• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 11 Dalej »
[5 lipca 1972] Gram godności

[5 lipca 1972] Gram godności
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#1
09.12.2023, 20:27  ✶  

Galeria Sztuki im. Loretty Lestrange



Był wściekły. Ten ich cały cygański ślub był dla niego jak ciernie pod powieką. Tysiące razy powtarzał jej, żeby się w to nie pakowało, bo będzie cierpieć jak nigdy wcześniej. Ten typ był gorszy, jeszcze bardziej zepsuty i toksyczny, niż każdy poprzedni. Jakby zsumować wszystkich byłych Loretty może dobilibyśmy chociaż do połowy stawki tego jak zdegenerowany był Mulciber. I wcale nie musiał go bardzo dobrze znać, by wiedzieć że nie chce takiego losu dla swojej siostry. Naprawdę był zaskoczony tym jak progresywnie rosło zestawienie poziomu spierdolenia kolejnych facetów jakich dobierała sobie Loretta. Czyżby na Nokturnie był urządzany jakiś plebiscyt w którym wyłaniany był największy szmaciarz, specjalnie pod gusta jego bliźniaczki? Bo nie potrafił znaleźć logicznego wytłumaczenia dla tego jak bardzo Lorka starała się znaleźć jeszcze bardziej gówniany zamiennik Leandra. Z reguły nie wtrącał się w jej relacje z mężczyznami, chociaż rozsądek podpowiadał mu że powinien. Może gdyby w porę zainterweniował jeszcze za czasów Yaxleya, dzisiaj nie musiałby robić tego co miał w planach. A wpadł na pomysł, może mało przebiegły, jednak nie miał zbyt wielkiego wyboru, że poszuka jakiś wskazówek w pracowni Loretty. Nie wiedział tak naprawdę czego szukał konkretnie, ani co chciał tym finalnie osiągnąć. Był jednak pewien, że tym razem nie zostawi tego wszystkiego kaprysowi przypadku. Najlepiej zdławić zło w zarodku i działać szybko. Liczył, że być może w jej gabinecie, w stertach notatek, czy ukryte na dnie którejś szuflady znajdzie coś co podpowie mu czego powinien się teraz najbardziej obawiać. Najchętniej to poznałby lokalizację tego całego romskiego taboru i spalił ich w pizdu, aż nie zostanie po nich nawet najdrobniejszy węglik. Całe szczęście, że ta farsa póki co nie została sformalizowana i póki żaden kapłan z Kowenu nie odnotuje ich zaślubin w oficjalnym piśmie byli dla siebie całkiem obcy, w świetle prawa oczywiście.
W budynku galerii pojawił się środkiem nocy, trochę po północy, kiedy w środku oprócz śpiącego nocnego stróża oraz skrzatki nikogo nie było. Był tutaj traktowany prawie jak drugi właściciel, więc nikt nie miał zamiaru robić problemu z powodu tego, że tutaj się znalazł o tak później porze. Przechodząc przez pracownie, nawet nie rozglądał się zbytnio po sztalugach. Bał się, że zobaczy coś tak ohydnego, że nie będzie mógł zasnąć od tego widoku przez kolejne tygodnie. Nie żeby czuł obrzydzenie do talentu swojej siostry, ale znał ją. Wiedział, że obecnie targają nią bardzo mocne emocje, a te zawsze musiały znaleźć ujście w jej sztuce. Nie daj Matko jeszcze, na którymś z tych płócien dostrzegłby ich razem w akcie. Wchodząc do prywatnego gabinetu pani mecenas, w jego nozdrza uderzył zapach którego by się nie spodziewał tutaj. Jakby woń alkoholu i... opium? Szybko rozpoznał kobiecą sylwetkę, która uprzedziła go w przeczesywaniu szafek i półek tego pokoju. Zatrzasnął za sobą drzwi, głośno sygnalizując swoją obecność tutaj. Przekręcił klucz w zamku, na wypadek... No właśnie, to się jeszcze raz okaże. - Diana? Czego tutaj szukasz? - zapytał dość grzecznie jak na siebie, czyli tylko trochę chłodno i ozięble. Gdyby nie wiedział, że kumplują się razem z Lorettą potraktowałby ją mniej uczuciowo, ale zaskoczyła go jednak. Rozejrzał się dokładniej, w poszukiwaniu reszty cygańskiej zgrai, ale wyglądało na to, że Dianka przebyła wyłącznie we własnym towarzystwie. Do tej chwili. - Dostałaś wizę na wyjście z Nokturnu? - uniósł brew z zadziornym uśmiechem.
Księżniczka Ćpunów
stworzono mnie ostrym, bezlitosnym gestem:
nie z żebra twojego, a z ciosów jestem
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Niziutka, mierząca sobie 158cm, kobieca figura, którą zawsze podkreśla fantazyjnymi i naprawdę drogimi kreacjami. Krótkie blond włosy zawsze nosi rozpuszczone. Z uśmiechem przylepionym do warg, wygląda jakby pływała w obłokach, choć gdy się jej dłużej przyjrzysz, w piwnych oczach dostrzeżesz burzę.

