Wiele rzeczy w magicznym świecie związane było z astronomią i chociaż Victoria nie znała się na niej jakoś mocno, ledwie tyle, co nauczyła się w szkole, to ostatni czas dobitnie jej udowodnił jakie miało to znaczenie. Pełnie, nowie… a pod koniec maja nawet czarodzieje (tak mówili) zobaczyli to, co cały miesiąc widzieli tylko mugole: słońce i księżyc jednocześnie na nieboskłonie. Były takie dni w ciągu miesiąca, w których niektórym czarodziejom trudno się czarowało i zawodziła ich moc – i wszystko to było związane z wędrówka ciał niebieskich po niebie. Więc czym dla astronomii było całkowite zaćmienie księżyca?
Tego Victoria nie wiedziała. Za to była całkiem pewna co chciałaby tego dnia zrobić i kogo wyciągnąć ze swojej jamy. Przecież nie codziennie można spojrzeć w stronę słońca nie mrużąc przy tym oczu… a co na to wampir, który od kilku lat w ogóle na słońce spojrzeć nie mógł, bo nie mógł na niego wyjść?
Pomimo wszystkiego co się pomiędzy nimi działo, pociągnęła za kilka sznurków w Ministerstwie, tu poprosiła o przysługę, tam zaniosła drogi alkohol – tylko po to by załatwić dwa świstokliki na czas zaćmienia słońca; chodziło o to żeby zadziałały w określonym czasie, bo absolutnie nie chciała żadnej krzywdy dla Sauriela, to miało być dla niego całkowicie bezpieczne, dlatego najpierw skontaktowała się z kimś, kto był w stanie dokładnie jej wyliczyć kiedy zaćmienie będzie miało miejsce i kiedy zacznie się kończyć. Wybrała też odpowiednie miejsce na kompletnym odludziu, przy skraju lasu, w razie czego, gdyby jednak coś poszło nie tak, to żeby można było się skryć w cieniu pomiędzy drzewami. I to była jedna sprawa – wielkie-małe przedsięwzięcie. Była też druga… która chodziła po głowie Victorii od bardzo długiego czasu i prawdę mówiąc planowała, by był to prezent urodzinowy Sauriela, ale splot zdarzeń i jego zachowania, jego… wyciszenia i próby wyjścia na pełne słońce w niekontrolowanych warunkach w jednym celu, sprawił że uznała, że może Rookwoodowi przyda się zajęcie teraz, a nie za kilka miesięcy. Że może jakoś się oderwie, może sprawi mu to chociaż trochę radości. Kupiła mu aparat: taki, który od razu wypluwa zdjęcia i są ruchome, a nie jak te dziwaczne, mugoli… prezent i świstokliki zapakowała do swojej torebki i tak uzbrojona zjawiła się pod rezydencją Rookwoodów; tu miała stoczyć najcięższy bój i najtrudniejsza część całego planu.
Oczywiście, że była niezapowiedziana, bo to wszystko to była niespodzianka. I oczywiście, że spodziewała się, że może być dziwnie… ale odłożyła to wszystko na bok.
I po prostu czekała, aż ktoś jej otworzy. Skrzat, albo ktokolwiek inny. Tak, był środek dnia. I tak, przyszła do Sauriela – co zaraz zresztą oznajmiła komuś, kto jej otworzył, zaraz po kulturalnym "dzień dobry": przyszłam do Sauriela, mogłabym się z nim zobaczyć?
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)