• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna Plac i stragany [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Kiermasz (Wątek główny)

[Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Kiermasz (Wątek główny)
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#41
03.11.2025, 14:38  ✶  
Tak właściwie, musiał przyznać, że niespecjalnie myślał o takich detalach. Poza pierwszym szokiem, nie przeszło mu jeszcze za bardzo przez myśl, w jaki sposób będzie wyglądać dla nich końcówka czy nawet środek zimy. Ostatnio działo się na tyle dużo, że ledwo ogarniał bieżące sprawy, skupiając się raczej na tu i teraz, nie zaś na jakiejkolwiek dalszej przyszłości. Na ten moment mieli zresztą dosyć jasne priorytety, potrzebując przetrwać te kolejne dni i nareszcie móc zaznać trochę spokoju.
No, oby mogli to zrobić. Bowiem ostatnio za każdym razem, gdy usiłowali na kilka chwil złapać oddech, kończyli w kolejnym chaosie, który próbowali zażegnać, aby odpocząć. Po czym zamiast odpoczynku, mieszali się w coś następnego, czasami nawet niekoniecznie z własnej nieprzymuszonej woli. Później natomiast musieli zająć się i tym. I czymś więcej, i więcej. To było coś na kształt niekończącej się historii.
Ambroise miał szczerą nadzieję, że październik okaże się dla nich trochę łaskawszym miesiącem, nawet jeśli czekało ich wtedy poszukiwanie nowej nieruchomości i wiele innych dojrzałych i odpowiedzialnych czynności.
- Podejrzewam, że nawet kilka - stwierdził całkiem na serio, kiwając głową. - Swego czasu bardzo staraliśmy się wkupić w jej względy, wiesz, była jednym z nielicznych dorosłych, który był - urwał, szukając odpowiedniego słowa, po czym uderzył językiem o podniebienie, wzruszając ramionami - no, dorosły - nie musiał tego głębiej wyjaśniać, prawda?
Geraldine z pewnością wiedziała, o co mu chodzi. W końcu jej własny ojciec także był dla niej bardziej jak kolega, naprawdę dobry kumpel, aniżeli jak pełnoprawny, odpowiedzialny rodzic. Z Thomasem było dokładnie tak samo. Być może nie wybywał na polowania na wiele dni ani nie uczył dzieci starć siłowych, ale zaszywał się w laboratorium, spędzał dni w Instytucie, wyjeżdżał zagranicę. Nie był ucieleśnieniem rodzicielskiej kontroli, której poniekąd potrzebował jego syn. Niespecjalnie służył mu wzorcami.
- Kowen powinniśmy odhaczyć jak najmniejszym kosztem - mruknął, nawet nie potrzebując namyślać się, co do tego, że nie za bardzo widział spędzanie tam kilkudziesięciu minut, co dopiero mówić o godzinach.
Oby nie napotkali zbyt wielkich tłumów i kolejek przed ołtarz. O to Roise naprawdę był w stanie się pomodlić.
- Powinniśmy pomyśleć o pokaźnym barku albo co najmniej o dużej i głębokiej spiżarni - kiwnął głową, przyjmując do wiadomości te punkty na liście zakupów do odhaczenia, nawet jeśli jeszcze nie zdążyli dotrzeć bliżej straganu z alkoholami.
Potrzebowali przejść do niego jeszcze kilka metrów, więc wcześniej mogli rozejrzeć się po tym, co stało najbliżej nich.
- Nie, nie jesteśmy leniwi - przytaknął, rozglądając się dookoła. - Po prostu trochę śpiący? - Niby był to dosyć luźny żart, drobna zaczepka odnosząca się do tego, że oboje w ostatnich dniach nie zaznawali zbyt wiele snu.
On miał swoje dyżury, ona dosyć mocno odczuwała spadki energii wynikające z jej stanu zdrowia. Dodatkowo te wszystkie przygotowania do uroczystości i do kolacji z okazji sabatu. Nie mieli zbyt błogiego i spokojnego okresu w życiu. Całe szczęście, naprawdę liczył na to, że niedługo przyjdzie im trochę odpocząć. Nawet jeśli wpierw musieli znaleźć własne miejsce na ziemi.
No właśnie. Musieli. To słowo zawsze działało na niego alergicznie, jednakże tym razem nie poświęcił mu zbyt wiele uwagi. Tak, mieli swoje obowiązki. Zakupy należały do tych przyjemniejszych z listy rzeczy do zrobienia, nawet jeśli tegoroczne stragany prezentowały się bardziej ubogo niż zazwyczaj. Wybór zdecydowanie ograniczał im kreatywne możliwości.
- W tym roku najlepiej postawić na praktyczność, co nie? - Bardziej stwierdzał niż pytał, ale cieszył się, że ponownie mają zbieżność zdań.
Nie potrzebowali kupować kolejnych zbierających kurz bibelotów. Tym bardziej, że wszyscy bliscy im ludzie w mniejszym lub większym stopniu odczuli ostatnie wydarzenia, nie za bardzo mając przestrzeń na kartony z kolejnymi mało przydatnymi pierdołami. Tegoroczne prezenty powinny być starannie wybrane, jak praktycznie co roku, ale znacznie bardziej użyteczne niż większość tego, co dało się tu kupić.
Jeśli zaś już o to chodziło...
- Obrzygałaś mu buty? - Zamrugał zaskoczony, posyłając zdziwione spojrzenie w kierunku dziewczyny, jednakże nie zasypał jej lawiną pytań odnośnie okoliczności, bowiem raczej wydawały mu się dosyć jasne.
Poranne mdłości potrafiły zaskoczyć. Nie musiał być ekspertem odnośnie stanu błogosławionego, aby wiedzieć, jak bardzo mogły męczyć. Wystarczyło, że miał oczy i chociaż trochę łączył kropki.
Niespecjalnie zdarzył powiedzieć cokolwiek innego, prawdę mówiąc, nawet nie mając okazji wyrazić swojej aprobaty wobec pomysłu dziewczyny, gdy Geraldine ruszyła w kierunku peleryn i płaszczy. Całkiem dobrze wyglądających, szczerze mówiąc. To mógł być naprawdę niezły wybór, o ile na straganie mieli w asortymencie coś na niestandardowo zbudowanych ludzi.
Całe szczęście, dokładnie na to wyglądało, bo gdy podszedł za żoną do sprzedawcy, jego oczom ukazał się całkiem satysfakcjonujący widok. Co prawda, same płaszcze wyglądały na dosyć okrojone w rozmiarówce, za to peleryny?
- Może coś takiego? - Zasugerował, lekko dotykając dłonią wskazanego okrycia wierzchniego.
Uszyta z ciemnozielonej, grubej tkaniny peleryna była zdobiona wyszywanymi złotą nicią liśćmi dębu i kasztana. Materiał wydawał się odrobinę szorstki w dotyku, ale z pewnością miał dobrze układać się na noszącym go człowieku. Dało się to dostrzec już po samym kroju elementu garderoby.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#42
04.11.2025, 14:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.11.2025, 15:05 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Już niedługo w końcu będą mieli czas, aby odetchnąć. Geraldine zakładała, że jesień i zima będą dla nich wyjątkowo intensywne, chociaż może odrobinę mniej od ostatniego okresu, gdzie wszystko działo się naprawdę szybko.

- Tak, rozumiem. - Nie musiał jej tego tłumaczyć. Nie zawsze pewien wiek łączył się z dorosłością, a miała też świadomość tego, że Ursula mimo tego, że nigdy nie została matką, to miała kilkoro swoich dzieciaków, którymi się opiekowała. Przyjęła tę rolę całkiem naturalnie, mieli szczęście, że trafili na kogoś takiego, szczególnie, że w ich życiu brakowało innych osób, które mogły poświęcić im swój czas.

- Myślę, że piętnaście minut wystarczy. - Wypadało złożyć dary Matce, ale nie sądziła, żeby musieli spędzić tam więcej czasu, grunt, że się pojawią, pokażą, że pamiętają, zresztą nie należeli do tych osób, którzy czuli z nią jakąś wyjątkową więź.

- Spiżarnia brzmi dobrze, Gerard ma swoją piwniczkę, może to jest jakieś rozwiązanie. - Jeśli o to chodzi to jej ojciec był wyjątkowo zapobiegliwy, miał dużo miejsca na swoje trunki, być może powinni pomyśleć o czymś podobnym. Mieli sporo do przedyskutowania na temat tego, jak będzie wyglądał ich nowy dom, chociaż kupnem nieruchomości zajmą się dopiero po ślubie.

- Tak, to brzmi zdecydowanie lepiej. - Nie dało się ukryć, że ostatni czas był naprawdę intensywny i nie mieli kiedy się wyspać, ciągle ktoś czegoś od nich chciał, do tego Ambroise musiał pracować, a ona, ona miała problemy związane ze stanem w którym się znajdowała. Nie spodziewała się kiedyś, że będzie marzyć o tym aby przespać kilka, pełnych dni, a ostatnio tak się działo.

- Zdecydowanie lepiej. - Nie miała zamiaru się z nim spierać, ten rok był inny od wszystkich innych, miała więc bardzo podobne zdanie, co do zakupów, których mieli dokonać.

- Tak, obrzygałam, kupiłam mu nowe w ramach rekompensaty. - Nie sądziła, że warto było się szczególnie rozgadywać na temat tamtej sytuacji, z której nie była do końca dumna.

- Będą idealne. - Powiedziała jeszcze cicho do Ambroise'a. Przesunęła się bliżej stoiska i uśmiechnęła do sprzedawcy. - Poproszę dwie kasztanowe peleryny, w największym rozmiarze, jaki pan posiada. - Większość jej bliskich była nienaturalnie wysoka, więc to nie powinno być żadnym zaskoczeniem, zresztą wiedziała do kogo ma trafić ten prezent.

Przygotowała odpowiednią ilość galeonów, kiedy sprzedawca je pakował. Wręczyła mu zapłatę, a sama przejęła od niego pięknie zapakowane ubrania.


przewaga: bogacz
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#43
04.11.2025, 14:56  ✶  
Piętnaście minut dla Matki zdecydowanie mogło mu wystarczyć. Nie było to ostentacyjnie zbyt mało, nie było także zbyt długim czasem spędzanym w miejscu, do którego niespecjalnie to ciągnęło. W oczach Ambroisa, ta odpowiedź brzmiała naprawdę dobrze. Oby rzeczywiście udało im się to osiągnąć, chociaż jak na ten moment, nie mógł powiedzieć, aby coś im nie wychodziło.
Życie i los miały dla nich swoje plany, ale ostatecznie wszystko całkiem dobrze się układało. Byli tutaj, byli szczęśliwi, jutro mieli brać ślub, pod koniec września planowali rozejrzeć się za pierwszą wspólną poważną nieruchomością. Nie liczył domu w Whitby, bo poza krótkim epizodem, była to raczej ich wakacyjna chatka, a skoro teraz nie mieli być już we dwoje, zdecydowanie potrzebowali czegoś większego.
Mieli dosyć ambitne plany na przyszłość. Nie dało się tego ukryć, nawet jeśli Roise chwilowo rozkoszował się po prostu tym tu i teraz, tą powoli odzyskiwana stabilnością. Nie potrzebował wiele więcej, być może miał duże ambicje, ale w gruncie rzeczy naprawdę miał się za bardzo prostego człowieka, który nie potrzebował cholera wiedziała czego.
- Piwniczka na wino przy domu? - Całkiem instynktownie kiwnął głową, zastanawiając się nad tym zaledwie przez ułamek sekundy. - To mogłoby być naprawdę dobre rozwiązanie - tym bardziej, że tak naprawdę nic ich nie ograniczało, mogli pozwolić sobie na różne rozwiązania.
Wystarczyło tylko, aby znaleźli dostatecznie dużą posiadłość, w której mogliby wprowadzać wszelkie upragnione zmiany architektoniczne. Włącznie ze szklarniami i stajniami, być może z jeziorem albo chociażby niezbyt dużą plażą. Miejscem, które mogłoby być ich nowym domem, zupełnie nowym początkiem bycia rodziną, nawet jeśli poniekąd przecież już nią byli.
- Jego ulubione? - Nie mógł nic na to poradzić, że parsknął cicho pod nosem, wyobrażając sobie minę Fenwicka na to, co się stało.
Benjy naprawdę lubił te swoje buciki. Nic zresztą dziwnego. Ambroise także miał takie buty. Jedną lub dwie pary ze skóry, które wybierał niemalże za każdym razem, gdy mógł pozwolić sobie na całkowity komfort w doborze ubioru. A on, w przeciwieństwie do przyjaciela, mógł pochwalić się całkiem sporą szafą.
Z jednej strony, to było więc bardzo nieszczęsne zrządzenie losu. Z drugiej? Skoro kumpel przyjął zadośćuczynienie, a na to wyglądało, to chyba nic się nie stało. Greengrass jednak bez wątpienia sądził, że dokupienie do tego peleryny albo płaszcza raczej nie miało zaszkodzić relacjom jego narzeczonej z jego kolegą. To był dobry pomysł. Bez wątpienia przemyślany. Te ubrania wyglądały naprawdę komfortowo.
- Jeszcze jedną dla mnie, poproszę - dorzucił, sięgając po sakiewkę z pieniędzmi, podczas gdy właściciel straganu wręczał zakupy Geraldine.
Z uznaniem kiwnął głową w kierunku sprzedawcy, gdy ten zapakował również jego zakup, całkiem zgrabnie owijając pelerynę w ochronny papier i owijając go jutową wstążką. Wyglądało to na tyle elegancko, że nawet bez większego przyozdabiania prezentowało się naprawdę ładnie i całkiem świątecznie. No, o ile Mabon można było uznać za jakieś wielkie święto, czego Ambroise zazwyczaj nie zwykł robić. Tym razem jednak bez wątpienia poczuł trochę ducha Matki, który unosił się nad niezbyt zaludnioną Pokątną.
Sam nie wiedział, z czego to tak właściwie wynikało. Być może z tego, że zaraz mieli udać się na następne stoiska po kolejne prezenty dla najbliższych, co zawsze sprawiało mu naprawdę dużą przyjemność. Wbrew pozorom, lubił uszczęśliwiać otaczających go ludzi. Tyle tylko, że na własnych zasadach, nie ma siłę czy wbrew sobie. W tym roku miał ku temu okazję.
Zapłacił więc właściwą kwotę, zaokrąglając ją odrobinę, aby dać rzemielnikowi zarobić, po czym odebrał od niego swój zakup.
- Dziękuję - odmruknął, kiwając głową i unosząc kącik ust, gdy właściciel straganu życzył im udanego Mabon.
Mogli ruszyć dalej, ogarniając wzrokiem kolejne stragany, potem zaś udać się do kowenu. Na piętnaście minut, jeśli rzeczywiście dopisze im szczęście. Nie dłużej. Nie był aż tak pobożny.

Postacie opuszczają sesję


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#44
13.11.2025, 23:45  ✶  
Rozmawiam z Cathalem

Kiermasz prezentował sobą dość smętny widok. Doskonale pamiętała, jak placyk wyglądał na Yule, gdy wielka choinka pyszniła się na środku, obwieszona dekoracjami, jak ludzie krążyli po Pokątnej uśmiechnięci, jak było słychać śmiechy. Dzisiaj tego nie było. Pokątna wyglądała… jak po wojnie, Ginevra nie wahała się tego przyznać. Bruk może i był czysty, ale stragany, jakie dzisiaj tutaj stały, wyglądały właśnie tak, jakby ludzi nie było stać, by prezentować swoje wyroby. I łamało jej to serce. Do tego wszystkiego było zimno, zwłaszcza jej, otuliła się więc mocniej płaszczem – pytanie tylko pozostawało, czy ten chłód by spowodowany tym, że była nieprzywyknięta do jesiennej aury Anglii, czy chodziło o nastrój, jaki panowa na kiermaszu, czy jednak chodziło o niewyspanie.

Dzisiaj znowu miała koszmary i wierciła się w pościeli, a rano wstała zlana potem. Zaczęła bardzo nie lubić spania w domu dziadków. Od czasu Spalonej Nocy coś się wydarzyło… pojawiła się ta dziwna runa, pojawiły się koszmary… Gdy była w Walii na wykopaliskach – odpoczywała. Gdy wracała do dziadków, było jak dzisiaj: męczyła się. I to zmęczenie odbijało się gdzieś w jej twarzy, w cieniach pod oczami, zwykle niewidocznych, w nieco cięższym oddechu. Ta runa ją martwiła – bo nie widział jej nikt poza nią. Gdy próbowała pokazać babci, albo dziadkowi, ta jak na złość znikała, żeby pojawić się za jakiś czas w innym pomieszczeniu, jakby drwiła sobie z Ginny i śmiała jej się prosto w twarz, mówiąc „nie pokażesz mnie nikomu!”. Ale McGonagall postanowiła ją przechytrzyć i po prostu odrysowała jej kształt na kartkę papieru, o mało co nie pokazując później runie gestu ogólnie uznanego za obraźliwy (i wtedy pomyślała sobie, że chyba ma coś z głową, skoro prowadzi taki pojedynek z płonącą runą, ale nie mogła przecież pozwolić, żeby jakiś znaczek ją pokonał, nie?).

Ale nawet problemy ze snem nie zabiły ducha Ginewry – tego, który sprawiał, że gdy się uśmiechała, to całą sobą. Uśmiechnęła się więc na widok Cathala, i uśmiechała się do ludzi stojących za straganami, kiedy przechodzili obok lub zatrzymywali się, by coś tam obejrzeć.

– Tam chyba sprzedają cydr, masz ochotę? – zwróciła się do Cala, odwracając do niego głowę, którą zadarła lekko. Była wysoka, ale Cathal był jeszcze wyższy i nawet ona musiała zerkać w górę, jeśli chciała na niego spojrzeć. I była całkiem zadowolona, że po pierwsze: dał się wyciągnąć z domu, a po drugie, że przyszli na kiermasz – nawet nie prezentujący sobą dawnej świetności.

Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#45
14.11.2025, 15:27  ✶  
Z Ginny między straganami.

W pamięci Cathala wciąż żyło niedawne Lammas. Wtedy – ledwo półtora miesiąca temu – zdawało się skromne. Przyciągnęło mniej ludzi niż dawne sabaty, na Polanie Ognisk, mniej było kolorów, straganów, głosów. A jednak trwały występy, pośród wystawców dało się znaleźć i tych z bardziej luksusowymi towarami, i ponad stoiskami nie straszyły wybitymi oknami kamienice ani nadpalone dachy.
Cathala Shafiqa nie interesowała dotąd wojna. Nie dbał o prawa mugolaków: nie nienawidził ich, bo rzadko coś wzbudzało w nim nienawiść, ale i rzadko coś wzbudzało w nim prawdziwe zainteresowanie. Teraz jednak całym sobą czuł, że to co ich otacza nie jest właściwe. Sabat nie powinien tak wyglądać. Pokątna nie powinna tak wyglądać. I, do demona, jego mieszkanie nie powinno być wypełnione sadzą oraz śladami kroków niewidzialnego gościa.
– Hm? – Głos Ginewry wyrwał go z zamyślenia, bo w głowie wciąż zestawiał ze sobą te obrazki. Yule sprzed paru lat, gdy akurat spędzał je w Anglii, wielka choinka na środku placu. Lammas i konkurs łuczniczy na scenie. I wreszcie to Mabon, ubogie, naznaczone śladem rozpaczy. – Niech będzie i cydr – odparł po chwili, gdy odtworzył sobie jej słowa, które owszem, usłyszał i zapamiętał, ale dopiero kiedy się skupił, zdołał pojąć ich znaczenie. Nie był może fanem cydru, ale tego stąd jeszcze nie pił, więc… zawsze to była jakaś nowość. – Wygląda na to, że mój ulubiony sklep z materiałami do pieczęci spłonął – mruknął, z odrobiną irytacji, zatrzymując na moment spojrzenie na witrynie, niemal ginącej za straganem. Najwyraźniej nikt nie zamierzał tego miejsca remontować, przynajmniej na razie, bo wybite okna zabito deskami.
Miał szczęście, że zamówił meble na wykopaliska niedługo przed tymi pożarami.
Wędrował nieśpiesznie, niezbyt przejmując się innymi. Tego dnia nie było tu tłumów, a też był na tyle wysoki, że to raczej inni musieli uważać, aby na niego nie wpaść, nie odwrotnie. Towary wystawiane na stoiskach nie wyglądały zbyt okazale: w gruncie rzeczy dla Cathala, który przywykł do zagranicznych bazarów, zdawały się wręcz boleśnie ubogie. Sabat kończący jesień... i tak to wszystko wyglądało.
– Jak nisko upada Anglia – wymruczał, chyba bardziej do siebie niż do niej, zatrzymując się na moment przy stoisku, na którym wystawiano jakieś dziwne, ususzone owoce.
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#46
14.11.2025, 23:14  ✶  
Z Cathalem pomiędzy straganami

Przyzwyczajona była do tego, że Cathal czasami się wyłączał, zawieszał. Zawsze czekała cierpliwie, bo okazywało się, że jednak słuchał jej paplania (a zdarzało się, że gadała dużo, przy czym gdy trzeba było, to umiała się zamknąć) i odpowiadał sensownie. Uśmiechnęła się tylko na jego „hmm?”, bo ewidentnie wyrwała go z zamyślenia. Nie dziwiła się, bo stan Pokątnej wprawiał w zadumę również ją, a bywała tu znacznie mniej razy, niż zdarzało się to Calowi; plac i zresztą cały Londyn obecnie robił na niej wrażenie… z serii tych melancholijnych, ubranych w jakiś żal po stracie.

Ona nie była fanką alkoholu tak ogólnie, bo miała słabą głowę, a cydru to chyba nigdy nawet nie piła, a przynajmniej sobie nie przypominała, ale że usłyszała strzępek rozmowy, gdy zatrzymali się przy którymś ze straganów, to pozwoliła sobie zaproponować: a nuż Cal jednak będzie tym zainteresowany.

Powiodła spojrzeniem w tym samym kierunku co Shafiq, przeczytała niekompletny napis na szyldzie, zobaczyła wybite okna zabite deskami i poczuła… złość. Ale głównie poczuła smutek.

– Jak chcesz, to możemy sprawdzić, czy na pewno jest zamknięte. Może nie stać ich na naprawę, albo czekają w kolejce do szklarza… – podsunęła, na moment przekrzywiając głowę w zastanowieniu, tak po kociemu. Ostatecznie, po ilości zniszczeń w całej Anglii, i przy ograniczonej liczbie rzemieślników, musiały być jakieś przestoje, ludzie z pewnością czekali w kolejce na nowe drzwi, meble i tak dalej. Paraliż kraju był nieunikniony – ależ mieli szczęście, że wykopaliska prowadzili w Walii, która całkowicie ominęła tę katastrofę.

– To nie Anglia upada nisko – odparła cicho, stając obok niego, gdy się zatrzymał. – Tylko ci, którzy postanowili ją tak upodlić – nie była to pierwszyzna w pamięci historyka, wiedzieli o tym oboje. Lecz co innego czytać o tym i dowiadywać się z ułożenia zwłok w starym kurhanie, a co innego przeżywać na własnej skórze. – Wszystko w porządku? – zapytała faktycznie zmartwiona nastrojem Cala.

Dopiero to powiedziawszy spojrzała na te dziwne, czarne owoce w koszyczkach.

– Przepraszam, co pan sprzedaje? – zapytała bez skrępowania tym swoim obco brzmiącym akcentem, który w większości tłumaczył wiele. Uśmiechnęła się przy tym lekko do sprzedawcy.

Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#47
16.11.2025, 11:05  ✶  
– W tej chwili niczego nie potrzebuję. Zajrzę tu za miesiąc.
Może czekali w kolejce do rzemieślników, może postanowili zamknąć interes i uciec z Londynu, a może nie żyli. Jak wielu innych. Londyn w oczach Cathala stanowił w tej chwili żałosny obraz ogólnego upadku. Voldemort, atakujący kogo popadnie. Czystokrwiści, którzy tarzali się w pyle. Nawet jego czcigodny przodek, który przeklął całą linię swojej krwi, nie próbował zmusić innych czarodziejów, by przed nimi klęczeli: z trójką współpracował na równych zasadach. Ministerstwo Magii, nie wiedzące jak reagować. Mugolaki, którym odbijało – Shafiq do tej pory nie rozumiał, czemu jakiś sąsiad zdecydował się do niego podejść i wylać mu na ręce farbę, gdy z nieba w Little Hangleton leciał dziwny popiół. Kto o zdrowych zmysłach biega po płonącej miejscowości z farbą?
– Szkoda, że nie udało się z badaniami w kolebce cywilizacji – mruknął jeszcze. Shafiq przywykł twierdzić, że robi wszystko, aby niczego nie żałował, ale gdy obserwował to, co się tu działo… nie mógł nie żałować, że nie jest w Anatolii, badając Göbekli Tepe. Ze względu na obecność mugoli ostatecznie jednak na razie nie udało się tego zorganizować, odkrycia w Walii wciągnęły go… – Naprawdę? Wydaje mi się, że Ministerstwo też czołga się na poziomie gleby – stwierdził z pewną pogardą. Ginny mówiła o śmierciożercach, a o on tu widział znacznie szersze zjawisko. – Oboje wiemy, do czego to wszystko prowadzi – odparł na jej pytanie, trochę niejednoznacznie. Z nim tak, było wszystko w porządku, ale z Wyspami niekoniecznie. A historia dość jednoznacznie pokazywała, że rebelie i rządy tyranów nigdy nie kończyły się dobrze. Ani w mugolskiej, ani w czarodziejskiej kulturze.
Powstawały we krwi i we krwi upadały.
– To owoce z Doliny. Udało się je ocalić po pożarach – wyjaśnił sprzedawca, posyłając jej uśmiech. – Temperatura je uwędziła, i smakują bardzo dobrze, a niektóre mają specjalne właściwości… o, te tutaj pomagają na przykład zasnąć.
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#48
19.11.2025, 23:38  ✶  

Uśmiechnęła się do niego tylko i kiwnęła głową. Sama nie miała w sobie żadnego poczucia wstydu względem podejścia tam i zapukania, a nawet zawołania, czy może ktoś tam jest, ale jeśli Cal nie chciał, to nie zamierzała go ciągać. Zawsze na pierwszym miejscu stawiała komfort drugiej osoby, choć mogło się wydawać, że jest inaczej z tymi jej zaczepkami i uszczypliwościami… Zwłaszcza, że Shafiqowi ich nie szczędziła. Ale kto się lubi ten się czubi – to było chyba jasne, w innym wypadku nie dałaby się namówić na przyjazd z Egiptu tutaj do pracy, nie poszłaby z nim do mugolskiego klubu, nie pojechałaby nad jezioro Windermere i nie dałaby się wciągnąć w masę innych sytuacji.

– Spójrz na to z innej strony. Walią nikt się nie interesuje, a jesteśmy świadkami tej historii, która zdecydowanie zostanie zapisana w książkach. Jednocześnie blisko i daleko – blisko bo wciąż w Wielkiej Brytanii i daleko, bo do Walii żaden dziwaczny pył nie zawitał. Całe szczęście prawdę mówiąc. Sama Ginny nie umiała powiedzieć, czy to dobrze, czy źle, że tutaj byli, że wręcz namacalnie uczestniczyli w tej historii, ale wiedziała też, że będzie to miało ogromną wartość z punktu widzenia historyka magii. Wartość, którą przyszłe pokolenia archeologów będą odkrywać tak, jak oni odkrywali tajemnicę filarów i przedziwnych przepowiedni. – Och, tak, ludzie biegają jak kurczaki z odciętą głową – przyznała. – Z drugiej strony nie ma się co dziwić. Nigdy nie są w pełni gotowi na to, na co od dawna się zanosi – ludzie mieli zadziwiającą zdolność do zaprzeczania faktom, mądrzy często byli dopiero po szkodzie. – Anglia się podniesie, ale to potrzebuje czasu. Rany muszą się zabliźnić – miał jednak rację w tym, że Ministerstwo niewiele robiło. Sama widziała na własne oczy chaos Spalonej Nocy, ale od tego czasu minęły dwa tygodnie i Ministerstwo… no cóż. Nie spieszyło się ewidentnie. Było to niepokojące, to prawda. – Wiemy… Myślisz, że może być w to zamieszane? – zapytała po chwili, myśląc ciągle o tym Ministerstwie, rejestrując, że Cathal odpowiedział jej bardzo wymijająco.

– O, więc są całkowicie jadalne? Ależ szczęście, że się nie zmarnowały – odpowiedziała mężczyźnie i uśmiechnęła się łagodnie, nachylając nad koszyczkami zwęglonych owoców. Nie czulą tutaj szczególnego zapachu, głównie trochę dymu, ale to nic.

Oczy trochę jej się zaświeciły, bo po pierwsze brzmiało to jak nowa rzecz do spróbowania (a próbować bardzo lubiła), a po drugie – pomagały zasnąć. Coś, z czym miała ostatnio problemy… Wahała się tak naprawdę przez chwilę.

– Hmmm… Wezmę koszyczek – sięgnęła do kieszeni, by wyciągnąć mały portfelik, z którego wydobyła odliczone monety. Może będzie mogła w końcu zasnąć… A sadownik, bo chyba nim był, będzie coś z tej tragedii chociaż mieć.

Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#49
20.11.2025, 08:37  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.11.2025, 08:38 przez Cathal Shafiq.)  
– Mam wielką nadzieję, że tak zostanie – skwitował jej słowa o Walii. Tylko jak długo? Nie wątpił, że jeżeli ktoś dowie się o filarach i ich odkryciach, może to przyciągnąć uwagę Ministerstwa i czarnoksiężnika, a obie alternatywy bardzo mu nie odpowiadały.

Cathal miał jak najgorsze zdanie o Ministerstwie Magii, zwłaszcza Ministrze oraz pracownikach departamentu przestrzegania prawa. Do tej pory gorsze chyba niż o śmierciożercach - ci, w przeciwieństwie do funkcjonariuszy, dotąd mu nie wadzili, a na pewne sprawy dotyczące Ulyssesa Shafiq nie tyle był ślepy, ile ślepego udawał, a zapytany wprost opowiadałby najpiękniejsze kłamstwa. Wkurzony na nich chodził dopiero teraz, kiedy okazało się, że nie może wrócić do własnego mieszkania. A przecież sąsiad, który wybrał sobie ten moment na atakowanie kogoś, kto w dość oczywisty sposób nie biegał w masce, podpalając budynki, a stał we własnym ogródku, też go wnerwił. Dla niego więc ta cała biurokracja i sposób zarządzania krajem też był objawem upadku. Za niemożność zrobienia zakupów w ulubionym sklepie obwiniał obie strony po równi: dość typowa dla człowieka, którego nie dałoby się nazwać po prostu dobrym i który miał ten komfort, że przynajmniej do tej pory nie musiał angażować się bezpośrednio... i chciał, aby tak pozostało.

Wrzesień upływał mu więc pod znakiem zirytowania na cały świat. Może gdyby wiedział, że dom Isabelli ocalał z powodu decyzji samego Czarnego Pana myślałby o nim przychylniej... a może wręcz przeciwnie, stałby teraz przed budynkiem i rozważał jego podpalenie osobiście.

- Nie mam pojęcia. Uważam, że w ogólnym rozrachunku, może poza jednostkami, do niczego się nie nadają - sprostował. O tej jednostce dodając z pewnej lojalności wobec Ulyssesa i Sebastiana. Nie wątpił, że w Ministerstwie były jednostki wspierające Voldemorta, ale sądził, że większość jednak działa przeciwko niemu. Ot nie miał dobrego zdania o ich wysiłkach. - Rany czasem zamiast się zabliźnić zaczynają się jątrzyć - mruknął. Lakonicznie, bo znał i jej poglądy, i optymizm: i nie było potrzeby, aby w te pierwsze uderzać, a drugi próbować zniszczyć. Zamiast tego wydobył więc z kieszeni parę monet, też trochę zainteresowany tymi owocami. Jeśli nawet nie zdecyduje się ich zjeść, by sprawdzić, czy pomogą na powracające coraz częściej koszmary, pokaże je Nell.

- Też wezmę kilka - zdecydował, wybierając niewielki woreczek.
Nieoceniony Stażysta
god gives his silliest battles to his most tragic of clowns
wiek
20
sława
IV
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
stażysta, szpital św. munga
zdezorientowane spojrzenie; ciemnobrązowe oczy; ciemnobrązowe włosy w wiecznym nieładzie; cienkie usta; przeciętny wzrost 174 cm; dobrze zbudowany, jednak wynika to raczej z diety i ciągłego latania z jednego zakątka szpitala św. Munga w drugi niźli intensywnym ćwiczeniom fizycznym; wada wymowy (jąkanie się) objawiające się w sytuacjach stresowych

Cameron Lupin
#50
30.11.2025, 00:09  ✶  
W kowenie przynajmniej było jako tako czuć wspólnotę wszystkich czarodziejów i czarownic, skomentował bezgłośnie Cameron, rozglądając się czujnie po Ulicy Pokątnej. Nie wyglądało to najlepiej. Sabatom czy nawet mniejszym imprezom masowym zazwyczaj towarzyszyła wesoła atmosfera, a przez magiczną dzielnicę przebijał się całe tłumy ludzi, ale teraz... Cóż, tegoroczne Lammas toto nie było. Czy każde święto będzie teraz tak wyglądało? Samhain? Yule? Imbolc? A może nawet Ostara symbolizująca nadejście wiosny?

Chłopak mimowolnie ścisnął mocniej rękę Heather, wodząc wzrokiem między rozstawionymi wokół nich kramami i straganami. Jeszcze parę minut temu w siedzibie duchownych, czuł, że wszystkich zgromadził tam jakiś wspólny cel, podczas gdy tutaj... Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że nikt nie chciał tu teraz być. Lady sprzedawców wydawały się wybrakowane lub wręcz ogołocone, a gości było na tyle niewielu, że można by pomyśleć, że zaraz miał zapaść wieczór, bo większość miasta schowała się już w swoich domach.

— Czarnoksiężnicy chyba jednak osiągnęli swój cel — mruknął ponuro do Rudej. — Atmosfera wydaje się być mocno... grobowa.

Było to nieco dziwne, biorąc pod uwagę, że święto duchów miało dopiero nadejść, jednak niewątpliwie nie był to dobry znak. Lokalna społeczność na pewno podupadła na duchu po fali pożarów i najwidoczniej oficjalne komunikaty Ministerstwa Magii nikogo nie napawały zbyt dużą wiarą w najbliższą przyszłość. A może to po prostu kwestia braku oficjalnego sabatu?, zachodził w głowę Cameron, zatrzymując się przy jednym ze stoisk na którym uchowała się większa ilość towaru. Mabon zazwyczaj spędzało się z rodziną, więc kto wie, może faktycznie wszyscy siedzieli teraz w domach, tylko...

— O ja pierdole — wyrwało mu się, gdy zobaczył wywieszki z cenami. — C-czy... Czy ty to widzisz?

Szarpnął delikatnie ręką Heather, wskazując jej na serię wyjątkowo mało gustownych beretów z antenką i czapek zimowych. Nieopodal można było zauważyć także kolekcje kolorowych peleryn, kożuchów i swetrów nawiązujących do jesiennych i zimowych klimatów. I nie byłoby w tym w sumie nic dziwnego, gdyby nie kwota jaką sprzedawcy żądali za te produkty. Przecież to zdzierstwo w biały dzień, pomyślał, rozglądając się na boki.

Co to było? Jakaś podpucha? Przecież chyba nikt o zdrowych zmysłach nie zdecydowałby się na kupno w takiej cenie. Zaraz jednak przyszło opamiętanie: przecież widział już takie sytuacje w ostatnich dniach. Wprawdzie w przypadku składników rzemieślniczych zamawianych przez szpital jeszcze nikt nie posunął się do takiego absurdu, ale podwyżki cen już się pojawiły. Zapewne przez opóźnienia związane z zaburzeniem dostaw po Spalonej Nocy.

— Rosierowie chyba postanowili rozszerzyć swoją strefę sprzedażową poza swoją pracownię — zażartował słabo, przyglądając się uważnie tym wszystkim ciuchom.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2670), Anthony Shafiq (1606), Atreus Bulstrode (254), Bard Beedle (994), Brenna Longbottom (1572), Cameron Lupin (418), Cathal Shafiq (2055), Ceolsige Burke (1514), Christopher Rosier (1531), Dora Crawford (1510), Erik Longbottom (2296), Eutierria (271), Geraldine Greengrass-Yaxley (1670), Guinevere McGonagall (2847), Hannibal Selwyn (963), Helloise Rowle (1593), Jessie Kelly (1006), Jonathan Selwyn (310), Lazarus Lovegood (1982), Leviathan Rowle (1612), Lorien Mulciber (1837), Mona Rowle (273), Pan Losu (109), Victoria Lestrange (299)


Strony (9): « Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 9 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa