04.03.2025, 19:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.03.2025, 19:04 przez Robert Albert Crouch.)
Wycieczki do biura aurorów zawsze były dla Roberta potwornie stresujące. Mogłoby się oczywiście wydawać, że powinny być raczej ekscytujące. W końcu uważano tych ludzi za bohaterów, mnóstwo dzieciaków w Hogwarcie marzyło o tym, by zostać jednym z nich. Tyle, że z tą sławą zazwyczaj wiązały się oczekiwania, które w konfrontacji z rzeczywistością zdawały się wzięte... właściwe znikąd. Dotychczas Robert był tam raz i nie miał zbyt dobrych wspomnień. Potraktowano go tam, lekko mówiąc, z buta, a jeszcze dostał ochrzan za to, że jego przełożony nie skompletował dokumentów.
Dlatego teraz, niosąc w rękach chwiejącą się niebezpiecznie górę papierów, miał duszę na ramieniu. Przygotowywał się psychicznie na kolejny opierdziel. A myślał, że nauczyciele w Hogwarcie byli surowi! W porównaniu z Ministerstwem wydawali się aniołami. No i nie było jego przyjaciół... Chyba za nimi Robert tęsknił najbardziej. Bez nich nie miał się przed kim wydurniać, musiał być poważny i pilny.
Recepcjonistka powiedziała mu, żeby zaniósł dokumenty do funkcjonariusza Bletchleya. Robert nigdy nie miał z nim do czynienia, jednak nie otrzymał żadnych wskazówek, jak go znaleźć. Musiał, więc, prześledzić tabliczki na biurkach. Bletchley, Bletchley... Nie, musiał zagłębić się dalej w przestrzeń między biurkami. A przechodząc, ściągał na siebie krzywe spojrzenia innych aurorów, jakby robił coś złego, po prostu będąc tu i przeszkadzając im w pracy. Może chodziło im też o to, że przychodził tu jako stażysta w dziale Wizengamotu?
Wreszcie zobaczył biurko z nazwiskiem Bletchley. Przez pilnowanie, by dokumenty nie spadły, początkowo nie patrzył na aurora.
– Dzień dobry, przepraszam, że przeszkadzam, ale... – zaciął się, bo wreszcie podniósł głowę i spojrzał na Bletchleya.
Gość wyglądał świetnie... Tylko głupiec by temu zaprzeczył. Robert poczuł, że mimowolnie wstrzymał powietrze. Czuł się podobnie wtedy, gdy koledzy zaciągnęli go do mugolskiego kina, by zobaczyć Audrey Hepburn w "Rzymskich wakacjach". Tyle, że wtedy, uwagę Roberta przykuwał raczej Gregory Peck, który stał się natychmiast dla chłopaka ideałem... do którego, rzecz jasna, trzeba było dążyć samemu. Bletchley był właśnie trochę, jak tamten mugolski aktor, tylko miał też w sobie więcej... właśnie, czego? Nieokrzesania? Nie, no, gość był przecież bardzo zadbany. Po chwili Robert domyślił się. Bletchley był jeszcze bardziej kowbojski. Może nie był tak doskonały, jak Peck, ale wciąż... Sprawiał, że Robert przez chwilę znalazł się w sytuacji, w której nie był w stanie wydusić słowa.
– Przyniosłem dokumenty, panie Bletchley – odezwał się po chwili, a jego głos brzmiał dziwnie głucho. Policzki za to, zapewne ze wstydu przed postawioną w hierarchii wyżej osobą, płonęły mu rumieńcem.
Dlatego teraz, niosąc w rękach chwiejącą się niebezpiecznie górę papierów, miał duszę na ramieniu. Przygotowywał się psychicznie na kolejny opierdziel. A myślał, że nauczyciele w Hogwarcie byli surowi! W porównaniu z Ministerstwem wydawali się aniołami. No i nie było jego przyjaciół... Chyba za nimi Robert tęsknił najbardziej. Bez nich nie miał się przed kim wydurniać, musiał być poważny i pilny.
Recepcjonistka powiedziała mu, żeby zaniósł dokumenty do funkcjonariusza Bletchleya. Robert nigdy nie miał z nim do czynienia, jednak nie otrzymał żadnych wskazówek, jak go znaleźć. Musiał, więc, prześledzić tabliczki na biurkach. Bletchley, Bletchley... Nie, musiał zagłębić się dalej w przestrzeń między biurkami. A przechodząc, ściągał na siebie krzywe spojrzenia innych aurorów, jakby robił coś złego, po prostu będąc tu i przeszkadzając im w pracy. Może chodziło im też o to, że przychodził tu jako stażysta w dziale Wizengamotu?
Wreszcie zobaczył biurko z nazwiskiem Bletchley. Przez pilnowanie, by dokumenty nie spadły, początkowo nie patrzył na aurora.
– Dzień dobry, przepraszam, że przeszkadzam, ale... – zaciął się, bo wreszcie podniósł głowę i spojrzał na Bletchleya.
Gość wyglądał świetnie... Tylko głupiec by temu zaprzeczył. Robert poczuł, że mimowolnie wstrzymał powietrze. Czuł się podobnie wtedy, gdy koledzy zaciągnęli go do mugolskiego kina, by zobaczyć Audrey Hepburn w "Rzymskich wakacjach". Tyle, że wtedy, uwagę Roberta przykuwał raczej Gregory Peck, który stał się natychmiast dla chłopaka ideałem... do którego, rzecz jasna, trzeba było dążyć samemu. Bletchley był właśnie trochę, jak tamten mugolski aktor, tylko miał też w sobie więcej... właśnie, czego? Nieokrzesania? Nie, no, gość był przecież bardzo zadbany. Po chwili Robert domyślił się. Bletchley był jeszcze bardziej kowbojski. Może nie był tak doskonały, jak Peck, ale wciąż... Sprawiał, że Robert przez chwilę znalazł się w sytuacji, w której nie był w stanie wydusić słowa.
– Przyniosłem dokumenty, panie Bletchley – odezwał się po chwili, a jego głos brzmiał dziwnie głucho. Policzki za to, zapewne ze wstydu przed postawioną w hierarchii wyżej osobą, płonęły mu rumieńcem.