Och, życie Alice zdecydowanie znalazło się właśnie w lepszym miejscu w trakcie drugiego kawałka ciasta, za słowami Erika Longbottoma. Wzniosła toast przy końcu jego słów. Porzuciła stoły w drugiej sali i przeszła w okolicę Florence.
- Dobry wieczór Flo - przywitała się ze swoim firmowym, wesołym uśmiechem. - Pióra abraxanów są zjawiskowe. - Jako dzieciak starała się znaleźć, choć kilka, kręcąc się wokół stajni, ilekroć była u Prewettów z wizytą. Jak nie porwała przy tym swoich rajstopek, to jedna Morgana raczy wiedzieć, ale zwykle wyglądała jak uboższa wersja stracha na wróble, z sianem wszędzie.
Sama podniosła rękę i podbiła do czterdziestu galeonów na drugą suknię. Raczej dla sportu, ale Alice nigdy nie kryła się z łatwością do korzystania ze swojej uprzywilejowanej pozycji i wydawania pieniędzy rodziców, którymi na co dzień nie rozporządzała, ale na taką okazję? Zresztą oficjalnie licytował jej brat.
- Czy mi się wydaje, czy raczej obie licytujemy w czyimś imieniu? - popatrzyła z ukosa na kuzynkę.
- Swoją drogą, polecam tarteletki, chyba zafundowałam nimi trzydniową zgagę jednemu sędziemu, a sobie dezaprobatę jego żony, bo zrujnowałam puddingową dietę. Czymkolwiek na gacie Merlina jest puddingowa dieta. Żyłam dotychczas w świecie, gdy zazwyczaj zawierały one tłuszcz, mąkę i mnóstwo wnętrzności, do których żywe istoty są egzystencjalnie przywiązane.