Diana Mulciber
#2
13.12.2023, 01:54  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.12.2023, 13:47 przez Diana Mulciber.)  
Nie pamiętała już, który z kolei to był dzień odwyku – o ile odwykiem odstawienia można było to nazwać, bo mijał któryś już tydzień od usadzenia Donalda w warzywniaku, a ona z każdym kolejnym coraz głębiej upadała. Zachłysnęła się nowo uzyskaną wolnością, ułudną w swej naturze, acz widzieć tego jeszcze nie potrafiła; w jej blasku spalała się jak ogon komety, która niczym wstęga przecinała niebo, leciała krótko i szybko, wpadając w orbitę większego od siebie obiektu. I ginęła na miejscu.
Dziś było paskudnym dniem. Gardło zaciskało się boleśnie przy każdym kęsie jedzenia, więc spędziła pół dnia pochylona nad suchym tostem i kubkiem wystygłej herbaty, do której dolewała gorzały, wmuszając w siebie kolejny łyk. Napój palił w gardło, rozpościerał gorycz na języku, lecz zalegał posłusznie na dnie żołądka. Miał być jak lekarstwo, bo to płynne, nie wciągane, więc zdrowsze i mniej ukracające zmysły, ale przez to swoje męczeństwo, wskazówki zegara tylko zwalniały i koniec końców, w pracy zamiast dziewięciu godzin, spędziła dziewięćset.
Złamała sobie sama serce odkrywszy, że w domu nie znalazła ani grama. Pozbywszy się wszystkiego, poza zwietrzałymi blantami, sądziła, iż usiała sobie przyszłość świetlistą i piękną. Wolną od nałogu.
Bo przecież tak to kurwa działało – wystarczyło nie ćpać przez trzy dni i kilkanaście lat zerowało się jak białe kreski na stole. Swoje odkrycie zwieńczyła uśmiechem, smutnym, slodkogorzkim. Potem się popłakała, rozpaczliwie pragnąc kartkować spalone już (choć to nie tak że adresy znała na pamięć) dane dostawców. Rozmiękłym od płaczu szeptem zarazem dziękowała i przeklinała dawną siebie, a nienawiść - do wszechświata odciskała się na jej ciele. W tej żałości i zanikającym pragnieniu wyjścia na dobrą drogę (czy ona w ogóle istniała?) ujrzała rażącą łunę zbawczego światła machającą do niej z drugiej strony tunelu.
Gramy, jej światełka skryte i niezniszczone (!) powinny chować się w jeszcze jednym miejscu. W galerii Loretty, jej biurze, do którego pospiesznie ruszyła, choć granat zdążył już wyściełać płótno nocy. Zapewne nie musiała się zakradać, używać zaklęć i knuć niczym dziecko na wyprawie po ukryte, świąteczne łakocie, ale jakoś perspektywa tłumaczenia się później Lore, nie wpisywała się do jej ciasno wypełnionego kalendarza. Ale urodzona pod złą gwiazdą Diana nie zdążyła przeszukać nawet trzech szafek, jak na korytarzu rozległ się manifest ciężkiego, męskiego chodu. Westchnęła niepocieszona, ale nie ruszyła się z miejsca. Jej piwnym oczom jednakże, ukazał się Louvain Lestrange, a nie wąsaty strażnik.
– Niczego, Lou – odparła niewinnie, obdarowując go równie anielskim uśmiechem – mnie tu nie ma, ja nie istnieję.
Zaśmiała się. Tak jakby to był najzabawniejszy kabaretowy skecz, w którym chłop przebrał się za babę, ale nikt tutaj nie robił z siebie ostatniego idioty (czy na pewno?) i widownia nie klaskała (na pewno!), a przynajmniej jeszcze nie. 
– Nokturn? Błagam. To nie miejsce dla damy takiej jak ja. – Szafkę, w której pałaszowała jeszcze przed minutą, zamknęła z impetem, trzasnąwszy nią jak alfons trzasnąłby z liścia w swoją najmniej dorodną kurwę. Z tym przyjemnym szemraniem alkoholu, którego echo przetaczało się przez skronie, nie była w stanie ukryć swojego ruchowego skoordynowania wystarczająco dobrze, by jego przenikliwie spojrzenie nie wychwyciło jej stanu. Stanu alkoholowego upojenia, stanu przed-głodowego, który ku niej pędził i nastrajał wszystkie mięśnie niczym muzyk przed koncertem.
– A Ty? Przyszedłeś mnie odwiedzić?
Znów śmiech. A przecież nikt nie rzucał w eter żadnych śmiesznych żartów.


Chwasty trzeba wyrywać.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#3
13.12.2023, 22:33  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.12.2023, 06:51 przez Louvain Lestrange.)  
tw: ksenofobia, slut-shaming

Zawsze nad tym ubolewał. Dlaczego Loretta nie mogła znaleźć sobie bardziej odpowiedniego towarzystwa? Te dekadencka aura która ciążyła nad księciem ćpunów i jego zgraja miała tragiczny wpływ na jego siostrę. Przecież znał ją od zawsze, zdecydowanie lepiej niż jakiś rumuński heroinista i wiedział, że nie Loretta nie jest taka jak oni. To właśnie przez nich jego siostrzyczka, idealna porcelanowa laleczka, upadała i gniła moralnie. Rozjebałby pysk każdemu kto ośmieliłby rzucić mu taką tezę w twarz, jednak dobrze wiedział jakie plotki roztaczały się po salonowych kuluarach. Winą obarczał za to wyłącznie cały Alexandrowo-kurewski skład. Dlatego nienawidził tego romskiego śmiecia jak psa. Za ten bluźnierczy akt bezeceństwa jakim było doprowadzenie do moralnego rozkładu Loretty.
Przy tym wszystkim odcinał się stanowczą i grubą kreską od własnej przeszłości. Od podszewki poznał czym był niczym nieskrępowany hedonizm, kiedy jeszcze był u szczytu swojej sportowej kariery. Z genotypem dziwkarza i rozpustnika w którymś z już nieco starszych splotów w swoim DNA, kompletnie nie przeszkadzało mu to w subiektywnej ocenie Diany, Alexandra i Merlin wie kto tam jeszcze się z nimi buja po melinach i spelunach. Swego czasu garściami mógł rzucać galeonami. Za pieniądze które zostawił po burdelach ktoś mógłby postawić kilka sierocińców, no ale nie on. Przynajmniej kilka kokotek z Nokturnu mogło pozwolić sobie na eleganckie kreacje z domu mody Rosier. Miłość miała swoją cenę, szczególnie ta zmysłowa. Miał też swoje własne doświadczenie w używkach, jednak te za bardzo odbijały się na kondycji by mógł się w nich, w tamtym czasie, adekwatnie odpłynąć. Chociaż gdyby nie jego ambicje, niewiele brakowało żeby ulokował swoje wszystkie fundusze w narkotykach. Wtedy kiedy jego kariera była definitywnie zakończona.
- Widzę... Ty nawet nie żyjesz, co najwyżej wegetujesz. - rzucił z nutą ironicznej pogardy. Nawet nie starała się uknuć żadnej intrygi, najwidoczniej napędzana impulsem chwili, Diana od razu wydała mu się mocno podejrzana. Nie odwzajemnił w żadnym momencie jej uśmiechu, a tym bardziej nerwowego śmiechu. Odstąpił od blokowania swoją posturą wyjścia z pomieszczenia, zamiast tego z chłodną miną i mrozem w oczach zaczął powoli kroczyć w kierunku księżniczki z Monaru. Nie odpowiedział na jej pytanie, p prostu zbliżył się na odległość wypuszczanego z ust dymu papierosów i chwycił za jej nadgarstek. W przesadzonym uścisku wyciągnął jej dłoń przed siebie jakby spodziewał się, że właśnie coś skrywała w swojej piąstce. - Co Ty kombinujesz Mulciber... - syknął marszcząc przy tym brwi niby zły, kiedy zobaczył, że w jej dłoni nie kryje się nic za co mógłby faktycznie wściec. Nie posądzałby jej raczej o kradzież, z tego co się orientował nie brakowało jej pieniędzy. Mocnych doznań jeśli już. Przeciągając odrobinę te chwilę kiedy bezprecedensowo naruszał jej nietykalność, w końcu wypuścił jej dłoń zostawiając na skórze czerwone plamy od ucisku. W tym momencie do jego nozdrzy dobiegła woń jej perfum, które odbiły się rezonując na krótki moment jego zmysły. Poszedł dalej tym tropem, nachylając się nad nią. Tak jakby przed momentem wcale nie wykręcił przemocą jej ręki, odchylił pasmo jej włosów, odchylając kawałek bladej skóry na szyi Diany. Zaciągnął się mocniej jej zapachami. Przez zamknięte powieki zaśmiał się bezdźwięcznie, kiedy wyczuł woń alkoholu w tym bukiecie aromatów. Teraz zaczął powoli łączyć kropki. Szarpnął za uchwyt szafki, którą tak starała się ukryć, że wcale nic w niej nie szukała, nic a nic. Wyciągnął różdżkę i machnął nią w kierunku zawartości, nie mając zamiaru przekopywać się przez sterty pergaminów, szkiców i innych bibelotów. Do jego ręki samo wskoczyło, jak na zawołanie, zawiniątko niewielkiej treści. Nie urodził się wczoraj, żeby nie wiedzieć co to takiego. - Chyba z chuja spadłaś, jak myślisz, że pozwolę Ci brukać to miejsce w ten sposób! - choć przed chwilą mógł nawet uśmiechnąć się przelotnie, zadziornie, teraz warknął poirytowany. Mówiąc to podniósł wyżej rękę, jakby biorąc zamach do spoliczkowania kobiety, ale powstrzymał się w ostatnim momencie kiedy miał okazję napawać się widokiem jej miny. Zaśmiał się po raz pierwszy na głos, uznając manipulowanie jej strachem za coś zabawnego.
Księżniczka Ćpunów
stworzono mnie ostrym, bezlitosnym gestem:
nie z żebra twojego, a z ciosów jestem
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Niziutka, mierząca sobie 158cm, kobieca figura, którą zawsze podkreśla fantazyjnymi i naprawdę drogimi kreacjami. Krótkie blond włosy zawsze nosi rozpuszczone. Z uśmiechem przylepionym do warg, wygląda jakby pływała w obłokach, choć gdy się jej dłużej przyjrzysz, w piwnych oczach dostrzeżesz burzę.

Diana Mulciber
#4
08.01.2024, 23:50  ✶  
Trochę ogłuszona, osłabiona, zbłąkana, ze strzępkiem zwodniczej pieśni przyklejonym nieopatrznie do twarzy, zerknęła na niego z zaciekawieniem.
– Oj, myślałam, że się lubimy.
Powiedziała z wyczuwalnym zawodem w głosie; zabrzmiała naturalnie, nawet nie prześmiewczo, ale przez źrenice przetaczały się wszystkie żywioły i równie dobrze mogłaby się rozpłakać i na niego nawrzeszczeć, całkiem zgodnie z biosferą swojej zgniłej duszy.
– Przecież tyle nas łączy...
Świadomość własnej natury była gorzką pastylką, którą usilnie od wielu lat przetrzymywała pod dnem języka - nie rozpuszczała się, w zamian za to jedynie marszcząc jej zmysły cierpkim, przenikliwym posmakiem, drapiącym aż po sam przełyk. Niekiedy zastanawiała się, czy byłaby równie złym człowiekiem - czy byłaby równie złym człowiekiem, gdyby przez jej żyły nie przechodziła sztormem wzburzona, demoniczna i zepsuta krew, czy byłaby równie złym człowiekiem, gdyby nie odziedziczyła wielu cech swojej matki, gdyby nie przekazała jej nieludzkiego, nasączonego przekleństwem obłudy pochodzenia.
Zabij.
Pamiętasz co zrobiłaś z Donaldem?
Przecież nikt by po tym gówniarzu tutaj nie płakał...

Rozbudzony Salazar przebąkiwał to, echując w gęstej dolinie jej myśli. Była zlepkiem dwóch różnych natur, skundloną, nieprzyjemną mieszanką, w której nadal, wyraźnie, odznaczał się wykrzyknikiem zwodniczy, gnijący w kłamstwach charakter.
Nie reagowała na sylwetkę zmierzającą ku niej; nie reagowała nawet na łapę zakleszczającą się na jej chudym, lichym nadgarstku.
Jak kukła bez wewnętrznej mocy i siły, poddana oraz uległa. 
Gdy zaś tylko się nachylał, przymknęła spokojnie oczy niczym niewinna dzierlatka przed pierwszym, wyczekiwanym pocałunkiem; w tej batalii cieni mogłaby i za taką nawet uchodzić, za uległą i niewinną dziewczynę, przestraszoną sarnę, która oczekiwała swojego losu z sercem na dłoni. 
Nawet nie drgnęła na groźbę wymierzanego w nią plaskacza; wszak w jej kręgach plaskaczem i splunięciem w mordę się ze sobą witano. Ale miał jej towar; jakże ciężko przychodziło jej nie świdrowanie go utęsknionym, żarłocznym spojrzeniem.
— Brukać — parsknęła szczerze rozbawiona — i kto tu z chuja spadł? Udajesz, że nie wiesz co twoja siostra robi tu z moim szwagrem każdego wieczora? Moje prochy to tylko dziecięce zabawki w porównaniu do ich zabawek.
Przyjęcie swego dziedzictwa było przyjęciem wszystkich, powiązanych z nim cech, było akceptacją zepsucia i moralności giętkiej jak przetrzymany w roztworze octowym szkielet. Nie znała przecież Louvaina i nie wiedziała co dokładnie targało jego duszą, tudzież jej szczątkami...wiedziała jednakże, że buńczuczny gniew skądś się brał i gdzieś posiadał swą genezę. Coś tam się tliło na ołtarzu plugawych myśli, coś się próbowało zebrać i utworzyć jedną, absolutną całość, ale przecież mózg przeżerał jej głód.
Jeszcze nie wiedziała.
— W czym ci takim przeszkodziłam, co?
Oczy zmrużyła badawczo, usta układając do poufnego szeptu. Tak jakby nieudolnie próbowała zdobyć zaufanie małego chłopca, który nie chciał wyjawić swojej mamie co właśnie przeskrobał.


Chwasty trzeba wyrywać.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#5
02.03.2024, 16:52  ✶  

Przeklinał ten dzień w którym Loretta wpadła w te sektę którym najwyższą cnotą było upodlenie. I pomyśleć, że w pierwszych spotkaniach mógł nawet twierdzić, że cygańskie trio jest całkiem w porządku. Nawet po części rozumiał skąd ta fascynacja romskim folklorem. W tych wibracjach było coś nieokiełznanego, dzikiego wręcz. Salonowe panny znudzone dworskimi konwenansami urzekały te wibracje, trudno się im dziwić skoro etykieta wysokich rodów pozostawiała im tak niewiele środków przekazu do uzewnętrznienia własnej ekspresji. Nestorzy czystej krwi sami hodowali sobie tą chorobę moralnej gangreny. Małolatki z dobrych domów po prostu jarają faceci z bogatą przeszłością, pewnie dlatego bananowi chłopcy tak bardzo próbują udawać, że są patologią.

Szkoda tylko, że do takich wniosków Louvain doszedł dopiero na przykładzie własnej siostry. Za Alexandrem nie przepadał prawię od początku, za bardzo miał wypisaną mizantropię na tej kaprawej mordzie. Jak miało mu zależeć na Lorettcie jak nie zależało mu nawet na sobie? I chociaż Lou też nie był typem altruisty to uparcie wierzył w wyższe cele, poświęcenie dla sprawy i przynajmniej nie srał do własnego gniazda.

- Lubiłem tylko Twoje ruchy. Ale odkąd straciłaś właściciela, w gestach przypominasz skundloną sukę. - odrzucił warknięciem. Do Diany, do pewnego czasu, miał szacunek, być może krztę podziwu. Kiedy się to wszystko zaczynało, było w niej coś onieśmielającego, może dlatego że patrzył na nią przez pryzmat dojrzalszej, bardziej doświadczonej w swojej kobiecości. Do tego imponujący rodowód, po linii Gauntów związana z samym Salazarem. Zazdrościł jej tego, więc kłamstwem byłoby mówić, że nigdy nie patrzył w jej kierunku pożądającym spojrzeniem. Wszystko jednak prysło, kiedy prawda o nich wybiła jak szambo po deszczu.

Parsknął śmiechem na stwierdzenie, że niby coś ich łączy. Łgarstwo. Poza wspólnymi perypetiami, gdzie przenikały się ich znajomości, uważał siebie samego za kompletnie inny, lepszy gatunek. Zwłaszcza od czasu kiedy został wyniesiony wśród śmierciożerców przez nich samych oraz Czarnego Pana. Ciężko było mu uwierzyć, że takie życiowe odpadki jak Alex, czy Diana nosili ten sam znak co ona. Gdyby tylko od niego zależała taka decyzja, posłałby ich w diabły, gdzieś w zapomniane rosyjskie stepy na samobójczą misję, byle tylko nie wrócili nigdy.

Jej obojętność na wszystkie jego ruchy tylko bardziej utwierdzały go w przekonaniu, że szoruje po dnie egzystencji, a najgorsze było że ciągnęła za sobą jeszcze jedno zbyt cenne na upadek istnienie. Dlaczego wszystkie tak bardzo pchały się gips? Czy ten ćpuński książę sprawiał, że traciły zdolność instynktu samozachowawczego? Na groźbę nie reagowały odpowiednim strachem, nie ważne czy Rosie, czy Diana. Każda zachowywała się jakby właśnie tego chciały, jakby cudzy gniew na ich ciele miał być defibrylatorem dla ich serc. Z trudnością przełknął gorycz którą wypluła mu w twarz. W oczach zapłonęły onyksowe płomienie i tylko trzeźwy umysł powstrzymał go przed ubiciem jej buźki jak kawałka mięsa. Przekręcił głową strzelając karkiem, by chociaż w drobnym geście dać upust irytacji która przebiegłą wzdłuż kręgosłupa.

- Jesteście jak Ganges wiesz? - łagodnym tonem, niepodobnego do tego w którym przyrównał ją do psa. Powolnym ruchem ręki pogładził, wierzchem dłoni po twarzy. Próbując odnaleźć chociaż iskrę godności czarownicy dumnego rodu w jej oczach, chciał przebić się przez tę mgielną zasłonę. Na próżno jednak szukać tego, czego sama się wyrzekła. - Popłynęliście z prochami... - przerwał by chociaż na moment obdarzyć ją uśmiechem ciepła i troski. Błądził palcami po jej policzkach, zjeżdżając palcami w dół u nasady szczęki. - I robicie z mojej świątyni śmietnik... - zaśmiał się bezdźwięcznie na swój nieoczekiwany poetycki slam. Na moment spojrzał na jej usta, chcąc chociaż w mechaniczny sposób przywrócić te wspomnienia kiedy potrafił myśleć o niej jak o obiekcie swoich młodzieńczych westchnięć. Jednak te fizis należało do paskudnej osobowości, której nie potrafił odłączyć od jej postaci.

W jednej sekundzie gniew wylał się z jego oczu, nie potrafiąc dłużej kontrolować swojej złości. Nawet nie myśląc nad tym co robi złapał Mulciber za gardło, tylko po to by rzucić ją o toaletkę z wielkim lustrem, tuż za nimi. Od razu poszedł za nią, by jednym ruchem ramienia zmieść wszystkie bibeloty które stały na blacie tej antycznej toaletki. Pal sześć w te wszystkie importowane, drogie kosmetyki i dodatki. Jako to miało znaczenie, kiedy kolejna już buńczuczna damulka nie potrafiła trzymać jęzora na swoim miejscu. Zaraz potem chwycił ją gwałtownie za włosy tylko po to by nastawić ją przodem do lustra i zmusić by patrzyła prosto w ich odbicie.

- Spójrz do czego się doprowadziłaś. - warknął gorączkowo, cedząc przez zaciśnięte zęby. Czy to zawsze musiało się tak kończyć? Jednak nie pozostawiła mu zbyt dużego wyboru, sama go do tego zmusiła. Druga ręka, która przed chwilą łagodnie gładziła jej buźkę, teraz zaciśnięta na jej policzkach tylko dosadniej zmuszała ją do patrzenia na ich dwójkę. - NO PATRZ! - wrzasnął w końcu. Ile to trzeba się napocić, żeby uświadomić takiej lebiodce z jakimi konsekwencjami wiąże się wystawianie jego cierpliwości na próbę. Ciężkie jest życie przemocowca, ale za to jakie przyjemne.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Diana Mulciber (980), Louvain Lestrange (1996)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa