16 lipca 1972, Szkocja
Robert & Lorien
Szkocja. Kolejna wizyta w tej cholernej Szkocji. Po swojej ostatniej, tutejszej przygodzie, szczerze nienawidził tego miejsca. Zarazem jednak nie miał wyboru. Nie mógł tak po prostu omijać tej okolicy. Tej letniej posiadłości, należącej od lat do jego rodziny. Nie w sytuacji, kiedy na miejscu przebywała wciąż ona. Dla niektórych, Szkocja była malownicza. Przepiękna. Budząca podziw. Kiedyś również spoglądał na nią w ten sposób. Na tutejsze góry. Na zamki, które przetrwały setki lat. Na morze, którego fale rozbijały się o klify. Wszystko to zmienił jednak czas.
Na miejscu zjawiał się regularnie, starając się trzymać rękę na pulsie. Czasem sam. Częściej jednak z bratem. Raz jeden w drogę zabrał ze sobą Rodolphusa. Nie był pewien czy był to z jego strony błąd, czy może niekoniecznie? Starał się o tym nie myśleć. Starał się nad tym nie zastanawiać. Do tego nie wracać. Zostawić za sobą, podobnie jak wiele innych spraw. Czasami bowiem lepiej było ich nie ruszać. Pozwolić na to, aby wszystko biegło swoim własnym rytmem.
Tym razem nie potrzebował niczyjej pomocy. Nie potrzebował niczyjego wsparcia. Na miejscu zjawił się więc sam jeden. O ile dobrze wszystko ocenił przy okazji poprzedniej wizyty, choć zagubiona, Lorien powinna być od pewnego czasu przytomna. Funkcjonować względnie normalnie. Na tyle normalnie, na ile normalnie funkcjonować może ktoś posiadający dziury w pamięci, regularnie poddawany praniu mózgu. Kontrolowany.
W czarnym golfie oraz jaśniejszych, szarych spodniach, w stroju nie pasującym do panującej właśnie pory roku, z wolna rozglądał się po niewielkiej posiadłości. Dobrze, że był wieczór. Dobrze, że upały nie dawały się o tej godzinie we znaki. Zwłaszcza, że tegoroczne lato zaczynało go już z wolna męczyć. Dawało się mocno we znaki.
Salon był pusty. Sypialnia, którą przeznaczyli z Richardem na potrzeby Lorien również. Kuchnia? Nie podejrzewał jej o to, ale i tak sprawdził. Nie gotowała. Nie zajmowała się w tym momencie żadnymi wypiekami. Do przewidzenia. Trzeba było sprawdzać dalej. Kolejne pokoje. Pracownia malarska, w której zdarzało się pracować Ethel. Wciąż stało tu kilka jej niedokończonych prac. Na samym końcu zaś biblioteka. Może powinien był się tego domyślić? Wybór był z tych bardziej oczywistych. Zwłaszcza kiedy innych atrakcji zdawało się zwyczajnie brakować.
- Interesująca lektura? - odezwał się, informując tym samym o swoim pojawieniu się na miejscu. Zatrzymał się w progu. Nie zbliżał. Oceniał? W jakim była stanie? Nastroju? Co mogło jej teraz siedzieć w głowie? - Selar za godzinę zjawi się z kolacją. Może trochę ponad godzinę. Chciałabyś przed tym wyjść na krótki spacer? - jak to musiało w tej sytuacji brzmieć! Czy chciała wyjść na spacer. Czy chciała opuścić cztery ściany tego budynku, który tymczasowo był dla niej złotą klatką. Więzieniem? Ponoć bezpiecznym miejscem, tak jej wcześniej powtarzał. Na ile jednak Lorien zdołała w to uwierzyć? Na ile wciąż miała wątpliwości? Tego nie dało się jednoznacznie ocenić. Nie bez sięgnięcia po pewne rozwiązania. Zbyt ryzykowne w tej sytuacji. Mogące negatywnie wpłynąć na wszystko to, co udało mu się do tej pory wypracować.