07.07.2023, 11:21 ✶
Kiedy Danielle znajdowała się jeszcze blisko, kiedy jeszcze obejmował ją swoim ramieniem, potarł jej bok, w przyjacielskim geście troski.
- Idąc przez Knieję, myślałem o nim, ale nie trafiliśmy na żaden nowy ślad jego obecności - powiedział, chociaż pewnie nie powinien o tym mówić. Nie chciał pogrążać jej w tych myślach, ale też nie mógł jej tak po prostu okłamać lub pozostawić bez odpowiedzi. - Jak się wyśpię, to tam wrócę - zapowiedział, bo nie mógł przecież wiedzieć, że całego i żywego Longbottoma nie odnajdą już nigdy, a Ida... Ida, chociaż wyglądała strasznie, dawała wciąż cień nadziei na to, że to wcale nie musiał być koniec. Przypominając sobie tę scenę Moody miał wrażenie, że rozmawiali tam z Danielle dłużej - że zahaczyli nawet tematem o to, co właściwie spotkało go w tej cholernej Kniei i jakim cudem wytrzymał tyle godzin bez snu, ale to wszystko było rozmyte. Bo chociaż była to rozmowa ważna, a Danielle była bliska jego sercu, późniejsze emocje przykryły to swoim rozmachem. W ten sposób silne zniknęło w gąszczu jeszcze silniejszych.
Czuł coraz intensywniejsze napięcie. Nie miał pojęcia, czy Mavelle też to czuła, czy to po prostu gigantyczne poczucie winy uciskało mu teraz żołądek tak mocno, że chciał wierzyć w dzielenie tego dyskomfortu z kimś innym, ale... Ona wcale nie wyglądała na zmieszaną. Przyszła tu jak gdyby nigdy nic, chociaż on sam nie dał jej znać, że odnaleziono Idę, więc...? Czuła się z tym dobrze? Z tym, co działo się pomiędzy nimi przez ostatnie dwa dni? Wiedział, że musieli porozmawiać, ale przecież nie mógł jej teraz stąd wyprowadzić i zapytać o to co między nimi było, bo by się po pierwsze spalił ze wstydu, a po drugie przyznałby, również przed sobą, że ta granica przyjaźni, jaką im Bones sama wyrysowała, zatarła się. Moody sprzed dwóch lat, który się musiał pogodzić z tym, że go zostawiła dla jakiegoś innego typa, prawdopodobnie pizdnąłby pięścią o szafkę na samą myśl o takim scenariuszu. Dzisiejszy Moody był w tym zagubiony. Nie był z tego powodu szczęśliwy, bo nie wierzył w to, że ich relacja była zdrowa - miał wrażenie, że nawet będąc ze sobą, kochali bardziej swoje wyobrażenia niż siebie samych, ale nie wzbudzało to w nim agresji.
Agresję wzbudziło w nim coś innego.
Nie była to Eden. Chociaż jej obecność sprawiała, że ta sytuacja stawała się jeszcze bardziej poplątana, skłamałby mówiąc, że nie chciał jej zobaczyć. Myślał o niej niejednokrotnie, od napisania do niej wiadomości powstrzymało go tylko to, że musiał iść ratować innych, a o niej wiedział, że jest bezpieczna. Chciał jej opowiedzieć o tym, co się przydarzyło jemu i jej bratu, ale znowu natrafił na ścianę - wiedział, że musieli porozmawiać, ale... teraz?
- Byłoby mi miło, gdybyś została - powiedział, nie witając się z nią nawet, bo miał wrażenie, że się ze sobą przywitali w listach. Chyba nie miał racji, chyba tylko wymienili między sobą krótkie informacje - bez tego „cześć”, które niby wypadało sobie powiedzieć, ale tak niewiele chciało mu przeleźć przez gardło, że nie potrafił normalnie myśleć.
Nie był to Bertie. W gruncie rzeczy to nigdy nie był Bertie, bo z nim chyba nie dało się pokłócić, a jeżeli kiedykolwiek przyjdzie dzień, w którym do tego dojdzie, Alastor zapewnie zwątpi w wiele rzeczy, które od zawsze uważał za oczywiste. Bertie był w tym wszystkim jak morska bryza szczypiąca policzki chłodem po długim, gorącym i męczącym dniu. Przeciął swoją obecnością tę niezręczność, nie bał się bliskości fizycznej, bo jako jedyny tutaj nie miał ku temu żadnych powodów. Ta wiązanka bardzo do niego pasowała - pomyślał, ale nie powiedział tego na głos.
Zamiast tego głośno przełknął ślinę.
To była Danielle. Kolejne słowa zbierał w sobie już od dłuższej chwili, ale to chyba wejście Lestrange przelało czarę goryczy - Moody spojrzał się na nią z miną wyrażającą czystą irytację.
- Czy ty naprawdę wykorzystujesz to, że umiera mi siostra, żeby mnie CZYTAĆ? - Zapytał, głosem pełnym napięcia, ale wrzasnął dopiero kilka sekund później: PRZESTAŃ - chciał tym wrzaskiem przypomnieć jej o tym, jak bardzo nie życzył sobie takich działań wobec siebie. Bo to było jego życie, jego prywatność, na punkcie której i on i jego siostra mieli wręcz obsesję. Prędzej by nie jedli, niż zrezygnowali z kolejnej przeprowadzki, niż się poddali z chowaniem wszystkich informacji o sobie w zasięgu wzroku. - To jest obrzydliwe. Wszyscy tutaj są mi bliscy. - Więc po co? Po co się tak zachwycała tymi kolorami, po co tak machała łbem, skoro mogła po prostu zapytać i dowiedzieć się tyle, na ile czuli się z tym komfortowo? Bo tak naprawdę kochał wszystkich znajdujących się w tym pomieszczeniu. Na różne sposoby. Z różnym rezultatem. Dałby się za nich pociąć, gdyby mógł przehandlować swoje życie za ich, to by się nie zawahał nawet przez sekundę, dałby im odejść od siebie gdyby chcieli i po prostu w samotności zalał się rozpaczą, dałby im siebie wtedy kiedy mógł. Kochał ich, ale te relacje znaczyły dla niego o wiele więcej niż jakaś cholerna plama, były od nich o wiele bardziej złożone. Jeżeli nie zechciał opowiedzieć o tym sam, nie czuł, że ktokolwiek w jego otoczeniu był uprawniony do tego, by skrawek tej wiedzy posiąść i się na podstawie tego skrawka domyślać reszty z szeroko otwartymi oczyma.
Chciał uderzyć w coś ręką, ale najbliżej niego znajdowała się Mavelle, zaraz obok łóżko Idy. Zacisnął więc palce na materiale swojej bluzki i zagryzł zęby tak mocno, że już teraz wiedział, jak mocno rozboli go od tego głowa. Wycofał się na kilka kroków, kręcąc głową w niedowierzaniu, po czym opadł na krzesło stojące obok tego stolika, co na nim Bertie położył tę wiązankę. Tam dostrzegł liścik od ojca, ten co nie wyrażał żadnych emocji w związku z potencjalną śmiercią córki. Zgniótł go, jakby próbował wyżyć się na nim za ten stres, co mu tak dudnił teraz w oczach i sercu, a później celnie rzucił nim do stojącego w kącie śmietnika. Następnie schował twarz w dłoniach. Zgarbiony, z zasłoniętymi oczami, z łokciami opartymi o kolana, całkowicie zamilkł.
- Idąc przez Knieję, myślałem o nim, ale nie trafiliśmy na żaden nowy ślad jego obecności - powiedział, chociaż pewnie nie powinien o tym mówić. Nie chciał pogrążać jej w tych myślach, ale też nie mógł jej tak po prostu okłamać lub pozostawić bez odpowiedzi. - Jak się wyśpię, to tam wrócę - zapowiedział, bo nie mógł przecież wiedzieć, że całego i żywego Longbottoma nie odnajdą już nigdy, a Ida... Ida, chociaż wyglądała strasznie, dawała wciąż cień nadziei na to, że to wcale nie musiał być koniec. Przypominając sobie tę scenę Moody miał wrażenie, że rozmawiali tam z Danielle dłużej - że zahaczyli nawet tematem o to, co właściwie spotkało go w tej cholernej Kniei i jakim cudem wytrzymał tyle godzin bez snu, ale to wszystko było rozmyte. Bo chociaż była to rozmowa ważna, a Danielle była bliska jego sercu, późniejsze emocje przykryły to swoim rozmachem. W ten sposób silne zniknęło w gąszczu jeszcze silniejszych.
Czuł coraz intensywniejsze napięcie. Nie miał pojęcia, czy Mavelle też to czuła, czy to po prostu gigantyczne poczucie winy uciskało mu teraz żołądek tak mocno, że chciał wierzyć w dzielenie tego dyskomfortu z kimś innym, ale... Ona wcale nie wyglądała na zmieszaną. Przyszła tu jak gdyby nigdy nic, chociaż on sam nie dał jej znać, że odnaleziono Idę, więc...? Czuła się z tym dobrze? Z tym, co działo się pomiędzy nimi przez ostatnie dwa dni? Wiedział, że musieli porozmawiać, ale przecież nie mógł jej teraz stąd wyprowadzić i zapytać o to co między nimi było, bo by się po pierwsze spalił ze wstydu, a po drugie przyznałby, również przed sobą, że ta granica przyjaźni, jaką im Bones sama wyrysowała, zatarła się. Moody sprzed dwóch lat, który się musiał pogodzić z tym, że go zostawiła dla jakiegoś innego typa, prawdopodobnie pizdnąłby pięścią o szafkę na samą myśl o takim scenariuszu. Dzisiejszy Moody był w tym zagubiony. Nie był z tego powodu szczęśliwy, bo nie wierzył w to, że ich relacja była zdrowa - miał wrażenie, że nawet będąc ze sobą, kochali bardziej swoje wyobrażenia niż siebie samych, ale nie wzbudzało to w nim agresji.
Agresję wzbudziło w nim coś innego.
Nie była to Eden. Chociaż jej obecność sprawiała, że ta sytuacja stawała się jeszcze bardziej poplątana, skłamałby mówiąc, że nie chciał jej zobaczyć. Myślał o niej niejednokrotnie, od napisania do niej wiadomości powstrzymało go tylko to, że musiał iść ratować innych, a o niej wiedział, że jest bezpieczna. Chciał jej opowiedzieć o tym, co się przydarzyło jemu i jej bratu, ale znowu natrafił na ścianę - wiedział, że musieli porozmawiać, ale... teraz?
- Byłoby mi miło, gdybyś została - powiedział, nie witając się z nią nawet, bo miał wrażenie, że się ze sobą przywitali w listach. Chyba nie miał racji, chyba tylko wymienili między sobą krótkie informacje - bez tego „cześć”, które niby wypadało sobie powiedzieć, ale tak niewiele chciało mu przeleźć przez gardło, że nie potrafił normalnie myśleć.
Nie był to Bertie. W gruncie rzeczy to nigdy nie był Bertie, bo z nim chyba nie dało się pokłócić, a jeżeli kiedykolwiek przyjdzie dzień, w którym do tego dojdzie, Alastor zapewnie zwątpi w wiele rzeczy, które od zawsze uważał za oczywiste. Bertie był w tym wszystkim jak morska bryza szczypiąca policzki chłodem po długim, gorącym i męczącym dniu. Przeciął swoją obecnością tę niezręczność, nie bał się bliskości fizycznej, bo jako jedyny tutaj nie miał ku temu żadnych powodów. Ta wiązanka bardzo do niego pasowała - pomyślał, ale nie powiedział tego na głos.
Zamiast tego głośno przełknął ślinę.
To była Danielle. Kolejne słowa zbierał w sobie już od dłuższej chwili, ale to chyba wejście Lestrange przelało czarę goryczy - Moody spojrzał się na nią z miną wyrażającą czystą irytację.
- Czy ty naprawdę wykorzystujesz to, że umiera mi siostra, żeby mnie CZYTAĆ? - Zapytał, głosem pełnym napięcia, ale wrzasnął dopiero kilka sekund później: PRZESTAŃ - chciał tym wrzaskiem przypomnieć jej o tym, jak bardzo nie życzył sobie takich działań wobec siebie. Bo to było jego życie, jego prywatność, na punkcie której i on i jego siostra mieli wręcz obsesję. Prędzej by nie jedli, niż zrezygnowali z kolejnej przeprowadzki, niż się poddali z chowaniem wszystkich informacji o sobie w zasięgu wzroku. - To jest obrzydliwe. Wszyscy tutaj są mi bliscy. - Więc po co? Po co się tak zachwycała tymi kolorami, po co tak machała łbem, skoro mogła po prostu zapytać i dowiedzieć się tyle, na ile czuli się z tym komfortowo? Bo tak naprawdę kochał wszystkich znajdujących się w tym pomieszczeniu. Na różne sposoby. Z różnym rezultatem. Dałby się za nich pociąć, gdyby mógł przehandlować swoje życie za ich, to by się nie zawahał nawet przez sekundę, dałby im odejść od siebie gdyby chcieli i po prostu w samotności zalał się rozpaczą, dałby im siebie wtedy kiedy mógł. Kochał ich, ale te relacje znaczyły dla niego o wiele więcej niż jakaś cholerna plama, były od nich o wiele bardziej złożone. Jeżeli nie zechciał opowiedzieć o tym sam, nie czuł, że ktokolwiek w jego otoczeniu był uprawniony do tego, by skrawek tej wiedzy posiąść i się na podstawie tego skrawka domyślać reszty z szeroko otwartymi oczyma.
Chciał uderzyć w coś ręką, ale najbliżej niego znajdowała się Mavelle, zaraz obok łóżko Idy. Zacisnął więc palce na materiale swojej bluzki i zagryzł zęby tak mocno, że już teraz wiedział, jak mocno rozboli go od tego głowa. Wycofał się na kilka kroków, kręcąc głową w niedowierzaniu, po czym opadł na krzesło stojące obok tego stolika, co na nim Bertie położył tę wiązankę. Tam dostrzegł liścik od ojca, ten co nie wyrażał żadnych emocji w związku z potencjalną śmiercią córki. Zgniótł go, jakby próbował wyżyć się na nim za ten stres, co mu tak dudnił teraz w oczach i sercu, a później celnie rzucił nim do stojącego w kącie śmietnika. Następnie schował twarz w dłoniach. Zgarbiony, z zasłoniętymi oczami, z łokciami opartymi o kolana, całkowicie zamilkł.
fear is the mind-killer.