Coś się poruszyło wzdłuż ściany, nisko, niesymetrycznie. Gdyby ktoś patrzył z boku, mógłby wziąć go za zwierzę. Właściwie to by nie protestował. Zwierzę przynajmniej nie musi się tłumaczyć. Szarpnął się do przodu, podpierając na kawałku zardzewiałej rury, która kilka godzin temu służyła za ogrodzenie. Teraz była wszystkim, co trzymało go w pionie. Noga paliła żywym ogniem. Złamana wysoko, pulsująca przy każdym ruchu. Ból był stały, rytmiczny, wgryzał się w biodro i plecy, ale nie miał znaczenia. Nie teraz. Czuł ją. Nie widział, nie słyszał, ale wiedział. Odruch. Odpowiedź ciała na obecność, którą kiedyś poznał od środka. Jej krew krążyła w nim w śladach, których nie potrafił wymazać. Szła. Albo już tu była. Przeszedł przez zasnuty popiołem chodnik, omijając nadpalone zwłoki. Stragany ze starociami, stoiska z księgami i resztki fasady, która jeszcze kilka dni temu rzucała cień na połowę ulicy. Nokturn wyglądał jak zbiorowy grób, ale nie robiło to na nim większego wrażenia. Widział już gorzej. Czuł gorzej. Nie wiedział, co jej powie. Czy w ogóle cokolwiek. Ale szedł dalej, krok za krokiem, jakby od tego zależało wszystko. I wtedy ją zobaczył. Z daleka. Nie było mowy o pomyłce. Zatrzymał się. Nie z bólu, nie ze zmęczenia. Potrzebował sekundy. Wyprostował ramiona. Wciągnął powietrze przez zaciśnięte zęby. Nie wyglądał dobrze. Właściwie wyglądał jak ktoś, kto potrzebował uzdrowiciela. Ale to nie miało znaczenia. Była tam. A on jeszcze stał.
Wyszedł z cienia, gdy był już pewien, że to ona. Jej zapach przebił się przez wszystko; przez dym, popiół, brud, ten tłusty osad Nokturnu, który wsiąkał w skórę jak trucizna. Pachniała jak ktoś, kto tu nie pasował. Jak ktoś, kto jeszcze nie zdążył się tym miejscem ubrudzić. Nie znalazła go. To on dał się znaleźć. Może głupio, może zbyt szybko, ale z każdą sekundą stania w miejscu robił się bardziej niespokojny. Jej obecność miała ciężar. Zatrzymał się parę kroków przed nią, nie dlatego, że nie mógł podejść bliżej, tylko dlatego, że zbyt wiele chciał powiedzieć naraz. - Musiałaś nieźle zgubić trop, skoro aż tu cię przywiało. - powiedział cicho, jakby komentował coś banalnego, choć wcale nie było mu do śmiechu. Ale patrzył tylko na nią.
Zobaczył Woody’ego dopiero po chwili, jakby dopiero teraz pozwolił sobie go zauważyć. Nie byli przyjaciółmi. Nie byli nawet neutralni. Maddox zmrużył oczy. - No jasne. - Mruknął niezadowolony. - Kto inny byłby na tyle pieprzonym optymistą, żeby przeprowadzić ją przez to cmentarzysko? - Spojrzał prosto. Nie próbował ukrywać tonu. Nie było w tym teatralnej złości ani ostrzeżenia. Tylko chłodna, duszna niechęć, którą trudno było zmylić z czymkolwiek innym. Woody znał jego siostrę. Zatrudnił ją i pozwalał jej siedzieć na zapleczu jakby nie była zakażeniem. To wystarczyło, żeby każde jego działanie było dla Maddoxa podejrzane. Nawet jeśli kiedyś przeczytał, że ratował co to miał najcenniejsze, to właśnie przestało mieć to znaczenie, jeśli stał tu razem z nią. Milczał chwilę dłużej, dłoń zaciskając na rurze, która trzymała go w pionie. Mógł powiedzieć więcej. Mógł rzucić w Woody’ego czymś mocnym, mógł odegrać tę scenę jak ktoś, kto właśnie znalazł powód, żeby się wyżyć. Ale nie był w nastroju na pokaz. Ból w nodze był jak przypomnienie: jesteś tu tylko dlatego, że ruszyłaś. I tylko dlatego, że miałeś jeszcze siłę się podnieść. Spojrzał na Faye jeszcze raz, krótko, ostrożnie, jakby próbował ocenić, czy to wszystko się naprawdę dzieje. I czy się jeszcze nie skończyło.