Odczekała moment aż ten się oddali by kontynuować rozmowę o głównej bohaterce wieczoru - wielkiej nieobecnej pannie Mulciber.
- Dziewczyna chce się wykazać. Cudownie. Ale naprawdę… Gdzieś musi być granica. I mam nieodparte wrażenie, że to…- machnęła lekko ręką jasno sugerując, że chodzi jej o całą tą ckliwą, utopioną w różowych serduszkach tragikomedię- nią nie jest.
Uniosła kąciki ust, gdy Robert wreszcie wrócił na miejsce. Czy coś go ominęło? Nah, nic szczególnego i wartego zauważenia. Najwyraźniej to samo uważał Richard, który jednak zdobył się na bardziej werbalną odpowiedź.
Ona była w tym czasie zajęta słuchaniem wszelkich miłych i żartobliwych słów, które wygłoszono o kandydatkach nr 1 i nr 2.
Wszystko powoli stawało się jasne - czy to właśnie stąd Robert wiedział o całej tej szopce? Czyżby coś w tajemniczym planie pasierbicy poszło nie tak? Myśl, że żadne z nich nigdy miało się o tym wyskoku prawdopodobnie nie dowiedzieć była przerażająca. Jak mogli Sophie w czymkolwiek ufać skoro ukrywała tak ważne sprawy.
Wsłuchiwała się w odczytywany list od pewnego “ojca”. najpierw z zainteresowaniem, potem z niedowierzaniem, a ostatecznie z rozbawieniem, które starała się ukryć. Zachować twarz.
Gdyby kiedykolwiek Philip Crouch napisał tego typu elaborat o swojej jedynej córce, ta natychmiast odesłałaby go do muglskiego domu spokojnej starości. Najprawdopodobniej tego samego dnia. Cyk - był chłop, nie ma chłopa.
Na szczęście Sophie nie zdążyła sobie jeszcze wyrobić jakiekolwiek reputacji, o którą musiałaby dbać, prawda? Czy mogło to zrujnować pozycję dziewczyny na szeroko rozumianym rynku matrymonialnym? Pytanie powinno brzmieć “czy bardziej niż sam występ w tym okropnym konkursie”.
- Jest twoim Słońcem?- Zapytała tylko powtarzając słowo, które najbardziej utkwiło jej w pamięci i odwracając wreszcie wzrok od sceny. Przewróciła oczami na widok tego uśmieszku - jasne, musiał być z siebie wyjątkowo dumny.
W tym musiało być jakieś drugie dno, zawoalowany podtekst, którego nie wyłapała za pierwszym razem. Nie pamiętała ani jednej sytuacji, w której Robert Mulciber nazwałby swoją córkę "słońcem". A już na pewno nie po takim wywlekaniu na światło dziennie mniej i bardziej intymnych kwestii.
Upiła wina, ale w duszy jedynie dziękowała wszelkiemu wstawiennictwu Matki, że na ślubie Robert nie popisał się podobną artystyczną improwizacją tylko grzecznie powtarzał słowa formułki.