Skrzywiłem się i zaraz dotknąłem swojego nosa. To nie tak, że jakoś mocno zabolało, ale zabolało, a ja nie chciałem mieć go przestawionego, bo taki był idealny. Trochę spory, ale mój, a gdyby był krzywy, to już nie byłby sobą, no nie? Niestety, nos przestał mieć znaczenie, bo teraz to zabolało potężnie w innym miejscu, tak zaskakująco, że aż zaparło mi dech w piersi. Jakieś skomlenie, jęk, cokolwiek umknęło spomiędzy moich warg, kiedy nieco się zgiąłem w pół. Nawet może nieco bardziej niż nieco.
Pomachałem tylko ręką napastnikowi, co miało oznaczać Nie chodzę do Kościanego, ale dzięki za troskę o moje życie, ale chyba bardziej wyglądało Dobra, dobra albo Ić stond. Zależy od indywidualnej interpretacji w sumie. Przysolili mi chyba prosto w nery, ale nie było gorzej, tylko powoli dochodziłem do siebie, więc źle to też nie było, a nawet całkiem litościwie. Pomacałem bok, ale to był z kolei zły pomysł. Najpewniej będę miał ślicznego, fioletowego sińca. Może Dellian będzie dla mnie bardziej litościwy, jeśli zobaczy, jaki ja jestem biedny kocurrr.
A właśnie, bo się okazało, że tym moim napastnikiem to Paniopan Mewa aka Maeve była. To dopiero zadziora.
- Mewa, przyjaciół to się nie kopie w kichy, szczególnie jak leżą bezbronni, nieuzbrojeni - pouczyłem ją, zbierając się z tej ziemi. Tak na razie siadłem na niej i nonszalancko oparłem rękę na kolanie, żeby nie widziała, że się krzywię albo co. Wszystko było ze mną w jak najlepszym porządku. Mogłem w tej chwili się wspinać czy biegać i tak dalej... Ta, jasne. Ale, cóż, pokażę jej, że ja tu się takich furiatek za trzy knuty nie bałem.
- To nie może być twoja siostrzenica, bo jest na to za ładna, a ty masz za duży skrzyw mordki - stwierdziłem jakże naukowym tonem, jednak powoli wstając, bo jak mi postanowi znowu z buta poprawić, to już wolałem dostać po kostkach niż bebechach. Kochałem swoje bebeszki, a ona miała ku nim jakieś dziwne pokusy. - Poza tym to tak się traktuje medyków w waszej drużynie? - zapytałem, bo jednak może warto było się wymiksować z tego układu. Myślałem, że medycy to rzecz święta, a nie rzecz do poniewierania. Znowu wskazywałem na nią paluchem. Ona najwyraźniej taka już była. ZŁOŚNICA. Może po prostu zazdrościła, że nie była w centrum mojego serduszka. Uśmiechnąłem się na tę myśl cwaniacko.