• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[Jesień 72, 30.09 Ekstaza Merlina - impreza towarzyska]

[Jesień 72, 30.09 Ekstaza Merlina - impreza towarzyska]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#41
21.08.2025, 21:36  ✶  
Nie dotykają się żadne omamy, ale trauma ognia pozostaje silną. Kiedy w trakcie trwania tej sesji widzisz płomienie, na moment zastygasz w bezruchu przepełniony strachem. Wydaje ci się, że nadchodzą. Kto? Oni... One? Te istoty złożone z dymu i lęków...
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#42
22.08.2025, 08:02  ✶  
Przy barze z Lorien, Elliottem, Philomeną i Desmondem.

Rozglądając się po sali, zwrócił uwagę na młodszego brata Woody'ego. Na Morpheusa. Nie zatrzymał na nim dłużej spojrzenia, chociaż chciał: zastanawiał się, czy uda mu się go dzisiaj spotkać, przyjrzeć jasnowidzowi z bliska. Bo przez lata był dla niego po prostu jasnowidzem. Młodszym bratem jego najlepszego przyjaciela, na oko niedopasowanym do reszty rodzeństwa, a może i do rodziny, w której się urodził. Dzieciakiem trochę słabowitym, trochę przyjebanym, jak to jasnowidz... A jednak naturalnie darzył go sympatią, jak wszyscy dookoła wierząc, że Morpheus został stworzonym do rzeczy wielkich, wymykających się zrozumieniu maluczkich. Tak samo jak wierzył, że do rzeczy wielkich stworzona była Madeleine, obdarzona darem trzeciego oka.

Nie patrzył na Morpheusa, obawiając się, że ten wyczuje jego intencje mimo osłony oklumencji.

Nie można było ufać jasnowidzom. Zawsze widzieli więcej. Wiedzieli więcej. Przeżywszy tyle lat u boku Madeleine, nauczył się cenić jej intuicję, znał szczególny ton w jej głosie, z jakim nie wolno było się kłócić: wypowiadane nim sądy zawsze były słusznymi. Wierzył w przepowiednie, w nawiedzające jasnowidzów wizje, nie dlatego, że pochodziły od jakieś siły wyższej, ale dlatego, że na własne oczy widział, jak się wypełniają. Aaron nie ryzykował. Nie patrzył na Morpheusa Longbottoma, nie myślał o nim... Myślał o Millie. O tym, jak wiele czasu spędzała u boku Longbottoma obdarzonego trzecim okiem. Jak gdyby była jego pieprzoną sekretareczką. Prawie jak młody Peregrin, który prowadził badania naukowe u sławnego wieszcza, Dolohova. Ale jego Millie brakowało podobnej wytrwałości, daru, który pozwoliłby jej zrobić karierę z wróżenia z fusów i czytania z dłoni.
A przede wszystkim, brakowało jej już, kurwa, pomysłów, jak bardziej wkurwić Aarona.
Na początku nie widział w tym przecież niczego więcej ponad kolejny głupi projekt, który, jak zawsze, porzuci przy pierwszym prawdziwym wyzwaniu, z czasem przestał być już taki pewien swego. Nie rozumiał tej relacji. Nie podobał mu się jednak wpływ, jaki wywierał na Millie Morpheus. Myślał pewnie, że skoro ma to pieprzone trzecie oko, wie wszystko o wszystkim, ale co on mógł niby wiedzieć o Limbo? O tym zasraństwie, które prześladowało Maddie, o wizjach, które wysysały z niej resztki sił, gdy jeszcze żyła? Nie chciała nigdy, żeby jej dzieci męczyły się z ciężarem jej daru. Żeby męczyła się z nim jej mała córeczka, jej "trzecie oczko w głowie", jak zwykła żartować. Aaron też tego nie chciał.
Millie nie nie potrzebowała jebanych dziwactw Morpheusa. Nie była jebanym dziwadłem. Była jego córką, nie córką Morpheusa.

Nie zatrzymywał się na Longbottomie, powiódł zamiast tego wzrokiem dalej, odnotowując jednak w pamięci, z kim stał, z kim rozmawiał... Przypadkiem napotykając spojrzeniem na Anthony'ego Shafiqa, wysoko postawionego urzędnika w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów.
Na mężczyznę, z którym, wedle plotek, Lorien miała zdradzać swojego męża. Nigdy nie dawał wiary plotkom, zwłaszcza tym, które krążyły pośród magicznej socjety.
Bez wątpienia żywiła wobec niego przywiązanie, choć nie wydawało się Moody'emu wystarczająco żywym, aby o niego dopytywać. Znał Lorien na tyle dobrze, by wiedzieć, że nigdy nie zdradziłaby swojego męża. Odwzajemnił jednak uważne spojrzenie Shafiqa, widząc w tym pretekst, żeby dłużej poobserwować otoczenie Morpheusa.

!Strach przed imieniem


– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#43
22.08.2025, 08:02  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach.
à La Folie
And was it his destined part
Only one moment in his life

To be close to your heart?
wiek
19
sława
IV
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
malarka
Piwne oczy i brązowe włosy z miedzianym połyskiem, czasem z rozjaśnianymi pasmami lub po całości. Ma 165cm wzrostu, a sylwetkę szczupłą i chudą. Zawsze stara się prezentować, jakby była na właściwym miejscu. Zawsze zadbana, ładnie uczesana i ubrana. Wygląda na starszą niż jest w rzeczywistości, czy to przez zachowanie, ubiór czy ogólny wygląd - chce żeby brano ją na poważnie, jednak kiedy się rozluźni, podpatrzone u innych maniery łatwo znikają. Czasem kiedy mówi, słychać francuski akcent, który szczególnie wychodzi kiedy jest pod wpływem silnych emocji. Ciągnie się za nią zapach białego piżma, jaśminu i kwiatu bawełny.

Lyssa Dolohov
#44
22.08.2025, 16:48  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.08.2025, 16:49 przez Lyssa Dolohov.)  
przechodzę do sali bankietowej i staję obok Morpheusa

Owacje zakończyły się, a ciężka kotara na stałe przysłoniła scenę. Światła wreszcie rozjaśniły się i tym samym widownia dostała znak, że może rozejść na dalszą część wydarzenia. Lyssa natomiast siedziała do samego końca, może odrobinę się ociągając, ale uważała za stosowne by pozwolić sztuce i oklaskom wybrzmieć - bo przecież to też nie było tak, że gdziekolwiek jej się w tym wszystkim śpieszyło. Kiedy jednak podczas braw rozglądała się jeszcze dookoła, zauważyła że niektóre loże opustoszały szybciej, tak samo jak pewne grupki ludzi wydawały się o wiele bardziej entuzjastyczne jak reszta. Ale chyba nie powinno to dziwić - na miałką, nudną sztukę nie było tutaj zbyt dużo miejsca. Londyn potrzebował sukcesu.

Lyssa przepłynęła przez korytarz prowadzący do foyer nie poświęcając swoim obrazom zbyt wielkiej uwagi; znała na pamięć każdy z nich. Każde pociągnięcie pędzla, każdą formułę zmieszanych kolorów i każdą myśl, która towarzyszyła ich tworzeniu. Mało w nich było Merlina, któremu przecież towarzyszyły, a o wiele więcej ambicji, ekstazy, zamyślenia czy ekscytacji. Było w nich po prostu dużo emocji i tego, co pchało samego człowieka przez życie.

Zgarnęła po drodze jakiś kieliszek, trochę żałując że nie było przy niej Vakela. Nie chodziło nawet, żeby się z nim pokazać, a raczej o zwykłe towarzystwo - nie miała jednak żalu, że nie znalazł dla niej czasu. Wystarczyłby jej nawet Peregrinus, ale on też był zajęty. Chociaż tak naprawdę doskonale wiedziała, kim chciałaby się tego dnia popisywać - wciąż była tak samo rozczarowana i obrażona obrotem pewnych spraw, ale cóż, musiała to jakoś przełknąć.

- Dzień dobry - przywitała się grzecznie, znajdując swoje miejsce obok Morpheusa i w pierwszej chwili patrząc na niego. Zaglądała mu w oczy z pewnym zastanowieniem, ale do twarzy przyklejony miała przyjemny, grzeczny uśmiech. - Morpheusie - kiwnęła głową - Jonathanie - jej głos pojaśniał na moment, bo w sumie on wydawał się najbardziej przyjazny ze wszystkich tych starych pryków, którzy otaczali Anthony'ego Shafiqa. - Hannibalu, niesamowicie prezentowałeś się na scenie. Była cała twoja - rzuciła wreszcie z promiennym uśmiechem, unosząc na moment kieliszek w jego stronę i oddając mu tym samym honory. - A państwo? Nie sądzę bym zdążyła poznać. Lyssa Dolohov - zwróciła w końcu swoją uwagę na Monę i Roberta, uśmiechając się do nich nieco przepraszająco, ale jednocześnie z uwagą studiując łączącą ich nić.

// percepcja ◉◉◉◉○ na nić łączącą Monę i Roberta
Rzut PO 1d100 - 73
Sukces!




la douleur exquise
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.
hold me like a grudge
and what an ugly thing
– to have someone see you.
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
aurowidz
zawód
auror
Stosunkowo wysoki mężczyzna, mierzący sobie 183 centymetry wzrostu. Posiada włosy barwy ciemnego blondu i jasne, błękitne oczy. Budowa jego ciała jest atletyczna, a na twarzy często widnieje lekki, szelmowski uśmieszek. Porusza się z nonszalancją i pewną niedbałością. Jest nienaturalnie zimny w dotyku.

Atreus Bulstrode
#45
22.08.2025, 18:34  ✶  
razem z Brenną, Cynthią, Louvainem i Caiusem przechodzą na część bankietową

- Mhm. Salazar byłby niewątpliwie zachwycony, gdyby wiedział że jego wychowanek tak gorliwie biczował się nad swoimi rozterkami - prychnął nieco rozbawiony, bo ciało Slytherina niewątpliwie przewracało się w grobie na widok tej sztuki. Sam Atreus też nie był przesadnym znawcą historii ich świata, ale Merlin był tak ważną w nim postacią, że nie trzeba było przesadnie na lekcjach uważać. Wystarczyło nie spać na jakiejś jednej z dziesięciu. Wszyscy przypisywali ślizgonom przesadną ambicję i jak się teraz nad tym Bulstrode zastanawiał, już po zakończeniu spektaklu, kiedy brawa wznosiły się ku górze, można było dojść do wniosku że ostentacyjna walka flagowego wychowanka Slytherinu właśnie z reprezentantką ambicji to były jakieś osobiste, nieprzepracowane problemy wychodzące jeszcze ze szkoły, a z którymi zmagała się autorka całej szkoły. Może było jej żal, że ją czapka inaczej nie przydzieliła.

- Całkiem przyjemnie się oglądało, szczególnie Ambicje i Ekstazę. To całe biczowanie tak niekoniecznie do mnie przemawia - zwrócił się do Cynthii, kiedy ta zadała wreszcie swoje pytanie. - Za bardzo to sobie Selwyn wyegzaltował - może i powiedziałby coś więcej na ten temat, ale kiedy próba podejrzenia nastrojów w loży Ministry mu nie wyszła, za bardzo chyba skoncentrował się na rozmazującym się nieco przed oczami obrazie i już w ogóle przestał zwracać uwagę na to, co działo się na scenie. Do braw mu jednak już całkowicie przeszło. - Odnoszę jednak wrażenie, że ktoś postarał się, by oklaski odpowiednio głośno wybrzmiały - prychnął rozbawiony, podnosząc się ze swojego miejsca, bo wypadało jednak tę lożę opuścić, tym bardziej że ta część teatru miała zostać zamknięta, kiedy goście pójdą się bawić gdzie indziej. Zaoferował więc Brennie ramię i ruszyli wzdłuż korytarza.

- A wy? Urzekło was pewnie chlastanie krwią po pierwszych rzędach widowni, prawda? - zapytał, spoglądając w pierwszej chwili. Trafiło im się wspaniałe miejsce, bo ten krwawiący farbą bicz pewnie pryskał tym wszystkim na prawo i lewo, brudząc co popadnie. Szybko jednak, kiedy tylko Louvain zabrał głos, przekierował spojrzenie na niego, chcąc przyjrzeć się trochę temu, co mu naprawdę w sercu grało.

//percepcja ◉◉◉◉○ na aurowidzenie Louvaina
Rzut PO 1d100 - 24
Akcja nieudana


Powoli przemieścili się w piątkę przez ozdobione obrazami ściany - sam Atreus poświęcił im niewiele uwagi, niezbyt mając ochotę pozwolić, by cokolwiek wpływało na jego aktualne emocje. Z resztą, cel podróży miał jasno określony, bo widać było że ciągnie przyjaciół w kierunku barku.

viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#46
24.08.2025, 11:25  ✶  
(z Norą) wejście do sali bankietowej -> bar (tam gdzie jest Elliott, Philomena, Lorien, Aaron i Desmond)

— Komuś na pewno się to nie podoba? — podsunął z nutką niepewności w głowie, dalej wodząc wzrokiem między kolejnymi grupami gości, jakby próbował rozeznać się w tym do jakich kręgów towarzyskich Selwynowie wystosowali zaproszenia na premierę. — Osoby, które sprzyjają... Wiadomo komu... Mogą odczuwać pewną satysfakcję. Jakby na to nie patrzeć sami zwróciliśmy na siebie uwagę. Czy ktoś coś powie publicznie?

Wzruszył sztywno ramionami w geście niewiedzy. Longbottomowie na pewno uchodzili za sól w oku co poniektórych konserwatywnych rodzin, którym marzyło się, aby wszyscy przyjęli ich tradycjonalistyczny światopogląd. A tutaj trafiła im się rodzina czystej krwi, pełna stróżów prawa od pokoleń wałęsających się po korytarzach Ministerstwa Magii. I to jeszcze taka, która dość publicznie nawoływała do wspierania osób w gorszej sytuacji życiowej. Dodać do tego jeszcze brak poparcia dla działań Śmierciożerców, a twierdzenie, że Longbottomowie byli na czarnej liście czarnoksiężników stawało się równie prawdziwe, co sugestia, że ogień parzy. Stuprocentowa prawda.

— Podobno, kiedy człowiek ma ograniczone zasoby, to staje się bardziej kreatywny — odbił argument blondynki. — Będziemy musieli sobie radzić z tym co mamy. W najgorszym razie zaczniemy rozmawiać o najnowszych strategiach marketingowych, które mogą wykorzystać przedsiębiorcy, żeby się odbić po... po pożarach. Na pewno będziesz  gadała jak najęta. Co jak co, ale na ten temat powinnaś mieć sporo do powiedzenia.

Wypuścił cicho powietrze z ust, gdy poczuł jej rękę na swojej. Gest ten dodał mu nieco otuchy. Gdyby to zależało od niego, to najchętniej skoordynowałby całą rodzinę pod względem koloru ubrań, zamknął ich w jednej loży, a potem wprowadził na salę bankietową w jednej wielkiej grupie. To na pewno przykułoby parę spojrzeń, a przy odrobinie szczęścia mogłoby odebrane jak znak jedności. A tak... Wszyscy się rozeszli na różne kąty sali. To też jakaś przewaga, skomentował cichy głosik z tyłu głowy Erika.

— Proponuję najpierw zajrzeć do baru — zdecydował, kierując się w stronę lady. — Przyda nam się jakiś napitek na początek. Ten jeden kieliszek szampana nie wystarczył mi nawet na pierwszą połowę sztuki.

Uśmiechnął się pod nosem, chociaż serce zaczęło mu bić nieco szybciej, gdy zdał sobie sprawę, co też za zbieranina tam na nich czekała. Widząc Lorien w towarzystwie ojca Millie i Alastora, zamrugał parokrotnie, co by upewnić się, że to na pewno była ona. W ciągu ostatnich miesięcy kojarzył jej obecność raczej z kręgami towarzyskimi Anthony'ego i Morfeusza niźli pracowników Biura Aurorów, ale... Kto wie? Może od lat byli dawnymi znajomymi? Do tego była jeszcze dwójka Malfoyów… I Philomena.

— Madame Mulciber — przywitał się najpierw z najstarszą członkinią grupy, pochylając lekko przed nią czoło.

Następnie podał dłoń Aaronowi, uśmiechając się do Lorien oraz Desmonda, aby koniec końców zwrócić się do Elliotta.

— Miło cię znów widzieć na salonach, Elliocie — odparł, taksując go uważnym wzrokiem. — I to jeszcze przy tak doborowej okazji. Scena artystyczna odradza się jak feniks, podobnie jak i ty wracasz do naszego towarzystwa.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#47
24.08.2025, 12:21  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.08.2025, 12:22 przez Brenna Longbottom.)  
Przechodzi na część bankietową – chyba z Atreusem, Louvainem, Caiusem i Cynthią


Kąciki ust drgnęły jej lekko na komentarz Atreusa i omal nie wspomniała, że krwawe perwersje brzmią jak coś, co mogłoby się niektórym wychowankom Slytherina spodobać, więc nie rozumie, o co mu chodzi, ale pohamowała się ze względu na obecność dwóch pozostałych panów - bo do samej Cynthii to by taką uwagę rzuciła bez choćby chwili wahania.
– Prawdopodobnie miała w tym tkwić jakaś głębsza metafora, ale bądźmy szczerzy, bardziej od niej uwagę przyciągały tancerki – skwitowała słowa Atreusa. Pewnie chodziło o tę całą walkę z samym ze sobą, i wybór między tym co dobre, a tym co daje potęgę, ale tak naprawdę nie zastanawiała się nad tym zbyt długo. A potem uśmiechnęła się lekko do Cynthii, gdy wyczuła na sobie jej spojrzenie. – Dobre stroje, chwytliwy temat, bo ludzie dalej lubią Merlina, niezła muzyka i udane układy taneczne, na co miałabym narzekać? – odpowiedziała pannie Flint. Nie była znawcą, ale też nie uważała, że być nim musi, aby cieszyć się sztuką, tak samo jak nie musiała być mistrzem kuchni, żeby wiedzieć, że jest nim Nora.

Gdy wstali, poprawiła poły ciemnej sukienki, podparła dłoń na ramieniu Atreusa, gdy je zaoferował, chociaż gdy po wejściu na salę bankietową on szukał barku, ona dość odruchowo zrobiła to samo, co wcześniej na sali teatralnej. Patrzyła, gdzie są wyjścia, gdzie stoi ochrona oraz dość odruchowo spróbowała zlokalizować Ministrę Magii – nie dlatego, że miała ochotę na jakiekolwiek interakcje z szefową rządu, ale dlatego, że ta była w końcu vipem. Potem spojrzała ku miejscu, gdzie wykupywano cegiełki – tam rzecz jasna zamierzała wkrótce podejść, bo i nie oszukujmy się, zaproszenie ktoś z teatru wysłał jej tutaj ktoś nie dlatego, że tak ją lubił, ale że wiedziano, że przy takich okazjach umie być szczodra. Wypatrzyła też brata, w towarzystwie Nory, i dość beztrosko mu pomachała, bo ani myślała się tutaj peszyć.
– Wygląda na to, że wesele Blacków wywarło wieczne piętno na organizacji tego typu imprez… – rzuciła z odrobiną rozbawienia, gdy skręcili bliżej barku i dostrzegła informację o tym, że nie serwują magicznych drinków. Niezbyt się dziwiła, bo wprawdzie samej Brennie zdarzało się takie zamawiać, ale raczej na przyjacielskie, nieoficjalnie zabawy. Nie serwowała też gościom amortencji. No i nikogo nie zamieniała w kapibary. (Był tylko jeden bóbr, ale z tym Brenna nie miała absolutnie niczego wspólnego.)
Zerknęła dość odruchowo na Cynthię, jakby chcąc sprawdzić, czy ma zamiar też pić z resztą towarzystwa, czy może wolała raczej odbić gdzieś na bok.




Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
adwokat diabła
They will eat from the ground
beneath my throne
wiek
93
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
publicyska, prawniczka
Szczupła kobieta w podeszłym wieku, która swój wysoki wzrost (177 cm) podkreśla chętnie obcasami, nie pozwalając byle komu patrzeć na siebie z góry. Całą swoją prezencją zwraca uwagę: upinaną w wymyślne kształty fryzurą z siwych włosów, eleganckim i drogim strojem, ciężką biżuterią.

Philomena Mulciber
#48
24.08.2025, 12:32  ✶  
Udaję się przez wernisaż do baru, gdzie rozmawiam z: Lorien, Elliottem, Desmondem, Erikiem. Nie rozmawiam tam z: Aaronem.

Nieroztropnością byłoby odrzucić zaproszenie Elliotta Malfoya, który spośród zgromadzonych w teatrze mężczyzn był jednym z atrakcyjniejszych — stanowiskiem, nazwiskiem i gładką buzią. Oczywiście podążyła Philomena u jego boku przez zatłoczone korytarze The Globe — emanująca dumą i wyniosłością, oślepła na to, że przed nimi podążała Lorien wsparta na Aaronie Moodym. Taktowne, choć pełne nagannej wymowy przemilczenie było jedynym, co pozostawało w sytuacji, gdy wcześniejsza uwaga staruchy spłynęła po sędzi, nie przyniósłszy efektów. Jedyna pociecha w tym, że auror zdawał się znać swoje miejsce w szeregu lepiej niż wdówka i nie rwał się do zabawiania towarzystwa swymi przemyśleniami.
Z przyjemnością Philomena odwróciła uwagę od niefortunnej pary, gdy przechodzili przez wernisaż. Zainteresował Mulciberową warsztat tak młodej przecież malarki. Znać było, że talent ów stosownie pielęgnowany może pewnego dnia, za lat kilka lub kilkanaście, zapewnić Lyssie Mul… Dołohównie (cóż za szkoda!) status wysoko cenionej artystki.
Podziwianie plakatów przerwane zostało przez niespodziewane zbliżenie do młodego Malfoya. Na tym jednym Malfoyu czarownica była skupiona, drugiego — Desmonda — gotowa była oddalić skinieniem ręki, gdyby nie to, że Elliott przywitał się z nim, zaskarbiając tym samym kuzynowi jej zainteresowanie.
— Ach, niechże pan się nie przejmuje. Hipnotyzujące, czy nie? — zwróciła się do Elliotta w odpowiedzi na przeprosiny. — Obrazy zostały stworzone przez moją prawnuczkę. Proszę sobie wyobrazić, ledwie w tym roku powróciła do ojczyzny, a już zachwyca Londyn swoją sztuką na wydarzeniach tego formatu — powiedziała z aptekarsko wymierzoną dozą dumy. Tyle, aby zwrócić uwagę na to, że ta oto zdolna malarka jest z nią w jakiś sposób powiązana, ale jednocześnie nie kreślić między nimi zbyt zażyłej nici. Nie znała bowiem zbyt dobrze Lyssy mimo pokrewieństwa; mogło się okazać, że pominąwszy godne podziwu talenta i szlachetne pochodzenie, niekoniecznie jest Dołohówna kimś, z kim chciałaby być Philomena kojarzona.
W przeciwieństwie do swoich towarzyszy popijających wodę, Mulciberowa przyjęła od usłużnego barmana białe wino. Kryształ kieliszka błyszczał elegancko w opierścienionej dłoni, chwytając światła odbijające się od ścian tej wytwornej, biało-złotej świątyni snobizmu. Bankiety i bale były jednymi z ostatnich miejsc, w których czas zdawał się chociaż po części zamrożony w latach młodości Philomeny Mulciber, nieprzeżarty tandetną krzykliwością lat 70.
— Ubolewam, że Fortinbrasa nie ma dziś z nami. Proszę złożyć mu pozdrowienia oraz wyrazy głębokiego szacunku. Wiele minęło od naszego ostatniego spotkania; ojciec może jeszcze w tym tygodniu oczekiwać ode mnie bileciku. — Uśmiechnęła się kurtuazyjnie, po czym przeniosła uwagę na przedstawionego jej Desmonda, któremu płytko skinęła głową.
Chłopak wypadał w przyrównaniu do Elliotta blado — zaczerwieniony, speszony, poplątany w jąkaniu. Brak mu było pewności siebie, nie wspominając o arystokratycznym sznycie. Patrzyła na niego starucha surowo i już mlęła na końcu języka jadowitą uwagę, gdy zjawił się wśród nich Erik. W przeciwieństwie do Aarona, którego można i należało zignorować, Erik był kimś — kimś, kogo Philomena nie lubiła, nie zamierzała toteż w jego obecności wyzłośliwiać się na Malfoyu.
— Panie Longbottom — powitała go chłodną uprzejmością i wróciła do Desmonda: — Ależ proszę, śmiało, panie Malfoy, czym chciałby mnie pan zainteresować? — Rzekła to dobrotliwie, stara dama biorąca pod swoje skrzydła młodzika, otulająca go nimbem swojego autorytetu. Bezwzględnie włączyła Desmonda we front, który przed kimś takim jak Erik Longbottom winien być zjednoczony i niezdradzający zgrzytu.


głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#49
24.08.2025, 13:40  ✶  
Przy barze z Philomeną, Elliottem, później jeszcze z Desmondem, Erikiem i Norą. Przez moment uwaga skupiona na Anthony'm.

Nie zwracała uwagi na Philomenę.
Chwila moment, co takiego?
Lorien Mulciber nie zwracała większej uwagi na Philomenę Mulciber, chwilę po tym jak prześlizgnęła się spojrzeniem po przyczepionym do jej ramienia Elliotem. Młodszych ozdób nie było? Podejrzewała, że babka ma pierścionki starsze niż jej towarzysz. Ale zachowywała się wobec nestorki ze wszelkim przynależnym jej szacunkiem. Może tylko na przekór całemu światu zaciskając mocniej palce na przedramieniu aurora. Przekora. To zawsze była ta cholera przekora. Zapewne zapytana o swoje zachowanie stwierdziłaby lekko “och mam ministerialne przyzwolenie!” po czym z prześlicznym uśmiechem wyciągnęła z torebki wizytówkę z wykaligrafowanym nań “Mogę robić co mi się żywnie podoba.” Cóż. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Adeline Prewett była taka sama.

Ucieszyła się za to widząc zmierzającego w ich stronę Anthony’ego, który… jednak zrezygnował? Och. Stanął w dalszej części baru, zaaferowany rozmową i dobieraniem wina. Ale kiedy złapała go wreszcie spojrzeniem, uniosła trzymany w dłoni kieliszek. Niemy gest toastu. No cóż. Później porozmawiają.

Gdy do ich grona dołączył młodziak, skinęła mu głową na przywitanie. Sztywno. Desmond. Znała Paullusa, jego ojca. Cenny nabytek Departamentu Magicznej Współpracy Czarodziejów. Mogłaby przysiąc, że dzieciaka też raz czy dwa widziała na korytarzu, ale po prawdzie… wszyscy stażyści wyglądali tak samo. Więc tylko uśmiechnęła się grzecznie, równie grzecznie tracąc nim od razu jakiekolwiek zainteresowanie. Ale było w tym coś więcej. Lorien zwyczajnie w świecie starała się po sobie nie pokazać irytacji. Jakim prawem ten smarkacz nie podał ręki jej towarzyszowi. Prawem krwi. Odpowiedział złośliwy głosik z tyłu głowy.
Jąkała, czerwieniący się na widok Philomeny.

Dlatego zaśmiała się dość sztucznie z  komentarza Elliotta.
- Cóż.. Nie dał nam nic więcej, nieprawdaż? Przyznaję, stronnictwo liczyło na komentarz Pańskiego Ojca odnośnie sytuacji w jakiej znalazł się nasz kraj. Wierzymy, że jego głos pozostaje istotnym w polityce i ma szansę dotrzeć do wielu młodych ludzi. Szacunek do stanowisk i pozycji w strukturze władzy w nich powoli umiera.- Odpowiedziała, a dotychczas miękki ton uderzył  w ostrzejsze, bardziej suche nuty.- Cieszę się, że jest zdrów.

Zanim jednak zdążyła dodać coś więcej, pojawił się przy nich ktoś jeszcze. Erik Longbottom. Zmarszczyła nos. Nie był na służbie? Przyszedł z kimś kogo nie znała i nawet nie planowała udawać, że zna.
- Panie Longbottom.- Nie skinęła głową. Ale posłała kobiecie kolejny wystudiowany uśmiech, żeby nie czuła się pominięta.

Przekręciła głowę w bok. Zadarła podbródek, na tyle, żeby móc spojrzeć na Moody’ego i ściągnąć jego pełnię uwagi na siebie.
- Słyszałam, że specjalnie na dzisiejszy wieczór importowali kwiaty aż z Indii Wschodnich.- Powiedziała, robiąc to co politycy robią najlepiej - łżąc w oczy wszystkim dookoła.- Chciałabym je zobaczyć. Teraz.
Jej głos nawet nie drgnął na czymś co powinno być prośbą, ale zabrzmiało bardziej jak suche, służbowe polecenie, rozkaz albo komenda wydana niezwykle dobrze wytresowanemu psu.
- Pozostawiam Państwa w dobrych rękach.- Zwróciła się do całej gromadki implikując przy okazji, że każde ręce byłyby lepsze od szponów babki.
Zabrała swój kieliszek i wciąż wsparta o ramię aurora skierowała swoje kroki w stronę jednego z balkonów.
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#50
24.08.2025, 20:38  ✶  
Oceniam Elliotta. Wącham Philomenę. Ściskam dłoń Erika. Resztę obsmaruję potem. Odchodzę z Lorien na balkon.

Zanim uścisnął dłoń Erika, na dłuższą chwilę skupił uwagę na Elliottcie, przypatrując się młodemu kanclerzowi, który zręcznie wybrnął z politycznej dyskusji. Zastanawiał się, czy nie jest tym zmęczony. Byciem synem swojego ojca. Synem Fortinbrasa Malfoya, Ministra Magii. Sam Aaron pamiętał, jak na samym początku jego ministerialnej kariery, starsi stażem aurorzy zwracali się do niego imieniem jego ojca, poprawiając się w tej samej chwili, w której podnosili wzrok na jego twarz. Przyzwyczajenie podobne do tego, z jakim ręka sięgała po różdżkę w chwili zagrożenia. Wyuczone na pamięć manewry, ruchy, w które wpasował się tak szybko, jak gdyby zawsze należały do niego. Teraz on łapał się na tym, że zwraca się do synów imionami ojców. Zastanawiał się, czy i jego syna nazywali jego imieniem. Może dlatego nigdy nie ułatwiał niczego Alkowi: nie chciał, żeby wstydził się, gdy będą ich ze sobą mylić. A jak przestaną, będzie wiedział, że sam na to zapracował. Każdy ojciec chce przecież, żeby jego syn go przewyższył. Alastor przerósł go zanim jeszcze skończył Hogwart, ale Aaron wciąż patrzył na niego z góry.

Gdyby auror nie znał swojego miejsca w szeregu, nie byłby aurorem.

W rysach Elliotta nie trzeba było długo doszukiwać się podobieństwa do Fortinbrasa. A jednak, różnił się od swojego ojca. Nie miał pustki w oczach. Przeżarta spaczeniem dusza nie dogorywała na peryferiach jego spojrzenia, przesuwającego się filuternie po twarzach gości, tak jak w przypadku wiekowej madame Mulciber. Moody'emu zadrżały lekko skrzydełka nosa, gdy wciągnął przez nozdrza perfumowane powietrze, przesycone nadgniłą słodyczą: przyzwyczajony był do otaczającego Lorien zapachu jaśminu, liczył więc, że wyczuje zapach spaczenia... A jednak nic nie wyczuł.

Poczuł się niemal zawiedziony.

Powiódł wzrokiem wzdłuż baru, z niezadowoleniem stwierdziwszy, że wszystkie miejsca siedzące były wciąż zajęte. Chociaż opierająca się o jego ramię Lorien nie dawała tego po sobie poznać, wiedział, jak bardzo musi być zmęczona. Niektóre ptaki musiały pozostawać bez przerwy w locie, inaczej ginęły – stworzone, aby bujać w powietrzu, na ziemi wydawały się niezgrabnymi. Jerzyki spędzały w locie całe swoje życie, lądując tylko po to, aby uwić sobie gniazda. Kolibry nie potrafiły chodzić wcale. Wilgowrony... Aaron pochylił głowę w stronę Lorien w tym samym momencie, w którym poruszyła się, aby pochwycić jego spojrzenie. Wilgowrony były bardzo towarzyskimi, coby nie powiedzieć: bardzo próżnymi ptaszkami. Latały nisko nad ziemią, aby inni mogli podziwiać mieniące się pióra, tak jak Lorien mieniła się w świetle załamującym się na kryształach żyrandoli... Nawet jej uśmiech odbijał się w połyskliwym szkle kieliszka, który wzniosła wcześniej w niemym toaście. Przyjemnie było patrzeć jak rozkłada skrzydła i szybuje wdzięcznie ponad rozmowami, czasem popisując się słodkim trelem komplementu, a czasem – ostrą drwiną dzioba.

To był jej świat, pomyślał, żegnając towarzystwo skinieniem głowy.

Świat pięknych kłamstw przesłaniających brzydką prawdę, podobnie jak kwiaty na balkonie przesłaniały widok na spalone ulice Londynu. Odsłonił zwieszającą się z góry kwietną girlandę, aby nie zaplątała się we włosy Lorien, która oparła się o kamienną balustradę. Bez słowa zdjął galową marynarkę, przykrywając ramiona kobiety, aby nie odczuła zimna kamienia, gdy pomógł jej przysiąść wreszcie na otoczonej pergolą barierce.



– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (10126), Ambroise Greengrass-Yaxley (2272), Anthony Shafiq (4639), Atreus Bulstrode (4400), Baba Jaga (254), Brenna Longbottom (4160), Caius Burke (517), Cynthia Flint (3288), Dearg Dur (6991), Desmond Malfoy (1867), Electra Prewett (2540), Elliott Malfoy (5588), Erik Longbottom (3725), Eugenia Jenkins (1757), Geraldine Greengrass-Yaxley (1906), Hannibal Selwyn (5262), Henry Lockhart (956), Jonathan Selwyn (2300), Lorien Mulciber (7990), Louvain Lestrange (1748), Lyssa Dolohov (2407), Mathilda Quirrell (2016), Mona Rowle (822), Morpheus Longbottom (3826), Nora Figg (2861), Oleander Crouch (2271), Pan Losu (98), Philomena Mulciber (3787), Robert Albert Crouch (2176)


Strony (21): « Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 21 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa