykali, to odbywało się to w kontrolowanych warunkach, a dżentelmen Sauriel nie pozwalał, by dotykała bryły lodu. Zazwyczaj. Ale nie zawsze – jak choćby wtedy, kiedy zbierała go z Pokątnej, żeby zabrać do swojego mieszkania. Wtedy nikt nie miał czasu ani głowy na myślenie o tym, by ogrzewać ciało, bo będzie się czuło dyskomfort. Nie była to jedyna sytuacja, ale prawda było, że były w mniejszości. No i to był tylko dotyk dłoni, a nie całe życie obok zimnego jak trup ciała, które ochładza ci pościel w łóżku.
  - Nie ściemniam. Traktuję to jako coś normalnego i nie ma co przeszkadzać – przyjemne czy nie – wychodziła z założenia, że to po prostu część natury Sauriela, coś czego nie mógł zmienić na dłuższą metę (tak jak łaknienia krwi) i po prostu wiedziała, że będzie się musiała do tego przyzwyczaić. Nie stroić fochy, nie narzekać przyjaciółce, że jaka to jest nieszczęśliwa bo Rookwood jest taki zimny – nie. Pod tym względem Victoria nie różniła się wiele od swojej matki i miała bardzo pragmatyczne podejście do życia. Zaakceptowała i przeszła nad tym do porządku dziennego. Może faktycznie Sauriel zabrzmiał nieco ostro, ale jakoś Victoria nie zwróciła na to większej uwagi. Wydawało jej się, że była w takim stanie, że mogła wiele rzeczy źle odbierać.
  - Raczej tak – bo fizycznie nic im przecież nie było. A jednak coś było nie tak – i to zimno było tego dowodem. Przy następnej wypowiedzi Sauriela zastanowiła się przez chwilę. - Jeśli nikt nic innego nie wymyśli to może… – ostatecznie stary wampir może wiedział coś, czego nie wiedzieli oni? Może zetknął się z czymś podobnym? Jeśli nikt nic na to nie pomoże to właściwie co Victoria będzie miała do stracenia? Zdziwiła się jednak, że Sauriel wyszedł z taką propozycją. Sądziła, że nie jest w najlepszych stosunkach ze swoim stwórcą, ale może po prostu – nie, nie może tylko na pewno i Victoria silobie to zaraz uświadomiła – chce pomóc jakkolwiek mógł.
  Pomocy z wysiadaniem co prawda nie potrzebowała, bo przez te chwilę siedzenia nabrała jej odrobinę, ale nie zamierzała udawać twardszej niż była, na pewno nie dzisiaj, i schowawszy dumę w buty po prostu złapała Sauriela za ramię dla pewności. Czuła się zapewne właśnie tak źle, jak wyglądała.
  - Od koleżanek… zapamiętam – odparła i nawet się uśmiechnęła pod nosem, co mogło być dla Sauriela odrobinę słyszalne w jej głosie. - Tak… słyszałam – odpowiedziała dyplomatycznie bo sama niekoniecznie chciała dyskutować o tym, jak mogła teraz wyglądać Polana Ognisk – w końcu tego nie widziała, a przecież Sauriela też tam nie było, więc mogli tylko zgadywać… za to komplikacje z siecią fiuu i teleportacją oznaczały, że coś naprawdę było źle. I nic dziwnego że ich wszystkich składali do kupy w Dolinie Godryka, a nie Mungu. Westchnęła więc tylko.
   – Mhm. Ze mną, nie z Isabellą – uściśliła, jakby to nie było wystarczająco oczywiste. Ale jakaś myśl bruneta musiała byc na tyle głośna i czytelna, że Victoria też ją złapała. - Veritaserum? A co, chcesz sprawdzić moje intencje? – żartowała sobie. Szło jej to beznadziejnie, ale jakoś chciała rozładować atmosferę. No cholery nie wiedziała po co mu veritaserum, ani czy sam teraz nie żartował, ale kiedy tak szli, to w półmroku Lestrange oglądała sobie otoczenie rezydencji. I zatrzymała się w półkroku. - Och nie. Och niee – jęknęła i aż się odwróciła, kiedy przekroczyli już granicę murku oddzielającego tereny posiadłości od reszty. Wichura musiała się przetoczyć też tutaj. I o ile sam budynek wyglądał jakby nie został tknięty (albo już się uporano ze szkodami) to były rzeczy, których nie dało się ot tak naprawić za pomocą magii. - Moje kwiaty – Victoria brzmiała, jakby była blisko płaczu, a to był dopiero przód rezydencji. Właściwy ogród znajdowal się na tyle i nie był z tego miejsca widoczny, ale kobieta wyobrażała sobie, że skoro tutaj nic nie zostało z jej pięknych kwiatów, to z tyłu jest dokładnie ta samą sytuacja.
Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#16
07.07.2023, 21:14  ✶  

Nie miał na myśli tego, jak ona do tego podchodzi, bo myśleć i mówić można różne rzeczy. To jest - nie to, że zarzucał jej kłamstwo, po prostu były pewne rzeczy, których przeskoczyć się nie dało chcąc czy nie chcą. Akceptować sobie można było. Na pewno nie byłoby milej, gdyby chodziła i na to narzekała, ale w to, że tego nie robiła, był w stanie uwierzyć raczej ze względu na to, że wypowiadanie wszem i wobec o jego zimnie, o jego trupowatości, tworzyło kiepski piar. Wydawało mu się, że Victoria jest osobą, która potrafi dotrzymywać sekretów. Miał do niej już sporą dozę zaufania, co w jego przypadku było całym ogromem. Nie zamierzał wątku ciągnąć, bo nie było potrzeby, temat był już i tak nieważny. Co było to minęło, może jeśli wszystko wróci do normy (z nią) to będzie okazja pogadać o tym, czy to przyjemne mniej czy bardziej i czy rzeczywiście "tak jej to nie przeszkadza", jak teraz wielkimi słowy mówiła. Według Sauriela wielkimi słowy. I też, żeby nie było wątpliwości, mimo wszystko doceniał, że prezentowała sobą takie nastawienie.

- Duże "może". - Nie pozwolił pozostać odczuciu, że to mogłoby mu niepasować, w zapomnieniu. Sam zaczął, a teraz niezadowolony, co? Bo tak - tonący brzytwy się chwyta. Ale jeszcze nie można mówić o tonięciu, prawda? Niektóre choroby identyfikuje się latami i to te, które są światu znane. Co dopiero to, co niepoznane... Podobnych trupom było trochę więcej niż tylko wampiry. A jeśli tam zabawa szła w pochłanianie energii, to może coś się na tym polu podziało? Lekko pokręcił głową do swoich własnych myśli, upominając się, żeby nie zanurzyć się zbyt głęboko.

Spojrzał na Victorie jak na kretynkę, kiedy powiedziała, że z nią nie z Isabellą, a że jego spojrzenie było komentarzem samym w sobie to nawet nic nie powiedział, bo aż zaniemówił. Nawet nie wiedział, co odpowiedzieć.

- Nie. Potrzebuję do roboty. - Powiedział bez ogródek i wyciągnął fajkę, kiedy szli w kierunku domu. - Nie mogę po prostu zostać na długo. - Wyjaśnił, skoro miała wątpliwości co do tego, dlaczego szukał trochę wymówek apropo tego, czemu w ogóle miałby za nią do tego budynku wejść. Chociaż też prawda, że wcale nie miał ochoty oglądać teraz twarzy jej matki. - I tak już sporo odłożyłem, co mam do zrobienia, żeby cię znaleźć. - Ona miała swoje obowiązki i życie za dnia, on - nocą. Gdyby tak pominąć całe igranie z mroczną stroną tego świata to ich życie wyglądałoby prześmiesznie - mijaliby się wręcz zjawiskowo. Kiedy ona wracałaby po pracy, on by wychodził. Krótkie spotkania między jednym a drugim wyjściem byłyby całokształtem zetknięcia małżeństwa. - Mam po prostu trudność z odmówieniem ci, co mnie wkurwia. - To było straszne uczucie. Takie ciągnące. Gniotące. Ograniczające. I to uczucie dotyczyło tego, że musiał stąd iść, a nie, że chciał zostać.

- Daj spokój. - Spojrzał bez wyrazu na te kwiaty, rozrzucone w nieładzie, potargane przez wiatr, przeczesane i przerzedzone. Nie robiły na nim wrażenia, kiedy żyły. Nie robiły wrażenia też, gdy zmarły. Wypuścił dym z ust. - To tylko kwiatki. - Rzecz nabyta. Żywa tylko formalnie, jak rośliny są żywe. Można je wyhodować od nowa, co za problem? Jasne, zajmie to czas, ale czy to nie powinna być, no nie wiem, zabawa? Na razie była jednak tragedia Victorii. - Będziesz miała przynajmniej zajęcie w domu. - Skoro już ojciec miał ją tutaj trochę przetrzymać to nie będzie się nudzić. Więc w zasadzie to było z tego coś dobrego... prawda?



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#17
08.07.2023, 09:48  ✶  

– To był przecież twój pomysł, to o co się teraz złościsz? – nie rozumiała, nie nadążała – nie kiedy była tak powolna i zmęczona. Nie powiedziała przecież, że podwija kiece i już leci do Josepha o pomoc, tylko, że jeśli nikt inny nic nie wymyśli… Czy była zdesperowana? Jeszcze nie. Ale chyba Sauriel nie do końca zrozumiał, albo ona nie dostatecznie mocno mu to przekazała, że stało się coś bardzo niedobrego i tak naprawdę to nie była umierająca, tylko… tak jakby… umarła. Wielu rzeczy mu nie powiedziała, na przykład dlaczego była nieprzytomna, co ją właściwie spotkało… Nie wiedziała czy powinna, czy w ogóle chciał wiedzieć, sama też dopiero oswajała się z tym, co powiedziano jej w namiocie. Ale  no umówmy się, gdyby chodziło tylko o nienaturalny chłód ciała, to aż takiej sensacji by nie wzbudzali – w końcu różne były magiczne przypadłości. Ale o tym jak bardzo się wszystko popierdoliło być może Sauriel dowie się w najbliższych dniach; wszyscy się dowiedzą, jego rodzina, jego wampir, obcy ludzie – bo rozejdzie się to szybko jak ogień trawiący drewno i będą o tym pisać w gazetach. Ale nie wyprzedzajmy faktów, bo dzisiejszego wieczora Victoria nie wiedziała jeszcze, że nagle stanie się sławna.

Po prostu zignorowała jego spojrzenie i jego niewerbalny komentarz, zupełnie nic sobie z niego nie robiąc.

W ciszy mieliła to, co jej powiedział – o pracy i o tym, że zmarnował już trochę czasu na to, żeby ją szukać. Nie wiedziała co o tym myśleć, bo szukać jej przecież nie musiał. Mógł ją zupełnie zignorować i robić swoje – ale to był bardzo wyjątkowy czas, bo po syfie w Beltane ludzie po prostu szukali swoich bliskich, nie wszyscy jeszcze wrócili do domu, a ona była jedną z tych osób, chociaż wcale nie była zaginiona.

– W takim razie nieważne – odparła cicho, bo nie chciała mu zabierać tego cennego czasu, którego miał mało, na robienie cokolwiek tam robił i do czegokolwiek potrzebował pretekstu w postaci szukania informacji o veritaserum. Nie musiał ich szukać, Victoria miała je w głowie. Mogła mu też po prostu dać o tym książkę – ale osoba, która nie parała się eliksirami, mogła zapomnieć o tym, by go uwarzyć. To był jeden z tych trudnych. Naprawdę trudnych. – Nie chcę być jakąś tam przeszkodą – jasne, obowiązki obowiązkami. I to wcale nie tak, że Victoria nigdy nie myślała o tym, jakby to miało wyglądać, skoro on działa w nocy, a ona za dnia. Podejrzewała wręcz, że najlepszym rozwiązaniem na taki stan rzeczy byłoby poprosić w Biurze Aurorów nie o zmiany poranne, a te późniejsze – popołudniowe, nocne. Bo to przecież nie tak, że aurorzy pracowali tylko za dnia. Do tego było jednak jeszcze daleko i było tylko lekką myślą w jej głowie. Dzisiaj jednak było tak a nie inaczej, Victoria mocno wyszła ze swojej strefy komfortu pytając o to, czy by nie został, mówiąc, że nie chce być dzisiaj sama. Nie czuła się dobrze z tym, że tak się otworzyła, że była teraz taka… bezbronna i fizycznie i psychicznie. I bezradna. W innej sytuacji raczej by czegoś podobnego nie powiedziała – i cholernie pewne, że nie powie, skoro to tak wkurzało Sauriela, że nie do końca umiał jej odmówić.

– To lata pracy! – a nie tylko kwiatki. To było jej hobby. Jej czas spędzany po pracy, rozmyślanie nad kompozycją, ściąganie odpowiednich nasion, a nie po prostu pójście po nie do sklepu. Jakoś wątpiła, że Sauriel mówiłby „to tylko gitara”, jeśli coś stało się z jego instrumentem. Różnica polegała na tym, że przedmiot dało się naprawić jednym skutecznym Reparo, a z kwiatami niewiele już można było zrobić. Smętnie odwróciła się od murku, nie chcąc patrzyć teraz na obraz nędzy i rozpaczy i zupełnie jakby wstąpiły w nią nowe siły – żeby tylko dojść do drzwi. Żeby tylko nie musieć na to patrzeć. Żeby tylko… Aż się podparła dłonią o drzwi i oddychała płytko, bo zmęczyła ją ta ucieczka – a tu jeszcze trzeba było wejść do środka.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#18
08.07.2023, 15:53  ✶  

Myślał, że poczuje się lepiej z wizją bardzo klarownej nadziei. Nadzieja była niczym, kiedy szedłeś z nią do Diabła. Tak rodziły się pomysły w pierwszej chwili genialne, a potem wygasały. Nawet nie świeca - to była iskra. Wzniecona przez podmuch chwili, zgaszona zanim dotknęła ziemi. Tylko pojedyncze z nich były w stanie opaść na liście - i zająć je całkiem nowym ogniem. Cuda się zdarzały - ale nie warto na nie liczyć. Sauriel również na nich nie polegał, bo przecież nauczył się, że polegać możesz tylko na sobie samym... i ewentualnie tej małej grupie ludzi, którzy udowodnili, że można na nich położyć jakąś tam część niesionej odpowiedzialności. Osoby, którym można powierzyć zadanie. Jedni robili je na odpierdol, inni bardzo dokładnie - Victoria była w tej pierwszej grupie. Rzetelności nie potrafił jej odmówić i nawet nie próbował. I tak całkiem rzetelnie zauważyła, że była to całkowita sprzeczność słów wypowiadanych od jego strony. Właściwie to mogła nie zauważyć, skoro wyglądała na taką zmęczoną.

- Ay. Mój pomysł. Ale nie chcę, żebyś miała z nim jakikolwiek kontakt. - Więc tak - pomysł był dobry, co z wykonaniem? Rokowania całkiem niezłe i optymistyczne, a co ze skutkami? Obietnica i pokusa dobrego wyniku nie zawsze pokrywała się z pozytywnymi skutkami na innych rzeczach, poza obrębem tematu, który był do załatwienia. W tym wypadku było bardzo dużo tych "ale", które ograniczały się do wypowiedzianego przez niego zdania - "ale nie chcę, żebyś miała z nim kontakt". Czy mógł jej tego zabronić? Niby nie. A i tak by zabraniał.

Wzruszył ponuro, anemicznie, ramionami na jej słowa. Bo co miał powiedzieć? Że nie, nie jest przeszkodą? Albo że ważne? Jakieś to takie błache b yło, jakieś takie nie warte wypowiedzenia. Nie dlatego, że tak nie myślał, a wręcz przeciwnie - przecież to było oczywiste. i jednocześnie nie uważając ją za przeszkodę, tą przeszkodą była. Taką nie do przesunięcia, chociaż się prężył. Ale nie przeszkodą w pracy, nie. Przeszkodą w tym, żeby mógł wrócić do swojego spokoju ducha. Nie ma sensu, prawda? Nie ma, dopóki nie dopowiedziało się i nie wyjaśniło tego, że mówienie, że to ONA tą przeszkodą jest to wyolbrzymienie. Bo przeszkodą tutaj było to, co wydarzyło się na Beltane, to jak się czuła, ta klątwa, która ją oplotła czy... cokolwiek to było. W jego głowie już to zostało jako klątwa w braku zrozumienia tego, co się dzieje. Można tutaj było wiele - mógł ją poprosić, żeby przygotowała i sobie iść, mógł zapowiedzieć, że kiedyś wygospodaruje czas i wpadnie. Ta mizerna wymówka miała po prostu coś tutaj ułatwić. Pozwolić, żeby mógł zostać na parę chwil dłużej.

- To je nadrobisz od nowa. - Hobby nie hobby, ograniczało się to wszystko do tego samego: rzecz nabyta, rzecz fizyczna - prawie zawsze można było ją nadrobić. Na kwiatki też były zaklęcia, tak jak magiczne reparo. To nie była wielka filozofia. Rzecz jasna o ile nie było się kuternogą z transmutacji, heh. Tak czy inaczej ta strata była zerowa przy tym, że Victoria była cała i zdrowa. Znaczy... cała, niekoniecznie zdrowa. Przez moment czarnowłosy patrzył na jej załamanie nad kwiatkami, lekko pokręcił do siebie głową i zapukał. A potem nacisnął na klamkę, żeby otworzyć po prostu drzwi. I jednocześnie ją złapał w pasie, żeby nie poleciała do przodu, kiedy zostaną otworzone.

- Przestań. To kwiatki. Zerowa strata przy tym, jak wiele osób straciło życie na Beltane. I że ty też je mogłaś stracić. - Mruknął do niej, puszczając ją - albo pomagając prowadzić, jeśli tego potrzebowała. A ta gadka i tak była w zasadzie jego szczytem empatii na jaki mógł się zdobyć. Po prostu tego nie czuł. Tamte życia, te kwiaty - szare i nic nie znaczące elementy tego świata. Ale dla niej te życia coś znaczyły, więc... to była taka mała manipulacja z jego strony, z którą się nijak po prostu nie utożsamiał. - Przykro mi, że je straciłaś, Viki, ale to po prostu... nic w tej całej tragedii. - Nie to, że nie pamiętał, jak to jest tracić coś, na czym ci zależy. Pamiętał. Dotarło do niego, że chyba powinien trochę inaczej do tego podejść. Do samej Victorii. Nie wiedział, jak się czuje i nie potrafił sam tego poczuć.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#19
08.07.2023, 23:39  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.07.2023, 23:42 przez Victoria Lestrange.)  

Była bardzo zmęczona, ale Sauriela słuchała bardzo uważnie. Była ciekawa, co ma do powiedzenia, co myśli, co czuje. Była spragniona jego obecności. Naprawdę nie umiała tego wytłumaczyć i nawet nie próbowała, po prostu korzystała z tego, że jest obok i starała się zwracać uwagę na to, co mówi. Miała też wrażenie, że się trochę uspokoił, nie był już tak bardzo napięty i tak nie warczał.

– Co tylko chcesz – już mu to kiedyś mówiła. Nie zależało jej wcale na kontakcie z Josephem. Był wczoraj bardzo miły, ale doskonale wiedziała, że jest wampirem i to przebiegłym. Zauważyła już, że Sauriel chyba się go bał, albo nie miał o nim najlepszego zdania… Albo chciał mieć go dla siebie – ale to było ostatnie co miało przyjść do głowy Victorii. Mogła więc uszanować jego zdanie, nawet jeśli stało w sprzeczności do tego, co mówił wcześniej sam i że to przecież on wyszedł z taką propozycją. Jakby… To nie kosztowało jej wiele, a jeśli Sauriel miał się przez to lepiej czuć… to czemu nie? Więc czy mógłby jej zabraniać? Niby nie. I tak by to robił. A ona nie zamierzała mu robić na złość, chyba że to naprawdę będzie jedyne co jej pozostanie, a i tak wtedy by z nim o tym po prostu porozmawiała. Tak to już w… związkach… chyba powinno być.

Nie odpowiedziała, kiedy nabierała oddech w płuca, próbując uspokoić organizm od tego nagłego wysiłku. Poczuwszy zupełnie normalny dotyk wokół własnej talii nie odskoczyła, nie próbowała się odsunąć ani uciekać i po prostu odetchnęła, kiedy Rookwood otworzył drzwi i pchnął je, pomagając jej przejść do środka. Teraz też nie próbowała udawać silniejszej niż jest, bo nie miała ochoty się bawić w obrażoną pannę Lestrange, dlatego… całkiem chętnie przyjęła jego pomoc, dając się prowadzić. Sauriel nigdy jakoś bardzo nie pozwiedzał tego domu, ale drogę do większego salonu znał i szli tam…

Na nieszczęście Sauriela Isabella była w domu. I chyba usłyszała otwieranie drzwi, może raban przy nich… cokolwiek to było, sprawiło że starsza czarownica nie siedziała na kanapie ani nic z tych rzeczy, a wręcz wyszła im na spotkanie i gdyby tylko w tym tandemie szli szybciej, to by na nią wpadli. Na szczęście szli ślimaczym tempem. Mina Isabelle… nie była nad wyraz sroga. Nie wyglądała na złą. Prawdę mówiąc to nawet wyglądała na w pewien sposób zmęczoną. Kosmyki włosów nie były już ciasno upięte w koku, suknia nie była idealnie wyprostowana – a i tak prezentowała się zjawiskowo.

- Victoria! – rzuciła i zupełnie ignorując obecność Sauriela podeszła do nich i złapała córkę dłońmi za twarz… I zaraz się wzdrygnęła, gwałtownie te dłonie zabierając. Poczuła ten chłód, zimno… Victoria mogła się tylko uśmiechnąć ponuro i odwrócić wzrok. Wciąż jednak trzymała się Sauriela. - Co… Wypuścili cię w takim stanie? Cały -

– Mamo – Victoria spróbowała jej przerwać, ale Isabella gadała dalej.

– … dzień cię nie było. Alexander cię –

– Mamo...

– …nie widział? Gdzie oni mają oczy? Przecież ty ledwo stoisz na nogach – spojrzała tutaj przelotnie na Sauriela, ale jej ciemne oczy szybko wróciły na Victorię.

- Mamo. Taty nie widziałam, nie dopuszczali go do nas z wiadomych powodów – Tori w końcu udało się przebić przez trajkotanie Isabelli. - Jest bardzo dużo rannych, chyba nie wróci za szybko – dodała, a rysy Isabelli wyostrzyły się, kiedy zacisnęła usta. – Jestem… Chcę… - aurorka ewidentnie nie umiała znaleźć odpowiednich słów, żeby jakoś przekazać matce informacje… Miała to niej żal, że jej nie szukała. Że to nie ona ją stamtąd zabrała. Nieświadomie nawet mocniej zacisnęła rękę na ramieniu Sauriela. To nie było proste. Nic tu nie było proste. – Medycy nic nie potrafili na to poradzić – powiedziała w końcu nawiązując do swojego stanu i chłodu, jaki wokół siebie roztaczała. - To jest… Ja… - przymknęła na moment oczy. – Byłam nieprzytomna przez kilka godzin – powiedziała w końcu. - Nie chcieli mnie wypuścić samej. Mam odpoczywać. Więc… Ja… Pójdę do siebie. Jakoś się… doprowadzę do używalności – wydusiła w końcu. Była aż zdziwiona, że Isabella teraz nie próbowała jej przerwać. Ale oczywistym było, że wcześniej też tego nie robiła – to jej przerywano, a że była jaka była, to nie mogła dopuścić do tego, żeby przerwanie było faktyczne. Isabella… Wyglądała jakby przetwarzała informacje. I raz jeszcze wyciągnęła ręce do córki, tylko że tym razem nie ułożyła ich już na jej twarzy a na ramionach. Tam w końcu spoczywał potargany mundur aurora.

– Tak… Tak. Odpoczywaj – powiedziała w końcu, patrząc na Victorię, a w końcu zabrała ręce i zrobiła krok w tył, jakby dając znać, że ich przepuszcza.

- Chodź – mruknęła do Sauriela, dając mu znać, że to dobry moment, żeby się ruszyć. – Na górę – dodała jeszcze, bo do jej pokoju to nie miał okazji jeszcze zawędrować.

– Martwiłam się – kiedy zaś byli przy schodach, Isabella powiedziała to bardzo cicho, tak jakby wcale nie chciała być dosłyszana, a Victoria… Zacisnęła usta i poczuła, że chyba łzy zbierają jej się w oczach.

Pokój Victorii był taki jak ona sama: poukładany. Całkiem przestronny, z dużym łóżkiem z baldachimem na jednym końcu, jednym większym oknem, z firaną i zasłonami. Było też biurko, regały obłożone książkami różnej maści, spora szafa, stojące lustro, duży, puchaty dywan na ciemnej drewnianej podłodze i przede wszystkim… wazony z kwiatami. Tymi, które dostała od Sauriela – dwa bukiety przygotowane przez jego matkę i jeden… ten który nazrywał sam. Tak, ciągle to wszystko miała.

Kiedy byli tutaj sami… Victoria poczuła, że niechciane łzy po prostu ściekają jej po policzkach, puściła Sauriela i wierzchem dłoni przetarła jeden z nich zamaszyście, wręcz ze złością. A potem po prostu odwróciła się do niego i objęła go w pasie, przyciskając czoło do jego ramienia.

– Przepraszam – wymamrotała pod nosem. Czuła emocjonalny rollercoaster i właśnie dlatego nie chciała zostawać sama, bo bała się, że się w końcu rozklei. Albo, ze rozklei się jeszcze bardziej, kiedy waga tego, co się wydarzyło, spadnie na nią całą mocą. Sauriel nawet nie wiedział jak bardzo się pomylił mówiąc, że mogła umrzeć. Mogła, a jakże. Mogła. A nawet więcej. Tak jakby… właśnie to się stało.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#20
09.07.2023, 22:48  ✶  

Miał o Victorii zdanie, że była, uwaga, mocne słowo jak na czasy, w których bohaterowie żyją: niezależna. Tak, niezależna. Widział w nią taką ogarniętą kobietę, która ma ułożone całe życie, a kiedy przekona się, że coś jest dla niej lepsze - to zmieni je. I zmieni osoby, które będą dla niej złe. To nie znaczyło, że uważał, że ma zmienne uczucia, czy że wymienia ludzi jak rękawiczki. Po prostu miał to poczucie, że Victoria nie da się zgnębić komuś, kto okaże się dupkiem. Na pewno to przeżyje, bo już widział, jaka jest emocjonalna i jak potrafiło na nią wpływać otoczenie. Czym innym byli ludzie, jeśli nie częścią tego otoczenia. W każdym razie widział, że potrafi układać swoją rzeczywistość jak puzzle. Wykrajała z ludzi, wydarzeń i miejsc, w których przebywała, odpowiednie fragmenty, by tworzyć dla siebie ramkę. Potem ją wypełniała. Starannie i z rozmysłem. Była ostatnią osobą, jaką by oskarżył o skakanie w ogień. Imponowało mu to. Nie przyznawał przed samym sobą tego, że bardzo mu się podobało, że stał się częścią tej układanki. Że miał tam swoje miejsce, że przynależał. Bo jak miałby to przyznać, przecież to przeczyło całej jego filozofii nie przywiązywania się.

Zgadza się, domu nie znał, ale wiedział, gdzie jest salon. Czy do salonu chcieli iść? Tego nie wiedział, ale od tego zaczął. Podejrzewał, że Isabella w domu będzie - bo gdzie miałaby być. Czego za to pewny nie był to to, czy faktycznie na córkę czeka, czy może śpi już sobie smacznie, bo przecież to że czeka niczego nie zmieni. Tak by nakazywał pragmatyzm. Nie odpowiedział już na to, że zrobią, jak chce. Przekazywanie mu pałeczki robienia "co się chce" było dla niego minimalnie nienaturalne, kiedy słyszał to z jej ust, choć nie był pewien, dlaczego. Poczuł niepewność. Wątpliwość, czy dobrze robi. Gdzie leżała granica między jego widzi-mi-się a tym, czego potrzebowała Victoria? To z tego prostego pytania ta niepewność wyniknęła. Na szczęście słaba, krótka, bo jego skupienie zaraz pochłonęła kobieta, która wyszła im naprzeciw. Drzwi za nimi trzasnęły cicho, kiedy czarnowłosy je zamknął.

Puścić ją czy nie puścić? Właściwie to odruchowo zaczął ją puszczać, kiedy Isabella pokazała sobą tyle emocji i wyszła naprzeciw córce, jakby chciała sama pojmać ją w ramiona. Ale zamiast wyjść matce naprzeciw, Victoria w zasadzie cofnęła się do niego. Moment zaskoczenia odmalował się na jego twarzy, niewidoczny dla Victorii, która teraz stała przed nim i jakby nie patrzeć - Bella pochłaniała również jej uwagę. Czego natomiast naprawdę nie chciał, to być świadkiem tej sceny. Nie miał nawet pojęcia, czy to była scenka rodzajowa, na pokaz, czy jednak szczera. A jeśli szczera - ile było tej szczerości? Ile szczerości było w matce, a ile prawdy w córce? Bo nawet co do Victorii nie był przekonany, że powiedziała dokładnie to, co chciałaby powiedzieć, co chciałaby zrobić. Ta sprawa go nie dotyczyła i czuł, że dotyczyć nie powinna. Tak jak sam nie chciał, żeby Victoria była przy jakichkolwiek jego interakcjach z matką czy ojcem. Właściwie z matką jeszcze. Ale z ojcem? Oj nie.

Jeszcze bardziej nie chciał widzieć płaczu.

Poprowadził ją do tego pokoju i nawet na schodach obejrzał się na kobietę, która wydała z siebie ten łamiący serce szept. Albo raczej - łamałby serce, gdyby to Saurielowe nie było aż tak zblazowane na wzruszenia. Natomiast zdawał sobie sprawę z tego, że to już były słowa, jakie człowiek chciał słyszeć. Że się martwi, że kocha, że tęskni. Czy nie powiedział czegoś podobnego Victorii, kiedy mu pomogła zebrać się z ciemnego zaułka?

Co jednak zrobić z płaczącą kobietą to już w ogóle... DRAMAT. Bo co wtedy robić? Krzyczeć, skakać, tulić, gadać, milczeć? NIE ZNOSIŁ płaczu. Nie znosił. Nigdy nie wiedział, co zrobić i teraz też jak wół patrzył na Victorie i gdyby ona pierwsza się nie przytuliła to naprawdę byłoby niezręcznie. Ale przytuliła się, więc mógł ją przytulić. I pogładzić po głowie.

- Ciii... - Wypowiedział najmądrzejsze zdanie, na jakie było go stać. - Eee... spoko. - No i co powiedzieć? Że nie ma za co? Że nic się nie stało? Że nie musi? No ale jak się przeprasza to jest chyba za co? No tego też nie wiedział! Skierował się do jej łóżka - razem z nią, trzymając ją ramieniem i posadził ją na nim, siadając obok. - Jak chcesz to sobie popłacz. Nie masz czego się wstydzić. - Chyba tego potrzebowała, co?



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Sauriel Rookwood (8537), Victoria Lestrange (10872)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa