Rozliczono - Sauriel Rookwood - Piszę, więc jestem
14 czerwca 1971 - Pierwsze ataki Śmierciożerców
Robert & Sauriel
Starannie przygotowany, dość istotny w kontekście planów obejmujących najbliższe miesiące, atak na sklep Ollivanderów, stał się jedną z największych, ale też najbardziej bolesnych porażek, jakie zwolennicy Czarnego Pana odnieśli w ostatnich miesiącach. Nikt nie spodziewał się porażki. Nikt nie spodziewał się tego, co wydarzyło się w niedługim czasie po tym, jak zaangażowane w całą akcje osoby, zjawiły się w wyznaczonym miejscu. Wśród popleczników Czarnego Pana nie znajdywali się przypadkowi czarownicy. Informacje zaś były przekazywane w sposób minimalizujący szanse ich wydostania się na zewnątrz. Wszystko powinno funkcjonować niczym w szwajcarskim zegarku.
I funkcjonowało - do tego konkretnego momentu.
Bałagan trzeba było posprzątać możliwie najszybciej, a całemu zajściu przyjrzeć się na tyle uważnie, żeby w przyszłości ograniczyć ryzyko wystąpienia podobnych sytuacji. Nie było to czymś, czym zająć mógł się byle Naśladowca. Pierwszy lepszy zwolennik Czarnego Pana. Robert i Chester tym razem zdecydowali się wszystkim zająć osobiście, przy wsparciu nielicznych osób, którym mogli do pewnego stopnia zaufać. Wybór nie był w tym przypadku łatwy. Trzeba było rozważyć różne za i przeciw. Bez zbędnego pośpiechu, mogącego ściągnąć im na głowę kolejne problemy. Już i tak mieli ich zbyt wiele.
Na Sauriela czekał w swoim gabinecie. Siedział za biurkiem, przeglądając znajdujące się na nim dokumenty. Nie było tutaj niczego, czego nie mógłby odłożyć na później. Żaden papierek nie dotyczył spraw istotnych, którymi Robert powinien zająć się już teraz. Chodziło jedynie o zabicie czasu. Mulciber nie lubił bezczynności. Na dłuższą metę nie potrafił tak po prostu siedzieć na własnej dupie i patrzeć się w ścianę. Sufit. Podłogę.
Cokolwiek.
- Proszę pana? - nie najmłodsza skrzatka jakby zmaterializowała się prawie na samym środku pomieszczenia. Cierpliwie czekała aż Robert podniesie głowę, przeniesie spojrzenie na nią. Dopiero kiedy była pewna, że przyciągnęła uwagę swojego pana, kontynuowała. - Przyszedł pan Rookwood.
Kiwnął głową, odkładając na bok pióro. Wcześniej zdążył jeszcze złożyć swój podpis pod jednym z papierków, który zamiast z prawej strony biurka, umieścił na stosie dokumentów znajdujących się przy jego lewym brzegi. Starał się rozdzielać sprawy zakończone od tych, z którymi musiał się zapoznać. Na razie w tak podstawowy sposób, później znajdzie czas na ten właściwy. Ważne, że we wszystkim był w stanie się odnaleźć.
- Przyprowadź. - zwrócił się do skrzatki.
Upewnił się, że wszystko znajduje się we właściwym miejscu, a na biurku panuje względny porządek, po czym podniósł cztery litery z krzesła. Sięgnął po paczkę papierosów, wyciągając z niej jednego, którego na spokojnie zdążył zapalić. Pomagało mu to pozbierać myśli. Skupić się na istotnych sprawach. Stanął przy komodzie, na której stała popielniczka. Blisko okna, wychodzącego na londyńskie ulice. Mimo późnej godziny, nadal wiele można było przez nie dostrzec. Pora roku robiła swoje.
- Saurielu. - przywitał się, kiedy zapowiedziany chwilę wcześniej krewniak dotarł na miejsce. Nie był wylewny. Nie był szczególnie serdeczny. Spotkania nie miało charakteru towarzyskiego. Na to wszystko nie było teraz miejsca.
Nie, żeby w normalnych okolicznościach odnosili się do siebie dużo cieplej.
- Dobrze, że udało Ci się dotrzeć tak szybko. Nie, nie siadaj. Nie mamy na to czasu. - machnął ręką, jakby chcąc mężczyznę odgonić od fotela, który przeznaczony był dla gości. - Zaraz będziemy się zbierać w drogę. Musimy złożyć komuś wizytę i będziesz mi przy tym potrzebny. - oczywiście nie zdradzał mu szczegółów. Chłopak ich nie potrzebował. Zasady były jasne. Każdy znał swoją role, swoje miejsce w szeregu. Robert w hierarchii znajdywał się wysoko. Prawie najwyżej. Z niczego nie musiał się tłumaczyć. Co najwyżej mógł. - Musimy przejść do salonu, dzisiaj skorzystamy z kominka.
Po tych słowach pozbył się dopiero co zapalonego papierosa, umieszczając go wewnątrz popielniczki i gasząc. Nie zdążył nawet porządnie się zaciągnąć. Musiało wystarczyć. Gestem dał krewniakowi znać, żeby ruszał. Mógł poprosić, żeby sam na niego zaczekał w salonie, ale nie planował, że w gabinecie spędzą tak mało czasu. Pierwotny plan wyglądał inaczej. Robert się go zwyczajnie nie trzymał.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)