• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic [14.09.72 | Ogrody Maida Vale | Louvain x Cynthia

[14.09.72 | Ogrody Maida Vale | Louvain x Cynthia
Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#1
04.11.2025, 23:12  ✶  
W powietrzu wciąż unosił się swąd spalenizny, chociaż ludzie zdawali się coraz bardziej przyzwyczajać do widoku zgliszczy, ruin po niegdyś dumnie stojących kamienicach. Mijali je w drodze do pracy czy parków, ale już nie przystawano tak często, jak wcześniej. W Ministerstwie wciąż panował chaos, zwęglone i niezidentyfikowane ciała zalewały kostnicę, a jej przełożony zdawał się prześwietlać każdego członka swojego departamentu. Czasem, gdy z nim rozmawiała, podpisując kolejne pozwolenia na wydanie ciała lub przyjmując nowe zadania, miała wrażenie, że on również widział krew na jej palcach i wiedział o tym, co zrobiła. Przerażający był fakt, że ludzie byli zdolni przyzwyczaić się do wszystkiego i chociaż nadal nie mogła wyrzucić z głowy tej twarzy, towarzyszyły temu inne emocje, inna ciekawość, inna forma pragnienia. To, co powiedział jej kiedyś Stanley, rozbrzmiewało w jej uszach, odbijało się echem i stawało rzeczywistością. Właściwie zmiany zauważyła już od momentu próby zaczerpnięcia próbek z limbo, gdy musiała balansować na cienkiej granicy życia i śmierci, to już narusza fasady i chociaż znajomy głos próbował ją ostrzec, odwrócić jej uwagę od tego, co kryło się wewnątrz czeluści, nie mogła pozbyć się potrzeby spróbowania kolejny raz.

Skręciła w kolejną alejkę, wyrwana z zamyślenia przez mijającą ją matkę z dziećmi. Nie bywała często w tej części miasta, pozbawionej magii i malującej się w zupełnie innych barwach, niż jej codzienność. Obcasy głośno stukały o chodnik, kolorowe liście spadały z drzew, tworząc dywan i mieniąc się w promieniach zachodzącego słońca, czarowały na swój sposób. Od zawsze dostrzegała piękno w tym, czego człowiek nie mógł zepsuć, chociaż ciężko było to nazwać romantyzmem, prędzej zachwytem nad dziełem matki natury, która tworzyła najskuteczniejsze i najlepsze z mechanizmów.

Ogród należący jego rodziny tonął w jesiennych barwach, zapach tu był znacznie słodszy, zachęcał, do złapania oddechu pełną piersią. Wiatr był chłodny, wdzierał się pod materiał płaszcza i za kołnierz, pieszcząc rozgrzaną skórę. Cynthia uśmiechnęła się blado, czując, jak przednie pasmo włosów łaskotało ją po szyi, bo resztę miała upiętą w koka za pomocą spinki, którą kiedyś podarowała jej Tori – z motywem słońca i księżyca. Dostrzegła jego postać już wcześniej i nim wyszła zza oplecionej bluszczem kolumny, przyglądała się chwilę Louvainowi. Miała wrażenie, że coś się zmieniło lub dopiero teraz, po tym, jak widziała go w jego stroju, mogła dostrzec całość. Nie był już takim kolorem, jakim go postrzegała, zanim to wszystko między nimi się wydarzyło. Dostrzegała ostrość, surowość, może trochę zbyt rozdęte ego, ale tworzyło to wszystko obraz człowieka pasującego do roli, którą pełnił. Oddanego. A mówiono, że lojalność była najważniejsza. Każdy śmierciożerca, którego znała, był inny, ale to Lestrange był tym najbardziej i najszczerzej oddanym sprawie, której się poświęcali. Dążyli do szczęścia i świata, o którym marzyli, chociaż droga usłana była poświęceniem, o którym wielu z nich nie myślało. Ciaśniej oplotła się płaszczem, przymknęła na chwilę oczy i zrobiła kilka kroków, zmniejszając dzielącą ich odległość,

Stanęła blisko, mając go na wyciągnięcie ręki i w ciągu kilku sekund, jej jasne oczy skupiły się na jego twarzy, odszukując dwóch onyksowych punktów, poprzecinanych jaśniejszymi żyłkami. To nie było chyba spotkanie, które wymagałoby przywitania, bo co to „hej”, miałoby niby zrobić. Nigdy nie sądziła, że akurat on będzie osobą, która wydaje się jej najbardziej odpowiednią do tego, w czym musiała się utwierdzić lub raczej, z czym musiała się pogodzić. Bo może cała jej moralność była tylko fasadą i kreacją, jakiej od niej oczekiwano. Może wcale nie była przyzwoitym człowiekiem, za którego przez większość życia się uważała. Nie była jednak też potworem, bo przecież zabijanie samo w sobie nie było przyjemne, było marnotrawstwem.

- Louvain. - zaczęła w końcu naturalnym dla siebie, spokojnym tonem, który pozbawiony był zwykle słyszalnego w nim chłodu. Podeszła bliżej, stając przed nim i odchyliła nieco głowę, aby wygodniej było odnaleźć jego spojrzenie. Nie była to może najlepsza metoda na rozpoczęcie rozmowy, ale chciała darować sobie te wszystkie towarzyskie uprzejmości. Nie było w tym sensu. Wargi jej drgnęły, a w uszach zabrzmiały jego słowa sprzed kilku dni. Byli tu sami, a przynajmniej nie była w stanie nikogo wyczuć za pomocą swojej nekromancji na tyle blisko, aby im przeszkadzano. - Potrzebuję Cię do... - przerwała jednak, ściągając na chwilę brwi, jakby zdała sobie sprawę, że to było właściwie kwestią drugorzędną do poruszenia. Ponownie spojrzała na Lestrangea, unosząc dłoń i łapiąc na koniuszkami palców za jego podbródek, bo przecież nie musiało być, jak zawsze. W końcu on ją do tego zmusił. - Powiedz mi, kochasz mnie?
Ciężko było stwierdzić po samym jej spojrzeniu i minie, do czego dążyło to pytanie i czy właściwie spodziewała się tego, co mogła usłyszeć lub też jak mógł to rozegrać.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#2
05.11.2025, 05:45  ✶  

Ogród Maida Vale pachniał wilgocią, ziemią i popiołem. Mgła osiadała na liściach, które kleiły się do bruku jak wspomnienia, a powietrze było ciężkie od dymu i jesieni. W świetle latarni wszystko zdawało się spowolnione, nawet wiatr, który poruszał gałęzie z ostrożnością, jakby bał się przerwać ciszę. Louvain stał nieruchomo, chłonąc tę wilgotną aurę końca. Ogród od zawsze przypominał mu o przemianie, o tym, że wszystko, co żyje, musi w końcu zgnić, by mogło narodzić się na nowo.

Cynthia pasowała do tego miejsca. Niosła w sobie ten sam rodzaj cichego napięcia, spokój podszyty siłą. Nie była już tą, którą znał kiedyś, bierną obserwatorką chowającą się za maską neutralności. Tamtej nocy, Spalonej Nocy, zmieniła się. Stała się kimś, kto potrafi chłodno kalkulować, kto działa z precyzją i świadomością ryzyka. Nie kierowała się emocją, tylko logiką, przemyślaną i bezwzględną, niemal doskonałą w swojej chłodnej pewności. Wciąż czuł na karku echo tamtej fascynacji, gdy zobaczył ją wśród ognia. Sprowokował ją, pewien, że się cofnie. Nie cofnęła się. Zrobiła to, do czego nie sądził, że będzie zdolna. Patrzył na nią, sparaliżowany świadomością, że w tamtej chwili przekroczyła granicę, której nie spodziewał się po niej nigdy. Jej opanowanie nie miało w sobie nic z lodu. To była kontrola, która mogła zabijać. Od tamtej chwili nie potrafił już widzieć w niej słabości. Podobała mu się taka, wyrachowana, zimna, konsekwentna. Kobieta, która potrafi przewidzieć ruch przeciwnika i wykonać swój, zanim tamten zdąży wziąć oddech. Jej przemiana miała w sobie coś przerażająco pięknego. Nie emocję, lecz mistrzostwo.

Ale w tej samej pamięci krył się cień. Tamten moment, gdy zapytał o drugiego mężczyznę, a ona zamilkła. Wolała zataić prawdę, niż dać mu szczerość, jakiej sam nigdy przed nią nie ukrywał. Wtedy zrozumiał, że potrafi zatrzymać swoje tajemnice głębiej, niż on potrafił ukryć winy. Nie zapomniał. Nie potrafił. Wciąż czuł to ukłucie zdrady podszyte podziwem. Jej milczenie stało się blizną, a jednocześnie powodem, dla którego nie mógł się od niej odsunąć. W tym milczeniu było coś doskonałego, chłód, który nie prosił o wybaczenie. Zrobił krok w jej stronę. Pod podeszwą cicho zaskrzypiał żwir, a w powietrzu uniósł się zapach mokrej ziemi. Poprawił kołnierz płaszcza, jakby chciał zająć ręce, które zdradzałyby napięcie. Palcami przesunął po materiale, a potem uniósł wzrok, powoli, z tą niecierpliwą ostrożnością, którą miewał tylko przy niej. Kiedy w końcu przemówił, głos miał spokojny i równy, ale w każdym słowie drżała ledwo wyczuwalna nuta zmęczenia.

- Gdybym cię tylko kochał, wszystko byłoby o wiele prostsze. Bo miłość można udusić w dymie opium. Można ją utopić na dnie butelki, rozpuścić w krwi, aż stanie się słodsza, łatwiejsza do zniesienia. Po tych słowach jego oddech na moment przyspieszył. Nie odwrócił wzroku, lecz lekko przechylił głowę, jakby chciał ocenić, czy cokolwiek zadrżało na jej twarzy. Dłonie wsunął do kieszeni, by ukryć zdenerwowanie. Kciuki przesunęły się po tkaninie, odruchowo, jak zawsze wtedy, gdy coś w nim pękało. W ciszy, jaka po tym zapadła, lampy migotały nieco jaśniej. Powietrze zgęstniało, przesycone tym, czego nie dało się już wypowiedzieć. Louvain uniósł wzrok wyżej, prosto na nią, i kontynuował tonem, w którym ironia była cieniem obrony.
- Dałem ci już wystarczająco znaków. Ale jeśli myślisz, że to z moich ust jako pierwszych padnie wyznanie, to muszę cię rozczarować.

Głos miał niższy, niemal chrapliwy. Przeciął słowa krótkim, nieświadomym uśmiechem, który pojawiał się tylko wtedy, gdy mówił coś, co naprawdę bolało. Przez chwilę wyglądał na człowieka, który chciałby się cofnąć, lecz nie potrafił. Potem wyprostował się, unosząc brodę, jakby sam musiał uwierzyć w ciężar tego, co powiedział. Ogród milczał. Liście drżały w świetle latarni, a chłód wnikał pod skórę. Louvain trwał w bezruchu, czując, że wszystko, co zostało z ich historii, właśnie osiadło między nimi jak pył po bitwie. Miłość, której nigdy nie nazwali, kończyła się tak, jak powinna: w ciszy, bez dotyku, w spojrzeniu dłuższym niż ostatni oddech.

Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#3
05.11.2025, 21:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.11.2025, 23:25 przez Cynthia Flint.)  
Jesień była porą roku, którą zawsze bardzo lubiła, chociaż dla większości była ona końcem kolejnego kręgu zataczanego przez matkę naturę, momentem wyjęcia z szafy ciepłego futra. Wszystko to przypominało o kruchości życia, ludzie pogrążali się w nostalgii nie miesiąc lub półtora, zanim pochłonęły ich przygotowania do świąt i ich kolorowy, radosny nastrój. Ona kojarzyła ją z dywanem z liści, zapachem deszczu i osadzających się na szybach kroplach, kojarzyła ją z gorącą kawą doprawioną korzennym syropem, cynamonkami i miękkim kocem. Nie miała dużo czasu na tak proste przyjemności, ale te krótkie chwile pozwalały jej naładować baterie lepiej, niż niejedna letnia noc. Chyba dlatego tak chłonęła świat dookoła, przyglądając się pozbawionym magii mieszkańcom i szarzejącemu niebu, przez które próbowały się przedrzeć ostatnie tego dnia promienie słońca.

Miał rację. Coś się zmieniło, ale nie umiała tego jeszcze nazwać i przyswoić, nie odnajdywała spokoju w chaosie piętrzącym się w jej umyśle, łapała się na zirytowaniu wywołanym drżeniem palców, gdy popadała w zbyt duże zamyślenie lub przyśpieszonemu biciu serca, które tak precyzyjnie starała się kontrolować. Docierało do niej, że to wszystko może było złą drogą, bo i tak nie mogłaby sprostać oczekiwaniom, które wobec niej mieli i które sama sobie narzuciła. Chciała więcej, niż mogła mieć i to się nie zmieniło, ale zaczynała rozumieć, że wcale nie chodziło tylko o pracę i naukę, poznanie tajemnic związanych z tym, co oferował organizm. Być może to, co miało ją chronić i stać się tarczą, było też pułapką. To wszystko odzywało się coraz głośniej. Nigdy nie była człowiekiem kierującym się impulsem czy emocjami – lub może raczej, minęło z dziesięć lat, odkąd sobie ostatnio na to pozwoliła, a Lou wydawał się jej człowiekiem kierującym się tym, czego zrozumieć nie umiała. Zresztą, to nie był jedyny powód, dla którego chciała go dziś zobaczyć. Bo to, co ją przerażało, dla niego było normalne. Ludzkie.

Nie poganiała go, nie wykonała najmniejszego gestu, protestu, wciąż trzymając ostrożnie podbródek czarnowłosego. Znajomość ludzkiego ciała, uzdrawiania i nekromancji dawała jej jeszcze jedną przewagę – widziała, gdy ktoś kłamał. Nawet najlepszego klamce zdradzały drobne detale, jak inny rytm serca przez kilka uderzeń, drżenie żyły przy szyi, krótkie spięcie mięśni, najczęściej w dłoniach, będące próbą zebrania się w sobie lub cichego protestu. I chociaż spodziewała się zupełnie innych słów, będących bardziej zaprzeczeniem, nie kłamał. Tym razem jednak na jej twarzy nie pojawiło się zawstydzenie, nie uciekła wzrokiem, śledząc ruchy jego warg i przysłuchując się każdemu słowu, które wypowiadał z pozorną tylko lekkością, ale i precyzją. Nie peszył jej, właściwie to w jasnych tęczówkach zatańczyła zupełnie inna iskra, taka, której by się tam nie spodziewała. Satysfakcji.

- Miłość, którą można udusić wcale nie jest miłością. To tylko ulotna fascynacja, chemia, spełnienie potrzeb i chęć stłumienia samotności.- stwierdziła w końcu, dając sobie chwilę na zebranie myśli i na to, aby jego słowa przestały odbijać się echem w jej głowie. Palce Cynthii jeszcze przez kilka sekund tkwiły na jego podbródku, zanim przeciągnęła nimi w dół, drażniąc skórę na szyi Louvaina i zaczepiając kołnierz, jak on wcześniej. Przeniosła na kilka sekund wzrok na ciemny materiał, chłodny jak jej własne palce. - Miłość jest trudna, pochłaniająca, pozbawiająca oddechu i zostaje na zawsze. Nawet jeśli ruszasz dalej, to jej mała cząstka tkwi w Tobie. To jak forma wieczystej przysięgi. - mówiąc, jej dłoń powędrowała niżej i stuknęła paznokciami pomalowanymi karmazynowym lakierem w jego tors w miejscu, gdzie znajdowało się serce. - Przecież dałeś mi już coś więcej, niż wyznanie. - kontynuowała, a jej twarz na chwilę przybrała nieco figlarnego wyrazu, znacznie cieplejszego niż zwykle. Niebieskie tęczówki umknęły onyksowym oczom czarodzieja i powędrowały w dół, do jego kieszeni, w których chował dłonie. Chciała mu tyle powiedzieć, ale nie umiała znaleźć odpowiednich słów, jednocześnie wiedząc, że milczenia nie będzie mógł właściwie zinterpretować. Ściągnęła brwi, gdyż fala ciepła i bodźców rozlała się po jej ciele, wywołując gęsią skórkę, której na szczęście pod płaszczem nie mógłby dostrzec. Cofnęła dłonie z jego kurtki tylko po to, aby sięgnąć w stronę jego kieszeni, w której schował swoje własne. - Wszystko wydaje się prostsze, gdy możesz to kontrolować.
Tylko to wcale o to nie chodziło, żeby było łatwiej, prościej. Była przekonana, że to najlepsza forma przetrwania i skupienia się na celach, które przed sobą miała. A była tak zaślepiona ambicją i oczekiwaniami, że nie zauważyła momentu, w którym zaczęła po prostu egzystować, żyć przewidywalnie. Bez ekscytacji, bez żalu i w usprawiedliwieniach dobrem ogółu, a już zwłaszcza swojej rodziny. Bo Lou na pewno słyszał plotki o jej bracie - te, które ojciec ignorował, a które łamały mu serce i zmieniały plany na przyszłość. Westchnęła, odchylając głowę do tyłu i obdarzając go spojrzeniem, zacisnęła obydwie ręce na jego dłoni, przesuwając po niej palcami. - Przepraszam za wcześniej. Przepraszam, że nie słyszałam tego, co i w jaki sposób cały ten czas mówiłeś. Nie chciałam Cię zranić.- mówiła cicho ale szczerze. Była mu to winna. I nie był to moment, w którym chciała skończyć rozmowę. Zacisnęła na chwilę usta, pozwalając sobie zawiesić spojrzenie gdzieś na liściu bluszczu owijającego kolumnę gdzieś za nimi, jakby zastanawiała się, czy właściwie powinna o to zapytać. Zaraz jednak pokręciła głową, ledwo zauważalnie i znów wyprostowała się, zadzierając podbródek. Musiała. - To teraz odpowiedz mi na inne pytanie. Czy to miłość, której chcesz, czy taka, która jest, a której nie chcesz? - głos wciąż miała pewny, jak przy pierwszym pytaniu, chociaż znacznie łagodniejszy i cieplejszy. Zrobiła krok w jego stronę, opuszczając dłonie którą się bawiła w dół i pozwalając im spokojnie opaść. Nie mogąc się powstrzymać, znów zrobiła krok, zmuszając go tym samym, żeby się cofnął, jeśli zamierzał zachować jakąś przestrzeń osobistą.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#4
07.11.2025, 02:31  ✶  

Wszystko tonęło w półmroku, alejki z ławeczkami, kwiatostany pod wiatami i złudne nadzieje. Louvain trwał w ciszy, nieruchomy, z dłoniami ukrytymi w kieszeniach, jakby próbował powstrzymać własne myśli przed wydostaniem się na powierzchnię. Patrzył na Cynthię, a w jego spojrzeniu mieszało się wszystko, czego nie chciał nazwać, irytacja, podziw, zawód. Wiedział, że nigdy nie mógłby powiedzieć jej, że ją kocha. Bo to słowo oznaczałoby wizję, jego wizję, jego plan, jego odpowiedzialność za nich dwoje. Musiałby o to walczyć, podtrzymywać, bronić, a on był już zbyt zmęczony byciem odpowiedzialnym za kogokolwiek. Wystarczająco długo dźwigał ciężar Loretty, swojej siostry bliźniaczki, której szaleństwo udawał zrozumieć, aż sam przestał wiedzieć, gdzie kończyła się jego wina, a zaczynała jej choroba. Od tamtej pory każde uczucie niosło w sobie echo obowiązku, a każde „kocham” brzmiało jak wyrok.

Słuchał jej w milczeniu, a każde słowo uderzało w niego z siłą, jakiej pewnie sama nie była świadoma. Mówiła o miłości z tą samą naukową precyzją, z jaką opisywała śmierć. Jej ton był zimny, wyważony, zbyt doskonały, by mógł być szczery. Louvain parsknął krótko, sucho, z goryczą podszytą rozbawieniem. - Ty chcesz mi tłumaczyć, czym jest miłość? - zapytał, głosem niskim i twardym. - Ty, która od lat zakładasz na siebie zaklęcia, żeby nie czuć niczego, co mogłoby cię zranić. Zrobił krok w jej stronę, a jego cień przeciął jej twarz. - Nie chcesz miłości, Cynthia. Chcesz ciszy, równowagi, czystych rąk. Ale miłość nie jest czysta. W niej zawsze coś gnije. Na jego ustach pojawił się półuśmiech, nie z radości, a z politowania.

Kiedy uniosła dłoń, by dotknąć jego szyi, napiął się instynktownie. Nie odsunął się od razu, patrzył, jak się zbliża, jak między nimi gęstnieje powietrze, jak jej ruch traci pewność. Czuł jej chłód jeszcze zanim musnęła jego skórę. Oddech zatrzymał mu się w piersi, a potem cofnął się gwałtownie, z ruchem ostrym jak szarpnięcie. - Nie próbuj udawać bliskości. Ty nawet nie wiesz, jak to jest być blisko. Podniósł jej dłoń i odsunął ją powoli, niemal z ostrożnością, lecz bez czułości. - Nie dotykaj mnie, kiedy kłamiesz - powiedział, głosem twardym, choć drżała w nim nuta, której sam nie chciał słyszeć. - To brudzi bardziej niż krew - dodał po chwili, cicho, prawie ze zmęczeniem.

Cisza, która po tym zapadła, była lepka i gęsta jak mgła po deszczu. Louvain patrzył na nią jeszcze przez chwilę, napięty, z palcami zaciśniętymi w kieszeniach. Widział ją zmienioną, surowszą, wreszcie zdolną do tego, czego kiedyś się po niej nie spodziewał. Przypomniał sobie Spaloną Noc, moment, w którym sprowokował ją do działania, nie wierząc, że podoła. A jednak to zrobiła, z bezwzględnością, która go wtedy poruszyła. Wtedy po raz pierwszy zobaczył w niej coś niebezpiecznego, pięknego. Teraz ta sama kobieta przepraszała, i to bolało mocniej niż gniew. „Przepraszam.” To słowo zatrzymało go w miejscu. Złość zaczęła opadać, jak woda po sztormie, zostawiając po sobie zmęczenie. - Wiem - powiedział po chwili, cicho, nisko. - Wiem, że nie chciałaś. Ujął jej dłoń niepewnie, na sekundę, i puścił. Odstąpił powoli, jakby każde odsunięcie było wyborem. Jego sylwetka złagodniała, ale spojrzenie pozostało ostre. - Nie wiem, czy potrafię wierzyć komuś, kto dopiero uczy się czuć - dodał w końcu ciszej, niemal ze smutkiem. Ale przynajmniej próbujesz.

Jesienny wiatr poruszył liście, rozsypując je pod ich stopami. Louvain odetchnął głęboko, próbując uchwycić myśl, która przyszła nieproszona. Czym właściwie jest miłość? Odpowiedź miała twarz, której nie chciał już przywoływać, blade, kruche oblicze medium o włosach jak popiół. Pamiętał, jak ją traktował: z zimną, metodyczną okrutnością. Jak wbijał w nią gniew, bo miała czelność kochać człowieka, którego on chciał widzieć martwym. Pokochać wroga? Przecież to herezja. Znosiła to wszystko w sposób zbyt piękny, zbyt spokojny, by mógł jej odpuścić. Nie krzyczała. Nie broniła się. Po prostu trwała, jakby każde jego upokorzenie było jeszcze jednym dowodem na siłę jej uczucia. Nie wyrzekła się tamtej miłości, nawet gdy wiedziała, że zostanie za nią sama, z bliznami, które nigdy się nie zagoją. Louvain widział w tym szaleństwo, ale też coś, co go niepokoiło, rodzaj wiary, której sam nie potrafiłby znieść. Czasem myślał, że chciałby, by ktoś kochał jego w ten sam, obłąkany sposób, aż do granic bólu, aż po utratę rozsądku. Chciałby zobaczyć w czyichś oczach tę destrukcyjną zależność, tę niemożność oddychania bez jego obecności. Egoistyczne marzenie o tym, by być czyimś końcem i początkiem naraz. By ktoś kochał go tak chorobliwie, że nawet nienawiść nie przyniosłaby ulgi. Spojrzał na Cynthię, zbyt rozsądną, zbyt zimną, zbyt kontrolującą. I pomyślał, że może właśnie dlatego go fascynuje. Bo taka miłość, jakiej pragnął, nigdy nie mogłaby w niej przetrwać. I właśnie przez to chciał ją rozpalić. Choćby po to, żeby zobaczyć, jak płonie.

Powietrze znów zgęstniało. Cynthia wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, może zapytać, może znowu spróbować sięgnąć po jego myśli. Louvain jednak się poruszył, prostując ramiona, a jego spojrzenie stwardniało. Z maską spokoju na twarzy, cicho i bez gniewu, powiedział:
- Wystarczy. Zrobił krok w jej stronę. - Mam dość twoich pytań. Głos miał spokojny, choć niósł w sobie stal. - Cały czas próbujesz coś ze mnie wyciągnąć. Nigdy nie pytasz o to, co naprawdę istotne. Nachylił się lekko, a jego słowa spadły między nich jak ciężki kamień. - Do czego jestem ci tak potrzebny? Przez chwilę trwał tak nieruchomo, z cieniem uśmiechu na ustach, który nie miał w sobie nic z ciepła. - Powiedz wprost. Czego naprawdę chcesz?

Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#5
26.11.2025, 22:04  ✶  
Jesienna aura nie chciała dać za wygraną tej, którą pozostawiła po sobie noc pełna płomieni. Złote liście spadały tak gęsto, jakby chciały ukryć ślady popiołów, utworzonym przez siebie dywanem. Im niżej słońce było, tym chłodniejszą noc zapowiada i szkoda tylko, że pełną chmur i dymu, przez co dostrzeżenie czegokolwiek ze stolicy było niemożliwe. Już światła wystarczająco to utrudniały. Chociaż jej spojrzenie głównie skupione było na Louvainie, czasem przemykało po porośniętych bluszczem kolumnach, po pustych ławkach, na których ktoś kiedyś wyrył za pomocą kluczyka jakieś słowa, po kołyszących się, coraz nagich gałęziach drzew. To poczucie, że coś się zmieniło, nie dawało jej spokoju, tląc się głęboko w środku.


Drgnęła, czując, jak pasmo włosów przemknęło jej po szyi, ale wciąż tkwiła w miejscu, mając go przed sobą. Nie brzmiała tak chłodno, jak zwykle, ale może nie chciał tego dostrzec. W jej tonie pojawiało się ciepło, drobne drżenia, być może ślad jakiegoś zawstydzenia, które przypominało zrzucenie z siebie ubrania. Ciężko było przebrnąć przez swoje własne mury, ale pojawiało się w nich coraz więcej szczelin. Zadarła podbródek, nie kuląc się przed jego reakcją i spojrzeniem, wychodząc naprzeciw onyksowym tęczówką. Zrozumiałe, że trudno było mu w to uwierzyć, przecież znał ją tylko taką. Nie widział tego, jaka była wcześniej i w jaki sposób okazywała uczucia, nie miał ku temu okazji. Jego słowa jak zwykle były precyzyjne, wymierzone. Słodko – gorzkie, bo miały trochę prawdy, ale też przedstawiały jej obraz tego, jak ją postrzegał.

Milczała jeszcze chwilę, gdy się odsunął. Nie zaprotestowała, ale jej głowa drgnęła, jakby czemuś zaprzecza. Westchnęła cicho, jej wzrok nawet na sekundę nie umknął z jego twarzy, pozwalała mu na cofnięcie swojej dłoni. - Problem w tym Louvain, że nie kłamie. Jeśli chcesz, możesz sprawdzić, masz wprawę w zaklęciach rozpraszających, prawda? - zaczęła wciąż spokojnie, chociaż przez ułamek sekundy pojawiła się zadziorna, nieco figlarna nuta, jakby celowo chciała go sprowokować. Uniosła dłoń, zgarniając jasne pasmo włosów za ucho. Mógł sprawdzić, niczego nie udawała.- Myślisz, że dlaczego zaczęłam się wyciszać, pozbywać się emocji? Wybierać je sobie? Nigdy po prostu nie poznałeś mnie od tej strony, ale to nie znaczy, że nie wiem, czym jest miłość i bliskość, jak chaotycznie uzależniające to potrafi być. - przerwała na chwilę, bo zachciało się jej śmiać na samo wspomnienie tego. Zrobiła krok na bok, krzyżując ręce na klatce piersiowej, a jej dłonie zacisnęły się na materiale płaszcza, na wysokości ramion. - Największa słabość i jednocześnie największe źródło siły, zabawne.

Dodała już ciszej jakby do samej siebie. Odchyliła głowę do tyłu, spoglądając na jedną z latarni, nieopodal której się znajdowali. Zaczęła mrugać, jakby ktoś rzucał na nią lums i nox, nie mogąc się zdecydować. Ćmy też nie wiedziały, czy powinny znaleźć się w jej blasku. Rozluźniła dłonie, znów się wyprostowała i obróciła tak, żeby mieć go przed sobą. Chciała kontynuować, ale ją ubiegł. - Nie mogę Cię do tego zmusić. - przytaknęła cicho na jego słowa, przenosząc wzrok na jego dłoń, która przez chwilę trzymała jej własną. Nie chciała jednak uciekać spojrzeniem na długo, nie dzisiejszego wieczora. Znów więc odnalazła jego spojrzenie, lecąc do niego jak nocne motyle do ognia, nie dając mu dziś odetchnąć od swoich niebieskich oczu. - Mylisz się. Wiem, jak jest czuć, tylko po prostu tego nie chciałam.

Cisza. Wciąż ją lubiła, wciąż odnajdywała spokój i sens w milczeniu, doszukując się więcej w gestach czy małych czynach, ale dziś było jej wyjątkowo dużo, co było do niego niepodobne. Nigdy by nie przypuszczała, że Louvain pragnął takiego rodzaju miłości, o jakiej pisano w książkach. Nierozsądnej. Dzikiej. Szalonej. Zapierającej dech w piersiach, sprawiającej, że noce był zawsze zbyt krótkie, wypełnionej fascynacją i pewnością, że cokolwiek się nie wydarzy, druga osoba będzie obok. Bo nie tylko jest kochanką i partnerem, ale też przyjacielem, który był zdolny do zrobienia wszystkiego dla drugiej osoby. Do każdego poświęcenia.
- Hmm? - mruknęła, wyrwana z zamyślenia, gdy się zbliżył. Uśmiechnęła się lekko jego stwierdzeniem, bo przecież ona dopiero zaczynała. Wybrała po prostu na początek te najtrudniejsze pytania, na które on wcale nie chciał odpowiadać. A może nie znał odpowiedzi? Coś w jej oczach zabłysło, gdy się nachylił. Przez chwilę patrzyła na jego usta, czując zapach jego perfum uderzający do jej nozdrzy, ale zaraz podniosła wzrok, odnajdując onyksowe tęczówki. Nie da mu dziś z tym spokoju, nie da mu satysfakcji, że uciekła od czegoś wzrokiem. Nie zdawał sobie sprawy, jak intensywne mogły być powroty do świata, w który pozwalało się przekroczyć drugiej osobie swoje granice. Nie odpowiedziała od razu, pozwalając sobie na kilka sekund trwania w tej bańce chłodu i pozornej bliskości. Nie powiedziała mu, do czego był jej potrzebny, bo przecież nie odpowiedział na jej pytania. Nie były według niego istotne, nie były prawidłowo zadane, Lestrange tego wieczora nie zadał też żadnych swoich pytań, więc to ono najmocniej rozbrzmiało w jej uszach. Gdyby zadał je miesiąc temu, odpowiedź byłaby zupełnie inna, bo w gruncie rzeczy uważała, że ma wszystko, czego potrzebowała w swoim małym, chłodnym świecie. Mogła się rozwijać, miała sporo niezależności, jak na kobietę i mogła dotrzymywać obietnic. A teraz? Teraz gdy znów wszystko nabierało kolorów, wydawało się jej to absolutnym minimum. Ciężko było jednak sprecyzować wszystkie te słowa, postanowiła więc zacząć od najprostszego. Kąciki ust jej drgnęły, jakby powstrzymywała parsknięcie niedowierzania na samą siebie. - Wszystkiego. - odezwała się w końcu, przerywając kolejną ciszę tego wieczora, znacznie głośniej niż opadające na ścieżkę liście. Podobnie, jak on wcześniej, też zrobiła pół kroku w jego stronę, zmniejszając dystans między nimi. Dostrzegła w jego oczach pojawiające się zirytowanie, więc kontynuowała, nie chcąc dać mu dojść do słowa, nie chcąc pozwolić mu na wybuch. - Chcę znaleźć siebie na nowo, przypomnieć sobie to, o czym zapomniałam. Poczuć. Wypełnić pustkę. - jej ramiona delikatnie drgnęły, gdy spojrzenie kobiety przemknęło z jego oczu tak, że obejmowało teraz całą jego twarz. Tym razem milczenie trwało może dwie sekundy, nie dłużej. Wciąż ich twarze były blisko siebie, a ona zadarła głowę tak, że jej oddech niemalże rozbijał się na jego wargach. - Ciebie. I chcę też wszystkiego od Ciebie. - ostatnie słowa wypowiedziała ciszej, nie robiąc jednak nic więcej. Teraz to zależało przecież tylko od Lou, a ona, chcąc czy nie, musiała mu pozwolić. Bo jednocześnie mogło być za późno, ale też mógł być to ostatni, idealny moment.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#6
11.01.2026, 02:50  ✶  

Słuchał jej w ciszy, która była gorzką mu w gardle bardziej niż najtańsze wino jakie polewali na Nokturnie. Każde kolejne zdanie, w którym mówiła o swojej rzekomo ukrytej wersji, tej, która pozwala sobie czuć, która przyjmuje emocje i potrafi nazwać własne pragnienia odbijało się w nim jak fałszywa nuta. Trudno było mu w to uwierzyć. Nie dlatego, że nie chciał, ale dlatego, że wszystko, co do tej pory o niej wiedział, przeczyło tej narracji. Cynthia, którą znał, była chłodna, stonowana, zdystansowana. I przez długi czas było to dokładnie tym, co go pociągało. Ten spokój, opanowanie, brak oczywistych reakcji były dla niego niemal obscenicznie seksowne. Budowały napięcie, które można było smakować powoli, drażnić się nim, rozciągać je do granic przyzwoitości. Była idealna do wspólnej gry, do przygody, w której nikt nie musiał niczego deklarować ani brać odpowiedzialności. Ale w chwili, gdy zaczął patrzeć na nią nie jak na zabawę, lecz jak na kogoś, kogo mógłby dopuścić bliżej, te same cechy zaczęły ciążyć. To, co wcześniej było atutem, nagle jawiło się jako ułomność, jak brak czegoś fundamentalnego, jak emocjonalna amputacja. Kiedy zaczęła mówić o miłości, o jej dzikości, o chaosie, o sile, która jednocześnie niszczy i buduje - nie wytrzymał. Śmiech wyrwał mu się z gardła nagle, głośno, nerwowo, zupełnie nie na miejscu. Przeczesał dłonią włosy, jakby próbował w ten sposób uporządkować myśli, które zaczęły się w nim kotłować. To, co słyszał, brzmiało jak tanie romansidło, jak wyblakły cytat z książek, które udają życie, nie mając z nim nic wspólnego. Pokraczny falsyfikat uczuć, bez zapachu krwi i potu, bez ciężaru konsekwencji. Może łatwiej było jej zaklinać rzeczywistość ładnymi słowami, niż spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że prawdziwe życie nie daje takich obietnic. - Wyciszałaś się, bo jesteś tchórzem - powiedział w końcu brutalnie, bez próby złagodzenia tonu. - Bo łatwiej było udawać chłód niż dopuścić do siebie coś, co mogłoby cię złamać. Jesteś krucha, Cynthia. Krucha i przerażona tym, co by się z tobą stało, gdybyś naprawdę pozwoliła sobie kochać. Zawiesił na niej spojrzenie. - Boisz się miłości, bo tak naprawdę nikogo nigdy nie kochałaś.

Słowa jeszcze wisiały w powietrzu, kiedy wspomnienia wróciły same, nieproszone. Szkolne korytarze i Astoria, w której spojrzeniu widział siebie takim, jakim chciał być widziany. Kreację wizerunku, który tak bardzo pielęgnował. Ten od którego zbierało w nim na wymioty w chwilach samotności, ale z którego nigdy nawet nie próbował zrezygnować. Nie kochała jego tylko jego idealne kłamstwo, dlatego to nigdy nie miało prawa się udać. Wtedy był przekonany, że to miłość. Dopiero później zrozumiał, że bardziej kochał własne odbicie w jej oczach, niż dziewczynę o którą tak bardzo się starał. Potem była Lorraine. O krok od zaręczyn, o krok od zdrady przyjaźni z Atreusem. Zakazany owoc smakował zawsze najlepiej, nawet jeśli cena była wysoka. I to nie przez śladowe ilości własnego sumienia, nie budził się dzisiaj obok największej nostalgoholiczki w Londynie. Strach przed rozczarowaniem oczekiwań własnego ojca, był większy niż pożądanie. I to była prawda, od której nie potrafił uciec: z miłości nigdy nie zrobił niczego, z czego byłby dumny. Miłość była dla niego nożem. Nie tym, który rani przypadkiem, ale tym, którym sam grzebie w środku, sprawdzając, jak głęboko jeszcze potrafi sięgnąć. Widział jak z miłości Loretta doprowadza się do coraz większej autodestrukcji. A mimo to nigdy nie przestał. Nie odpuścił, choć każdy kolejny raz kończył się krwią. Wiedział, że gdzieś istnieje jego własny odcień miłości. Nie czysty, nie jasny, nie bezpieczny, ale taki, który będzie pasował do koloru, w jakim krwawił. I właśnie dlatego patrzył teraz na Cynthię z mieszanką gniewu, rozczarowania i czegoś znacznie groźniejszego. Ze świadomością, że ona może chcieć miłości, o której on zawsze mówił jak o przekleństwie. I że jeśli pozwoli jej podejść bliżej, znów sięgnie po nóż, tylko tym razem nie będzie już pewien, czyja krew popłynie pierwsza. Myśl ta nie była metaforą, lecz realnym scenariusze, który osiadł mu gdzieś pod mostkiem. Louvain znał to uczucie aż nazbyt dobrze, ten moment zawieszenia, kiedy jeszcze nic się nie wydarzyło, ale wszystko już zostało przesądzone. Miłosne zranienie nigdy nie było dla niego czymś abstrakcyjnym. Zawsze miało zapach, temperaturę, kolor. I zawsze ktoś musiał krwawić. Przez ułamek sekundy przemknęło mu przez głowę, że zna zaklęcia, po których przyznałaby się nie tylko do podpalenia Londynu, ale do rzeczy znacznie gorszych, takich, które łamią człowieka od środka, zostawiając go pustym i posłusznym. Sama mu to podsunęła, niemal bezwiednie, sugerując zaklęcia rozpraszające. Jakby nie rozumiała, jak cienka jest granica między sprawdzaniem prawdy a przemocą.

Nie powiedział tego jednak na głos. Choć czuł pod językiem, jak bulgoczą mu paskudne inkantacje, ciężkie, gorzkie, gotowe spłynąć z ust jak jad. Zaklęcia karzące, upokarzające, takie, które można rzucić tylko wtedy, gdy chce się kogoś złamać nie za czyn, lecz za intencję. Chciałby ją ukarać. Za to, że go pragnie. Za to, że próbuje sprowadzić go do roli elementarzyka, którego można przywołać, gdy robi się pusto w środku. Wypełnić nim lukę. Ogrzać się nim. Tak bezczelny wobec świata potrafił być tylko on, ale świadomość, że ktoś próbuje zrobić to samo z nim, budziła w nim niemal fizyczną odrazę. Powstrzymał się. Nie dlatego, że zabrakło mu okrucieństwa, lecz dlatego, że zbyt dobrze znał jego konsekwencje. Stał nieruchomo, z ramionami napiętymi jak przed rzutem zaklęcia, patrząc na nią karcącym wzrokiem, jakby dopuściła się zbrodni nie osobistej, lecz ideologicznej. Jakby wypowiedziała coś tak obślizgłego, tak fundamentalnie sprzecznego z jego wewnętrznym porządkiem, że spaczenie w nim domagało się ognia. Swądu spalenizny. Oczyszczenia przez zniszczenie.

A jednak milczał. Bo wiedział, że jeśli padnie choć jedna inkantacja, nie będzie już odwrotu. I że wtedy nie chodziłoby już o to, czyja krew popłynie pierwsza, tylko czy zostanie z nich cokolwiek, co jeszcze da się nazwać człowiekiem. Gniew nie zniknął; Louvain jedynie pozwolił mu opaść głębiej, gdzie przestawał być gwałtowny, a zaczynał być użyteczny. Tam, gdzie nóż w sercu nie wymagał już zamachu, lecz wystarczało, że był widoczny. Jego postawa rozluźniła się nieznacznie, kącik ust uniósł się w cieniu uśmiechu pozbawionego ciepła. To był ten rodzaj cynizmu, który nie potrzebował słów, bo sam w sobie był deklaracją przewagi. Wiedział, że go chce. Wiedział to z tą samą pewnością, z jaką od lat wiedział, że zawsze kończy się tak samo.

- Wiem - powiedział spokojnie. - Wiem, że mnie chcesz. Spojrzał na nią uważnie, jakby oceniał reakcję, nie szukając potwierdzenia. - Wszystkie mnie chcą. Słowa padły bez pychy, niemal obojętnie, jak stwierdzenie faktu, który od dawna przestał go bawić. Kobiety pragnęły go nie dlatego, że był dobry, ale dlatego, że był sobą. Jedne nienawidziły go za to, kim był, inne nienawidziły samych siebie za to, że właśnie takiego go chciały. Wszystkie jednak, bez wyjątku, traciły kontrolę. Najpierw nad sobą, potem nad sytuacją, wreszcie nad tym, co czuły i czego już nie potrafiły od siebie oddzielić. Patrzył na to od lat z mieszaniną znudzenia i chłodnej satysfakcji. Nie obiecywał niczego i niczego nie zabierał wprost; wystarczało, że był, a reszta działo się sama. Cynizm był prostszy niż gniew, mniej męczący i znacznie skuteczniejszy. Przebiegł palcami po przedramieniu, po liniach tuszu wżartym w skórę jak blizny po decyzjach, których nigdy nie żałował. Tatuaże były ostentacyjne, miejscami wręcz absurdalne, celowo przesadzone. Nie nosił ich dla siebie. Były znakiem ostrzegawczym, sygnałem wysyłanym w świat. Przede wszystkim do ojców. Do tych wszystkich mężczyzn, którzy wierzyli jeszcze w porządek, kontrolę i dobre wybory. Każdy z nich miał zrozumieć, że kiedy zobaczy Lestranga u boku swojej córki, jest to zapowiedź katastrofy. Tragedii, która nie potrzebuje krwi, by być ostateczna. Patrząc na Cynthię, Louvain miał świadomość, że nie różni się ona tak bardzo od innych, jak chciałby w to wierzyć. Różnica polegała jedynie na tym, że ona próbowała nazwać to, co się z nią działo, ubrać to w sens i znaczenie. A on wiedział już dawno, że każda próba nadania temu formy kończy się utratą kontroli. Jeśli zostanie przy nim zbyt długo, straci coś, czego jeszcze nawet nie zdążyła w sobie rozpoznać. I Louvain nie miał w zwyczaju przed tym ostrzegać. - I niby czym to cię wyróżnia na tle tanich kokotek? - pytanie padło jak policzek, wymierzone precyzyjnie, bez podniesionego głosu. Nie było w nim emocji, tylko czysta prowokacja. Chciał zobaczyć, czy się oburzy, czy zaprzeczy, czy zacznie tłumaczyć się ze swoich pragnień. Każda reakcja była dla niego informacją. Każda chwila milczenia odpowiedzią. Arogancja przyszła naturalnie, jak dobrze znana zbroja. Louvain pozwolił jej zająć miejsce gniewu, zastąpić wszystko to, co w Spaloną Noc musiało znaleźć ujście w działaniu, prowokacji, w ryzyku przekroczenia granicy. Teraz nie potrzebował ognia ani krwi. Wystarczała ironia. Bezczelna, chłodna, celowo okrutna. Czuł, jak ta postawa daje upust czemuś znacznie gorszemu niż kilka rzuconych w twarz obelg. Czegoś, co chciało się wydostać i co, gdyby dopuścił do głosu inne środki, pozostawiłoby po sobie realne zgliszcza.

Spojrzał na nią w ten sposób, który nigdy nie był przypadkowy. Z góry, oceniająco, z wyraźną sugestią, że widzi więcej, niż ona chciałaby pokazać. Testował ją. Metodycznie, bez pośpiechu. Sprawdzał, ile jego podłości jest w stanie przyjąć bez cofnięcia się o krok, a w ile z tych słów naprawdę uwierzy. Wiedział, że istnieje różnica między znoszeniem a internalizowaniem. Między udawaniem obojętności a pęknięciem, które zaczyna się gdzieś głęboko, zanim zdradzi je ciało. I właśnie tam celował. - Jeśli szczerze mnie chcesz, będziesz musiała się stać taka jak ja. Pozwolił tej ciszy wybrzmieć, zanim posunął się dalej w myślach, nie spuszczając z niej wzroku. Jeśli naprawdę go pragnie, nie tej wyobrażonej wersji, nie idei, którą można oswoić i nazwać, będzie musiała zejść tam, gdzie on już dawno stoi. Stać się równie bezwzględna wobec siebie, równie świadoma własnych ciemnych impulsów. Bo Louvain nie wierzył w miłość, która nie wymagała przemiany. A już na pewno nie w taką, która pozwalała zachować niewinność. Będzie musiał oswoić się z mrokiem i wszystkimi jego odcieniami.



i got ninety-nine problems but a bitch Mulciber ain't one
Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#7
20.01.2026, 00:02  ✶  
Cynthia zwilżyła wargi, kręcąc niezauważalnie głową i pozwalając, aby cisza na kolejną chwilę rozlała się pomiędzy nimi, tak, jak rozlewał się pomarańcz zachodzącego słońca na horyzoncie, tak bardzo przypominające płomienie. Gdy jej jasnoniebieskie oczy przesuwały się po sylwetce i twarzy Louvaina, wciąż noszącej ślady ostatnich wydarzeń, zrozumiała jedno – niezależnie od tego, co powie, nie będzie to miało znaczenia. Bo był uparty, jak osioł i dopuszczał do siebie tylko wersję, której potrzebował. Każde jej słowo, każdy jej gest, nawet płynący ze szczerości czy serca nie miał najmniejszego znaczenia, a ona nie bardzo wiedziała, jak niby powinni to przeskoczyć. Szczelniej owinęła się płaszczem, gdy jego słowa dotarły do jej uszu, spoglądając jakby w jego stronę, ale prawda była taka, że przez kilka sekund jej uwagę pochłonęły kołyszące się na wietrze liście. Znał ją na tyle, na ile pozwoliła się poznać, bo przecież świadomie pozbyła się tej wersji siebie, która była intensywnymi kolorami, pozostawiając tylko odcienie szarości i niebieskiego. I to było wystarczające, dopóki nie przekroczy pewnej granicy, gdzie ta wyuczona maniera i dystans do wszystkiego, obojętność, upór, zaczynały przeszkadzać, wprowadzając coraz to więcej iskier. Ciężko było pozbyć się budowanej przez lata zbroi, a on wcale nie wybierał łagodnych metod, będąc przecież uosobieniem ciemnego płomienia i chaosu.
- I to jest Twój wyrok, Twoja opinia? Że jestem tchórzem? - zapytała retorycznie, właściwie nie oczekując odpowiedzi, bo miał to wszystko wymalowane na twarzy. Znała go na tyle, aby umieć to dostrzec. Zresztą, chociaż Louvain był doskonałym kłamcą i prawdziwym mistrzem manipulacji, wiedziała go w akcji tak wiele razy, że po prostu wiedziała. Pokręciła głową, parskając cicho z rozbawieniem pod nosem. Owszem, może jednym z pierwszych impulsów ku temu był strach i przerażenie wywołane brakiem kontroli, ale potem znalazła w tym klucz do odnoszenia sukcesów w tym, co ją interesowało. A także w związku z pozbyciem się wyrzutów sumienia dotyczących Edwarda, które w tamtym okresie, gdy była tyle młodsza, zjadłyby ją żywcem. Musiała się ugryźć w język, żeby nie powiedzieć czegoś z czego później nie będzie już odwrotu, ale nie zamierzała prowadzić z nim dyskusji o tym, czy kogoś kochała, czy nie kochała. Podniosła na niego spojrzenie, ale nie ruszyła się z miejsca, wciąż trzymając dystans.- Tak, dziesięć lat temu pewnie częściowo kierowała mną obawa przed pozwoleniem sobie na miłość, ale potem, tak było po prostu wygodnie. Miałam inne priorytety. Zresztą, cokolwiek nie powiem, Ty i tak to zinterpretujesz inaczej. - wzruszyła delikatnie ramionami, ale nie odwróciła od niego wzroku, uparcie zatapiając się w jego onyksowych tęczówkach, jakby próbowała dostrzec tam coś, co tkwiło ukryte naprawdę głęboko, pewnie gdzieś na krawędziach jego duszy. - A Ty? Ty kiedyś kochałeś kogoś tak naprawdę? Tak, że byłbyś gotów być słabym i poświęcić część siebie?
Nie wątpiła w ten wachlarz emocji, który w nim drzemał – o tym powinien doskonale wiedzieć. Nie miała jednak na myśl tych wszystkich przelotnych romansów, tych wszystkich chwilowych fascynacji, które przewinęły się przez jego umysł i ramiona, prześlizgnęły się przez jego łóżko. Miał w sobie mnóstwo namiętności, mnóstwo ognia, ale czy cokolwiek z tego mogłoby zyskać miano miłości? Zrobiła krok w jego stronę, stukot obcasów rozniósł się echem, milknąc jednak szybko w porywach jesiennego wiatru. Jasne pasma jej włosów zakołysały się leniwie, a gdy przemknęły po policzkach, czując delikatne łaskotanie. Ten krótki, pozytywny bodziec sprawił, że odetchnęła głębiej, przekręcając głowę na bok. - Dlaczego się jej boisz?

Tego, że się wścieknie – była pewna. On w gruncie rzeczy nie lubił trudnych, osobistych pytań, nie lubił się odsłaniać. Często była pod wrażeniem jego umiejętności lawirowania pomiędzy tym wszystkim, co sobą reprezentował. Bo tyle, o ile jej maska była względnie stabilna i cała, jedna, tak on miał ich naprawdę wiele i umiał stać się takim Louvainem, jaki akurat był najbardziej potrzebny. Była to sztuka imponująca. Umiał być rozkoszny, a jednocześnie wbijać w człowieka setki malutkich ostrzy, które precyzyjnie trafiły w czułe punkty. Pewnie gdyby nie to, jaka była, trudno byłoby jej to wszystko znosić z podniesioną głową. Nie, właściwie nie słowa były tu najgorsze, a spojrzenie, którym ją lustrował. Takie w którym czaiła się ciemność, bezwzględność i brak litości. Tak spoglądał na swoje ofiary? Tak wyglądały jego oczy, gdy kryły się pod srebrną maską poplecznika Czarnoksiężnika? Pytania rozbrzmiewały echem w jej głowie, uświadamiając jej, z jaką łatwością mógłby zrobić jej krzywdę i pozbyć się problemu, który narastał. Bo przecież wiedziała za dużo, była zagrożeniem. I to nie tylko dla niego, Cynthia przecież znała wielu noszących znaki, a o kilku się domyślała. Tkwiła w tym wszystkim tak głęboko, że niezależnie od wyniku tej wojny i od tego, jak będzie wyglądał jutrzejszy dzień, nie będzie mogła uciec od konsekwencji. Wiedziała o tym. I to nie Azkaban, nie pocałunek dementora były tym, co przerażało ją najbardziej, bo paradoksalnie, najbardziej się bała tego, że ktoś wyciągnie z niej informacje na temat osób, o których milczała. Bo Lestrange na pewno już wiedział, że jeśli chciał kogoś przytakując mu na ślepo, to z nią mu nie pójdzie łatwo. To ziarenko ciemności, które się w nim pojawiło, kiełkowało, otulając go tą aurą, którą już poznała, a jednak wcale nie paraliżował jej strach.

- Nie przytłacza Cię ta Twoja popularność? -
uśmiechnęła się krótko, odrobinie złośliwe, wcale nie mając zamiaru dać się sprowokować czymś tak banalnym, jak innymi kobietami. Bo nie było tak, że o tym nie wiedziała. - To musi być niebywale męczące, zadowalać je wszystkie.
To, że kobiety były głupie, nie było żadną tajemnicą. Większość z nich kierowała się impulsem, chwilą i wyobrażeniem czegoś, co często po prostu nie istniało. Był też odłam takich, które naiwnie wierzyły, że miłość kogoś zmieni i mężczyzna stanie się wspaniałym księciem z bajki, najlepiej na białym koniu. Niedorzeczne. Gdyby to wszystko działało na tak prostych zasadach, świat nie wyglądałby tak, jak teraz. Zabrakłoby jej palców u rąk, gdyby miała zliczyć tego typu sytuacje i złamane serca swoich znajomych, które dzień wcześniej uległy i rozkładały się, jak deser na talerzu. - Przecież to Twoje kokotki, nie moje. Skąd ja  mam to wiedzieć?- zamilkła na chwilę, unosząc dłoń, a jej palce pomknęły ku górze tak, że jeden z nich stuknął o wargi w zamyśleniu. - Pewnie zaraz mnie oświecisz i wyjdzie, że wszystkie jesteśmy takie same, ale pozwól, że wspomnę o tym, że przecież ja nigdy nie wskoczyłam Ci do łóżka. Nie traktowałam Cię, jak spełniającą potrzeby zabawkę.
Odparła z teatralnym nieco, zmęczonym westchnieniem, wbijając w niego wzrok. Zapomniał o tym? Prawda była taka, że od czasów szkolnych balów, gdy sukienki były szczytem kłopotów semestralnych, ona nigdy nie porównywała się do żadnej innej kobiety. Może wszystkie były jak ona, a może i nie? To nie miało żadnego znaczenia. Była po prostu Cynthią. Rozluźniła dłonie, pozwalając im swobodnie opaść wzdłuż ciała, prostując palce. Mogła znieść dużo, miała olbrzymie pokłady cierpliwości, ale sposób w jaki na nią patrzył... Za bardzo przypominał jej to, co widziała podczas spalonej nocy. Chciał ją zranić, chciał ją złamać, poniżyć, ukarać – wszystkie pewnie były określeniami poprawnymi i pokazywał to od ostatniej godziny. Zwykle tak robił, gdy coś nie szło tak, jak sobie to wymyślił. A jak na złość, to z nią nic mu nie szło pewnie tak, jak sobie tego życzył. Stanęła prosto, znów przyglądając się jego twarzy. Trudno było określić, która z emocji najbardziej wybijała się w jej oczach czy wyrazie twarzy, bo było ich więcej, niż zwykle.
- Sposób w jaki na mnie dzisiaj patrzysz Louvain.. Przypomina mi to, jak spoglądasz na tych, których chcesz skrzywdzić, których się chcesz pozbyć. - przerwała na chwilę, zastanawiając się nad tym, co powiedział. Skoro naprawdę go chce, to musi stać się taka, jak on i pozwolić, aby cała ta ciemność spowiła ją, niczym całun, zmieniając wszystko. Bo przecież Cynthia widziała, kim Lestrange był i do czego był zdolny. A jednak pomimo tego wszystkiego, co w nim się tliło - wszystkich odcieni czerni, całego tego oddania rebelii i wojnie, pomimo tego, jak umiał być paskudny, zawsze mu pomagała. Zawsze była, gdy jej potrzebował, nawet jeśli zdarzały się sytuacje, w których nie stali w tym samym miejscu. Mógł nazywać ją nielojalną, mógł być wściekły i nią gardzić, ale nie mógł wyprzeć się tego, że zawsze była jego sojusznikiem. - Nigdy nie będę mogła stać się kimś, kto patrzy z takim obrzydzeniem i pogardą na kogoś, kogo kocha.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#8
01.03.2026, 01:50  ✶  

Jeśli miała wrażenie, że jego stanowisko jest tylko chwilową prowokacją, myliła się. Dla niego było to oczywiste jak fakt, że noc następuje po dniu. Cynthia jest i wciąż pozostawała tchórzem w kwestii miłości. Nie w kwestii śmierci, nie w sprawach, które pachniały krwią. Tam potrafiła być bezwzględna. Ale miłość… miłość była dla niej inną kategorią zagrożenia. Czymś, czego nie dało się opanować techniką ani zneutralizować chłodnym wyliczeniem. Był przekonany, że jej magia wygłuszająca emocje nie służyła wyłącznie kontroli nad nekromancją. Owszem, mogła być narzędziem stabilizacji, zabezpieczeniem przed utratą równowagi w obcowaniu ze śmiercią. Do pewnego stopnia nawet w to wierzył. Ale równie oczywiste było dla niego coś innego, że używała jej także dlatego, że bała się zakochać. Bała się zakochać w nim. Bała się tego, że uczucie do niego wymknie się spod kontroli szybciej niż jakiekolwiek zaklęcie. Złapał ją na tym przynajmniej raz. Widział, jak sięga po to wyciszenie nie z konieczności, lecz z odruchu. Jakby chciała przytłumić coś, co zaczynało pulsować zbyt mocno. A jej oburzenie, kiedy rozproszył jej zaklęcia, nie było tylko gniewem urażonej dumy. Było paniką. Odsłoniętą, nagą, niemal bezbronną. To właśnie wtedy upewnił się w swoim przekonaniu. Gdyby chodziło wyłącznie o technikę i kontrolę, zareagowałaby chłodno. Tymczasem w jej oczach zobaczył coś innego. Strach przed tym, że ktoś zobaczy ją bez filtra. - Nie straszne ci mordować niewinnego, ale boisz się przyznać, że zakochałaś się w mordercy. Odrzekł sucho kiedy zapytała go o wyrok. To był najcięższy zarzut jaki nad nią ciążył. Strach przed posunięciem się dalej w ich relacji był dla niej bardziej paraliżujący niż zabójstwo brygadzisty w białych rękawiczkach. Tamtej nocy nie zawahała się. Ręce miała pewne, spojrzenie twarde, decyzję podjęła bez drżenia. A przy nim? Przy nim potrafiła drżeć pod cieniem własnych emocji. Widział to wtedy i widział to teraz. Różnica była dla niego uderzająca. I w jednym pozostawał nieugięty. Miał swoją opinię o pannie Flint i była ona niczym niepodważalna. Nie dopuszczał w tej dyskusji półcieni ani interpretacyjnych skrótów. Jedynym rozwiązaniem, które uznawał za uczciwe, było przyznanie mu racji. Wszystko inne, każde wyjaśnienie, każde zniuansowanie traktował jak matactwo. Jak eleganckie wykręcanie się przed tym, co uważał za oczywiste: jej hipokryzję. Bo nie mógł zaakceptować, że kobieta, która z taką łatwością wchodzi w mrok śmierci, cofa się przed mrokiem miłości. W jego świecie te dwa obszary były nierozerwalne. A jeśli ona twierdziła inaczej, musiała się mylić albo kłamać.

Czy kiedykolwiek kochał tak naprawdę, tak, że byłby gotów być słabym? Przez krótką chwilę milczał, jakby pozwalał, by wspomnienia same wybrały, które z nich wypłyną na powierzchnię. Nie odwrócił wzroku. Nie uciekł. - Tak - odpowiedział w końcu spokojnie. Słowo padło bez zawahania. I było w nim coś prawdziwego. Kochał. Nie w sposób, o którym pisały książki ani w jaki wyobrażają go sobie chłopcy i dziewczęta wychowane na obietnicach wieczności. Nie było w tym uniesienia ani miękkiej słabości, którą można złożyć u cudzych stóp. Była odpowiedzialność. Była świadomość, że czyjeś błędy stają się również twoimi. Że czyjeś upadki musisz podnosić własnymi rękami, nawet jeśli kruszą się pod ich ciężarem. Przez całe życie był słaby. Nie przy kobiecie, nie w romantycznym uniesieniu. Był słaby przy Lorettcie. Przy tej, której tragedie mnożyły się szybciej niż jego cierpliwość. Godził się na to, by być jej cieniem, jej tarczą, jej żałosnym rycerzem od brudnych spraw, podczas gdy ona nawet nie zauważała, jak każdą swoją opłakaną decyzją rozszarpuje go od środka. Brał na siebie konsekwencje. Milczał. Wygładzał. Tłumaczył. I za każdym razem coś w nim umierało, ale trwał, bo taka była cena lojalności. Nie powiedział Cynthii wszystkiego. Nie powiedział, że ta miłość nie miała w sobie romantyzmu. Że nie była wyborem serca, lecz obowiązkiem, który przylgnął do niego jak blizna. Nie powiedział, że nigdy nie był gotów oddać komuś swojej słabości w sposób, o jaki ona pytała. Że nigdy nie pozwolił sobie być bezbronny dla kobiety, bo wiedział, jak kończy się oddanie komuś władzy nad własnym upadkiem. - Byłem słaby - dodał ciszej. - Wystarczająco długo. W jego spojrzeniu nie było wstydu. Była twarda świadomość, że słabość nie zawsze wygląda jak drżenie dłoni. Czasem wygląda jak lata milczenia i brania na siebie cudzych ruin.

W półcieniu jego twarzy przemknęło coś, co trudno byłoby nazwać uśmiechem, lecz niewątpliwie było bliskie satysfakcji. Cynthia podjęła temat kokotek. Zniżyła się do poziomu, który sam jej podsunął, próbując obrócić jego tanią prowokację przeciwko niemu. I właśnie tego chciał. Przez krótką chwilę poczuł niemal fizyczną ulgę. Napięcie w jego barkach uszło bokiem, mordercze spojrzenie, którym jeszcze przed momentem ją mierzył, rozmyło się w chłodnej kalkulacji. Złapała haczyk. Odpowiedziała na zaczepkę. To wystarczyło. Ta chwilowa radość nie była triumfem nad nią, lecz nad sytuacją. Wystarczyło jedno słowo, by sprowadzić rozmowę na niższy rejestr, gdzie emocje łatwiej było kontrolować. Gdy próbowała wykpić jego “popularność”, dostrzegł w tym coś, co było mu bliższe niż jej deklaracje o miłości; impuls. Ukłucie. Reakcję. I przez moment niemal zapomniał, dlaczego patrzył na nią z taką bezwzględnością. Wolał ją ostrą i złośliwą niż wzniosłą i moralną. Daleko było mu do stwierdzenia, że kobiety są głupie. To byłoby zbyt proste, zbyt płaskie. Prawda była bardziej niewygodna. Wszystko, co w życiu bolało najmocniej, przyszło właśnie od kobiet. To one najcelniej trafiały w miejsca, których nie chroniła żadna duma. Gdyby nie one, być może nigdy nie dostrzegłby, jak kruche i groteskowe bywa męskie ego. Jak potrafi rozsypać się szybciej niż rybie ości w zalewie, pozostawiając po sobie tylko śmieszność i pustkę. I choć w wielu sytuacjach wciąż instynktownie kierował się tą energią, potrzebą dominacji, potrzebą udowodnienia, dobrze wiedział, że to jedynie konstrukt. Coś, co należało wyciąć jak czyraka, zanim stanie się słabością. Zanim ktoś nauczy się w to miejsce trafiać z zamkniętymi oczami. Nie skomentował jej zaczepek. Nie dlatego, że nie potrafił. Przeciwnie. W głowie już formowały się odpowiedzi, zbyt łatwe, zbyt celne. Kusiło go, by arogancko zauważyć, że gdyby jednak zdecydowała się wskoczyć mu do łóżka, być może dowiedziałby się o niej więcej w jedną noc niż przez lata tej ostrożnej gry. Było w tym coś prymitywnie satysfakcjonującego. Ale powstrzymał się. Sens tej rozmowy był ważniejszy niż chwilowa kpina. Chodziło o coś więcej niż wygranie słownej potyczki. Ona miała uwierzyć, że to ona kontroluje tempo tej wymiany. Tymczasem on już dostał to, czego oczekiwał. Potwierdzenie, że potrafi ją sprowadzić na poziom, który uważała za poniżej siebie. A to znaczyło, że wciąż potrafi nią poruszyć. I to było znacznie cenniejsze niż jakakolwiek riposta.

Słuchał jej w bezruchu, ale w nim samym nic nie było nieruchome. Jej słowa nie raniły go jak stal, były raczej jak palce wsunięte w szczelinę pancerza, sprawdzające, czy coś pod nim jeszcze pulsuje. "Nigdy nie będę mogła stać się kimś, kto patrzy z takim obrzydzeniem i pogardą na kogoś, kogo kocha.” To zdanie nie było wyrzutem. Było granicą. A granice istniały tylko po to, by je testować. Nigdy więcej żadnych, pieprzonych, granic. Powtarzał to sobie przy każdym momencie zawahania, od chwili kiedy porzucił pomysł o oświadczeniu się Lorraine. Nie próbował jej złamać. Złamanie było łatwe, banalne wręcz. Widział, jak ludzie pękają pod naciskiem znacznie słabszym niż ten, który mógłby jej zadać. Jego celem nie było sprawienie jej przykrości ani odebranie godności. Chciał wydobyć z niej mrok, który już raz zobaczył, tamtej nocy, gdy ogień odbijał się w jej oczach, a ona nie cofnęła się przed decyzją, którą wielu nazwałoby nieludzką. Wtedy nie była szara ani niebieska. Była intensywna, niebezpieczna, prawdziwa. I to właśnie tę wersję chciał zobaczyć ponownie. Nie tę, która mówi o miłości jak o przysiędze, lecz tę, która potrafi stanąć w płomieniach i nie mrugnąć. Patrzył na nią teraz jak alchemik, który nie ufa złotu, dopóki nie podda go próbie ognia. Jej spokój, jej opanowanie, jej duma, to wszystko mogło być siłą. Ale mogło być też hamulcem. Jeśli w chwili próby zawaha się, jeśli spróbuje go zatrzymać, jeśli wybierze moralną wyższość zamiast lojalności, stanie się ciężarem. A Louvain nie niósł ciężarów. On je odrzucał.

I po raz pierwszy od dłuższej chwili coś w nim drgnęło nie z gniewu, lecz z nieprzyjemnej świadomości. Przez ułamek sekundy zobaczył sytuację z dystansu. Siebie stojącego naprzeciw niej z morderczym spojrzeniem, z chłodem, który miał ją przetestować, a zamiast tego niemal wepchnął ją w defensywę. To on doprowadził do momentu, w którym musiała wypowiedzieć takie słowa. Nie chciał, by czuła z jego strony zagrożenie. Nie w ten sposób. Wściekłość, która jeszcze przed chwilą pulsowała mu w żyłach, nie wynikała z chęci zniszczenia jej. Była frustracją, że nie dostarczała mu odpowiedzi, których oczekiwał. Że nie reagowała tak, jak powinno reagować ktoś, kto rzekomo stoi na progu ciemności. Ale zagrożenie… nie o to mu chodziło. A jednak wszystko, czym był, wszystko, co reprezentował, sprowadzało się właśnie do tego słowa. On żył z tą świadomością codziennie. Z wiedzą, że pewnego dnia stanie naprzeciw ludzi, których zna od lat. Przyjaciół. Sojuszników. Być może części własnej rodziny. I że kiedy ten moment nadejdzie, nie będzie miejsca na zawahanie. Nie będzie przestrzeni na sentyment. To on musi wyjść z tej walki jako zwycięzca. Za wszelką cenę. Inaczej cała droga, którą obrał, stanie się farsą.
Spojrzał na nią inaczej niż wcześniej, nie łagodniej, ale głębiej. - Jesteś pewna? - zapytał cicho, już bez drwiny. - Naprawdę jesteś pewna, że nie potrafiłabyś tak spojrzeć? Zrobił krótką pauzę, jakby ciążyły mu imiona, które za chwilę wypowie. - Co zrobisz, Cynthia, jeśli kiedyś będziesz musiała wybrać między mną a Victorią? Albo Atreusem? - Jego głos pozostał równy, niemal spokojny, ale w spojrzeniu pojawiło się coś twardego. - Jak na mnie spojrzysz w chwili, kiedy ich krew będzie na moich rękach? Nie podniósł głosu. Nie musiał. To nie była groźba. To była wizja przyszłości, którą on już dawno zaakceptował jako możliwą. I jeśli miała stać przy nim, musiała spojrzeć jej w oczy tak samo jak on. W jego spojrzeniu nie było już czystej pogardy, lecz coś znacznie bardziej wymagającego. Oczekiwanie. Sprawdzał, czy pod jej deklaracjami kryje się gotowość na konsekwencje. Czy rozumie, że ścieżka, którą idzie, nie prowadzi do jasnych salonów ani bezpiecznych kompromisów. Że jeśli naprawdę chce go mieć, będzie musiała przyjąć cały ciężar tego, kim jest. Z jego lojalnością wobec Czarnego Pana. Z jego decyzjami, które nie zawsze będą miały w sobie miejsce na wahanie. Nie zamierzał jej oszczędzać. Nie dlatego, że jej nie cenił. Właśnie dlatego, że ją cenił. Bo jeśli ma iść przy nim, musi umieć patrzeć w tę samą otchłań i nie odwracać wzroku. Musi wiedzieć, że mrok nie jest chwilą ani emocją, lecz zobowiązaniem. A on potrzebował pewności. Absolutnej. Że kiedy przyjdzie moment wyboru, Cynthia nie stanie naprzeciw niego, lecz obok.



i got ninety-nine problems but a bitch Mulciber ain't one
Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#9
22.03.2026, 22:46  ✶  
Nie lubiła tego nawet przed sobą przyznawać, ale miał trochę racji. Miłość nie była dla niej czymś łatwym, podobnie jak wszystkie te emocje z nią związane. Była czymś, czego nie dało się kontrolować i przewidzieć, a nie mogłaby sobie wyobrazić gorszego przeciwnika. Owszem, śmierć też umiała w ten sposób działać, ale do niej i jej oddechu na karku, jej zaklętego widoku w oczach trupów zwyczajnie przywykła. Nie bała się śmierci, bardziej przerażała ją perspektywa utraty bliskich dla niej osób niż tego, że jej mogłoby zabraknąć. Miłość była ogniem, chaosem, nieprzewidywalnością, a z czasem stawała się głównym powodem do życia, jeśli była dość mocna, siłą samą w sobie. Wszystko to brzmiało tak wyniośle, na coś tak wielkiego i ważnego, nawet jeśli rozbrzmiewało tylko w jej głowie, niczym ciche echo. Nie było tak, że ona ukrywała się specjalnie z wyciszaniem emocji, chociaż zwykle uzasadniała to kontrolą i stabilnością przy magii, którą się posługiwała, ale też nie wspominała o tym głośno. Bo po co? Gdy coś zaczynało mieć na nią wpływ, wymykać się jej z rąk, a ona nie mogła sobie na to pozwolić, to co niby miała zrobić? Zdawała sobie sprawę z konsekwencji, teraz mocno je odczuwała, gdy próbowała odzwyczaić się od swojej małej używki. Zmienić codzienność. Pojawiał się bunt, pojawiało się zmęczenie, pojawiał się brak akceptacji i pojawiało się ciepło, irytujące uściski żołądka. Pojawiała się też obawa przed tym, co było nieuniknione.
- Śmierć nie jest czymś strasznym. - odparła cicho, bardziej do siebie niż do niego, brutalnie świadoma swojego dziwactwa pod tym względem. Dla niej była codziennością, nie było czego się bać, bo i tak się przed tym nie ucieknie, chyba że było się Nicholasem Flamelem i miało się pewien kamień. Skrzyżowała ręce na piersiach, doskonale zdając sobie sprawę z tego, czego niej oczekiwał, a jednak nie mogło jej to przejść przez usta, zwłaszcza gdy wspomniał o byciu mordercą. Oczywiście wiedziała o tym, że zabierał życie, podobnie, jak pozostali kryjący się pod maskami, ale zawsze to oddzielała, co było głupie i nielogiczne, bo byli przecież całością, zarówno Louvain Lestrange, jak i Śmierciożerca w srebrnej masce.

Zaskoczył ją. W jego dzisiejszej kreacji zupełnie nie spodziewała się przyznania do tego, że był słaby, że kochał tak mocno. Nie wątpiła w to, że był do tego zdolny, bo odkąd poznała go bliżej, widziała, jak wiele emocji sobą reprezentował i jak intensywne one umiały być, ale nie myślała, że nawet przed sobą uzna własną słabość. Czy to nie świadczyło o tym, że uznawał miłość za coś szkodliwego, oczekując jednocześnie, że ona przyzna się przed sobą do uczuć? Przed nim? Wargi jej drgnęły, jej niebieskie tęczówki przesuwały się po twarzy mężczyzny, głównie jednak skupiając uwagę na jego onyksowych tęczówkach, które w półświetle ogrodów wyglądały jeszcze ciemniej, niż zwykle. Nie przypuszczała, że mówił o własnej siostrze, chociaż pewnie byłaby w stanie część z jego uczuć zrozumieć, bo sama miała brata bliźniaka. I podobnie, jak Lou Lorettę, ona również musiała chronić Castiela. Przed oczami świata w związku z tym, że wolał mężczyzn, przed kłopotami, przed jego entuzjazmem dotyczącym wilkołaków, najczęściej przed nim samym. On był synem, ona była córką, on musiał być nieskazitelny, ona była towarem dodatkowym — tak działała ich rzeczywistość, przynajmniej do czasu aż jej brat wyjechał ze swoim ukochanym, realizując się w bardziej tolerancyjnych, bezpieczniejszych miejscach na świecie. Może to i lepiej, bo pewnie pękłoby mu serce, gdyby zobaczył, co się z nią stało. Łatwiej jej było oddychać, gdy jego tu nie było. Rodzeństwo było relacją intensywną, ale bliźnięta? To była tak intymna nić, tak ciasno splątana, że osoby, które tej drugiej części siebie nie miały, nie mogłyby tego zrozumieć. Bo gdyby się nad tym zastanowiła, to wszystkie takie pary były niczym ying i yang, kontrastowały ze sobą. Dziwne więc, że Cynthia zupełnie nie pomyślała o tym, że Louvain mógł mieć na myśli swoją siostrę.
- Nie byłeś i nie jesteś słaby. - zaczęła równie cicho, co on, głosem wyjątkowo pewnym, pozbawionym drżenia. Można przypisać mu wiele epitetów, wiele wad, ale słabość nie była jedną z nich, nie licząc tych do używek, typowo ludzkich. Nigdy o nim tak nie pomyślała — owszem bywał kretynem, bywał impulsywny, niebezpieczny, tracił kontrolę, ale zawsze wierzył w to, co robił i to sprawiło, że odbieranie go za kogoś słabego, lekceważenie, byłoby błędem. Zmienił się w ciągu ostatnich miesięcy jeszcze bardziej, zapewne przez wojnę i jego udział w rewolucji, w tej drodze do spełnienia marzenia i zrealizowania wizji, którą miał. Do zmiany świata. Panujący dookoła chaos zmieniał wszystkich bez wyjątku. Czy gdyby dostał, czego chciał, to w pewien sposób i ona nie zostałaby jego słabością, jego problemem? A może po prostu chciał to usłyszeć, a cała reszta nie miała już żadnego znaczenia, poza tym małym zwycięstwem? - Słabi ludzie nawet nie mają odwagi marzyć o zmianie świata, a co dopiero to realizować.
Wierzyła w to, że pierwszą wytyczną siły i odwagi było to, jak daleko sięgały Twoje marzenia i co wkładało się w ich realizację. Nie było to coś, o czym mówiła komukolwiek głośno, raczej myśl trzymana dla niej samej.

Wychodził tutaj jej brak doświadczenia w zawiłościach relacji damsko-męskich, intymnych. Miała szacunek do siebie oraz do innych kobiet, dlatego nie angażowała się w przelotne romanse i nie pozwalała, aby o niej plotkowano. Jej reputacja zawsze była dobra, czysta. Nie snuto podejrzeń o tym, że mogłaby mieć kochanków. Opinia i plotki o Louvaine były zupełnie inne, a dużej części nich pewnie kryła się prawda. Nigdy nie miała o to pretensji, nigdy nie komentowała i nie angażowała się w jego stosunki z innymi, bo uważała, że to nie była jej sprawa. Nie powinno jej to obchodzić, nie byli przecież na wyłączność, właściwie w ogóle nie tworzyli żadnego związku, który w jakikolwiek sposób byłby zobowiązujący. Zrozumiała pułapkę niemal w tej samej chwili, w której pozwoliła, by temat kokotek w ogóle zaistniał w ich rozmowie. Dostrzegła to w ledwie zauważalnym rozluźnieniu jego ramion, w tej specyficznej satysfakcji, która na moment wygładziła jego rysy. Faktycznie, poczuła ukłucie irytacji – ten specyficzny rodzaj nagłego skoku ciśnienia, który Louvain potrafił wywołać jednym celnym słowem – ale nie zamierzała tego ciągnąć, bo było to dokładnie tym, czego chciał. Nie chciała temu bardziej ulegać. Nigdy nie aspirowała do bycia jedną z wielu, a myśl o stawianiu jakiejkolwiek innej kobiety w upokarzającej czy niekomfortowej sytuacji, nawet w ramach tej ich dziwnej, słownej szermierki, budziła w niej instynktowny opór. To nie był jej poziom, nie była to też broń, po którą chciała sięgać. Pozwoliła więc temu umrzeć śmiercią naturalną, nie dając mu satysfakcji z dalszego błądzenia w rejonach, które uważała za zwyczajnie tanie. Nie wiedziała o nim wszystkiego – mogła jedynie przypuszczać, domyślać się na podstawie tego, jak sprawnie lawirował między kolejnymi związkami, rzadko dając się komukolwiek schwytać na dłużej. Pamiętała, że miał narzeczoną, ale nigdy nie widywano ich razem; On wydawał się mistrzem w budowaniu dystansu, który teraz, w jej oczach, wyglądał po prostu na formę obrony przed czymś, co mogłoby trafić zbyt celnie w jego ego. Bo to właśnie tam, pod warstwą arogancji, musiało kryć się przekonanie, że to kobiety są źródłem największego chaosu i bólu, przed którym on tak desperacko starał się uciec w cynizm. A może po prostu czuł się lepszy, bo był mężczyzną i w takim przekonaniu ich przecież wychowywano. Z drugiej strony, jeśli ktoś tutaj był królem lub królową dystansu, to była przecież Cynthia, czemu nie było sensu zaprzeczać. Nie nad wszystkim widocznie można było mieć kontrolę, bo gdyby tak było, nie zareagowałaby tak, jak tego oczekiwał.

Czuła jednak, że pod jego spokojem kryje się coś znacznie bardziej niebezpiecznego niż złośliwość. Jego spojrzenie nie raniło jak stal i to nie było jego celem, przynajmniej nie teraz. To spojrzenie, które jej posyłał, było raczej jak palce przesuwające się po szczelinach jej pancerza, sprawdzające, co jeszcze pulsuje pod spodem. Wiedziała, że Louvain patrzy na nią teraz jak alchemik na metal, który zamierza poddać próbie ognia. On nie chciał jej złamać – złamanie było dla niego zbyt banalne. Chciał wydobyć z niej tę wersję, którą widział tamtej nocy, gdy w jej oczach odbijały się płomienie, a ona podjęła decyzję bez drżenia dłoni. Chciał, by odrzuciła wszelkie granice, bo sam już dawno przestał w nie wierzyć lub raczej je respektować, bo gdyby nadal to robił, cała jego walka pozbawiona była sensu. Postawił wszystko na jedną ścieżkę, niezależnie od tego, jakie przeszkody będą na niej czekały i jakich ludzi, które relacje będzie musiał poświęcić. To był kolejny dowód na to, że był silnym człowiekiem, upartym i ambitnym. Dla Cynthii granice nie były słabością, przeciwnie, były jedynym, co pozwalało jej nie utonąć w mroku, który uprawiała. Jedynym, co pozwalało jej spoglądać jeszcze w lustro, bo nie była przecież tak silna i zdeterminowana, jak Louvain. Jaki sens miały świat, do którego dążył bez ludzi, z którymi mógłby tę codzienność, o którą walczył, dzielić? Nie wątpiła w to, że byłby gotowy poświęcić wszystko dla osiągnięcia celu, który sobie postawił. Dlatego właśnie potrzebował, chciał tej wersji Cynthii, która się nie wahała, która też byłaby gotowa poświęcić wszystko dla niego. Bardziej niż uczuć, on potrzebował chyba towarzyszki. Kogoś lojalnego, chociaż jeszcze chwilę temu wątpił w jej lojalność.

Z zamyślenia wyrwały ją jego słowa. Było to uderzeniem, na które nie mogła się przygotować żadnym wyciszeniem emocji. Imiona, które rzucił z taką lekkością, sprawiły, że świat wokół nich na moment stracił barwy. Czuła, jak jej ciało się spięło, jak dłonie zacisnęły się mimowolnie w pięści. Tori, Atreus, Brenna.. Ale nie tylko oni, byli przecież ci, którzy nosili maski, równie dla niej ważni, co tamta trójka. I każde ich wyjście, każda akcja, każde zamieszanie i chaos spowodowane tą wojną sprawiało, że bała się sięgnąć pod gazetę lub odczytać sowę, aby nie dowiedzieć się o tym, że któreś z nich zginęło. Nie wierzyła w bogów, ale modliła się o to, aby nie nastał wieczór, w który będą musieli stanąć naprzeciwko siebie i wyciągnąć różdżki. Walczyli po dwóch stronach barykady, a ona tkwiła na środku, mając świadomość, że jedni mogą odebrać przyszłość drugim. Zrozumiała, że drwina ostatecznie ustąpiła miejsca czemuś znacznie gorszemu – szczerości. To nie był już Louvain, który bawił się jej irytacją, sprowadzając rozmowę na poziom kochanek i chęci wbicia szpilki, to był mężczyzna, który właśnie otwierał przed nią drzwi do swojej wizji świata, gdzie nie było miejsca na sentymenty, a jedynie na brutalne fakty dokonane. Patrzył na nią tak, jakby chciał sprawdzić, czy pod jej opanowaniem kryje się wystarczająco dużo mroku, by przetrwać to, co nadchodziło. Victoria była dla niej jak siostra, była jej bratnią duszą. Podniosła na niego spojrzenie. Prosto na jego onyksowe tęczówki, szukając w nich potwierdzenia, że on również rozumie potworność własnej wizji. Jest świadomy tego, przed czym będzie musiał stanąć, bo przecież Atreus był też jego przyjacielem.
- Twoja kuzynka jest dla mnie jak siostra. Jest moją najlepszą przyjaciółką. Martwię się o nią, martwię się o Brennę… i o Atreusa, który przecież też jest Twoim przyjacielem. - zaczęła w końcu tonem, który wcale nie brzmiał oskarżycielsko, pozbawiony był pretensji, że prouszył ten temat i tak postawił sprawę. Nie zamierzała go prosić o zmianę planów, o próbę działania tak, aby miał pewność, że nic im się nie stanie, bo to było niemożliwe.
- Jeśli kiedyś nadejdzie moment, w którym będziesz miał ich krew na rękach, nie spojrzę na Ciebie z nienawiścią, nie spojrzę też na Ciebie z obrzydzeniem. Nienawiść wymagałaby wiary w to, że mogło być inaczej, a ja już dawno przestałam wierzyć w bezpieczne rozwiązania, a poza tym, wymagałaby też siły. Jej mogę wówczas nie mieć. - przerwała na chwilę, czując nieprzyjemny uścisk w żołądku. Jej głos brzmiał jednak spokojnie, stabilnie, chociaż sama ta wizja wywoływała w niej wewnętrzne drżenie. Zwilżyła wargi, czując, jak pierzchną pod podmuchami powietrza. - Może spojrzę na Ciebie tak, jak patrzy się na pustkę, która zostaje po kimś, kogo się znało? A może jeszcze inaczej. Nie wiem. Nikt nie jest pewien, dopóki te wydarzenia nie nadejdą. Wiem, że świat o który walczysz i wizja w którą wierzysz, jest dla Ciebie wszystkim. Priorytetem, wartym poświęcenia wszystkiego do jej realizacji, nawet jeśli na samym końcu drogi miałbyś zostać w tym sam.
Zamilkła na chwilę, zdając sobie sprawę, że pewnie, gdyby musiał, poświęciłby również i ją, być może nawet Lorettę czy swoją najbliższą rodzinę, bo Lou nie był kimś, kto się wahał, jeśli czegoś chciał. Chwytał to rękoma, mocno zaciskając palce. Nie było tak, że nie rozumiała, czego od niej oczekiwał. Wiedziała, że musiał to wiedzieć w sytuacji, w której się znajdował. - To już nie jest kwestia wyboru lojalności.. -rzuciła pod nosem, bardziej do siebie, niż do niego, na chwilę przymykając oczy. Odchyliła głowę do tyłu, pozwalając sobie na zebranie myśli, które bez zaklęcia, bardzo trudno było jej okiełznać, plątały się ze sobą, tworząc ciągle nowe scenariusze. - Pytasz mnie o to, czy poświęciłabym prawie wszystko, co jest dla mnie ważne i w co wierzę dla Ciebie. Tak, żebyś zawsze był moim wyborem, żebym była obok, niezależnie od tego, co zrobisz i jak ciemne stanie się Twoje serce. Musisz to wiedzieć, wiem to. Potrzebujesz konkretów. Pytanie brzmi Louvain, czy Ty byłbyś zdolny zrobić to samo dla mnie?
Zapytała w końcu, prostując głowę, robiąc pół kroku w jego stronę, rozluźniając ręce tak, że swobodnie opadły jej wzdłuż ciała.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cynthia Flint (6249), Louvain Lestrange (4867)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa