• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[16.06.1972] Wszystko, co zechcesz mi powiedzieć | Robert & Sauriel

[16.06.1972] Wszystko, co zechcesz mi powiedzieć | Robert & Sauriel
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#1
20.02.2024, 14:49  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.07.2024, 22:08 przez Eutierria.)  
adnotacja moderatora
Sesja rozliczona w osiągnięciu Badacz Tajemnic przez Roberta Mulcibera.

16 czerwca 1972, wieczór
Robert & Sauriel


Ledwie wrócił. Ledwie tylko pojawił się w Londynie. Nie minęło wiele czasu, a ponownie pogrążył się w licznych zadaniach. Zabrał się za realizacje celów, które sam sobie wyznaczył. Nie potrafił bowiem wszystkiemu bezczynnie się przyglądać. Tak po prostu. Tak zwyczajnie. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy mogło to odbić się czkawką… cóż, w zasadzie każdemu. Bez wyjątku. Dlatego też po spotkaniu ze Stanleyem, znalazł chwilę na to, żeby stosowny list skierować do Sauriela. Musiał się z nim spotkać. Porozmawiać. Spróbować uzyskać od niego pewne informacje. Wszystko to zaś po to, aby nakreślić pełen obraz tego, co działo się w ostatnich tygodniach.

Dokładnie w tym czasie, kiedy on sam zwiedzał Francję, doskonale bawiąc się podczas spóźnionego miesiąca miodowego.

Przyzwyczajony do stałego rytmu dnia, starał się dokończyć ostatnie sprawy. Zamknąć je przed kolacją, od której dzieliły go minuty. Nie chciał zostawiać na biurku rozgrzebanych dokumentów. Nie chciał być zmuszony do poszukiwania tego miejsca, na którym się zatrzymał. Było to dla niego nieszczególnie komfortowe. Wygodne.

A własną wygodę cenił sobie aż nadto.

Kiedy otworzyły się drzwi, do gabinetu zajrzała znajoma skrzatka,  składał właśnie podpis pod kolejnym dokumentem. Zamówieniem. Miał sporo do nadrobienia. Nie chciał przecież dopuścić do tego aby biznes – nota bene, na chwilę obecną stanowiący jedyne, stałe źródło utrzymania jego rodziny – splajtował. Nie byłoby to w jego interesie. Rzecz zapewne w pełni zrozumiała.

Skinął głową, dając skrzatce znać, żeby wpuściła gościa. Następnie odsunął od siebie papiery. Odłożył też pióro. Pozbył się z nosa okularów, po które sięgał jedynie sporadycznie – w tych momentach, kiedy odczuwalne zaczynało być zmęczenie. Wszystkie te godziny spędzone nad papierami. Nad książkami. Każda jedna rzecz wylądowała na właściwym miejscu. Odpowiednim. Sobie dedykowanym? Robert zaś podniósł się z fotela. Wyprostował kości, które odczuwały godziny spędzone w jednej pozycji. Niezmiennej.

Gdzie ten czas uciekł?

- Saurielu. – przywitał się, wymijając swoje biurko, gestem wskazując na stolik oraz fotele, które stały w kącie pomieszczenia. Była to opcje wygodniejsza. Skracająca również dystans, jaki pomiędzy ludźmi potrafił wytworzyć wiekowy, drewniany mebel. Znacznie masywniejszy od stolika kawowego. – Niezmiernie mnie cieszy, że znalazłeś czas. Chcesz się czegoś napić?

Starannie dobrane słowa. Maniery, których nie brakowało, kiedy to Robert czegoś chciał. Na coś zdawał się liczyć. Czegoś oczekiwał. Nie zawsze był przecież uprzejmy. Zwyczajnie miły. Może to kwestia okoliczności, które uległy w ostatnim czasie zmianie? Jego roli, która nie była już taka sama jak dawniej. Utraconej pozycji. Bo przecież głupotą byłoby założyć, że Mulciber tak po prostu zatęsknił za dalekim krewnym i jego niewyparzoną gębą. Dokładnie tą samą, przy pomocy której Sauriel niejednokrotnie miał okazje testować jego cierpliwość.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#2
27.02.2024, 15:24  ✶  

Aach, oto jest, oto powrócił jego ulubiony Śmierciożerca! No dobra, nie NAJBARDZIEJ ulubiony, ale zdecydowanie najbardziej ulubiony spośród rządzących... poza Czarnym Panem (da się w ogóle tego dziwnego gościa lubić? Trochę da, bawiły go żarty Sauriela, a to już był dobry powód do lubienia!). Nie to, żeby wśród rządzących Robercik miał wielką konkurencję (chujwdupeChesterowi, peace!)... im dłużeej o tym myślał, tym bardziej dochodził do wniosku, że nie ma w ogóle do czego porównywać. Albo raczej - do kogo. Robercik był Robercikiem, tak jak Stanley był Stanleyem. Dwa rodzyneczki, no prawdziwe perełeczki wśród świń. No dobra, też nie świń... kiedy to się w zasadzie stało, że zaczął bardziej lubić miejsce, w którym był, niż powinien? Bo nie powinien go lubić. Nie powinien czuć się dobrze na swoim miejscu, nie powinien kręcić w palcach papierosem, którego palił z przyzwyczajenia i który nie miał szansy mu już zniszczyć płuc. I tak patrzył na ten list, chociaż go nawet nie widział. Jaki miły, jaki kurtuazyjny! Innymi słowy - Robercik czegoś chciał. Chociaż to był ten typ człowieka, który zawsze zachowywał klasę. Nawet jak przed nim były łamane kości, a krew była wypluwana przez ciało we wszystkich kierunkach świata - on zachowywał klasę. Lubił go za to. Cenił. Zresztą lubił go też za kilka innych rzeczy. Papier spłonął w jego palcach, a popiół spadł na jego czarną koszulkę. Strzepnął go paroma ruchami i ściągnął nogi ze stolika kawowego, żeby ruszyć się po swoje buty i skórzaną kurtkę.

Czy to była jakaś standardowa miejscówka Roberta, czy może jednak wybrał ją, żeby jak najbardziej oddalić się od wzroku Czarnego Pana? Tak w razie czego, żeby nie zaplątać się na Kromlech, nie narazić się znowu na gniew. Słuszny czy niesłuszny - tego nie wiedział. Zupełnie zresztą nie wiedział, o co chodzi w tej całej sytuacji, skoro z jego wiedzy wynikało, że obecność Roberta nie była nagłym zniknięciem. Ale może był wzywany - i na wezwania nie odpowiadał? Może knuł za plecami Czarnego Pana? Może. W takim wypadku bratanie się ze zdrajcą byłoby niemądre, ale niemądrość była świadomym wyborem Sauriela i nie było braku domyślności w punkcie, w którym stanął przed jego drzwiami i zapukał. Tak samo grzecznie, jak grzeczny był list. W końcu nie musiał wchodzić z drzwiami, nawet mimo tego, że jego bezczelność z tygodnia na tydzień rosła do tylko większego punktu. Nie spadała. Szczególnie po tym, jak Chesterowi został utarty nos przez Czarnego Pana, kiedy on tak żałośnie klęczał na tych kolanach... aaach! Szkoda tylko, że nie mógł mu tego nosa złamać. Jak on bardzo chciał mu rozjebać ten krzywy ryj...

- Robercik! - Przywitał się w podobnym tonie, tylko uśmiechając, leniwym ruchem robiąc wymach w teatralnym i przesadzonym geście radości z tego spotkania. Za uchem wetkniętą miał fajkę, która jeszcze chwila i mogła stamtąd wylecieć, ale Roberta na tyle lubił, że nawet wybrał opcję nie zasmrodzenia jego małego zakątka, w którym sobie pracował, pisał, czy... chuj wie, co on tam robił. Albo i chuj nawet nie wiedział. Na pewno nie wiedział tego Czarny Kot. - Dla ciebie - prawie zawsze. - Prawie powinno być tutaj podkreślone, ale takowy zabieg nie pojawił się w jego głosie. I to było tak samo celowe jak próby Roberta w zjednaniu sobie leniwego kocura. Z całą pewnością głaskanie z włosem pomagało, bo Sauriel łatwo wystawiał pazury, kiedy próbowało się to robić pod włos. O, właśnie. Robert robił to zawsze dobrze! Dlatego dobrze mu się z nim pracowało. Bo nie był tym szefem, co łapie za kark, dlatego w przeciwieństwie do Chestera czy Eryka - Sauriel nigdy nie snuł realnych planów, żeby ich wjebać do grobu. W przypadku Eryka to do czasu. Ostatnio... bardzo dużo się zmieniło. - Proponujesz własną szyję? - Usiadł bez żadnego skrępowania, bo znowu w jego przypadku dobre maniery można było zobaczyć tylko na salonach, na których się od dłuższego czasu nie pojawiał. - W gościnę nie przychodzi się z pustymi rękoma. - Sauriel postawił na stole butelkę porządnego wina. - Et voila! - jak to mawiają francuzi. - Noo, to tak w geście pojednania! Żeby okazać sympatię dla staruszka, który zawsze trzymał nerwy na wodzy! Sauriel nie miał pojęcia, jak bardzo musiał je trzymać. - Czego dusza pragnie, Robercie? - Ponieważ tak - może i nie wiedział, jak BARDZO musiał się kontrolować, ale wiedział, że z sympatii zaproszenie się nie pojawiło.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#3
27.02.2024, 19:26  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.02.2024, 19:29 przez Robert Mulciber.)  

Miał wiele cierpliwości. Na Merlina! Przy nich wszystkich (no dobrze - prawie wszystkich), Robert bywał czasami niczym autobus wypełniony po brzegi medytującymi tybetańskimi mnichami. I tylko on sam jeden wiedział, ile go to w rzeczywistości kosztowało. Bo przecież to nie tak, że nie kosztowało absolutnie nic. Potrafił jednak właściwie ustawić priorytety. Skupić się na celu, do którego zmierzał. Oni wszyscy zmierzali? Bo przecież nie przyzna się - nawet sam przed sobą - do tego, że w zasadzie to nawet to lubił. Te jego całe wyszczekanie. Tę nutkę bezczelności, którą Sauriel posiadał praktycznie od zawsze.

- Nie bądź tak bezczelny. - odpowiedział. Ciężko było jednak uznać, żeby faktycznie to pytanie mu przeszkadzało. Choć może jednak? - Mógłbym zadbać o inne rozwiązania. Słyszałem kiedyś, że ponoć lubicie paszteciki. - dodał jeszcze.

Nie. Robert z całą pewnością nie był nigdy tym szefem, który swoich ludzi łapał za kark, karając za każde jedno przewinienie. Tak po prawdzie, to potrafił być czasem naprawdę wyrozumiały. Wychodził po części z założenia, że z niewolnika nie ma pracownika. Co nie znaczyło jednak, że w momencie przekroczenia pewnych granic nie reagował. Robił to. Oczywiście, że tak. Po swojemu. Powiedzieć można, że po Robercikowemu.

Mignęło coś w jego spojrzeniu, kiedy na stole pojawiła się butelka francuskiego wina. Może i porządnego, ale wina. Francuskiego wina, co było połączeniem na ten moment raczej mało zachęcającym. Jego wyjazd stanowił wciąż świeżą sprawę. Konsekwencje tym bardziej.

I tylko świadomość tego, że pozwalanie sobie na to, aby całe te gówno się wylało, była skrajną głupotą, sprawiła że był w stanie trzymać fason. Bo przecież nie zapraszał Sauriela po to, żeby dać się wytrącić z równowagi; żeby to właśnie przy nim zrobił coś skrajnie głupiego.

Skierował się w stronę komody, na której nie sposób było znaleźć chyćby jednej lampki do wina. Pech. Pech wręcz przeogromny. Całe szczęście znajdywały się szklanki z grubym dnem. Idealne do alkoholu, który Robert preferował. Musiały wystarczyć im w tym momencie. Dwie z nich zgarnął, spojrzeniem zahaczając również o popielniczkę. Coś mu podpowiedziało, że postawienie jej na stole również nie zaszkodzi.

Poza tym zapach papierosów nigdy mu nie przeszkadzał.

- Doszły mnie ostatnio słuchy o pewnym niefortunnym zdarzeniu, w którym miałeś okazje uczestniczyć. O ile mnie pamięć nie myli, odbyło się to w towarzystwie Papilio oraz niejakiego Orsinusa. - nie owijał w bawełnę, przechodząc do tematu praktycznie z miejsca. Bo przecież taki właśnie był. Nie próbował nawet udawać, że chodziło mu o towarzyskie spotkanie. O chwilę rozmowy z dawno niewidzianym krewnym. - Chciałbym usłyszeć trochę więcej o tym, co miało wówczas miejsce.

Zajął miejsce na wolnym fotelu, przy pomocy przyniesionego otwieracza otworzył butelkę, rozlewając po odpowiedniej ilości wina do obydwu szklanek. Jeśli Sauriel miał na to ochotę, mógł pierw się napić, zapalić. Mógł też zacząć z miejsca wszystko opowiadać.

Albo też podania informacji odmówić. Bo przecież obecnie niczego mówić mu nie musiał. Tylko też - czy nie chciał?

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#4
09.03.2024, 13:27  ✶  

Przystojny pan Mulciber był rzeczowy i to wystarczyło. Co jednak nie wystarczyło to taka magiczna zmiana, kiedy z projektu: "ja wchodzę z drzwiami - ty gadasz" przechodzimy na projekt "ja wchodzę z winem - i gadamy razem". I to nawet wchodził nie do czyjegoś domu z niecnymi planami, tylko tak o sobie do jego gabineciku i... cóż, nie ukrywajmy, bycie na równi bardzo wiele zmieniało. BARDZO. Sauriel był bardzo ciekaw, jaki to piekielny los ich Mroczny Lord Pan Zła Wszelakiego i Pogromca Uśmiechów Dzieci zgotował dla samego Robercika. Zgoda, dzieckiem to on nie był (już, bo kiedyś na pewno był, chociaż zgodnie z zasadą starych ludzi i rodziców "oni na pewno tacy byli od zawsze"), więc w tym wypadku Voldemort był pogromcą starszego człowieka. W sumie ile Robert miał lat? Tak jakby to było teraz istotne - no kurwa, nie było. Wyglądał na kogoś, kto przeżył tyle gówna, że nie miało znaczenia, ile lat miał fizycznie - mentalnie i emocjonalnie pewnie moglibyśmy mu doliczyć z pięćdziesiąt. Przynajmniej tak od czapy stawał Sauriel, a on nigdy w matematykę dobry nie był (przynajmniej tak pozwalał wierzyć ludziom). Może to stąd ta cierpliwość? Ponoć niektórzy nabywali ją z wiekiem. W sumie jego stary też jakoś tak... spochmurniał na starość, co niektórzy by nazwali "nabrał powagi". Albo coś w ten deseń. Całkiem niezła odmiana mieć spokój w domu i nie napierdalać się przy każdym mijaniu na korytarzu.

- Prosisz o niemożliwe. - Nie, Robert nie prosił, bardziej żądał, ale tak jak była mowa o beczelności, tak Sauriel teraz uśmiechnął się z lubieżnością rozleniwionego kocura. Brakowało tylko tego, żeby w swoim rozsiadaniu się, całkowicie nieeleganckim, zarzucił nogi na biurko mężczyzny. Do tego się jednak nie posunął. Mogło być różnie, a cokolwiek się stało między nim a Czarnym Panem - nie była to rola Czarnego Kota, żeby wiedzieć, skoro go nikt nie uświadomił. Więc żył ze swoim szacunkiem do papcia Robercika. - Paszteciki są dziwne. Zresztą jaki szanujący się Anglik lubiłby francuskie ciasto. - Albo w ogóle cokolwiek co francuskie, przecież rywalizacja między tymi krajami była wyryta w historii jak to, że Bóg i Diabeł się nie lubią w Biblii. Słowem kluczem było tutaj "szanujący się", chociaż Sauriel uważał, że się szanuje. Przynajmniej... trochę. Szanuje swoją wartość w pieniądzach, o. No i taka gadka, a sam przyniósł wino jakie przyniósł. Szczegół.

Położenie popielniczki potraktował jak zaproszenie i od razu się pochylił do blatu, żeby sobie popielniczkę przesunąć i wyjąć fajkę zza ucha. Odpaliła się sama, kiedy tylko przyłożył ją do ust. I zaraz po tym nabawił się dziwnej miny, kiedy Robert zaczął o tym incydencie. Bo jego głowa szukała (chwilowo bez cienia inteligencji), o co chodzi - jaki incydent.

- Chodzi ci jak próbowałem Chesterowi rozjebać ten jego głupi ryj? - Nigdy nie lubił tych ksywek, były dziwne, już nie wspominając, że nie chciało mu się ich pamiętać i miał co chwile "EEE TY TAM". Na szczęście nie musiał wiele gadać. Oczekiwano od niego mniej gadania, więcej robienia. - No, nic wielkiego. Niestety się nie udało, przyszedł Czarny Pan, pogadaliśmy sobie, pośmiał się z moich żartów i wszyscy się rozeszli. Chyba wujek jest na mnie od tamtego czasu obrażony, bo się nie odzywa. A co? No chyba że chodzi ci o coś jeszcze innego. Jakbym miał pamiętać swoje wszystkie dziwne akcje to bym niczego innego w głowie nie miał. A umówmy się - i tak niewiele tam jest. - To prawdą nie było. - Słyszałeś w ogóle o Panu Zagadce? Masakryczny pojeba, musiałem o nim mówić Czarnemu Panu, wyobraź sobie jego minę... - Sauriel otworzył szerzej oczy i pokręcił z niedowierzaniem głową.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#5
09.03.2024, 14:13  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.03.2024, 14:32 przez Robert Mulciber.)  

Nie przeszkadzały mu te cholerne pseudonimy. Nie stanowiły problemu maski, które przez wielu mogły być uznawane za głupie. Nawet te nieszczęsne szaty. Na nie również Mulciber nie narzekał. A mógł. Mógł narzekać na wiele kwestii, ale po prostu się podporządkował i akceptował. Akceptował dosłownie wszystko. W imię sprawy, której tak po prostu dał się porwać. Przekonać przed laty.

Podobnie jak człowiekowi, którego znał jeszcze od lat szkolnych.

Nie skomentował w żaden sposób tego, że zamiast pseudonimu Corvus, padło imię Rookwooda. Jakie to miało znaczenie? Teraz? Pomiędzy nimi? W tym konkretnym miejscu? Żadne. Obydwaj musieli zdawać sobie z tego sprawę.

Przytaknął. Wysłuchał. Uważnie. Uniósł nawet ku górze jedną brew, kiedy z jednego tematu Sauriel przeszedł do kolejnego. Pan Zagadka? Czy było to czymś wartym uwagi? Być może. Tyle tylko, że niekoniecznie teraz. Priorytety nie bez powodu były priorytetami. Czasem jednak należało się ich trzymać.

- Moje pytanie dotyczyło dokładnie tej sytuacji. - potwierdził. Inne sprawy? Cóż, pewnie chętnie też by wysłuchał tego, co miał o nich do powiedzenia Sauriel, o ile tylko miałoby to jakieś znaczenie. Jakiekolwiek znaczenie. - Rozumiem, że wszystko jakby rozeszło się po kościach? - odchylił się lekko do tyłu, spojrzał w sufit, zastanawiał się jak to ująć dalej, w następnej kolejności. Co powiedzieć? Wrócił zaraz spojrzeniem do Sauriela. - Chciałem poznać, a w zasadzie potwierdzić, okoliczności tego zajścia, sprawdzić co konkretnie doprowadziło do tej sytuacji oraz... być może dowiedzieć się też, w jaki sposób prezentuje się obecnie sytuacja Chestera w naszych szeregach. Doszły mnie bowiem słuchy o tym, że niekoniecznie cieszy się poparciem, zwłaszcza wśród młodszych zwolenników Mistrza. - może powinien być ostrożniejszy, ale też... jakie to miało znaczenie? Sens? Jeśli owijałby teraz w bawełnę, bawił się niczym kot polujący na mysz, to nie załatwiliby sprawy przez kolejne godziny. A prawda była taka, że Robert nie chciał tracić akurat na Chestera długich godzin. Albo inaczej. Nie chciał ich tracić na rozmowy o Chesterze. Bo jednak samym Rookwoodem ostatnimi czasy... zajmował się na poważnie. Dość dokładnie. Działał krok po kroku. Starał się poukładać w jedną całość to, co działo się podczas jego nieobecności. - Do Pana Zagadki przejdziemy później, chętnie o nim posłucham. - zareagował, nie dając po sobie poznać czy był to ktoś mu znany, czy wręcz przeciwnie. Ciężko też było ocenić czy te później nastąpi. - Na razie staram się oszacować straty. Sprawdzam jak mają się sprawy. Ta nieobecność, moja majowa wizyta we Francji, niestety okazała się niefortunna w skutkach. Wiem, że rzeczy nad którymi pracowałem, w zasadzie pracowaliśmy... - tutaj przez chwilę po prostu patrzył mu prosto w oczy. - zostały pozostawione same sobie. Zastanawiającym jest, że Chester miał czas na próbę ukarania kogoś, kto uratował mojego syna, a zabrakło go na dokończenie sprawy Greybacka oraz odpowiednie zajęcie się jego mocodawczynią.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#6
18.03.2024, 14:32  ✶  

Narzekać można było na wszystko, a Sauriel lubił sobie ponarzekać. Zazwyczaj w zaciszu własnej głowy, ale i na głos sobie nie raz nie szczędził, nie zależnie od tego jak głupio coś mogło brzmieć. No bo na przykład już to rozkminiał, jak ciekawie wyglądaliby Śmierciożercy w onesie jednorożców, zamiast takich ponurych szatach? Od razu by sobie zaskarbili sympatię! Ale nie, Czarny Lord wolał, jak na to zresztą wskazywał jego pseudonim, wszystko co czarne. I tutaj Sauriel narzekać nie powinien - sam chodził na czarno, oczy miał czarne, włosy miał czarne... skór nie miał czarnej, ale to całe szczęscie, bo nie to, żeby Sauriel był rasistą, ale tak dla zasady pewnie by musiał jechać po białych. A tak? Prawie żadnego czarnego w gromadzie Śmierciożerców nie napotkał, a i w Anglii jakoś ich niewielu było. Przeklęta bądź Ameryko, wyklęta Afryko... a potem by się musiał tłumaczyć, że naprawdę nie jest rasistą. Tak samo, jak musiał się tłumaczyć, że naprawdę nic mu do mugoli. Fajne książki mieli. Bronie też nie gorsze.

Tym nie mniej Robert zyskał odrobinę więcej uwagi Sauriela, niż planował jej położyć. Albo może - niż sądził, że zostanie mu poświęcone, kiedy tutaj szedł. Nawet jeśli szedł w pełni świadom, że Mulciber czegoś chce i jakiś bardzo niecny plan krąży po jego głowie. Więc szukał informacji. Informatora w tłumie. Przysunął papierosa do warg, przesunął palcami po swoim podbródku, zaciągnął się dymem. Wypuścił go. I sięgnął po przygotowaną dla niego dawkę alkoholu. Tak, w taki sposób zdecydowanie mógł rozmawiać. Robert wiedział, jak głaskać go z włosem, a kiedy ktoś posiadał taką umiejętność to Sauriel był mu przychylny. No bo czemu miałby nie być? Ta przychylność kończyła się tylko wtedy, kiedy za dużo negatywów wypływało na wierzch, kiedy ta odrobina dobrej woli była naginana, naciągana i wykorzystywana przeciwko niemu. W Robercie nie dostrzegł nigdy chęci robienia sobie z niego wroga.

- Jak dla mnie sytuacja Chestera by się nie prezentowała, gdyby nie interwencja naszego Czarnego Pana. - Chociaż? Może? Chester miał swoje asy w rękawie, miał swoje sposoby na przetrwanie, inaczej nie gnuśniałby na tym świecie tylu lat. - Pewnie by mnie zatrzymali, z lojalności. Ale miałby dużo czasu po fakcie. - Bo był narwany, nerwowy i bardzo prosty w swoich planach. Ale kiedy polował - był też diabelnie cierpliwy. Nieludzko cierpliwy. Jakby przyszło mu w tym wampirzym futrze żyć dłużej niż tych parę lat przebiedowanej młodości. - Zniknąłeś i wyjechałeś na wczasy - taka raczej krąży opinia. - Zabawne, zupełnie jakby Robert sądził, że Saurielowi się ktokolwiek tutaj bardziej zwierza... Fakt, Sauriel uważał, że sporo osób go lubi. I że gdyby chciał to mógłby sięgnąć wyżej. Całkiem wysoko. Gdyby tylko nie był tak cholernie leniwy. - Chester wymarzył sobie dyscyplinowanie mnie za to, że mam wyjebane na jego odklejone rozkazy i pomysły. - Strącił popiół z papierosa, rozwijając po chwili zamyślenia sytuację, która obiła się o uszy Roberta. - Przyprowadził nieoznakowanego pieczątką do Kromlechu z jakiegoś powodu. Postanowiłem na Chesterze wyżyć moją frustrację. Ale zanim dosięgnąłem jego gardła potknąłem się o własne kopyta, prawie wyjebałem i wszedł Czarny Pan. - Że niby porażek się trzeba wstydzić? Cóóż... może? Gdyby tylko poczucie wstydu było Saurielowi bliższe - pewnie by tak było. On uważał tamtą akcję, z perspektywy czasu, za bardzo zabawną. - Tamci sobie poklęczeli, ja sobie pogadałem, Czarny Pan pomachał paluszkiem "nie wolno jemu" i tyle. Od tamtego czasu Chester nie jest chętny słać do mnie nowych przykazów, a ja mam pierdolony spokój. - Więc tak - rozeszło się po kościach, można tak powiedzieć. Jednak czy mógł coś więcej powiedzieć o tym, co inni o Roberciku sądzą - nie był pewien. Nic mu nie przychodziło do głowy. Więc tak - jakby Robert kręcił ta rozmowa poszłaby zupełnie inaczej, bo Sauriela wkurwiały gierki. I wkurwiało go to, kiedy ktoś zamiast głaskać go z włosem to próbował być nadmiernie sprytny. Ale Robert był bystry, zawsze za takiego go miał.

- Chesterowi brakuje fiuta. Cała reszta jest wypadkową tego mezaliansu biologicznego. - Ciężko tak chcieć być kimś, mężczyzną i zostać sparowanym z... no cóż. Sauriel nigdy nie miał sympatii do swojego wuja. Do ojca też nie. - Jak próbował się dobrać do dupy Harper na Beltane to ona wyruchała jego. Żałuj, że nie widziałeś tego żałosnego widoku. Był przedni. - Popukał palcem w skroń i duszkiem wypił to, co zostało mu nalane.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#7
20.03.2024, 19:07  ✶  

Dobrze jest mieć w pobliżu ludzi, na których można w pewnych kwestiach polegać. Uzyskać informacje. Otrzymać drobną lub większą pomoc. Łatwiej jest wówczas działać. Podejmować decyzje. Planować kolejne kroki. Celem Roberta nie było szukanie dla siebie kolejnych wrogów. W zasadzie, to szukanie wrogów jakichkolwiek. Zwłaszcza, że Ci i tak potrafili odnaleźć się sami. Nie trzeba było wkładać w to sił. Nie trzeba było przeznaczać na to czasu. Zaoszczędzoną tym sposobem energię, można było przeznaczyć na coś innego.

Nie bez przyczyny zdecydował się na zaproszenie Sauriela do własnego domu. Na tę krótką rozmowę. Wiedział, czego potrzebował. Zdawał sobie sprawę z tego, co konkretnie chciał osiągnąć. Poza tym, młodego Rookwooda znał już na tyle długo, żeby orientować się w tym, w jaki sposób należało z nim rozmawiać. W jaki sposób do niego podejść. Bo przecież odpowiednie podejście to podstawa.

Skinął głową. Czy potrzebował wiedzieć więcej? Każdą kolejną informacje przyjąłby oczywiście z szeroko otwartymi ramionami. Zarazem to co dostał, na chwilę obecną mówiło mu jednak wystarczająco dużo. Pozwalało pewne kwestie uporządkować. Stworzyć obraz, który będzie zawierał więcej szczegółów. Zarówno tych mniej, jak i bardziej istotnych.

- Osobiście nie użyłbym takich słów, ale nie mogę zaprzeczyć temu, że aż nadto trafnie obrazują one ten sporych rozmiarów problem, który niestety nie urodził się wczoraj. - zajęło mu dłuższą chwilę, żeby jakoś na to wszystko zareagować. Może ze względu na to, że musiał jakoś przetrawić znaczną część Saurielowej wypowiedzi. Wyjebane. Odkolejone pomysły. Nieoznakowany pieczątką. Własne kopyta. Brak fiuta. A na koniec jeszcze ten cały biologiczny mezalians. Niby do pewnych rzeczy człowiek może się przyzwyczaić, ale w tym konkretnym przypadku... albo zbyt długo się nie widzieli, albo charakterek i sposób bycia Sauriela nie były czymś, obok czego dało się tak po prostu przejść. Pozostać obojętnym. - Muszę zapalić. - starając się ukryć uśmiech, który zdawał się wypływać na jego twarz, podniósł się ze swojego dotychczasowego miejsca, następnie ruszył w kierunku komody. W pierwszej chwili chciał sięgnąć po cygaro. Jakiś głosik z tyłu głowy podpowiedział mu, że w tym konkretnym przypadku, bardziej odpowiedni będzie jednak zwyczajny papieros. Na szczęście miał w gabinecie zachomikowaną jakąś paczkę i od Sauriela "pożyczać" nie musiał. Albo kraść. Nieistotne, skoro problem nie wystąpił.

Na spokojnie zapalił papierosa. Wrócił na wcześniejsze miejsce. Sauriel zyskał nieco czasu, nieco czasu zyskał sam Robert. Czasami to pomagało. Czasami wprowadzało odrobinę niezręczną atmosferę. Jak było tym razem?

- Harper Moody, na ile udało mi się zorientować, to w chwili obecnej dość spory problem dla organizacji jako całości. Nie tylko dla Twojego wuja. - zaczął, zaciągając się papierosem, dobierając w myślach kolejne słowa. Słowa, które miały opuścić jego usta już za moment, za chwilę. - To właśnie szefowa Biura Aurorów była tą osobą, której informacje przekazywał nasz... jeździec bez głowy. - dlaczego użył takiego sformułowania? A tak mu po prostu wyszło. Bo przecież Greyback pozbawiony został właśnie głowy. Nie było w tym żadnego drugiego dna. Nic z tych rzeczy. - Co interesujące, Chester zdawał sobie z tego faktu sprawę. I nawet świadomość wiążącego się z tym zagrożenia, nie powstrzymała go przed tym, żeby praktycznie podać jej na tacy jednego z naszych ludzi. W dodatku takiego, który posiadał dość... szeroką wiedzę na temat przymierza. - czy próbował Sauriela w jakiś sposób ukierunkować? Nastawić przeciwko obecnej prawej ręce Czarnego Pana? Nie, nie o to Robertowi chodziło. Nie widział w tym sensu. Nie dostrzegał też takiej potrzeby. Widział natomiast konieczność zmobilizowania ludzi do tego, żeby coś od siebie dali; żeby zaangażowali się w coś więcej. Coś dodatkowego? - Poprosiłem o zgodę na zajęcie się tą sprawą, sprawą szefowej Biura Aurorów. - doprecyzował, żeby nie było w tym przypadku większych wątpliwości. Może nawet żadnych? - Na chwilę obecną jest nas zaledwie czworo, ale w przypadku takiego przeciwnika należy działać ostrożnie. I zadbać o zebranie możliwie największej ilości informacji. Dlatego powoli staram się wszystko rozwijać. W przeciwieństwie do Chestera nie zamierzam pozwolić na to, żeby ta kobieta... - przyłożył papierosa do ust, próbując w głowie odtworzyć wcześniejsze słowa Sauriela. - ...jak to sam określiłeś, wyruchała również mnie.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#8
26.03.2024, 21:27  ✶  

Sauriel aż sam błysnął uśmiechem, kiedy Robert wydawał się być... w zasadzie nie był pewien, jaki był, ale BYŁ. Pokazał coś więcej niż wosk kaczych piór, po którym wszystko spływało zgodnie z prawami natury. Natury, na której się nie znał, a na której Staszek znał się jeszcze gorzej, ale to nieistotne. Reakcja jakaś była, coś więcej niż przejście do kolejnego tematu, bo nagle musiał zapalić. Byli ludzie, którym nie pasowały papierosy do dłoni. Byli też ci, którym pasowały aż za dobrze. Znacie to wrażenie? Że ktoś nagle wygląda bardziej cool - wystarczy tylko dotknąć fajki. Robert wyglądał z papierosem całkowicie cool.

Tak zapadła między nimi cisza. Nie przeszkadzało mu to, chociaż była nieco dziwna, specyficzna. Nie istniała w stanie zupełnej neutralności, którą można osiągnąć z większością ludzi, ale jednocześnie nie była opatrzona czymś złym. Co najwyżej zastanowieniem, czy coś powiedzieć, przerwać to milczenie, zapytać, czy pozwolić Robeertowi przetrawić to, co zostało powiedziane i iść dalej. Więc tak - cisza zła być nie musiała. I chociaż czarnowłosy nie miał wielu tematów do rozważania w tym momencie, to jednocześnie nie musiał samego siebie zabawiać trzema pawianami w zoo tańczącymi ze sobą tango na samym środku polany Beltane. Mulciberowie mieli to do siebie, że łapali wystarczająco jego uwagi, żeby przy rozmowach takich jak ta zachować uwagę tylko dla nich. Gdyby jemu Czarny Pan narzucił klątwę na kark to chyba nie byłby taki wierny. Ha... nigdy nie uważał się za wielce wiernego, ale to się przechylało. Nie dlatego, że nagle zaczął wyznawać te wielkie hasła, które były dla niego niezłym sekciarstwem, ale dlatego, że faktycznie Czarny Pan miał w sobie coś takiego... inspirującego. Jakby jego osoba pozwalała ci uwierzyć, że wystarczy chcieć i osiągniesz naprawdę wiele.

- Chesterowi nie przeszkadza wiele rzeczy, dopóki grzeje dupcie na stołku. - Sauriel nie wierzył, że tego człowieka interesowało cokolwiek więcej oprócz władzy i udowadniania, że ją ma. Trafiła kosa na kamień, bo Sauriel mógł mieć wyjebane na drabinki społeczne, dopóki nic od niego nie chciały, ale jak zaczynały włazić mu pod nogi to robił się problem. Problem pod tytułem obalania autorytetów, którego Czarny Kot się nie bał... dopóki nie było mowy o Eryku albo Josephie. Albo o Czarnym Panu. - Ale kogo jej wystawił? - Mówił o Stanleyu? Tej sytuacji, po której pojawiła się jego W S P A N I A Ł A twarz na wszystkich plakatach pościgowych?

Wyszczerzył kły w uśmiechu, kiedy usłyszał o tym, że Robercik nie zamierzał przegrać z Harper. I to jakich ładnych słów do tego użył! No poetyckich wręcz!

- Jeśli w Londynie jest jakaś baba z penisem to jest to Harper. - Nie znał jej bezpośrednio, ale robiła wrażenie tym, co o niej słyszał. - Pomogę, jeśli będziesz potrzebował pomocy. - Pozbycie sie Harper było planem już wcześniej zatwierdzonym przez Lorda Dzbana, więc teraz pozostawało tylko dopiąć dzieła. Tworzyło to... komplikacje. No bo z której strony się do niej dobrać? Gdzie? Czego się spodziewać? Mieli bardzo ładny plan - tam, na Beltane - tylko wykonanie wyszło... wyszło jak zawsze, och well. Zostało już jednak powiedziane, że Robert ma jakiś plan, albo przynajmniej go tworzy. Więc..? Co mu wyjdzie z tego wszystkiego..? - Tylko nie licz na mnie, że będę coś ukrywał przed naszym Kierownikiem Wycieczki tego pierdolnika. Karku nie nadstawie pod jego rąsie. - Mógł narazić swoje życie próbując zrealizować plan, ale nie zamierzał narażać swojej reputacji u Czarnego Pana... jakakolwiek by ta reputacja nie była, bo Sauriel nie był w stanie określić, czy ta beka Voldemorta z jego myśli albo czynów to coś pozytywnego, czy raczej powinien się niedługo spodziewać czegoś złego. Dziwne byłoby zupełnie ignorować tego czarnownika, ale z drugiej strony nie chciał się zatrzymywać i nad tym rozmyślać.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#9
29.03.2024, 19:42  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.05.2024, 22:39 przez Robert Mulciber.)  

Robert również w pewne bajki przestawał wreszcie wierzyć. Powoli. Dzień po dniu. Otrzymując kolejne informacje. Zestawiając je z tym, co sam odkrywał. Z tym, co samemu miał możliwość zaobserwować. Nie zamierzał zarazem wypowiadać się na ten temat. Tego tematu ciągnąć dalej. Sauriel dobrze to wszystko podsumował. Naprawdę trafnie. Nie było potrzeby dodawać niczego więcej.

- Stanleya. O ile się nie mylę, zostawił go samego podczas Beltane? - pytanie? Nie do końca. Bo przecież Stanley mu to dokładnie opisał. Przedstawił tamto zajście. Może coś jednak źle zrozumiał? Przeoczył? Zdarzało się najlepszym. Jeśli tak było, Sauriel miał możliwość sprostowania. Wytknięcia błędu w rozumowaniu. I inne takie.

Czasami nawet Mulciber sięgał po słownictwo dużo bardziej poetyckie. Kompletnie do niego niepasujące, ale za to jakże barwne! Musiała jedynie nadarzyć się ku temu odpowiednia okazja. Choćby właśnie taka jak ta. Teraz. Ta rozmowa zdawała się sprzyjać pewnym mniej codziennym gestom, słowom, działaniom.

- Nie musisz się obawiać ewentualnych konsekwencji. - tylko czy faktycznie mógł mu coś takiego obiecać? Prawda była taka, obydwoje musieli zdawać sobie z tego sprawę, że zawsze coś mogło pójść nie tak. Zawsze coś mogło się nie spodobać Kierownikowi Wycieczki. Ryzyka nie dało się wykluczyć, można było jedynie je zminimalizować. Do pewnego stopnia. Dokładnie to starał się robić Robert. Na tyle, na ile sam był w stanie. - Harper nie jest kimś, kogo bym... nie doceniał. Nie zamierzam się tutaj z niczym nadmiernie śpieszyć. Mamy czas. Mamy ludzi. Mamy też pewne zasoby.

Nie zamierzał mu teraz wszystkiego tłumaczyć. O wszystkim mu tutaj opowiadać. We wszystko Sauriela wdrażać? Czy sam wampirek czegoś takiego w ogóle oczekiwał? Potrzebował? Wciąż ze swoim papierosem w ręku, nie śpieszył się z niczym. Myślał nad tym, co dalej. Deklaracje już otrzymał. Do czego mógł teraz wykorzystać młodego Rookwooda? Bo przecież nie zostawi go na uboczu, czekając na to aż się przypadkiem do czegoś przyda.

- Czasami trzeba cofnąć się w czasie, wrócić do tego, co miało miejsce wcześniej. Pamiętasz naszą wizytę w domu zdrajcy? - zadał pytanie, ale nie oczekiwał w tym przypadku niczego więcej jak zwykłego potwierdzenia. Albo zaprzeczenia, jeśli pamiętał z tamtej wizyty tyle co nic. - Potrzebuje wszystko odtworzyć, zebrać możliwie najwięcej informacji na temat naszego zdrajcy. Skoro on znał Harper... my też możemy czegoś się o niej dowiedzieć. Nie ma znaczenia to, że Greyback jest obecnie martwy. - czy faktycznie nie miało? Nie do końca, bo znacząco im to utradniało dalsze działania. Prawda była jednak taka, że nawet martwi potrafili czasem coś powiedzieć. Musieli więc dokładnie się temu konkretnemu martwemu przyjrzeć. Odwiedzić ponownie jego dom. Wypytać sąsiadów. Przejrzeć rzeczy, jakie posiadał. O ile cokolwiek z tych rzeczy przetrwało. Ile mogli tym sposobem zyskać? To miało się okazać. - Na razie nie będziemy się udawać bezpośrednio do jego domu, ale to kwestia czasu. Będę się w tym temacie kontaktował. I w innych również.

Co więcej było tutaj do powiedzenia? Pewnie znalazłoby się kilka interesujących tematów, ale nie każdym z nich Robert chciał się zajmować akurat teraz. W zasadzie, to wystarczała mu uzyskana przed chwilą deklaracja. Między innymi to nią mu chodziło, kiedy prosił o spotkanie. O nią, a także o tych kilka informacji dotyczących ostatnich wydarzeń. Skoro to wszystko usłyszał, spotkanie można było zakończyć. Dokończyć podjęte wątki, dopić alkohol i po prostu się pożegnać.

 
Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Robert Mulciber (2573), Sauriel Rookwood (2638)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa