• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka Knieja Godryka v
1 2 Dalej »
[14.09] O czym milczy twoja knieja?

[14.09] O czym milczy twoja knieja?
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#11
17.08.2025, 01:29  ✶  
Nie znali się — to fakt. Tym bardziej nierozsądne było dać obcej czarownicy aż tyle: powiąząć swoją twarz z terroryzmem, rozbroić się, odsłonić sekret Zimnego, słabość, a na koniec strach. Wiele mogło pójść nie tak. Czy to było pokierowane przeczuciem godnym trzeciego oka? Czy aż tak ufał w to, że Leviathan nie wprowadził między nich byle kogo? Zlekceważył ją jako nieszkodliwą babę czy był do tego stopnia zmęczony i zdesperowany? A może metagaming?
Tak czy inaczej Louvain obstawił trafnie, że Helloise wcale nie planowała zagłady Śmierciożerców ani nie miała na tyle wiedzy, aby ocenić Lestrange’a za cokolwiek więcej niż to, co sam jej pokazał. Wzięła jego ufny gest i obeszła się z nim bez okrucieństwa. Więcej zadowolenia znajdowała w tym, że oszczędziła mu krzywdy, na którą mogła się zdecydować, niż mogłaby znaleźć w wykorzystaniu sytuacji na jego niekorzyść. Jak Bogini rozdająca wyroki, wybrała dla niego łaskę i pławiła się we własnej wspaniałomyślności, patrząc na te zamknięte oczy i słysząc bezbronne westchnienie. Zwiedzanie cudzej duszy i posiadanie jej na wyciągnięcie ręki było doświadczeniem bliskim boskości samej Matki Stworzycielki. Uleczyć duszę i zawładnąć nią — oto kolejny stopień ku Niej. Tańczyło w Helloise na granicy zuchwałości, aby dalej poić Louvaina swoim ciepłem, uzależnić go jeszcze bardziej. Ciepło wpadało jednak w Lestrange’a jak w lodowatą czarną dziurę, a ona miała tego tyle tylko, aby ogrzewać własne istnienie. Zimny mógłby brać w nieskończoność i pozostać niezmiennie nienasycony. Choćby i chciała go karmić ze szczodrością Bogini, nie była Nią — przejadłby ją, doszedł do jej kresu i odkrył tam człowieczeństwo. Samo już pozwolenie, aby rozsmakował się w jej cieple, groziło zastawieniem na siebie pułapki — tyle potrafiła wywnioskować.
Zapewne powinna zatem być wdzięczna widmom z Kniei, że nie pozwoliły temu trwać, rozerwały moment i pchnęły oboje do szaleńczej ucieczki. Daleko jednakże było jej w tym paraliżującym przerażeniu do doceniania czegokolwiek.
A więc Louvain wpadł za nią do chaty. Gdy czarownica spojrzała na niego tym razem, nie była już tak otwarta i zapraszająca, jak jeszcze niedawno na drzewie czy nawet wtedy, gdy zdemaskował się jako Śmierciożerca. Teraz wiedząc, że mężczyzna nosi w sobie upiorne Zimno, zerkała na niego dziko zza kurtyny rozczochranych włosów, wycofana i nieufna, jakby miał owym plugastwem zburkać jej dom poprzez samo przebywanie w nim.
Chatkę oprócz zwyczajowego aromatu ziół wypełniał intensywny zapach świeżego drewna — to wstawione niedawno nowe okna z całymi framugami i parapetami. Rośliny w doniczkach podwieszanych pod sufitem i upchniętych w każdym wolnym kącie tworzyły gęstą zieloną dżunglę, w której spomiędzy liści i pędów wyglądały ręcznie rzeźbione maski o obliczach pradawnych bóstw. Helloise była tu u siebie i pasowała do tego krajobrazu, po Louvainie od razu widać było, że stanowi obcy element. Pobazgrany w bezsensowne tatuaże, zbuntowany i pogubiony miejski paniczyk, w tamtej chwili na domiar złego przerażony. W innej sytuacji Helloise wzięłaby go jako wyzwanie i swoim celem ustanowiła zasianie w obcym podczas pobytu w jej gościnie ziarenka refleksji nad przyrodą, uczynienie czarodzieja nieco bliższym temu, co i jej było bliskie.
Do Zimnego jednak nie chciała się już ponownie zbliżać. Walczyła z pokusą wyrzucenia go za drzwi, lecz budził w niej pewne współczucie, szczególnie mocno zaś współodczuwała jego strach. Nie chciała wystawiać go po tym szaleństwie na zewnątrz samego i… sama bała się w takiej chwili zostać bez żywego ducha w chacie pod lasem, który przed chwilą ostrzył na nich zęby.
Niech zostanie.
Wciąż ciężko oddychając, Helloise wyprostowała się i w milczeniu zakrzątnęła niezgrabnie po izbie. Nastroszona jak nieoswojony kot co chwilę odwracała się podejrzliwie do Lestrange’a, jakby to sam diabeł zasiadł pod jej drzwiami i knuł... choć trzeba przyznać, że lichy był z Louvaina w tym stanie czart. Układając bezgłośne na języku litanie do Bogini Matki, kobieta zamknęła wszystkie okiennice, aby nie widzieć lasu. Chata pogrążyła się w zupełnych ciemnościach, a gospodyni wzięła naręcze drewna, aby rozpalić na kuchennym palenisku, nad którym wisiały puste obecnie kociołki. Skupiona na wykrzesaniu iskry z różdżki w drżącej dłoni, nie zauważyła, kiedy ze stosu stoczyło się drewienko i uderzyło o podłogę. Nawet tak błahy dźwięk sprawił, że drgnęła nerwowo, po czym wydała z siebie kracący pomruk, zagniewana na własną strachliwość.
W końcu na palenisku zatrzaskał krzepiący ogień. Czarownica wyjęła z kredensu butelkę wina — prawdziwego wina, z winiarni Anthony’ego Shafiqa, nie byle eksperyment z domowego gąsiorka. Było to smocze wino, którego twarzą — oprócz Anthony’ego Shafiqa — był walijski zielony smok. Smok po etykietce na butelce Helloise hasał samotnie, ponieważ słynnego polityka kobieta zeskrobała wcześniej scyzorykiem. Choć wino było czerwone, zaklinali je w shafiqowym przybytku tak, aby błyszczało zielonymi refleksami przypominającymi umaszczenie jaszczura. W kontraście do tej alkoholowej fanaberii Hella wyjęła najprostsze szklanki. Nalała sobie do pełna, po czym przyciągnęła stojącą dalej na blacie nieoznakowaną karafkę z nalewką z opium i doprawiła na oko. Wypiła na raz, napełniła swoją szklankę od nowa. Wzięła butelkę oraz puste szkło, a po namyśle również karafkę, i postawiła je na podłodze przed Louvainem, unikając patrzenia mu w oczy.
— Kropelki na uspokojenie. Jeśli chcesz — mruknęła cicho.
Zabrała swoją szklankę i poszła pod palenisko. Na drewnianej podłodze wciąż czerniała plama po krwi rannego Śmierciożercy, którego opatrywała u siebie na początku Spalonej Nocy. Na co dzień Helloise nie zwracała na nią uwagi, teraz skrzywiła się i stopą przyciągnęła pod palenisko kolorowy dywanik, aby zasłonić ślad, nim zasiadła na owym dywanie plecami do ognia. Dłuższą chwilę patrzyła nieruchomo na Lestrange’a, aż w końcu westchnęła i odezwała się:
— Było warto? Ty chcesz tego, co wzięło cię od środka?


dotknij trawy
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#12
05.09.2025, 01:18  ✶  

Rozsądek rzadko gościł swoją obecnością jego wokabularz. Traktował taką postawę jak narzędzie w swoim partykularnym interesie. Z rozsądku powinien poświęcić się pracy w Ministerstwie i ożenić się z nieinteresującą, ale przynajmniej właściwą. Z rozsądku powinien umrzeć staro i na starość właśnie. Bez podbijania stawek, najlepiej schować się w bezpiecznym domu, bo najbezpieczniej było z niego nie wychodzić będąc przecież tak przystojnym. Bo on dla rozsądku mógłby co najwyżej zwrócić treści żołądkowe. Bo rozsądek to nie wzburzone fale. Rozsądek to nawet nie skały, o które roztrzaskasz swoją łódź rybaku. Rozsądek to latarnia wyznaczająca swoim światłem kierunek, wam, wszystkim maleńkim ćmom. A czarne pionki kochały swój mrok, tak jak Louvain kochał podłość. Ale zastanówmy się na moment. Czy bardziej nierozsądne było przyznawać się do zbrodni? Czy może jednak zbrodniarza własnych krzywd wpuszczać pod swój dach? A może jednak metagaming?

Śmierciożercy nosili w sobie wieczny głód. Pragnienie wejścia w konfrontacje z cudzą duszą, uformowania jej wedle własnego obrazu, wyciśnięcia z niej triumfu oraz rozkoszy patrząc bezradności prosto w oczy. I może dobrze, że Louvain miał zamknięte swoje własne, kiedy Gospodyni karmiła go swoim ciepłem. Bo gdyby je otworzył nie dostrzegłby kojącego aspektu Bogini w postaci Helloise. Dostrzegłby wyłącznie rozczarowanie. W miejscu, gdzie stykały się ich ciała powinno stanąć odpryśnięte lustro, w którym dostrzegłby własną duszę, tylko z drugiego końca spektrum zepsucia. Może nie kosztowała krzywdzie jak czarny pionek, ale dostrzegłby zachłanność podszytą przekonaniem o własnej wyższości godną przywdziania trupiej maski. Nie igrała z jego bólem - igrała z bezbronnością. Zachowywała się jakby to nie Matka tylko ona trzymała w dłoniach wyrok nad jego duchem. Chełpiąc się jakby jednym skinieniem mogła ofiarować mu zbawienie lub strącić w zatracenie. Rozkoszowała się własną łaską, jak inni rozkoszują się władzą lub dominacją. To nie byłą dobroć, lecz pycha przebrana w szaty duchowości. Inne maski, ten sam spektakl.

Lecz niewidomy na rozczarowującą rzeczywistość, pozostał w swoim przekonaniu przy micie Gospodyni-Dobrodziejki. Oniemiały na leczące promienie ciepła, nie potrafił złożyć nawet zdania w języku dobroci. Drążące palce i nadgarstki, bo kiedy na moment otworzył wnętrze do serca, własnej duszy, do skrywanego przed światem Zimna, coś jeszcze gorszego od zła zajrzało przez uchylone drzwi. Ciągle czuł czyiś wzrok na sobie. Z każdej ściany i dokoła. Nie myliło go przeczucie, bo drewniane oblicza bezimiennych bożków spoglądały na niego, na nich. I chociaż myślał, że trafił do świątyni, bo podążył za krokami kapłanki objawionej w Zimnie, to w rzeczywistości trafił do teatru. Dlaczego je tu powiesiła? Żeby wszyscy starzy bogowie patrzyli tylko na nią? A może w swoim zuchwalstwie pragnęła patrzeć na świat ich oczami? Maski. Zawsze te cholerne maski. W końcu poczuł coś znajomego. Coś na co uruchomiały się instynkty silniejsze w nim niż strach przed śmiercią. Lęk. Ten cudzy. Krzepił podłe instynkty w zgnitej duszy bardziej niż niejeden eliksir. Na widok nerwowo krzątającej się lok perliczki, drżenia ustały. Rozluźniły się mięśnie i gardło. Gdyby bała się po prostu, może i by nie zauważył, ale w swoim strachu ukradkiem spoglądała w jego stronę. Czarne pionki mają swój niezaspokojone pragnienia, a aromat ich potrawy zawsze pachnie jak strach.

Chwycił ją za nadgarstek, kiedy nachylała się nad nim z butelką i szkłem. Podciągnął się na niej do góry, prostując się w końcu w ludzkiej, wyprostowanej pozie. Nie był zwierzęciem by stawiać mu miskę z poczęstunkiem na ziemi. Nie takim zwierzęciem i nie jej zwierzęciem. I kiedy szybkim ruchem wspiął się po niej, zaciągnął płuca pełne jej zapachu, bo strach mówił o czarodziejach więcej, niż słowa spadające z języków. Puścił ją momentalnie przesuwając ręce, na rzeczy które chciała mu podać, bo wciąż jednak nie miał złych zamiarów. Wobec niej. W tym momencie zwyczajowo na usta wkradał mu się cyniczny uśmiech, tylko od samej woni cudzego lęku. Ale jej? Nie smakował mu wcale. Nie smakował, bo wcale go nie pragnął. Jak mógłby być łakomy jej obaw nim, kiedy w rękach miała lek na jego ranę. Nawet jemu ciężko ugryź rękę która leczy. Zanim jeszcze trzymała w niej wino i kropelki z opium. Czy już nawet własnym instynktom nie można ufać pod tym lasem?

- Czasem w służbie czemuś większemu musimy poświęcić cząstkę siebie. Odpowiedział po krótkiej chwili namysłu. Wpatrując się z rozdrapaną etykietę ze znajomą mordą, chociaż nawet tej tu nie było, poruszył ustami rozbawiony. Nie taka znowu to pustelnia, skoro nawet tutaj docierały artefakty magicznego konsumpcjonizmu. Z zasady nie pijał win z konkurencyjnej kadzi Shafiqów, bo to obraza na paryskie serce. Jednak zszarpane nerwy, nawet otulone w zasłony obojętności, potrzebowały tego bardziej niż duma z pochodzenia. Na osłodę gorzkiego odstępna od normy z zadowoleniem wpatrywał się jak, przynajmniej na etykiecie, Anthony został zdeformowany. Potem przechylił ostrożnie do szklanki karafkę z opium dodając swojej szklance właściwego serum. Podniósł naczynie kręcąc w koło płynem zawartym w nim, by wyuczonym gestem przepróbować degustowane wino. Potem uniósł je nieco wyżej, ale bardziej w kierunku źródła światła, próbując przyjrzeć się kolorowi wina, chociaż wiedział o nim wszystko co potrzebował za nim je wypił. - Rób to co kochasz. I pozwól, żeby cię zabiło. Może powiedział to do niej. Może do siebie, patrząc we własne odbicie we szklance ciemnego wina. Nie mówił wprost. Nie dawał odpowiedzi, bo nie ufał jej na tyle by odznaczać się szczerością własnych uczuć. A może nie dawał odpowiedzi, bo zwyczajnie ich nie miał, nie na te konkretne odpowiedzi. Mógł wydusić na bezdechu bezwarunkową afirmację tego, że wszystko u boku Voldemorta było warte i byłaby to prawda. Jego prawda albo przynajmniej konfabulacja. Jednak miał wrażenie, że po to wpuszczała go do siebie, żeby słuchać tego co uznałaby za tanią propagandę dla straceńców. A on nie po to tutaj za nią przybiegł, żeby utrwalać się w czymś czego pewniejszy już nie potrafił nawet być.

- Jedyne czego chcę to oddać magii co magiczne. Odbił od rozgrzebywania własnych trzewi. Nie robił tego na co dzień, nie zrobi tego, kiedy ledwo uszli z życiem. Popił kolejnym łykiem, a zaraz po nim jeszcze jednym. Nie za szybko jednak, bo miał coś jeszcze do przedstawienia. W tylną kieszeń spodni stuknął swoją różdżką lekko rozwiązując zaklęcie zmniejszająco–zwiększające. Potem czarem translokacji wyciągnął z niego srebrne pudło, które zabezpieczało zawierający pośrodku niego pojemnik z odrobiną cieczy. Położył je na stole i machnął na zawiasy pudła, te otworzyły się, a dostęp do pojemnika był już wolny. - Po prośbie już próbowali. Bezskutecznie. Teraz w końcu cień cynicznego uśmieszku zaiskrzył w kąciku jego ust. - To z rogu Buchorożca. Potrafisz z tego zrobić coś dla czarnego pionka?


szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#13
10.09.2025, 15:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.09.2025, 20:09 przez Helloise Rowle.)  
Jasne, zastanówmy się na moment, czy to rozsądne wpuszczać do swojego domu zbrodniarza. Chwila… wpuścił się sam. Nie wyprosiła go, ale — zakładając oczywiście, że mamy do czynienia z istotą racjonalną — jaki był wybór? Poznała jego twarz i poznała jego śmierciożerczy sekret. Z tą wiedzą stanęła przed wyborem: być mu przyjacielem czy być mu kimś wybitnie niewygodnym. Być kimś niewygodnym zbrodniarzowi — niezbyt rozsądna droga, co? twoja stara metagaming
Chwała niech jednak będzie człowiekowi nieracjonalnemu! Człowiekowi, którego ciekawość przekracza granice tego, co obrzydliwe i przerażające. Helloise nie miała jeszcze czasu pomyśleć o tym, czy morderca przypadkiem nie postanowi z niej uczynić ofiary kolejnej swojej zbrodni, mimo że jakiś czas wcześniej przechwalał się tym, jakież to niecne występki mógłby wobec niej przedsięwziąć. Czuła strach po wdychaniu mroźnych oparów kniejowej grozy, czuła odrazę do bluźnierczo zimnego ciała — a jednocześnie to nieznane, niebezpieczne terytorium pociągało ją do zrobienia jeszcze kilku kroków w głąb makabrycznie fascynującej krainy mroku i diabłów.
Nie była przecież zła — umiała utrzymać równowagę pomiędzy złem a dobrem… tak? Taki był przywilej bogów, aby obdzielać sprawiedliwie karą i nagrodą. W rękach człowieka być może nazywa się to zepsucie, być może obłęd. Oto dwie twarze jednego bóstwa — strach i miłosierdzie. Przed jedną błagało się o litość, przed drugą błagało się o łaski. Jedna twarz, która przemocą wyrywała z człowieka słabości, i druga twarz, przed którą człowiek wywlekał je z siebie dobrowolnie. Helloise nie miała predyspozycji do roli podłego skurwysyna, który terroryzuje ulice przemocą, a na którego widok żołądek wykręca się ze strachu na lewą stronę. Ani nie imponowała posturą, ani nie była zbyt zdolna w magii ofensywnej. Jeśli chciała aspirować do karykaturalnie ułomnej, ludzkiej gry w boskość, musiała sprawić, aby odsłonienie się przed nią kusiło obietnicą słodkiej nagrody. Podobno cnoty są przebranymi przywarami, podobno człowiek słucha jednego popędu: egoizmu, ale po cóż by niszczyć w ten sposób tak piękny wizerunek dobrodziejki, odsłaniając jej rogi i zakamuflowany polnym zielem swąd smoczej siarki?
Gdy Louvain złapał ją, w pierwszym odruchu szarpnęła się, w drugim: pozwoliła mu na to. Nie podobało jej się, jak blisko znalazł się w niekontrolowany sposób; że nie siedział grzecznie pod tymi drzwiami skulony jak wypłoszony kundel, którego mogła sobie pogłaskać. Zamiast tego zakosztował jej własnego strachu, który od razu spróbowała przypudrować złością — złość była godniejsza od strachu i najłatwiej ze wszystkich emocji się przez niego przebijała. Złość na twarzy czarownicy pozostała wymownie niema. Ledwie Louvain odebrał od niej wino, Helloise schowała ręce za plecami.
— Ty oddałeś bardzo dużą część, nie cząstkę, jeśli mnie zapytasz — mruknęła oschle, po czym podniosła własną szklankę, w której błyskały zielone refleksy. Patrzyła, jak Lestrange napawa się widokiem zmaltretowanej postaci na etykiecie. W kącikach jej własnych ust zaplamionych na sinobordowo od wypitego wcześniej wina zatańczył niemrawy uśmiech, który urósł do rozbawionego parsknięcia, gdy czarownica poczęstowana została kolejnym wyświechtanym aforyzmem. — Śmierć dla romantyków. — Napiła się tuż za nim, niby pieczętując niewypowiedziany toast. — To nie jest coś, na co się pozwala. O taką śmierć warto się modlić.
Może i potrzebowała taniej propagandy dla straceńców. Całe jej życie było hymnem pochwalnym na cześć straceńców, którzy żyli tym, co kochali. Bez szkoły, bez porządnej pracy, bez pozycji, bez ładnego domu, ładnego męża, ładnych dzieci. Mogła mieć to wszystko bez trudu; nie była brzydka, a z nazwiskiem wystarczyłoby tej urody do jakiegoś przyzwoitego, bezpiecznego małżeństwa. W przypływie niepohamowanej nastoletniej zuchwałości odrzuciła opcję takiego życia, podeptała gniewnie swoje szanse na karierę czystokrwistej damy i wymieniła komforty na rozciągnięcie do granic możliwości swojej osobistej swobody, którą nosiła z dumą większą niż nosiłaby ministeriale tytuły czy nazwisko jakiegokolwiek męża. Żyła z dnia na dzień, dla samej siebie. Znikała i pojawiała się, kiedy sobie zamarzyła. Nie dzieliła z nikim na stałe przestrzeni, na nikogo się nie oglądała. Cieszyła się sama i sama cierpiała. Słodko-gorzki sen straceńca.
Wyciągnięta przez Louvaina różdżka wzbudziła w Helloise więcej zainteresowania niż to, co miał jej do pokazania. Pozbierała i odsunęła na bok strach, gniew oraz zmęczenie, skupiła całą uwagę na tym narzędziu, przez które przepływała wszelka magiczna siła Lestrange’a. Oglądając jego różdżkę, mogła dowiedzieć się nieco więcej o nim, bez zbliżania się do zimnej kreatury, jaką się stał. Tym razem to ona naruszyła jego przestrzeń osobistą — gdy zgasło ostatnie zaklęcie, zahaczyła palcem o różdżkę i uniosła ją nieco wyżej, aby zidentyfikować drewno.
— Hikora. Nieugięty. Wytrwały. Może jednak lojalny sługa… — W zamyśleniu przeciągnęła palcami po różdżce, próbując spojrzeniem wwiercić się pod dłoń czarodzieja skrywającą rzeźbioną rączkę. Chciała zapamiętać tę różdżkę na wypadek, gdyby kiedyś zobaczyła ją przy którymś z zamaskowanych sług Czarnego Pana, podczas kolejnego ataku czy przy kolejnej prośbie. Helloise lubiła wiedzieć, z kim ma do czynienia, a śmierciożercze kostiumy irytująco skutecznie kryły tożsamości. — Zależy od tego, czego chcesz… co chcesz z tym buchorożcem zrobić… pionku. — Wyjątkowo ubawiona jego samoidentyfikacją, trąciła zaczepnie czubek różdżki, zanim zajrzała do podstawionej jej skrzyneczki. Nie ona użyła tego słowa: pionek. Nazwała go jedynie figurką, nie przypisała mu roli na szachownicy. Tę wybrał sobie sam. — Mordować ludzi? — Wyjęła fiolkę i obejrzała ją pod światło, jak wcześniej on oceniał wino. — Na polu walki czy w zamachu? A może chcesz sforsować mury jakiejś twierdzy? — Nie wydawała się szczególnie zaangażowana emocjonalnie w to, że pytał ją o stworzenie czegoś, co mogło mieć tylko jedną funkcję: niszczyć. Czy życia, czy domy, czy infrastrukturę. Bez znaczenia.


dotknij trawy
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#14
22.09.2025, 00:10  ✶  

To jeszcze autoironia, czy już pełna metodologia? Nieracjonalność intencjonalna. Najbardziej funkcjonalne narzędzie dla fanatyka takiego jak on. Koiła resztki sumienia jakie jeszcze posiadał. Chociaż może żyłoby mu się łatwiej odtrącając na bok wszystkie zbędne skrupuły. Jednak dzięki nim wciąż pozostawał w pozycji do knucia. W jaki jeszcze bardziej podstępny sposób uporać się z gangreną Ministerstwa. Z jednej strony terrorysta, z drugiej zaś selekcjoner nikczemności. I to kołowanie nad obiema postawami męczyło duszę najbardziej. Pozostać wciąż zwykłą, czującą istotą, by nadal potrafić ocenić, jak to jest dalej czuć. Tylko tak mógł precyzyjnie oceniać szanse i okazje, nie mylić odwagi z odważnikiem. A kiedy wymagała tego sytuacja wyciągnąć z głębi spaczonego serca swoje najgorsze zamiary. Infernalna wściekłość nie mająca w sobie nic z człowieka. Kluczenie między skrajnościami, a w efekcie powolna i bolesna defragmentacja. A to wszytko dla nadziei.

Jaki był więc przepis na tą równowagę między złem, a dobrem? Na jeden eliksir podarowany w śmierciożercze łapska, posadzone trzy nowe brzózki? Żarty. Miała nie być tą złą, a na zło działała jak magnes. Przyciągała chłopców z plamą smoły zamiast serca, prawie tak mocno jak ich bydlęce oznakowania na przedramionach. Chwalmy jednak nieracjonalnych ludzi, bo bez nich biedna Helloise byłaby najbardziej samotną przepiórką w Kniei. Niech sobie będzie boginią-dobrodziejką, z miłą chęcią dołączy do jej kultu jeśli taki był plan. Tu, w świątyni straceńców, najwidoczniej, skoro można było wchodzić bez zaproszenia. Nawet kiedy próbowała niezbyt zręcznie zakryć plamę na podłodze. Kiedyś był w podobnym miejscu, w Petersburgu. Tam mugole na plamach krwi również wnosili sobory, a ze ścian patrzyły lica tych świętych, których prawie nikt już nie brał na poważnie. - Mhmmm... Przytaknął, mrucząc niemalże na jej ocenę poświęcenia jakim się wykazał. - Nie cząstkę, mówisz... A może to, co dałem, waży więcej niż całość, którą ignorujesz? Cynizmu nigdy nie skąpił, chociaż w swoim oddaniu był szczery zabójczo. Lojalny sługa, nie wstydzący się już przed nią własnego oddania. Bo z każdą chwilą czuł się jakby właśnie spotkała się dwójka akolitów, choć pod różnym wezwaniem. Jedni się modlą, drudzy planują się wysadzić. A to wszystko dla wyższego celu.

Choć dumna, sama sobie odmawiała walecznych zdolności. Jak nazwać smoka, który nie chce zionąć na wrogów? Zwykłym gadem? Niepoważne. Bo było w jej próbie zatuszowania przed nim strachu swoją złością, zacięcie które zachęcało go do dalszej eksploracji jej granic. Odcień nieustępliwości, który widział tylko u czystej krwi. To już drugi raz, kiedy widział jak się złości, a spodobał mu się ten jej grymas jak za pierwszym. I najwidoczniej nie mylił się w jej ocenie, bo od strachu, przez złość, szybko przeszła do zainteresowania. Pozwolił jej na bliższą ingerencje we własną różdżkę. Jeśli chciała obejrzeć początek całej sprawczości jego “modlitw” w imię Czarnego Pana, mogła podchodzić tak blisko jak tylko chciała. Coraz rzadziej ktokolwiek, kiedykolwiek zwracał uwagę na różdżki i co mogło to mówić o ich właścicielu. Powędrował za ruchem jej palca, oddając kierunek swojej różdżce pod jej zamysł. Uśmiechnął się szeroko, przytakując jej raz jeszcze każdy epitet, niczym na wyczekiwaną pochwałę, z którą nie sposób się nie zgodzić. - I to wszystko z nienawiści. Podsumował z ironicznym uśmieszkiem w kącikach ust. Potem odbił ruchem nadgarstka od jej dłoni, która nieprzyzwoicie wędrowała po jego różdżce. Tym razem wycelował w nasadę jej podbródka, lekko wbijając się w jej skórę. - Strach pomyśleć do czego byłbym zdolny z namiętności. Raz jeszcze kąśliwy uśmiech wymalował jego twarz. Odstąpił jednak szybko od zadziornych zagrywek. Jako pionek na własnej szachownicy musiał przeć do przodu. Tylko ignorant albo niewiele znający się na grze czułby się urażony porównywaniem jego osoby do roli pionka. Piony miały kolosalny wpływ na każde rozdanie. To one definiowały możliwości w jakich może pójść rozgrywka. Pierwsze wychodziły do boju, a jeśli były wystarczająco wytrwałe na końcu swojej drogi mogły stać się kimkolwiek tylko chciały. Dzisiejszy pion, to jutrzejsza królowa.

- Chcę dostać się do miejsca, którego wejście nie imają się zwykłe zaklęcia. Odpowiedział najbardziej w sedno jak potrafił bez podawania zbyt niepotrzebnych jej szczegółów.



szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#15
28.09.2025, 23:13  ✶  
Helloise nie była w tak ekstremalnej moralnie sytuacji jak Louvain. Jej przepis na równowagę między dobrem a złem był zatem prosty, nie wymagał dbałości o zachowanie spójności czy konsekwencji, nie wymagał myślenia, które gubiło filozofów próbujących odnaleźć uniwersalną miarę do osądzenia każdego czynu. Jej moralność była instynktem. Widziała cierpiącą kobietę — zaatakowała jej oprawców. Ufała Leviathanowi — odpowiedziała na jego prośbę o pomoc. Nie czuła wyrzutów sumienia za pomaganie Śmierciożercom, nikt też nie ukarał jej za to — nie roztrząsała więc konsekwencji w dalszej perspektywie. Prosty kompas, dziecięco naiwny. Helloise nie interesowały systemy etyczne, tradycyjne czy progresywne hierarchie wartości. Chodziło o jedno: miała czuć się z decyzjami dobrze, a więc wierzyć w słuszność tego, co robi.
Louvain spijał tymczasem słowa z jej ust z entuzjazmem, którego nie oczekiwała. Dopiero wtedy, spojrzawszy wstecz, zauważyła, że od samego początku robił wszystko, żeby go dostrzegła. Czyżby Czarny Pan zapominał dopieszczać swoje piekielne ogary? Nie sięgał wzrokiem przez stalową maskę, do oczu sługi, którego pod nią zamknął, i nie szeptał mu słodko:
— Och, nie ignoruję twojej całości.
Było w Lestrange’u tyle dumy i przechwałki. I jakże przykro, że nie mógł ich zaspokoić, uwięziony pod skorupą czarnych szat i bezcharakternych masek. Był tylko cel, dla którego się poświęcał w zamian za okruchy pochwał mistrza równie chłodne, co zagnieżdżone głęboko w Louvainie licho z Limbo.
O nazewnictwo niesfornych smoków zaś najlepiej zapewne było pytać ojca bądź brata Helloise. Rozczarowanie, upokorzenie czy porażka, zwał jak zwał. Wrogowie rodu nie byli dla niej nigdy priorytetem. Po co walczyć o świat, w którym nic się nie zmieni prócz człowieka przy władzy? Cóż jej po tej ich władzy, gdy ona wciąż będzie musiała spełniać oczekiwania i życzenia? Samo to, że wykarmiono ją w maleńkości konserwatywną ideologią, nie rozbudziło w niej gorącego zapału do walki.
Wyczekiwała jedynie momentu, gdy Śmierciożerca pozbędzie się jej ręki, więc nawet nie drgnęła, gdy ją odbił. Różdżka wbita w podbródek zmusiła Helloise do nieplanowanego podniesienia głowy, lecz gdy spojrzała w twarz czarodzieja, ona również się uśmiechała. Nie kąśliwie, nie ironicznie. To nie była kpina, zawziętość czy wyzwanie. Była zadowolona — jakby Louvain poprawnie wykonał sztuczkę, na którą ona wydała komendę.
— Podejrzewam, że do tego samego. Potencjał pozostaje zwykle ten sam — stwierdziła, po czym uniosła otrąconą dłoń i ostentacyjnie powoli po raz ostatni zsunęła palec w dół różdżki Lestrange'a, lekko dociskając paznokieć do lakieru. Zamierzała mieć swoje ostatnie słowo.

Czarownica odłożyła ostrożnie oglądaną fiolkę, po czym w milczeniu usiadła na rozklekotanym krześle przy blacie. Piła w namyśle swoje wino, w przeciwieństwie do Louvaina nie bacząc na to, czy będzie lada chwila pijana i naćpana.
Przez wodniste tęczówki prawie dało się dojrzeć, jak w jej głowie brzęczą myśli. Bynajmniej nie o recepturze środka dla Śmierciożercy.
Szukając jej, Lestrange szukał kogoś, kto nie był nadmiernie ciekawy i nie zadawał wielu pytań. Cóż, Helloise właśnie stała się ciekawa, choć słusznie założył, że nie zamierzała wynosić tej ciekawości spomiędzy nich.
Jako pierwsze powróciło do niej echo słów Leviathana.
Trzeba by zburzyć cały Departament Tajemnic…
— Nie imają się zwykłe zaklęcia? Wchodzicie do Ministerstwa Magii?
… żeby ci oddał ukochaną Knieję.
Rzeczywiście, to marzenie należało do niej, nie do nich. Oni nie musieli wchodzić do Ministerstwa Magii ani nawet Departamentu Tajemnic siłą. Wiedziała teraz, że mają tam Alexandra. Po cóż byłaby im bomba, gdy on mógł wynieść dla Czarnego Pana dowolną tajemnicę. Takich Alexandrów mieli zapewne w całym Ministerstwie. Nie trzeba było tam niczego wysadzać.
Czarownica patrzyła znów badawczo na Louvaina, choć darowała sobie jego oczy i te ironiczne grymasy. Błądziła po labiryncie tatuaży na jego ciele, jakby miała tam zaleźć zapisaną wskazówkę. Nie cieszył się z tego Zimna.
Jeśli chcesz odpowiedzi, będziemy musieli sobie nawzajem pomóc. Jedyne, czego chcę, to oddać magii co magiczne.
Ona mówiła o twierdzy, on o miejscu. Miejscu, w którym nie wystarczą zwykłe zaklęcia. Zmarszczyła brwi, wydając z siebie cichy pomruk. To, co chodziło jej po głowie, było nie tylko zbyt głupie, lecz i zbyt obrazoburcze, aby potrafiła się do tego przekonać. Nie, to nie mogło mieć związku z Limbo. W rozmyślaniach zapadła się w bazgroły czarnego tuszu tak głęboko, że straciła je z oczu i teraz wędrowała czarnymi ścieżkami Kniei. Czy było tam coś, co mogliby chcieć wysadzić? Czy nie szkodziła aby własnej sprawie?
Otrząsnęła się, gdy napotkała dno szklanki. Odstawiła ją, po czym odchyliła się razem z krzesłem do tyłu. Jedną ręką przytrzymywała się blatu, drugą otworzyła kuchenną szafkę i wytrąciła z niej duży worek z obrazkiem wesołego kurczaczka. Wór przewrócił się, a na podłogę sypnęło z niego nieco białoszarego pyłu.
Helloise spojrzała na Louvaina, próbując na powrót się rozpogodzić, choć wyszło jej tym razem byle jak. Była na mężczyźnie coraz mniej skoncentrowana.
— Obsypujesz tym kurnik… żeby ptaki nie miały pasożytów. Można dodać też do obiadu. Robi im dobrze na trawienie. Mają zdrowe kości i piórka. — Poruszyła ramionami, jakby sama stroszyła śliczne, zdrowe pierze, choć po wydarzeniach tego dnia daleko było jej wizerunkowi do zdrowego i ślicznego. — W tym, w ziemi okrzemkowej, powinno udać się ustabilizować twojego buchorożca. W pewnym skrócie. — Machnęła ręką, dając znać, że pozostałe szczegóły są drugorzędne. — Co dalej? Jaki powinien być efekt na końcu? — Założyła nogę na nogę. — Możesz bezpiecznie podejść do tego… miejsca, odpalić to, zostawić i czekać? Czy chcesz, żeby… czy ja wiem… wybuchało przy zderzeniu z celem?


dotknij trawy
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#16
29.09.2025, 10:24  ✶  

Proste rozwiązania na skomplikowane problemy dla prostych ludzi o nieskomplikowanych umysłach. Aż chciałby pozazdrościć jej tej błogości ducha i prozaicznego życia. Sypnąć kurkom ziaren, pozbierać nieco wiechci, raz tych miłych dla oczu, raz tych użytecznych. Bajeczny sposób na spędzenie życia. Tak długo, aż ktoś nie zakłóci twojego leśnego miru. Mógł tylko zgadywać co było dla niej bardziej bolesne; obdarcie jej matecznika z dziewiczej niewinności czy zorientowanie się jak znikomy miała impakt na własną rzeczywistość? Knieja która była dla wszystkich, ale była też jej własna, ale w gruncie rzeczy dość otwarta, jednak bez przesady, knieja z tych bardziej mojsza, niż twojsza. I w środku tej knieje zamieszkały demony do cna przesiąknięte złem, sprawiając, że biedna Helloise przestała być nawet gospodynią we własnym domu. Louvain mógł się w myślach z niej naigrywać do woli, ale gdyby w jego domu zamieszkało pierwotne zło, pewnie byłby zagubiony bardziej, niż to dziecko we mgle. Zamiast tego zamieszkało w nim, w środku. No ale cóż, w końcu przyrzekał na własne życie, lepsza śmierć od mitycznego Zimna, niż od rykoszetu zbłąkanego czaru rzuconego przez podrzędnego brygadzistę. Były zgony żałosne, ale były też te romantyczne. Na szczęście w jego domu mieszkał tylko on sam.

Może gdyby wiedział, że tak naprawdę ta chatka i ten las to nie jej własny, lecz przysposobiony dom, o wiele mniej chętnie raczyłby się porcjami jej wymieszanych pochlebstw na wpół z szyderstwami. Czar który roztaczała był bardziej kuszący, niż godna wzgardzenia prawda o porzuceniu rodowego dziedzictwa na rzecz bajek z mchu i paproci. Leśna nimfa, Świtezianka znad Polany Ognisk, Efemeryda w obłokach mglistej śreżogi. Był tu całym sobą, bez maski i dymiących szat, bo skłoniła go ciekawość sprawdzenia, ile w tej historyjce o niej było prawdy, a ile męskiej fantazji. Skąd u kogoś pozycjonującego się tak na bardzo na uboczu tej magicznej wojny, ten polityczny mariaż z śmierciożercami. Był tu całym sobą, a kolejne porcje wina z kropelkami opium tylko uwypuklały elementy jego próżnej osobowości chcącej naruszać kolejne granice. Louvain spijał jej słowa z ust tak, jak spija się pierwszą kroplę opiumowej nalewki w dniu spotkania wygłodniałej śmierci - z zachłannością, intensywnie. Ale im dłużej w tym trwał, tym wyraźniej zdawał się dostrzegać, że nie tylko jej głos kryje w sobie truciznę. Kapłanka z własną świątynią, lecz bez dogmatów. Jedną ręką wodząca po jego różdżkę, a drugą dobijałaby targu by sprzedać go w cenie za swoją knieje. Ale tamto zło było o wiele głodniejsze niż jego spojrzenie, nie najedzą się jednym, bladym Lestrangem. Myślami i wzrokiem podążał za jej gestami, jakby każde drganie dłoni sączyło kolejną kroplę, jakby linia obojczyka mogła stać się rantem kielicha, z którego pił. Był tutaj całym sobą, nie musiał przed nią niczego udawać. Jego hikora jeszcze nosiła w sobie ostatnie nuty spaczenia wszystkich czarno magicznych zaklęć jakie popełnił parę nocy temu. Chociaż gdyby spotkali się znowu pierwszy raz, w innym sadzie w innym lesie... Jego drewno miałoby aromat tego miejsca w Kniei, gdzie trawa przestała rosnąc. Roślinność wypalona tak bardzo, że smród wszystkich ich bezeceńskich czynów do dzisiaj pali w nozdrza w swoich oparach nad ziemią.

- Ministerstwo? - powtórzył za nią, unosząc brwi w lekkim zdumieniu jakby właśnie usłyszał od dziecka jakąś bardzo niepoważną historyjkę - Oni wierzą, że drzwi i zamek chronią sekrety. My nie potrzebujemy do nich nawet kluczy. Przechwałki wypływały z jego oczu strumieniami. Ciężko było mu odpowiedzieć mniej ironicznie, kiedy pytała o rzeczy, które nie powinny ją zupełnie interesować. Chyba nie sądziła, że przedłoży jej swoje plany, nie mając przed nosem nawet prototypu tego o co się do niej zwrócił. Słusznie myślała, że do użytkowania zasobów Ministerstwa mieli swoje wtyczki. Do bezpośredniej konfrontacji dopiero co doszło, wymierzanie im kolejnych ciosów nie leżało w jego interesie. Gdyby potrzebował spenetrować Departamenty, było już ku temu odpowiednia okazja.

Rozrzucał ziarno niepewności. Pozwalał kiełkować w jej głowie domysły, tak jak pozwalał jej przyglądać się mapie myśli na jego skórze. Większość impulsywnych, zrobionych pod wpływem silnych emocji, bez głębokich alegorii do wschodnich filozofii, choć niosące w sobie Prana jednak z Louvainową charakterystyką. Te pyszałkowate jak podwójne “T.D.K.”. Jedno nad paskiem, bo to co pod nim Tylko Dla Kobiet, a drugie pod szyją, bo to co nad nim Tylko Dla Kata. Niektóre zaś pozostawały nawet nie skończone, bo przeżywał zbyt szybko, by wracać do wszystkich chwil. Były też te do których przyznawał się tylko przed samym sobą, bo to co w nim najsilniejsze zawsze potrzebowało się uzewnętrznić. Jak maleńki Dagalaz w białym tuszu nad skronią, tusz przy oczach. W końcu jednak zaczęła działać. Bo ciężko było nazwać ten proces pracą. Ta chaotyczna burza kreatywności i pomysłów, była daleka od tego do czego przywykł widząc Lestrangów przy alchemicznej pracy. Dorinda potrafiła wykręcać swoim wnukom nadgarstki za każdy nieprzemyślany i nieprecyzyjny ruch nad roboczym blatem. Nic dziwnego, stara szkoła przodka Flamela doprowadziła warzenie eliksirów do perfekcji, żaden składnik nie miał prawa się zmarnować. Tym razem nie miał tego przywileju, by posiłkować się rodzinnymi sposobami, a z niego samego był żaden alchemik. Tym bardziej nie zamierzał kręcić nosem, nad metodami Helloise. Wsłuchiwał się w jej opowiastki o pielęgnacji kur, ukrywając swój sarkastyczny uśmiech za kolejnymi porcjami wina. Przytakiwał, jakby drób obchodził go bardziej, niż to foie gras podawane mu na srebrnym talerzu. Stanął nad nią, zerkając jej przez ramię na pracujące dłonie. - Precyzyjny ładunek, odpalany z bezpiecznej odległości. Podał kolejne wymagania, jakby właśnie zamawiał w domu mody coś skrojonego na własną sylwetkę, na swoje własne potrzeby. Z tą różnicą, że to on dolewał wina, a nie jemu, skrapiając oba szkła kolejnymi kroplami tak przyjemnego dla zmysłów opium.


szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#17
21.10.2025, 00:40  ✶  
Knieja nigdy nie była dziewiczo niewinna. Po ciemnym lesie od zawsze krążyły drapieżniki zostawiające za sobą krwawe żniwo, a niektóre zakątki i drzemiące w nich energie potrafiły okazać się śmiertelnie zdradliwe, także dla znających teren czarodziejów. Knieja pozostawała jednak przy tym w swojej naturalnej równowadze — tę zaś zaburzyło pojawienie się Widm.
Gdyby Helloise rzeczywiście była ulotną leśną nimfą uformowaną z mchów i leśnej mgły, jej życie byłoby zapewne prostsze. Powstać z niczego, nie ciągnąć za sobą żadnych korzeni, od swojego początku do samego końca pląsać lekkim tanecznym krokiem wśród gęstwiny — rzeczywiście ładnie to brzmiało. Zamiast tego za sekretem jej surowej dzikości stała importowana ze smoczych gór, brzydka historia o wygryzieniu się w ślepym amoku z życia jakże porządnego czystokrwistego rodu. Tak, to bardzo smutne, no ale w każdym razie:
— Wiem — zbyła go zniecierpliwiona, gdy Louvain odpowiedział na jej pytanie o Ministerstwo. I wiedziała w rzeczy samej, lecz czasem myślała wolniej, niż mówiła; szczególnie gdy czuła powoli wytracającą się trzeźwość.
Praca nie zaczęła się od razu.
Helloise spojrzała leniwie na dolane jej wino, po czym zanurzyła w nim palce. Wyjęła je, przyglądając się z zaciekawieniem temu, czy trunek będzie i tu lśnił na zielono. Nie lśnił. Oblizała palce i skrzywiła się z niezadowoleniem. Oprócz gorzkiego opium i cierpkiego wina był tam słony, obrzydliwie przeżarty strachem pot oraz ziemiste, drzewne wspomnienie wcześniejszej pracy. Przesunęła językiem po wargach, aby pozbyć się resztek smaku, i cmoknęła z niechęcią. Ręce były brudne.
Wstała, żeby je umyć, lecz zaraz opadła z powrotem na krzesło, przygnieciona nowym grymasem. Założyła nogę na nogę: między palcami skrzypiał piach; czerwona skarpeta była w strzępach, które na ostatnich nitkach trzymały się wciąż stopy poklejonej błotem i krwią. Czarownica z ciężkim westchnieniem zdjęła skarpetę i powyciągała paznokciami ze skaleczeń kilka zabłąkanych szkiełek, rzucając je niedbale pod stół. Wzięła w garść materiał spódnicy i wytarła nim stopy — i tak szata nadawała się tylko do wyprania.
Podniosła się ospale. Nie rwała się wcale do roboty. Wszystko ciągnęło się rozwlekłym tempem. Przy zlewie umyła ręce, ochlapała twarz. Pochyliła się nisko nad blatem, wspierając na łokciach, i z zamkniętymi oczami myślała o tym, co będzie trzeba przygotować i jak się do tego zabrać. Chatka opadła do ziemi, aby domkiem na kurzej nóżce nie targały przy precyzyjnej pracy wiatry. Helloise wyjęła kilka książek, a każdej z nich szukała o tych kilkanaście sekund za długo — tyle akurat, aby zdążyć się zirytować, ale nie za bardzo. Drugie tyle je przeglądała. Znalazła czarownica między tą opieszałością czas, aby poprawić fryzurę, choć nie z próżności, a dla wygody przy pracy, jako że z warkocza po całym dniu wypadło sporo luźnych kosmyków.
Dużo czasu spędziła przy obliczeniach czynionych na luźnych kartkach — matematyce opisującej stężenia, czasy, proporcje, temperatury. Pisała dużo, choć niechlujnie — tworzyła szczegółową instrukcję krok po kroku, jakby nie ufała do końca swojej głowie w tym, że w procesie samego przygotowywania czegoś nie pominie i potrzebowała do każdego kroku autorskiej ściągawki. Gdy wyciągała stare buteleczki z mętnego, podrapanego szkła obklejone dziesiątą warstwą zalanych etykiet, czasem z gwintami zaklejonymi dziwnymi substancjami — nawet wtedy działa asekuracyjnie. Najpierw odmierzała odpowiednie ilości odpowiednich odczynników do probówek, a potem ustawiała je na blacie w rządku w tej dokładnie kolejności, w jakiej miały być zużyte.
Minimalizowała potencjalne marginesy błędów. Można było nabrać podejrzeń, że czarownica zdaje sobie sprawę z tego, w jakim jest stanie. Można było nabrać podejrzeń, że nie pierwszy raz pracuje w ten sposób i jest to właściwie rutyna.
Nie robiła sobie nic z tego, że Louvain wystaje za jej plecami i patrzy na ręce. Nie była kimś, komu przeszkadzałoby patrzenie, a i nie miała w głowie przestrzeni na to, aby zajmować się tym, czy mu się podobają jej działania, czy nie. Zawsze w tej chacie coś patrzyło: maski, drewniane totemiki czy ptaszyska, ostatnimi czasy również Śmierciożercy. Nie można było nie oddać tej zasługi patrzenia również samej Bogini i jej wszechwidzącym oczom.
— Powiedzmy, że dziś to… próba — mruknęła Helloise, dzieląc zawartość fiolki z buchorożcem na pół. Jedną zabrała, drugą zwróciła Lestrange’owi.
Gdy zaczęła się prawdziwa praca, w czarownicę wstąpiło nieco więcej dyscypliny. Nie snuła się już, nie wzdychała męczeńsko co krok. Pilnowała, aby ogrzewana w kolbie nad palnikiem substancja trzymała odpowiednią temperaturę. Czujnie zakręcała kranik biurety z odczynnikami, gdy reakcja zaczynała zachodzić za szybko. Dostosowywała prędkość mieszania, zwracała uwagę na czasy, zapachy, kolory — wszystko, co mogło pójść nie tak. A przynajmniej starała się zwracać uwagę.
Buchorożec miał zostać oczyszczony, Helloise zamierzała wyizolować z niego to, co było potrzebne, aby stworzyć substancję wybuchową i aktywować ją, a następnie użyć w ładunku o dowolnym kształcie, który powinni jeszcze dopracować.
Pozostawało głośno modlić się do Matki w intencji tego, że Helloise na żadnym etapie nie popełniła błędów.

// Panie Boże, dodaj skrzydeł mojemu rzutowi na WOP4, żeby Śmierciożerca nie skręcił mi karku

Rzut PO 1d100 - 81
Sukces!


— Nie trąć… przypadkiem… tego — wymamrotała alchemiczka, oddalając się po skończeniu od substancji pozostawionej wśród powstałego w procesie bałaganu. — Musi wystygnąć. Wtedy możemy — wzruszyła niemrawo ramionami — przetestować. Ustabilizować. — Coraz mniej składne były te zdania. Siadła przy stole z tępym wzrokiem wlepionym w ścianę, próbując wyzerować głowę po intensywnych kilkudziesięciu minutach pracy.


dotknij trawy
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#18
28.10.2025, 12:55  ✶  

Przez dłuższą chwilę trwał w absolutnym milczeniu, jakby nie chciał zakłócać rytmu, w jakim Helloise poruszała się po izbie. Każdy jej gest wydawał się częścią jakiegoś pierwotnego rytuału, nawet lenistwo miało w nim swój porządek. W jej ruchach dostrzegał coś z istoty Kniei, z jej dzikiej, bezczelnej harmonii. Surowe piękno gospodyni zdawało się wynikać z samej struktury natury: nieuczesane, nieprzewidywalne, obce wszelkiej cywilizacyjnej symetrii. Przez moment zdawało mu się, że ma przed sobą uosobienie tego, co nieokiełznane - kapłankę równowagi, którą las uczynił swoją własnością. A potem wzięła kielich. Zanurzyła w nim palce i powoli, bez namysłu, oblizała je, jakby badała smak świata, którego resztki przykleiły się do jej skóry. Ten drobny, przyziemny gest zburzył jego zachwyt jednym ciosem. Obrzydzenie przyszło natychmiast; szybkie, czyste, ostre. W jednej chwili to, co wydawało mu się pierwotne, okazało się jedynie zezwierzęceniem, instynktem pozbawionym transcendencji. Patrzył, jak oblizuje ziemię i treść, jakby nie dostrzegała różnicy między sobą a błotem, które ją karmiło. Zrozumiał, że nie była żadnym pomostem między naturą a magią, jak próbował ją widzieć, a raczej wypadkiem alchemii samotności - istotą, w której człowieczeństwo stężało i zlało się z pierwiastkiem zwierzęcym. Może Knieja naprawdę wyssała z niej to, co subtelne, i zostawiła tylko odruchy: brudne, szczere, nieokrzesane. Poczuł rozczarowanie nie tylko nią, ale sobą. Bo to on zbudował w niej obraz kapłanki, którą chciał widzieć; to on przypisał jej rolę uzdrowicielki zarazy która trawiła jego duszę, kiedy w istocie była tylko kolejnym stworzeniem, które przystosowało się do przetrwania. Zrozumiał, że to nie ona upadła z piedestału, to on sam go dla niej zbudował, z pyłu i własnych złudzeń.

Patrzył jeszcze chwilę, jak porusza się między fiolkami, bez wstydu, bez lęku, jakby w ogóle nie brała pod uwagę, że ktoś ją obserwuje. W jej świecie nie było granicy między sakralnym a trywialnym, między ofiarą a posiłkiem, między świętym rytuałem a zwierzęcym odruchem. Zbliżył się do stołu bez pośpiechu, jak ktoś, kto zna wagę każdego gestu. Powietrze wokół kolby wciąż drgało od ciepła i woni, a światło rozbijało się na połyskującym szkle. Louvain zatrzymał się na krawędzi światła, z cieniem przylepionym do ramion jak druga skóra. W jego spojrzeniu tlił się dziwny rodzaj znużonej ciekawości, tej, którą mają ludzie, gdy zbyt długo wpatrują się w płomień. - Zatrzymaj to. Spraw mi radość i wykorzystaj całość przy następnych porcjach. Objął jej dłoń oburącz, zaciskając jej palce na fiolce. Pojedynczo, każdy paluszek z osobna, jeden po drugim. W rytm własnych słów, aż zacisnął jej dłoń w pięść. Wtedy znurzony grymas zamienił się w szyderczy uśmiech. Słowa były nikczemnie nasączone i bezdźwięczne jak decyzja, którą się podejmuje w ciszy. Nie prosił; wytyczał warunek, który miał stać się elementem dalszej gry. Następnie przesunął się jeszcze bliżej, ale nie tak, by dotknąć stołu, raczej po to, by naruszyć równowagę między nimi. W jego ruchach było coś z prowokatora, który bawi się z cieniem własnej przewagi. Wyciągnął dłoń i zawiesił ją nad kolbą, testując nie tyle temperaturę, co granicę jej opanowania. Płomień zostawiał sądzę na paliczkach jego dłoni, bawił się przez moment między granicą ciepła, a bólu.

- Czasem warto zobaczyć, co się stanie, jeśli nie poczeka się do końca - mruknął, tonem ledwie zagniewanym, bardziej obserwując niż mówiąc. Uśmiech, który skrzywił mu usta, był zimny i precyzyjny; nie obiecywał nic poza świadomością możliwego złamania porządku. Nie poruszył się z miejsca, ale między nimi zaczęła krążyć nowa ostra nuta napięcia. Taka, jaką czują te, które mierzą, ile jeszcze wytrzyma lina. Louvain przestąpił krok, celowo zaburzając delikatny układ pracy i obecności, jakby sprawdzał, czy struktura wytrzyma. Jego dłoń zawisła nad stołem, palce lekko rozchylone, gotowe do gestu, który mógłby zakończyć zawieszenie chwili. To nie była konkretna groźba, to była gra z wyobraźnią, cyniczne dopuszczenie myśli, że wszystko może się zmienić w jednym, szybkim ruchu. Wtedy zobaczył to inaczej: nie jako pokusę zniszczenia, lecz jako możliwość oczyszczenia. Wystarczyłby jeden gest, by odesłać z powrotem to, co zatruło Knieję. Zimno, które wpełzło między korzenie i serca, zostawiając po sobie pustkę.

- Masz tę chwilę - powiedział cicho, prawie łagodnie. - Jeden ruch i pozbywasz się bezeceństwa. Odsuwasz od siebie tę plagę, to, co wyziębiło ziemię i ludzi. Nie był to rozkaz, lecz prowokacja. Pytanie, które ciążyło bardziej niż jakiekolwiek zaklęcie. Stał w milczeniu, obserwując, jak jej spojrzenie być może błądzi między kolbą, a jego dłonią, czy aby w jej oczach drga iskra wahania. Nie musiał nic dodawać. Wiedział, że ta pokusa - odesłać Zimno jednym ruchem, zakończyć jego bieg była bardzo silna. Ale czy silniejsza niż przywiązanie do tego kim była?

szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#19
29.10.2025, 01:30  ✶  
Nie spodziewała się, że każe jej przechować fiolkę do następnej okazji; że zostawi coś tak cennego w rękach obcej osoby. Nie w jej interesie było jednak zwracać na to uwagę, więc przyjęła polecenie z milczącym skinieniem głowy. Zbytnio rozpraszały ją zimne palce manipulujące jej dłonią, aby myślała o dyskusjach; wywoływały gęsią skórkę na rękach, szczęśliwie skrytych w rękawach sukni.
Louvain każdym krokiem próbował dokonać jakiegoś przekroczenia. Czarownica patrzyła ciekawie, jak czarodziej igra z poparzeniami. Liczyła, że płomień liźnie śmiałkowi paznokcie, osmoli je, zostawi w powietrzu pojedynczą igłkę zapachu palonego ciała.
To było w Louvainie miłe — palił Londyn i sam nie bał się ognia. Tak należało.

Po długim wieczorze i skończonym etapie pracy Helloise była wycieńczona fizycznie i psychicznie. Próbowała zaszyć się w zacisznym zakątku chaty i odpocząć; znieczulona alkoholem, opium i zmęczeniem. Ona szukała spokoju, Louvain zaś nie przestawał bić prętem o klatkę tego otępiałego zwierza. Nie czuła wymuszanego przez niego ostrego napięcia — czuła nieznośne echo jego zaczepek rezonujące głucho w czaszce. Drażnił ją od pierwszej chwili, próbował prowokować, testować cierpliwość. Nawet teraz, gdy dała mu to, czego chciał, i starała się o chwilę spokoju, Lestrange wychodził ze skóry, aby zgwałcić jej granice, które i tak były liberalnie, płynnie kreślone.
Z pogardą i znudzeniem spojrzała na kolbę, gdy zaproponował jej wspólną zagładę.
Kobieta, którą wcześniej spotkał jako dziwacznie uprzejmą kapłankę drzew, zrzucała tę rolę powoli, warstwa po warstwie. Z każdym szarpnięciem kolejnej jego prowokacji zostawało w niej mniej i mniej tego łagodnego zdystansowania, tego okazywanego momentami figlarnego rozbawienia i zrozumienia dla niego. Podsycał ją lęk po widmach przyniesiony spod Kniei — wciąż tańczył na koniuszkach nerwów czarownicy, czyniąc ją podatniejszą.
Gdy Louvain zawiesił rękę nad kolbą pełną niestabilnej substancji wybuchowej, oderwał od kości Helloise ostatnie strzępki ciepłej, miękkiej powierzchowności.
Patrzyła na niego długo i pusto. Nie tępo, nie z tą charakterystyczną nutą dysocjacji dostarczającej namiastkę ucieczki od rzeczywistości. Słowa Louvaina wpadały w przepaść. Obracały się w proch, nim zdołały dotrzeć do miejsca odpowiedzialnego za empatię. W oczach czarownicy zamajaczyło coś nikczemnego, złego.
Nie oglądała się już na to, że jest Zimnym, gdy stała przed nim przy kolbie. Nie, gdy on z premedytacją próbował naruszać jej przestrzeń kolejny już raz.
— Mam tę chwilę? Miałam tę chwilę raz za razem — syknęła, pochylając się w jego stronę tak, aby ostry szept trafiał prosto do ucha Śmierciożercy. — Miałam tę chwilę, gdy odrzuciłeś swoją różdżkę i pokazałeś się. Miałam tę chwilę, gdy przyjąłeś ode mnie wino, nie oglądając się na to, czym każę ci je doprawiać. Miałam tę chwilę, gdy wręczyłeś mi fiolkę. Wkładasz mi sam ostrze do ręki. Raz, i raz, i raz za razem. Tego chcesz? Żebym jej użyła? Aż tak męczy cię Zimno, że chcesz umierać w moim domu z mojej ręki? Żyj, umieraj, twoja wola. — Palce czarownicy spadły na tors Lestrange’a. Przebierały jak pajęcze odnóża, wlokąc za sobą po jego ciele jej nadgarstek. Drobniły ostre, bolesne kroczki na skórze, wpadały w zagłębienia między żebrami. Dopóki nie sięgnęły miękkiej szyi. — Mogę wykarmić cię śmiercią — mówiła wiedźma suchym szeptem szeleszczącym jesiennymi liśćmi nad cmentarną mogiłą, gdy kładła kciuk na ustach mężczyzny. Palec był pozbawiony tego obrzydzającego go ciepłego smaku ziemistego życia, którym sama siebie Helloise wcześniej raczyła. Teraz był czysty, sterylny, niósł wspomnienie chłodnego szkła i woni chemicznych odczynników. — Będziesz odchodził spokojnie i cicho. — Zakleszczyła podbródek Louvaina pozostałymi palcami, aby nie mógł jej uciec, gdy docisnęła kciuk do wargi, próbując zmiażdżyć ją o jego własne zęby. — Chcesz umrzeć? Nie ma powodu, żebym szła tam za tobą. Marnotrawstwo. — Naparła na czarodzieja całym ciałem, żeby odsunął się od mikstury. — Musisz tylko poprosić — nie przestawała sączyć jadu do jego ucha. — Proś mnie, poproś ładnie, a podam ci truciznę i pozwolę gasnąć w moich ramionach, i będę cię kołysać, dopóki nie przyjdzie cię zabrać śmierć. — Zawiesiła na chwilę głos, zanim skończyła zimno: — Proś i miej odwagę wziąć, o co poprosisz, albo nie próbuj czegoś takiego nigdy więcej.


dotknij trawy
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#20
30.10.2025, 00:41  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.10.2025, 09:38 przez Louvain Lestrange.)  

Niektóre maski nie potrzebują rąk, by je zakładać, same przyrastają do twarzy. Louvain widział, jak ta na Helloise, która jeszcze przed chwilą nosiła wyłącznie niezrozumienie, teraz twardnieje, obrasta w coś, co przypominało zbroję. Nie miała już nic z kapłanki Kniei ani leśnej nimfy; została tylko forma, której krawędzie wystawały zbyt wyraźnie. Jej słowa, obietnice śmierci, nuta troski o „świętości”, ten przesycony gniewem refren, zabrzmiały mu jak scenariusz, który znał aż nazbyt dobrze. Nakaz do posłuszeństwa, pociąg do ostateczności, ofiarność podszyta cynizmem. Wszystko to tworzyło melodię, w której Louvain rozpoznawał znajome brzmienie. Mówiła to wszystko tak, jakby w podziemiach od dawna czekał na nią kostium mrocznej sługi.

Stał blisko, ale nie po to, by dotknąć. Obserwował, jak jej dłoń wędruje po jego torsie, po nagiej skórze, która oddychała jej chłodem i pogardą. Palce sunęły powoli, jakby badały kształt rany, a nie człowieka. W tym geście nie było czułości, tylko instynkt; a jednak, w sposób trudny do przyznania nawet samemu sobie, Louvain poczuł coś perwersyjnie przyjemnego. Pomimo jej brudnych odruchów, pomimo tego, jak obrzydliwie blisko była ziemi i wszystkiego, co niskie w tej nowej, niebezpiecznej postawie było coś zniewalającego. Jej dotyk niósł zapowiedź bólu, a zarazem echo ciepła, jakby między jednym a drugim nie było granicy. Czuł, że to nie dłoń kapłanki go dotyka, lecz dłoń kusicielki w masce kata. Tej, która nie zna litości, a mimo to potrafi nadać przemocy kształt niemal święty. Jej propozycja, śmierć podana jak dar, zdradzała więcej, niż zamierzała. W tym tonie nie było już wahania, tylko echo. Nie milczenia bogini, lecz sługi, który zna swoje miejsce przy ołtarzu cienia. Patrzył na nią długo, z cynicznym spokojem, który potrafił bardziej ranić niż gniew. W jego oczach tliła się nie prowokacja, a coś gorszego - uznanie. - Jesteś urocza w swoim miłosierdziu - rzucił miękko. - Ale najpiękniejszaś wtedy, gdy gniew staje ci się językiem. Dzierżysz go jak oręż, z godnością... ale jeszcze nie wiesz, jak się nim posługiwać. Uśmiechnął się bez radości. Bo jego trop był właściwy od początku. To nie była leśna istota, karmiona instynktem i szeptem liści. Zwierzę, które widział w niej wcześniej, było tylko etapem. Teraz miał przed sobą coś innego. Nie naturę, lecz jej wypaczenie. Bestia, która nauczyła się chodzić na dwóch nogach.

Kiedy mówiła gniewem, stawała się kimś zrodzonym z majowych klątw, z tej samej ziemi, która rodziła kwiaty i karmiła stworzenia, z mgły, w której śpiew i bluźnierstwo brzmiały jednym tonem. Jej głos miał w sobie ciężar rytuału, w którym czułość i okrucieństwo splatały się w jedno, jak dwa węże obejmujące ofiarę. W jej oczach żarzył się ten sam chłód, co w spojrzeniach braci w maskach, błysk żelaza, które pamięta krew, i milczenie, które smakuje jak zaklęcie. Gdy władała groźbą, czyniła to z tą samą elegancją, z jaką śmierciożercy odsyłali słabych do swoich bogów: bez wiary, lecz z niepodważalną dyscypliną. Louvain przyglądał się jej z mieszaniną podziwu i rezygnacji, jak ktoś, kto odkrywa, że jego własny cień nauczył się chodzić sam. W jej gniewie rozpoznał brzmienie, które znał lepiej niż własny oddech, śpiew bestii udającej człowieka. Wibracje powietrza zgęstniały, aż stały się niemal dotykalne. Aura przybrała barwy ciężkie, bezlitosne jakby noc nasyciła się żelazem i popiołem. Cisza miała własną strukturę, drżała w powietrzu jak niewidzialna struna, napięta między dwojgiem, którzy dawno przestali być ludźmi w zwyczajnym sensie. Louvain czuł, że coś w niej się porusza, że to już nie Helloise mówi, lecz coś, co przemawia przez nią. Zew mrocznej pokusy, głos pierwotny, stary jak zaklęcie wyryte w kamieniu, przywoływał ją z głębi samej ziemi.

Kapłanka Kniei przestała istnieć. Został pielgrzym. Dusza, która idzie ku świątyni, nie wiedząc, że świątynia już na nią czeka. Louvain wiedział, gdzie ją znajdzie. Widział ją oczyma wyobraźni: krąg kamieni, stary jak grzech, lśniący w blasku księżyca jak ząb pogrzebanego boga. Kromlech - jego kościół. Tam mistycyzm mieszał się ze spaczeniem, a to, co święte, oddychało tym samym powietrzem co zepsucie. Patrzył na Helloise z tą mieszaniną wyniosłości i wyrachowania, którą znał tylko on. Rozpoznał w niej ogień, ale ogień bez kierunku, płomień tańczący w pustce. Wiedział, że jeśli go nie poprowadzi, jeśli nie nada jej ruchom sensu to zgaśnie, marnując się w pięknych słowach i chwilowym uniesieniu. A szkoda byłoby takiego żaru, nie donieść na szczyt Olimpu. - Kochasz Matkę - powiedział cicho, głosem, w którym pobrzmiewała powaga liturgii. - Ale składasz dary na ołtarzu Kata. Nie był to już sarkazm, lecz wyznanie wiary, które tylko on rozumiał w pełni. Po chwili, jakby mówił do niej przez dym kadzidła, dodał łagodnie: - Nie przejmuj się jednak. Wielobóstwo to nie grzech. Grzechem byłoby cię porzucić w tym akcie.

Nie musiał podchodzić już bliżej. Była przed nim w całości, bliżej niż na wyciągnięcie ręki. Nie stawiał oporu, kiedy chciała sprawić mu ból. Lestrange nie stawiał już oporu. Pozwolił jej gestom płynąć, jakby każde z nich miało wagę obrzędu. W tej ciszy, przesyconej wonią opium i postgrozy pierwotnego zła, jego ciało stało się ołtarzem, z krwi i mięsa, z woli i przekonania. Na nim mogła składać ofiary bogom gniewu, a on, zamiast sprzeciwu, ofiarował jej milczenie - jedyną formę czci, jaką znał. Wyczekiwał tego jak dopełnienia proroctwa. Liturgia bez stołu ofiarnego była jak ofiarnik bez krwi, niemy, pusty, pozbawiony sensu. Louvain nie cofnął się, gdy jej kciuk nabrał brutalności. Nie w geście poddaństwa, lecz w uznaniu. Jak uczestnik ceremonii, który zrozumiał, że jego rola polega na przewodnictwie, ale na trwaniu. Gest Helloise był jak cios składany w darze, a każdy jego oddech, jak kolejny paciorek we wspólnej modlitwie. W jej złości na nim rozpoznał starożytne brzmienie; echo pierwszych wiedźm, które tańczyły wokół ognia, wierząc, że bogowie żądają ruchu, nie słów. Louvain stał się dla niej tym, czym dla nich bywał kamienny ołtarz - miejscem, gdzie świętość i przekleństwo mogły się spotkać w jednym tchnieniu. Nie czuł już obrzydzenia. Niedawne prowokacje, drwiny, próby granic i cierpliwości. Wszystko tak trywialne i małe, jakby nigdy nie istniało w momencie religijnej ekstazy. - Już to mówiłem, ale... nie mam prawa Ci odmówić.

Nie odsunął się, gdy cień jej postawy przetoczył się po nim jak fala. Pozwolił by ukrwione naczynka pękły obfitością onyksowej  posoki, pod naporem jej paznokci. Usta wypełniły się ciemnym kolorem jak opium które wspólnie pili. Swojej krwi, czarnej jak smoła krwi Blacków, dla mrocznych obrzędów nie skąpił. Ciemna smuga, gęsta jak dym z igliwia, Zimna, ale parująca od opiumowego oddechu. Spłynęła po jego brodzie, zostawiając na skórze ślad jak pieczęć po obrzędzie, i zniknęła w zagłębieniach torsu, jakby ziemia sama upominała się o dar, którego nie zdążył złożyć. W końcu zmierzył się z nią wzrokiem. Ruchem powolnym, spokojnym i łagodnym, pozbawionym wszystkich swoich złowrogich w naturze odruchów ciała, odsunął włosy na jej czole.

- Dlatego błogosławię cię, Numidio... - wyszeptał, a słowa zabrzmiały jakby miały odbić się echem po kamiennych menhirach. Teraz swój własny kciuk umoczył w trującym atramencie krwi spod warg. Mogła dostrzec jego zęby czarne jak śmierć, jakby przed chwilą sam miał posilić się splugawioną ziemią. Jedną ręką zadarł podbródek smoczej córy, by zajrzeć przez oczy na dno jej duszy. - Błogosławię Cię, na martwych i żywych bogów. - Podniósł głos nieco, tak by każda sylaba zatoczyła krąg po izbie: - Podążaj ścieżką gniewu, a dzięki Tobie, dla kogoś nie wystarczy jutro Boga. Mówiąc jednocześnie nakreślił na jej czole symbol. Mroczny znak, dla jasności jej umysłu. Najpierw prosta kreska, potem dwie krótsze na obu jej końcach. Ukośne, w przeciwnych kierunkach. Eihwaz. Naznaczył ją cisem, tym samym którym do dziś podsycało się ogień w paleniskach. Po to by płomienie jej nienawiści trafiały jej wrogów z tą samą łatwością jaką trafiła w niego. Żeby bezsilność była jej obca, jak obce jej były kajdany, które sama potrafiła roztopić w ogniu własnej woli. Aby każdy jej oddech był buntem przeciw stagnacji, a każde przekleństwo, próbą transformacji nowego języka dla świata, który zbyt długo już milczał. Aby każdy krok w stronę kuszących cieni, które tańczyły dla niej w mroku przynosił zrozumienie. Zrozumienie, że że prawdziwe poznanie nie przychodzi z jasności, lecz z wytrwania w nocy. Potrzebna jeszcze była tylko próba, dlatego na koniec, ostatnim już ruchem odwzajemnił jej ruch, zostawiając na jej wargach ślad z ciemnego osocza. Jakim byłby dla niej kapłanem, gdyby odżałowałby dla niej elementu eucharystii?

Czuł, jak jego głos rezonuje z czymś głębszym - jakby nie on mówił, lecz coś przez niego. Chata wydawała się mniejsza, a świat poza nią odległy, jakby ich rozmowa toczyła się nie w przestrzeni, lecz w rytmie modlitwy. Helloise była już nie kobietą, a naczyniem; a on, nie bluźniercą, lecz kapłanem, który właśnie odkrył w niej objawienia. Było w niej od początku, jedynie musiał odnaleźć odpowiednią perspektywę. Wystarczyło nadać całości odpowiedni wektor. Bogowie ze ścian mu świadkiem. Starzy, nowi, martwi i żywi. Wszyscy w jednym momencie.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Eutierria (243), Helloise Rowle (10537), Louvain Lestrange (10463)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa