20.03.2024, 21:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.05.2024, 22:35 przez Cynthia Flint.)
Cień wojny wciąż krążył nad pogrążonym w pośpiechu Londynie — zarówno magicznym, jak i niemagicznym, ale lato zapowiadało się pięknie. Niebo było mniej pochmurne, niż zwykle w czerwcu, a słońce śmiało przebijało się przez jasne obłoki, kołyszące się nad starymi budynkami Ulicy Pokątnej i otaczających ją miejsc. Zbliżała się godzina osiemnasta, gdy Cynthia spojrzała na tkwiący na nadgarstku zegarek, czując, jak blade poliki rozgrzewają się od ciepłych podmuchów wiatru. Kostnica sprawiała, że te letnie tygodnie odczuwała wyjątkowo intensywnie, przyzwyczajona do chłodu. Napisała do Cathala liścik, podając mu godzinę spotkania i sugerując koszule, bo miejsce, do którego mieli zaproszenie, wymagało bardziej eleganckiego stroju. Sama miała buty na obcasie i dopasowaną sukienkę z delikatnym dekoltem, skromną i klasyczną, jak to miała w zwyczaju. Moda zmieniała się szybko, a tegoroczna wydawała się jej wyjątkowo fikuśna, pasująca bardziej do młodych rewolucjonistów. Włosy miała puszczone luzem, podpięte jedynie ozdobną spinką z księżycem, którą dostała od Victorii na urodziny — na ramionach narzuciła srebrny, pasujący do niej szal.
- Punktualny, jak zawsze. - zauważyła, przenosząc na niego spojrzenie niebieskich oczu, które przesunęły się dość bezczelnie po jego ramionach oraz twarzy, zanim odnalazły jego wzrok. Z niewielkiej torebki wyjęła kopertę, wysuwając ją w stronę mężczyzny. - To od mojego ojca. - wyjaśniła, przekręcając głowę na bok z delikatnym uśmiechem. Było to podziękowanie od Pana Flinta za pomoc w nauce, a do tego za towarzystwo podczas rejsu, które uznał za interesujące. Wewnątrz znajdował się liścik, jego wizytówka, bilecik na odbiór paczki z portu, w której były różne alkohole oraz bilety na wyścigi pegazów. Doceniał jego wkład w edukację córki. - Dziś jednak nie idziemy na tor, mamy zaproszenie do innego miejsca. Mam nadzieję, że lubisz trochę ryzyka?
Nie bardzo wiedziała, jak grać w gry hazardowe — podstawowe gry w karty, które miały za dzieciaka z Brenną i Victorią, niewiele się miały do Pokera lub też gry w ruletkę, ale wszystkiego można było spróbować. Otrzymane zaproszenie od znajomej z Ministerstwa było w gruncie rzeczy łapówką za wystawienie kwitka dla nieboszczyka z jej rodziny, aby przyśpieszyć sprawy pogrzebowe. Bilety zawierały kredyt stu galeonów, więc nie musieli martwić się o własne sakiewki. - Oh, no tak. Gdzie moje maniery? - zrobiła minę, jakby sobie o czymś przypomniała i przysunęła się, wspinając na palce i muskając jego polik na przywitanie. Potrzeba dostarczenia ojcowskiej zajęła ją na tyle mocno, że nie zrobiła tego wcześniej. Mieli tylko kilka minut spacerem.
Echo kroków niosło się w alejkach od bruku, chociaż mijali wiele ludzi, którzy pędzili przed siebie, pochłonięci własnym życiem. Trzymała go pod rękę, zaciskając delikatnie palce na materiale noszonego przez niego ubrania. Towarzystwo archeologa działało na nią wyjątkowo uspokajająco, mogła odpocząć od tych wszystkich spraw, które zwykle spoczywały na drobnych ramionach. Odwróciła głowę w jego stronę. - Masz doświadczenie z hazardem i w kasynach? - zapytała z zaciekawieniem, nie bardzo wiedząc, czego mogłaby się po nim spodziewać, bo wiele razy już ją zaskoczył. Nie widziała go jednak jako potencjalnego hazardzisty, uzależnionego od adrenaliny, który mógłby tracić majątek. Wejście, przed którym się zatrzymali, wyróżniało się na tle pobliskich sklepów lub lokali gastronomicznych, ale pozbawione było okien. Nad białą ramą wejściową, która przypomniała ogrodową kratę porośniętą kolorowymi kwitami, widniał wściekle różowy napis z latającymi dookoła kartami, którym zmieniały się figury oraz cyfry. Do wejścia prowadził czerwony dywan, a podwójnych drzwi pilnował rosły ochroniarz w garniturze i czarnych okularach, który trzymał splecione na przodzie dłonie. Widać było, że to nowe miejsce i jego założyciele lub współudziałowcy - jak podejrzewała, ktoś od Prewettów, zainwestowali w wystrój oraz obsługę mnóstwo galeonów. - Jak nam się nie spodoba, zmienimy lokal. - rzuciła cicho, tak na wszelki wypadek, gdyby wieczór nie był specjalnie udany lub szybko opuściło ich szczęście. W centrum magicznego świata nie było trudno o znalezienie czegoś innego, żeby spędzić wspólnie wieczór.
- Punktualny, jak zawsze. - zauważyła, przenosząc na niego spojrzenie niebieskich oczu, które przesunęły się dość bezczelnie po jego ramionach oraz twarzy, zanim odnalazły jego wzrok. Z niewielkiej torebki wyjęła kopertę, wysuwając ją w stronę mężczyzny. - To od mojego ojca. - wyjaśniła, przekręcając głowę na bok z delikatnym uśmiechem. Było to podziękowanie od Pana Flinta za pomoc w nauce, a do tego za towarzystwo podczas rejsu, które uznał za interesujące. Wewnątrz znajdował się liścik, jego wizytówka, bilecik na odbiór paczki z portu, w której były różne alkohole oraz bilety na wyścigi pegazów. Doceniał jego wkład w edukację córki. - Dziś jednak nie idziemy na tor, mamy zaproszenie do innego miejsca. Mam nadzieję, że lubisz trochę ryzyka?
Nie bardzo wiedziała, jak grać w gry hazardowe — podstawowe gry w karty, które miały za dzieciaka z Brenną i Victorią, niewiele się miały do Pokera lub też gry w ruletkę, ale wszystkiego można było spróbować. Otrzymane zaproszenie od znajomej z Ministerstwa było w gruncie rzeczy łapówką za wystawienie kwitka dla nieboszczyka z jej rodziny, aby przyśpieszyć sprawy pogrzebowe. Bilety zawierały kredyt stu galeonów, więc nie musieli martwić się o własne sakiewki. - Oh, no tak. Gdzie moje maniery? - zrobiła minę, jakby sobie o czymś przypomniała i przysunęła się, wspinając na palce i muskając jego polik na przywitanie. Potrzeba dostarczenia ojcowskiej zajęła ją na tyle mocno, że nie zrobiła tego wcześniej. Mieli tylko kilka minut spacerem.
Echo kroków niosło się w alejkach od bruku, chociaż mijali wiele ludzi, którzy pędzili przed siebie, pochłonięci własnym życiem. Trzymała go pod rękę, zaciskając delikatnie palce na materiale noszonego przez niego ubrania. Towarzystwo archeologa działało na nią wyjątkowo uspokajająco, mogła odpocząć od tych wszystkich spraw, które zwykle spoczywały na drobnych ramionach. Odwróciła głowę w jego stronę. - Masz doświadczenie z hazardem i w kasynach? - zapytała z zaciekawieniem, nie bardzo wiedząc, czego mogłaby się po nim spodziewać, bo wiele razy już ją zaskoczył. Nie widziała go jednak jako potencjalnego hazardzisty, uzależnionego od adrenaliny, który mógłby tracić majątek. Wejście, przed którym się zatrzymali, wyróżniało się na tle pobliskich sklepów lub lokali gastronomicznych, ale pozbawione było okien. Nad białą ramą wejściową, która przypomniała ogrodową kratę porośniętą kolorowymi kwitami, widniał wściekle różowy napis z latającymi dookoła kartami, którym zmieniały się figury oraz cyfry. Do wejścia prowadził czerwony dywan, a podwójnych drzwi pilnował rosły ochroniarz w garniturze i czarnych okularach, który trzymał splecione na przodzie dłonie. Widać było, że to nowe miejsce i jego założyciele lub współudziałowcy - jak podejrzewała, ktoś od Prewettów, zainwestowali w wystrój oraz obsługę mnóstwo galeonów. - Jak nam się nie spodoba, zmienimy lokal. - rzuciła cicho, tak na wszelki wypadek, gdyby wieczór nie był specjalnie udany lub szybko opuściło ich szczęście. W centrum magicznego świata nie było trudno o znalezienie czegoś innego, żeby spędzić wspólnie wieczór.