No, oby mogli to zrobić. Bowiem ostatnio za każdym razem, gdy usiłowali na kilka chwil złapać oddech, kończyli w kolejnym chaosie, który próbowali zażegnać, aby odpocząć. Po czym zamiast odpoczynku, mieszali się w coś następnego, czasami nawet niekoniecznie z własnej nieprzymuszonej woli. Później natomiast musieli zająć się i tym. I czymś więcej, i więcej. To było coś na kształt niekończącej się historii.
Ambroise miał szczerą nadzieję, że październik okaże się dla nich trochę łaskawszym miesiącem, nawet jeśli czekało ich wtedy poszukiwanie nowej nieruchomości i wiele innych dojrzałych i odpowiedzialnych czynności.
- Podejrzewam, że nawet kilka - stwierdził całkiem na serio, kiwając głową. - Swego czasu bardzo staraliśmy się wkupić w jej względy, wiesz, była jednym z nielicznych dorosłych, który był - urwał, szukając odpowiedniego słowa, po czym uderzył językiem o podniebienie, wzruszając ramionami - no, dorosły - nie musiał tego głębiej wyjaśniać, prawda?
Geraldine z pewnością wiedziała, o co mu chodzi. W końcu jej własny ojciec także był dla niej bardziej jak kolega, naprawdę dobry kumpel, aniżeli jak pełnoprawny, odpowiedzialny rodzic. Z Thomasem było dokładnie tak samo. Być może nie wybywał na polowania na wiele dni ani nie uczył dzieci starć siłowych, ale zaszywał się w laboratorium, spędzał dni w Instytucie, wyjeżdżał zagranicę. Nie był ucieleśnieniem rodzicielskiej kontroli, której poniekąd potrzebował jego syn. Niespecjalnie służył mu wzorcami.
- Kowen powinniśmy odhaczyć jak najmniejszym kosztem - mruknął, nawet nie potrzebując namyślać się, co do tego, że nie za bardzo widział spędzanie tam kilkudziesięciu minut, co dopiero mówić o godzinach.
Oby nie napotkali zbyt wielkich tłumów i kolejek przed ołtarz. O to Roise naprawdę był w stanie się pomodlić.
- Powinniśmy pomyśleć o pokaźnym barku albo co najmniej o dużej i głębokiej spiżarni - kiwnął głową, przyjmując do wiadomości te punkty na liście zakupów do odhaczenia, nawet jeśli jeszcze nie zdążyli dotrzeć bliżej straganu z alkoholami.
Potrzebowali przejść do niego jeszcze kilka metrów, więc wcześniej mogli rozejrzeć się po tym, co stało najbliżej nich.
- Nie, nie jesteśmy leniwi - przytaknął, rozglądając się dookoła. - Po prostu trochę śpiący? - Niby był to dosyć luźny żart, drobna zaczepka odnosząca się do tego, że oboje w ostatnich dniach nie zaznawali zbyt wiele snu.
On miał swoje dyżury, ona dosyć mocno odczuwała spadki energii wynikające z jej stanu zdrowia. Dodatkowo te wszystkie przygotowania do uroczystości i do kolacji z okazji sabatu. Nie mieli zbyt błogiego i spokojnego okresu w życiu. Całe szczęście, naprawdę liczył na to, że niedługo przyjdzie im trochę odpocząć. Nawet jeśli wpierw musieli znaleźć własne miejsce na ziemi.
No właśnie. Musieli. To słowo zawsze działało na niego alergicznie, jednakże tym razem nie poświęcił mu zbyt wiele uwagi. Tak, mieli swoje obowiązki. Zakupy należały do tych przyjemniejszych z listy rzeczy do zrobienia, nawet jeśli tegoroczne stragany prezentowały się bardziej ubogo niż zazwyczaj. Wybór zdecydowanie ograniczał im kreatywne możliwości.
- W tym roku najlepiej postawić na praktyczność, co nie? - Bardziej stwierdzał niż pytał, ale cieszył się, że ponownie mają zbieżność zdań.
Nie potrzebowali kupować kolejnych zbierających kurz bibelotów. Tym bardziej, że wszyscy bliscy im ludzie w mniejszym lub większym stopniu odczuli ostatnie wydarzenia, nie za bardzo mając przestrzeń na kartony z kolejnymi mało przydatnymi pierdołami. Tegoroczne prezenty powinny być starannie wybrane, jak praktycznie co roku, ale znacznie bardziej użyteczne niż większość tego, co dało się tu kupić.
Jeśli zaś już o to chodziło...
- Obrzygałaś mu buty? - Zamrugał zaskoczony, posyłając zdziwione spojrzenie w kierunku dziewczyny, jednakże nie zasypał jej lawiną pytań odnośnie okoliczności, bowiem raczej wydawały mu się dosyć jasne.
Poranne mdłości potrafiły zaskoczyć. Nie musiał być ekspertem odnośnie stanu błogosławionego, aby wiedzieć, jak bardzo mogły męczyć. Wystarczyło, że miał oczy i chociaż trochę łączył kropki.
Niespecjalnie zdarzył powiedzieć cokolwiek innego, prawdę mówiąc, nawet nie mając okazji wyrazić swojej aprobaty wobec pomysłu dziewczyny, gdy Geraldine ruszyła w kierunku peleryn i płaszczy. Całkiem dobrze wyglądających, szczerze mówiąc. To mógł być naprawdę niezły wybór, o ile na straganie mieli w asortymencie coś na niestandardowo zbudowanych ludzi.
Całe szczęście, dokładnie na to wyglądało, bo gdy podszedł za żoną do sprzedawcy, jego oczom ukazał się całkiem satysfakcjonujący widok. Co prawda, same płaszcze wyglądały na dosyć okrojone w rozmiarówce, za to peleryny?
- Może coś takiego? - Zasugerował, lekko dotykając dłonią wskazanego okrycia wierzchniego.
Uszyta z ciemnozielonej, grubej tkaniny peleryna była zdobiona wyszywanymi złotą nicią liśćmi dębu i kasztana. Materiał wydawał się odrobinę szorstki w dotyku, ale z pewnością miał dobrze układać się na noszącym go człowieku. Dało się to dostrzec już po samym kroju elementu garderoby.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down