Sam fakt, że Millie wzięła kiełbaskę, był swojego rodzaju zwycięstwem i Brenna uśmiechnęła się do dziewczyny, usatysfakcjonowana, nieświadoma, że chwilę później większa część mięsa skończy w piasku (chociaż już te parę gryzów uznałaby pewnie za sukces).
– Jasne, ptaszyno, dopadnę cię więc niedługo – obiecała i poklepała ją po ramieniu, a przynajmniej próbowała trafić w ramię, nim Moody uciekła. Brenna założyła, że pewnie ta planuje z kimś zatańczyć, postanowiła więc odłożyć dopadanie jej faktycznie na rano – choć słowa Atreusa zasiały w niej odrobinę za wiele niepokoju, aby dała sobie z tym całkiem spokój uznając, że dziewczyna jednak dobrze się bawi. Nawet jeśli faktycznie bawiła się dobrze, ta noc przeminie: gwiazdy wyblakną w blasku słońca, muzyka umilknie, oni wszyscy rozejdą się do domów, a ona wróci do jednego z mieszkań Alastora, z których jednocześnie każde było dla niej domem, bo był w nim brat, i żadne nim nie było, bo rzeczy trzymało się w nich wiecznie gotowe do szybkiego spakowania.
– Kanapkę, raju obiecany? – rzuciła, podtykając Eden tacę wypełnioną jedzeniem pod nos gdzieś w przelocie, nie próbowała jednak jej zatrzymywać, widząc, że ta zmierza chyba w stronę swojego dawnego partnera z Biura. Wzrokiem odszukała Alexandra, jakby chcąc się upewnić, że nie stoi w tłumie, ale że chyba właśnie rozmawiał z Isaaciem i Erik podawał mu jakiegoś drinka, nie pchała się tam już… choć przez sekundę, dość długą zawiesiła spojrzenie na bracie, otoczonym przez ludzi, w tym Geraldine i Atreusa.
Cokolwiek jednak chodziło Brennie po głowie w tej chwili, wyraz twarzy nijak tego nie zdradził, a po chwili kobieta odwróciła się i podeszła prosto do Prewetta, chwilowo siedzącego samemu na kocu, by zrobić to samo, co wcześniej w przypadku Millie i Eden.
Pod pewnymi względami Brenna była jak ta stara ciotka, która patrzyła na człowieka, uznawała, że taki chudy, blady, coś niezdrowego wygląda, trzeba go koniecznie spróbować podkarmić.
– Może coś do zjedzenia po przygodach miotlarskich i drinkach? – zaproponowała. Na tacy znajdowały się wprawdzie kiełbaski i boczek, ale były tam też pokrojone owoce i parę kanapek bez mięsa. – Patrz, dzisiaj nie stało się nic dziwnego, a już całkiem blisko do północy – dodała jeszcze z pewnym rozbawieniem, po czym uniosła głowę, by spojrzeć ku zaczynającym powoli spadać gwiazdom.
Słowa wypowiedziane w złą godzinę.
Być może właśnie skusiła los, by zachichotał.

![[Obrazek: _132749204_devontorquayfayerae2702.jpg]](https://ichef.bbci.co.uk/news/976/cpsprodpb/9D66/production/_132749204_devontorquayfayerae2702.jpg)