Sauriel stanął teraz w większej ostrożności do wypowiadanych słów. Bo na niektóre rzeczy trzeba uważać. Patrzył na Victorię i nie miał pojęcia, co ona o tym myśli, co czuje względem tego. Voldemort był kimś, kto skrzywdził Victorię i kto przetoczył się przez Beltane jak jedna z tych burzowych chmur, których błyskawice sięgają samej ziemi. Niszczyły. Podpalały. Zabijały. Ci szczęśliwcy, którzy umknęli śmierci, prawdopodobnie nigdy nie wrócą tacy sami do domu. To się odnosiło tak do Zimnych, jak i do każdego, kto tamto miejsce opuścił. Ale Voldemort był też kimś, kto aktualnie nadawał kierunek i sens istnienia Sauriela. Myślał o nim źle, nie to, że nagle myśli o nim dobrze, nie. Ciężar jego dokonań stał się po prostu mało istotny. Śmierć, jaką zadawał, stała się mało istotna. Był tarczą i pretekstem do tego, żeby czarnowłosy sam mógł robić rzeczy... rzeczy bardzo okrutne, które go cieszyły. Tak, jak człowieka powinien cieszyć wypad do lunaparku. Nie mógł chlapnąć więcej i nie mógł chlapnąć mniej. Zanikała granica między naturalnym zachowaniem a pewną koniecznością zachowań. Brała nagle wątpliwość, bo jeśli ja nie widzę to ile widzi ona? Nic? Ile się domyśla? Myśl nakręcała myśl. Nie panikował, nie spinał się tutaj, nie miał karuzeli wszystkich pytań. Zadał je samemu sobie. Tylko miał problem, żeby do tej sytuacji się dopasować.
- Ay... czaje... - Mruknął. Nie miał pojęcia, naprawdę, co się tam działo... ale to malutkie kłamstwo. Jakieś tam pojęcie miał. Na przykład to, że Voldemort chciał pobrać stamtąd moc. Chyba po to były im te dziwne kamyczki, które niektórzy rozrzucali? Albo to były przeszkadzajki? No tego już nie pamiętał. Szczegóły, powody - Sauriel o nie nie pytał, bo po co mu to było wiedzieć? Dostał swoje zadanie - pilnowania tyłów. Bo tych "lepszych" posłali do przodu. Takich lepszych, że Sauriel potem z powątpieniem się na nich gapił. Więc nie, nie czaił. Ale rozumiał, o co chodziło Victorii, kiedy teraz o tym mówiła. - Chyba... ma sens. - No, miało. Tylko nie bardzo wiedział, gdzie to udowadniać. Albo nie, wiedział - najlepiej u źródła! Ale tego Victorii nie zaproponuje, nawet gdyby miała zapas ogóreczków do podarowania Tomciowi.
- Chyba nazwa tu nie ma... jakiegoś super znaczenia. - Przez moment zważył słowa, odnosząc się do tego, że to nie klątwa i... wiedział, o co chodzi akurat. Uspokoiła się pod jego dotykiem, albo przynajmniej zły czar prysł, o czymkolwiek by nie pomyślała. Tego gest i jej zmiana były aż zanadto widoczne, żeby nawet taki debil jak on to zauważył.
- Heee? A nie wiem. Róże chwalą się pidżamami? - Zapytał... na trochę poważnie, a trochę rozbawiony, bo kurwa może kwiatki też się przebierały? No skąd miał wiedzieć? Niby nie widział, żeby jakiś tam tak robił, ale kto wie, co robią, kiedy się nie patrzył? Niespecjalnie się przyglądał, a bo to mało cudów było w tym czarodziejskim świecie? I rzucił komplement, bo tak mu się nasunęło. W Victorii jednak romantyczka ewidentnie nie drzemała!
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.