• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka Knieja Godryka v
1 2 Dalej »
[14.09] O czym milczy twoja knieja?

[14.09] O czym milczy twoja knieja?
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#21
19.11.2025, 01:16  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.11.2025, 02:48 przez Helloise Rowle.)  
Pogarda Lestrange’a dla Ziemi jako rzeczy brudnej i niższej była pomyłką. Ziemia nie bez powodu tytułowana Matką rodziła życie, wykarmiała cierpliwie swoje dzieci, tuliła kości. Wszyscy Ziemi będą oddani. Pokolenie odejdzie za pokoleniem, Ziemia będzie trwać.
Pomyłką również było przeświadczenie o tym, że Louvain Lestrange może kształtować i kierować gniewem Helloise. Tym ostrym gniewem, którym posłużyła się do wyszarpania z szeregów starego rodu, gdy malutki Louvain nie miał jeszcze nawet pierwszej różdżki.
— Myślisz, że nie wiem, co robię? — syknęła przejęta pobłażliwą wesołością czarownica, gdy zasugerował, że brak jej wprawy w wykorzystaniu tego pędu dla określonych celów. Cel był zawsze określony i zawsze jeden, zawsze do jednego wykorzystywała tę energię: aby na świecie wymusić zmianę zgodną ze swoimi życzeniami i zachciankami.
Gniew Helloise przerastał konsekwencje, które spadały na nią ze strony rodziny. Nie potrafiły zdmuchnąć go ich najdotkliwsze kary, połajanki, zawstydzenie, na które natrafiała, gdy wojowała z nimi złym buntem. Louvain zaś ofiarował jej coś nowego, czego jeszcze nie znała. Pozwolił jej na wszystko, nie stawiał oporu, nie szukał odwetu, nie zmieniał jej kierunku. Zapłonęła i dopaliła się naturalnym tempem, nie zdusił jej przedwcześnie niczyj but. Wyjątkowo na końcu nie czekało jej bolesne zderzenie z dotkliwą konsekwencją, lecz wyzwalająca satysfakcja. Widziała w zadowoleniu na twarzy Śmierciożercy, że i on wiedział, co zrobił — że dokładnie to chciał jej pokazać, udowodnić coś w ten sposób. Nie miało to znaczenia, bo ona dostała od tej niewielkiej chwili spełnienie. Nie patrzyła w przód — na to, do czego Lestrange być może będzie chciał wykorzystać wnioski z tego doświadczenia, że być może będzie to wbrew niej.
Jej widzenie ograniczyło się do krwi, która wysączyła się tam, gdzie pod jej palcem nadspodziewanie łatwo ustąpiła jego warga. W półmroku chaty Helloise potrzebowała chwili, aby upewnić się, że jest prawdziwie czarna — czyżby Black? Wiedziała, co znaczy kontakt z tą krwią.
Chłonęła jego modły zahipnotyzowana atmosferą, ciekawa biegu jego rytuału. Gęsta duchota dziwnego, religijnego misterium łatwo wsiąkała w zmęczoną, otumanioną alkoholem i opium głowę. Otulała wielką obietnicą wprowadzania w coś mistycznego. Do tego przecież tak chętnie czarownica lgnęła — do zatracenia w czymś większym, starszym, potężniejszym od siebie. We wspólnocie kultu Bogini, dostąpieniu łaski i opieki Bóstwa, rytuałach kowenowych. W szumiącym kulcie Kniei, gdzie dopuszczono ją do mądrości prastarego lasu, jego strażników i przodków jej matki, gdzie sama miała zniknąć pewnego dnia i być włączona w zastęp duchów-przewodników dla kolejnych pokoleń, odrodzona w szepcie liści.
Louvain oferował jej nowy kult i był w tamtej chwili kusząco przekonujący. Wyciągnął do niej łagodnie rękę, poczęstował ją znakiem, zimnym palcem pozostawił czerń na jej czole, na ustach. Poddała się temu biernie. Nie odwróciła wzroku, gdy próbował ją przejrzeć. Niech patrzy. Niech szuka, czego chce. Mało miała do ukrycia. Sama nie potrzebowała zaglądać głęboko w jego czarne oczy, żeby wiedzieć, jaki sztandar niesie ten kapłan. W zębach spływających czarną krwią trzymał śmierć skapującą w wypaczone odmęty, wśród których gubiła się dusza rozsmakowana w męczarni i bólu. Czarownica umiała wyczuć jego rytm, odczytać niesioną przez niego pieśń, rezonowało to i w niej — choć nie była okrutna, i w jej świecie było miejsce na przemoc oraz śmierć.
Gdy prawił swoje złowrogie błogosławieństwa, nie odrywała głodnego wzroku od jego ust zakwitłych czernią lśniącą jak rosa na płatkach kwiecia Maida Vale. Tak samo jak Helloise pożarła złośliwie czarne róże z ogrodu Lestrange’ów, tak teraz zapragnęła pożreć i jego. Wcierając palcami krew w jej wargi, podsycił jedynie to pragnienie odkrycia na własnej skórze sekretów wysączonych z jego żył. Sam wyzbył się prawa do odmowy. Uczynił z siebie ołtarz; zaprosił, aby na nim ucztowała. Dlaczego miałaby nie wychylić i zimnego kielicha jego ust. Pocałowała go, żeby skosztować więcej tego jadu. Wargami rozchyliła wargi, koniuszkiem języka delikatnie zebrała z rany czarną krew. Poczęstowała go wyrachowaną czułością, aby samej odurzyć się tą fascynującą trucizną, która zawierała w sobie potencjał każdej toksyny świata.
Gdy Helloise nasyciła się i odsunęła od Louvaina, rozkoszny halucynogenny jad spłynął po jej gardle ciemną falą. Uśmiechała się poznaczonymi czernią ustami; uśmiechała się mimo runy, którą na niej zostawił, a której mocy zuchwale nie uznawała. Mierzyła go wzrokiem leniwym i nieostrym, zmroczonym mgłą upojenia. Zdawało się, że oboje wyniosą z tej wieczoru satysfakcję, lecz…
— On to bóg, który nic nie tworzy. Sama w nim śmierć — zawyrokowała czarownica, cofając się jeszcze kilka kroków, rozwiewając nadzieję na to, że dołączy do ich orszaku tak po prostu. — Również nieprzyjaciele Pani niszczeją jako dym, lecz w prochach ich rodzi się nowe życie, prochami Pani nawozi dalsze dzieło swoje. Świat pod Czarnym Panem zaiskrzył, strawił ścierwo i strawił uczciwych, lecz nie widzę, aby on siał na zgliszczach. Nie poznałam dzieła stworzenia tego boga, jak codziennie poznaję projekt Pani. Nie mogę go wyznać.
Ziemia, którą Louvain gardził, kryła nie tylko gnijące szczątki. Ziemia obracała cykl życia i śmierci, które współistniały w niej. W oczodole pogrzebanego trupa kiełkowało nasienie, na truchłach żywiło się robactwo, które samo stawało się pożywieniem dla kolejnych ogniw. Ziemia podtrzymywała życie, Ziemia robiła użytek ze śmierci. Ziemia pozostawała w równowadze.
— On to bóg tych, którzy szczycą się szacunkiem do magicznych tradycji, a pozwalają, aby burzyć święte miejsca, wokół których budowali nasi przodkowie. Bóg tych, którzy pozapominali, że prastara i godna zachowania jest nie tylko krew, lecz i miejsca, w których drzemie moc. Ta sama czysta moc, która płynie w nas, płynie w starej krwi. — Zarzut nie był agresywny. Helloise wydawała się jedynie gorzko rozczarowana tym, jaką drogą Śmierciożercy podążali. — Trzeba obłudy, aby zasłaniać się krwią i tradycją, a bezcześcić ich źródło. Nie mogę go wyznać.


dotknij trawy
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#22
07.01.2026, 20:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.01.2026, 21:27 przez Louvain Lestrange.)  

Pozwolił, by między nimi zapadła cisza. Nie ta niezręczna, lecz ciężka, nabrzmiała znaczeniem. Czuł ją w ciele szybciej, niż potrafiłby ją nazwać. W klatce piersiowej pojawił się ucisk, znajomy i nieprzyjemny, jakby żebra przez chwilę zapomniały, jaką mają pełnić funkcję. Oddech spłycił się mimowolnie, nie z lęku, lecz z konieczności, organizm reagował na nadmiar bodźców, na obecność czegoś, co nie mieściło się w zwykłej skali komfortu ani zagrożenia. Pewna część tej reakcji była dla niego irytująco jasna dopiero wtedy, gdy już się wydarzyła. Zrozumiał, że Helloise wymusza na nim coś, czego od dawna unikał, uczciwą odpowiedź ciała, nieskrywaną za maską ideologii ani za chłodem wyuczonych ról. Zazwyczaj potrafił myśleć o ludziach jak o figurach, o rozmowach jak o układach sił, o wierze jak o narzędziu. Przy niej ten porządek zawodził. Nie dlatego, że była silniejsza. Dlatego, że była nieporządna w sposób, który wymykał się klasyfikacji. - Myślisz, że stawiam go przeciw Matce - odezwał się w końcu. Gdy podniósł wzrok, Zimno poruszyło się w nim powoli, bez gwałtowności, jak przypomnienie, że w tej przestrzeni nie jest sam. Serce uderzało miarowo, zbyt mocno jak na spokój, zbyt równo jak na gniew. Trupi chłód zapulsował wyraźniej pod gardłem, gdy przełykał miarową ekscytację. To było napięcie bez ujścia, reakcja na obecność Helloise, która przestała być tylko rozmówczynią, a stała się punktem odniesienia.

- Ona jest odpowiedzią na ludzką słabość. On, na ludzką ślepotę. Poruszyła się, a on zareagował drobną korektą postawy, niemal niezauważalną. Ciało szukało osi, pionu, porządku, którego nie dało się już w pełni przywrócić. Skóra na przedramionach mrowiła chłodno, kamiennie, tak zawsze reagował na momenty, w których idea zaczynała domagać się ceny.
Wtedy go pocałowała.

Przez ułamek sekundy Louvain miał jeszcze złudzenie wyboru. Rozum próbował podsunąć gotową ocenę: brud, ziemia pod paznokciami, prymitywny gest zawłaszczenia, potwierdzenie wszystkiego, co wcześniej o niej pomyślał. Myśl ta była jednak spóźniona, jak argument wypowiedziany po zamknięciu drzwi. Ciało nie potrafiło odmówić sobie tej chwili. Zareagowało instynktem, który nie pytał o sens ani racje, instynktem, który rozpoznaje przyjemność szybciej niż znaczenie. Nie odsunął się. Nie zesztywniał. Pozwolił jej czerpać, jakby ten akt był czymś należnym, niemal oczywistym. W piersi rozlało się ciepło, obce jego wcześniejszym myślom, niepasujące do chłodu, który tak starannie w sobie układał, pielęgnował. A nalewka zrobiła resztę. Rozum, już wcześniej stępiony, tracił kolejne przyczółki. Myśli przychodziły wolniej, mniej stanowczo, jakby nie miały już pełnego prawa głosu. Zamiast nich odzywały się reakcje prostsze: oddech, napięcie mięśni, ciężar ciała, które nie szukało ucieczki. Pozwolenie przyszło zbyt łatwo. Zbyt naturalnie. Zimno w nim nie zaprotestowało. Nie przerwało tej chwili. Trwało skupione, czujne, jakby samo chciało zobaczyć, dokąd zaprowadzi ta zdrada kontroli. A Louvain pozwolił, by trwała o ułamek sekundy dłużej, niż nakazywałby rozsądek. Dopiero potem przyszła myśl, nieprzyjemnie wyraźna: że rozum może rościć sobie prawo do oceny, ale to ciało pierwsze decyduje, co jest prawdą w danym momencie. Wierzchem dłoni otarł usta z nadmiaru obu płynów. Jego krew jak jej nalewka, w tym świetle ciężko było odróżnić nawet kolor. Krew jednak, tak ciepła jak podmokła mogiła jesienią, szybko zastygała mu na torsie. Zakrzepnięta, pokruszyła się po podłodze, kiedy naprężone ciało domagało się więcej. Mieszanka dumy, ego i poczucia obowiązku pozwoliły mu jednak wrócić na właściwe tory własnego myślenia.

- Matka uczy ceny - podjął w końcu, głosem spokojniejszym, niż się spodziewał. - On przypomina, co się dzieje, gdy człowiek uzna, że cena została już zapłacona za niego. Przesunął palcami po krawędzi stołu, jakby odmierzał czas. - Czarodzieje uznali świat za dziedzictwo. Magię za przywilej. Stworzenia za zasób. Uwierzyli, że wszystko to należy im się z urodzenia. To nie była herezja. To była arogancja. Zimno w nim nie buntowało się przeciw niej, nasłuchiwało. Jakby rozpoznawało w Helloise coś nie sprzecznego i nie zgodnego, lecz potencjalnie równorzędnego. - Czarny Pan jest tą samą odpowiedzią co Matka, tylko z drugiego końca spektrum. Odpowiedzią na to, co stanie się z człowiekiem, jeśli uwierzy, że ziemia i jej stworzenia są mu nadane z urodzenia. Karą za to, co czarodzieje uczynili ze swoim największym darem.

I wtedy przyszło zmęczenie. Nie gwałtowne, nie dramatyczne, raczej ciężkie, osiadające w mięśniach i za oczami, lepko przypominające, że nalewka w końcu upomina się o swoje. Louvain poczuł, że granica została już dotknięta; każde kolejne słowo byłoby nadmiarem, a nadmiar w takich chwilach bywa zdradą sensu. Zatrzymał na niej spojrzenie nie jak ktoś, kto się żegna, lecz jak ktoś, kto zostawia po sobie pytanie i wie, że będzie ono wracać. - Nie szukaj mnie. Szukaj NAS, szukaj JEGO. Cofnął się o krok, potem o drugi. Różdżka błysnęła krótko, bez ceremonii. Powietrze zadrżało, jakby ktoś na moment naruszył strukturę snu. I Louvain zniknął. Chatka została z Helloise, z zapachem pracy, z resztką ciepła po obecności, z myślą, która miała wracać wtedy, gdy zostanie sama. A on sam, już gdzieś pomiędzy miejscami, pomyślał tylko, że jeśli nie odszedłby teraz, nalewka zrobiłaby to za niego.

Postać opuszcza sesję
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#23
27.01.2026, 22:52  ✶  
Jeśli Helloise widziała Czarnego Pana jako wroga Bogini, to nie ze względu na to, co głosił, a ze względu na to, co czynił w imię tych poglądów. Nie mogło być drogi do konserwatywnego porządku, która prowadziła przez ruinę miejsc świętych, burzenie obrzędów sabatowych i zakłócanie równowagi w Naturze. Lord Voldemort i Śmierciożercy nie byli opdowiedzią na ślepotę, a ślepymi — lecz bywało, że i ślepym się oczy otwierały, a kierunek przecież obrali dobry.
W tej intuicji pchającej Śmierciożerców ku sile i dominacji Helloise dopatrywała się nadziei. Nawet jeśli nie baczyli oni na rzeczy właściwe, to nie wypierali pierwotnego instynktu, który nakazywał im działać w interesie swojego gatunku — bo interesu czystokrwistych z pewnością nie realizowało Ministerstwo. Pętało ono ich przyrodzony potencjał prawami służącymi wyłącznie tym, którym brakowało pewności siebie i ducha, aby ustanowić sobie miejsce w świecie własnymi siłami. Śmierciożercy wyłamywali się spod jarzma wymuszonego na społeczeństwie sztucznego porządku i za samo to Helloise patrzyła na nich z pewnym sentymentem. Być może jedyne, czego potrzebowali, to głos duchowego przewodnictwa w tej walce słusznej, a bezbożnej. Być może potrzebowali kogoś, kto zachowa ich od kroczenia ścieżką bluźnierstwa oraz odnowi tradycje starsze i potężniejsze niż transakcyjne rodowe kontrakty.
Bogini nie była bowiem opozycją Voldemorta, nie stała naprzeciw niego na żadnym spektrum. Bogini była równowagą i harmonią, którą niedoskonałości wszelkiego stworzenia nieustannie szarpały. Dążenie magów krwi czystej do powortu na szczyt hierarchii było zaś instynktem przyrodzonym i w pełni naturalnym. Celem niemożliwym do osiągnięcia, nigdy w pełni, lecz w samej swojej istocie słusznym, bo zgodnym z naturą ich i kierunkami naturalnego porządku.
Podczas Spalonej Nocy widziała w ich maskach i szatach surowy monolit. Śmierć bez odrodzenia, bezbarwny pluton egzekucyjny. Louvain pokazał jej poprzez swój moment słabości nowy potencjał. Pod czarnymi mundurami były dusze, które nie zawsze wiedziały, czego szukają. Zbyt były skupione na elemencie destrukcji, aby pamiętać o pięknie tworzenia i głębokiej relacji magii z naturą. Czyż nie grzechem byłoby błądzących nie napomnieć?
Louvain zniknął, a wraz z nim całe duszne podniecenie, cały czar upiornej nocy, cała podniosłość rytuału. W cichym półmroku ciemnej chaty powietrze stało się nagle zbyt rzadkie, zbyt puste, zbyt nieruchome. Poczucie uziemienia w rzeczywistości niemrawo próbowało przebijać się do świadomości Helloise, lecz było jak dalekie niewyraźne echo, zbyt odległe, żeby zdołało zagłuszyć niewyszukaną kopozycję trucizn krążącą w jej żyłach. Czarownica zaczepiła się pustym wzrokiem o miejsce, z którego zniknął Lestrange, lecz nic tam zmęczonymi oczyma nie dostrzegła poza długimi cieniami rzucanymi przez migotliwy blask świec na las roślin doniczkowych. Na granicy pola widzenia cienie rozciągały się, tańczyły. Helloise zamrugała, westchnęła słabo. Plamy wciąż rozlewały się po bokach. Zmusiła umysł do bolesnego wysiłku skupienia wzroku. Rzeczywistość nie przestawała się zakrzywiać.
Sięgnęła w pamięć w poszukiwaniu rozmywających się wraz ze zniknieniem Śmierciożercy śladów jego wizyty. Trafili tu razem spod Kniei. Znalazł ją pod Knieją. Tyle pamiętała. Potem strach. Spojrzała w dół, na swoje dłonie. Opuszki wciąż zdawały się pamiętać zimno jego skóry. Jej palce  wydłużały się na jej oczach, wykrzywiały, nienaturalne, nie połamane, nienaturalne. Oczy spadły jeszcze niżej, na fizyczne tropy obecności: wino, krew… eliksir zostawiony na kuchennym blacie. Obróciła się. Był prawdziwy. Śmierciożerca zostawił ją z owocem prac tej nocy i porcją płynu z rogu buchorożca. Zrobiła krok w stronę naczyń, zagubiona we własnym domu, rozglądająca się po nim podejrzliwie, niby pierwszy raz widziała to wnętrze. Powlokła za sobą stołeczek, przysiadła na nim, ciało bezwładnie zawaliło się na blat jak szmaciana laleczka, potargane włosy wkleiły się w porozlewane na blacie odczynniki. Czarownica poruszyła ustami, spłynął z nich rozmiękły bełkot. Wpatrywała się w refleksy płomieni układające się na szkle fiolek, coś było z nimi nie tak. Uczucia tej wszechogarniającej niewłaściwości nie potrafiła stłumić. Za jej plecami kluły się szelesty i kluły się ruchy — nie powinny tam być. To było nie tak. Uniosła słabo rękę, nadgarstek opadł jak kielich zwiędłego kwiatu, poruszyła nim, odganiając majaki natrętne jak muchy. Opadła ta ręka bezsilna na fiolkę: szkło było pod zaciśniętymi palcami twarde i ciepłe od warzenia nad ogniem mikstury. To było prawdziwe. To było tak. To było prawdziwe. Stół, który wybrzuszał powierzchnię blatu, nadymał się niczym żywe trzewia stwora…
Halucynacje. Wiedziała, że halucynuje. To ta krew na jej ustach. Czuła wciąż jej smak, wylizywała ją spomiędzy zębów, zebrała palcami zasychającą czarną skorupę z warg i twarzy. Ostatnią siłą wydobyła z przepastnej narkotycznej otchłani trzeźwą myśl: należało zabezpieczyć eliksiry.
Zmusiła się, aby zakorkować naczynia. W transie wstała, chwiejnie podeszła pod kredens ze zbiorami i pochowała je wśród innych fiolek. Nie mogła długo się odsunąć. Klęczała przed otwartą szafą, zawieszona w momencie, kołysała się na piętach. Pogubiła się we wspomnieniach wieczoru. Zmęczona i otumaniona poddała w końcu myśl o tym, że należało wstać. Położyła się na deskach zapylonej, kuchennej podłogi, podczas gdy z kątów i cieni pomieszczenia wypełzały dzikie potworności. Z donic wylęgła się pulsująca gęstwina pędów i gałęzi, pod liśćmi brzęczały roje szeptów i syków diabelskich. Mięsiste ciała kwiatów rozwierały paszcze, błyskały zębami, wiły się śród przestrzeni kuchni, która ogromniała. Śmiały się drapieżnie przyczajone wśród tej puszczy czarne bezzębne mordy masek, wykrzywiały się z trzaskiem rozciąganych drewnianych ścięgien, gdy przebierały się w ekstazy i udręki. Ten szpaler biesów i serafinów, demonów i bogów — wszystkich uczynionych jej ręką, teraz szydził ze swojej stwórczyni. Stylizowane pyski przemieniały się, schodziły ze swoich miejsc na ścianach chaty, aby stać się częścią dudniącego obrzędu. Wyroiły się spomiędzy gęstwiny duchy zwierzęce, nieuchwytne złe zjawy, i dołączały do piekielnego orszaku. Powietrze szumiało ich obecnością, napinało i krzywiło przestrzeń, podłoga drżała pod stopami pląsających czarcich pomiotów.
Sparaliżowana czarownica odwróciła głowę od tego mirażu przemian. Zapatrzyła się w ogień trzaskający na palenisku, a płomienie wykrzywiały się pod jej wzrokiem. Między opalanymi szczapami przewracały się gnijące sczerniałe jaja, buchały gorącym smrodem drażniącym gardło i nos, szarpiącym żołądek. Helloise oddychała coraz płycej, chciała znów odwrócić głowę, gdy jajka zaczęły z trzaskiem się wykluwać. Z cuchnących skorup wyłaziły zdeformowane ohydne gady o psich pyskach, wiły się w kominku jak obierzłe wężowisko, spływały na podłogę tuż przy kobiecie. Błyskały głęboko osadzonymi ślepiami, wiły śliskie cielska. Obrzęd za nią zgęstniał, zwarł się, ujednolicił rytm — już nie dziki i zwierzęcy, a surowy i zdyscyplinowany przemarsz ciężkich butów z łoskotem uderzających o podłogę stalowymi podeszwami. Znajomy rytm. Poznawała te kroki. Poruszały się po śladach stóp, jakie zostawiła w jej domu klątwa Spalonej Nocy. Wiedźma starła ślady przekleństwa z podłogi, lecz pozostały wypalone w jej pamięci. Znała układ klątwy Voldemorta na wylot. Oderwała policzek od podłogi, przekręciła głowę na drugą stronę, gdzie po kuchni wirował czarny dym i pył, fruwały w tańcu klątwy czarne opończe i splatały się bezładnie dziesiątki nóg. Maszerowały w tę i z powrotem, zapętlone w krokach, a każde rytmiczne uderzenie wstrząsało chatą.
Helloise uniosła się ciężko na zdrętwiałym ramieniu. Splunęła na podłogę obrzydliwą czarną krwią. Nowa flegma podchodziła jej do gardła. Kobieta wyrzucała z siebie w kałużę gęstej wydzieliny czarne skrzepy, zagruchotały o podłogę kosteczki wycharkane z labiryntów jej własnych żeber. Mnożyły się przed jej oczami czarne cienie, napierały na nią ich czarne szaty, głowa trzaskała bólem. A mimo to przez ciało przetoczyła się niewytłumaczalna fala euforii i wyszła z wiedźmy kilkoma gwałtownymi szarpnięciami rzężącego, chrapliwego śmiechu.
Wierzchem dłoni otarła ślinę z twarzy. Wszystko to była kara za jej własne decyzje. Sama ściągnęła na siebie to piekło, więc sama przez nie przejdzie.
Gdy odwróciła się do ognia, czekał na nią przy palenisku ten sam Śmierciożerca, który wykrwawiał się tu kilka nocy temu. Siedział oparty plecami o gorącą kamienną ściankę kominka, umizgiwały się do niego cienie, ciemność ocierała się o zaropiałe rany. Uśmiechał się pod maską, widziała z mikroskopijną dokładnością, jak poruszają się zasłonięte usta, mimo że skryte za stalową zasłoną. Miała się go bać. Miała się bać tego upiora znalezionego w pożarach. Miała się bać jego majaku, gdy zaczął podśpiewywać tę samą pieśń kowenową, którą ona mu tamtego dnia zanuciła. Czas puchł, wiązał melodię, zatrzymywał nuty i wydłużał je. Mijały, jakby godziny całe między jednym mrugnięciem oka a drugim. Każde miało być tym, które skończy koszmar — żadne nie było.
Miała się bać. Chatę na kurzej stopie opasała gruba warstwa lęków przywianych znad Kniei — napierały na jej ściany, napierały na Helloise. Śmierciożercy się jednak w bezsilnym przytłoczeniu halucynogennymi wizjami uparcie nie bała, a każde ukłucie strachu jedynie bardziej ją rozsierdzało.
Czarownica chwyciła się blatu, uniosła się na słabych nogach.
Śmierciożerca tu nie zostanie w żadnej formie. Nie godziła się na to.
Ręką, która wydawała się obca i odległa, a mimo to była posłuszna jej woli, Helloise wybazgrała list do Leviathana:

Zabierzesz go
Przyjdź i zabierz to
Nie może tu zostać

Nie była pewna, kiedy go wysłała. Czy karteczka trafiła w szpony ptaka pocztowego jeszcze w nocy, czy już potem, nad ranem. Nie skończyła jednak jeszcze wiedźma stawiać ostatnich liter, gdy podłoga zatrzeszczała przeraźliwie pod naporem kolosa. Większego i głośniejszego niż wszystkie dotychczasowe majaki. Czegoś, co już od progu obezwładniało strachem, jeszcze nim zostało ujrzane. Helloise podniosła oczy na widmo z Kniei, które ze zwieszonym głodnym łbem wyczołgało się na wydłużonych kończynach zza progu jej pracowni. Czarne monstrum tej skali, że powinno zerwać sufit chaty.
Do tej pory halucynacje ślizgały się przed oczami, męczyły i tak wycieńczony umysł, lecz były tym i tylko tym — halucynacją. Teraz wyrwały się spod kontroli. Temu lękowi czarownica nie była zdolna się przeciwstawić. Objął ją całą, wyzuł z racjonalności. Oszalała ze strachu osunęła się znów na podłogę, gdy kolejne potwory trzęsły konstrukcją chaty, krążyły wokół niej po kuchni.
Serce waliło tak szybko, że zdawało się, że nie wytrzyma kolejnej minuty. Bała się, że to ją wykończy. Nie zwalniało, nawet gdy próbowała uspokoić oddech. Za głęboko wbiły się w nią szpony strachu. Dotarła na granicę wytrzymałości, chciała wyjść z psychodeli, którą sama spiła z ust Louvaina. Zaciskała w desperacji oczy, lecz próżne były to próby. Gdy opadały powieki, halucynacje stawały się jedynie bardziej szaleńcze. Wyzwalając je spod ograniczeń wzroku, dawała im jedynie więcej wolności. Wiedziała, że ten sen kiedyś się skończy. Musiała tylko utrzymać się nadziei, przeczekać działanie narkotyku. Nie musiała nic robić. Wystarczyło leżeć i czekać, aż ciało pozbędzie się toksyny. Czas wlókł się, zatrzymywał, cofał. Zakrzywiał wraz z wizją. Wiedziała, że wszystko to będzie miało koniec, nawet jeśli koniec w tamtej chwili wydawał się nieosiągalny. Chwytała się myśli o końcu. Chwytała się desperackich ruchów. W krótkich chwilach bezprzytomności szarpała się w ciele, próbowała przebić świadomość przez fizyczną skorupę, eksterioryzacją wydostać z koszmaru przywidzeń, lecz była zbyt słaba na skupienie energii w akcie nekromancji. Świadomość migała jedynie boleśnie związana ciałem.
Matko, miej nade mną litość. Każda modlitwa i każda medytacja, w której próbowała się kryć przed potwornymi obrazami, zdawała się czernieć i plugawić na ustach Helloise, jakby modliła się do złego boga, lecz modliła się mimo to. Żaden bóg nie nadszedł — ni dobry, ni zły.
Jeszcze nim noc się skończyła, czarownica w szale wtargnęła do pracowni. Nieskoordynowanymi ruchami ścierała węgielne rysunki widm, którymi ozdobiła ściany własnego domu jako wieczne przypomnienie o grozie zamieszkującej las. Pomiędzy jedną a drugą falą halucynacji, Helloise wyczołgała się na taras przed chatą. Patrzyła na niespokojne kury. Ostre gdakanie kaleczyło przebodźcowany umysł. Na kogucich karkach siedziały przyczajone demony. Widziała lęgnące się w kurzych trzewiach widma. Czarne upiory kotłowały się w koraliczkach kurzych oczu.
Ogłupiała ze strachu wiedźma próbowała łapać ciężki oddech. Zesztywniałe mięśnie rąk zacisnęły się bez jej woli, dyszała.
Zamknęła oczy. Gdy je otworzyła, podwórze było ciche.

* * *

Ile tygodni upłynęło tej nocy? Biały poranek zastał chatkę na kurzej stopie pogrążoną w głębokim śnie. Na blatach kuchennych wciąż rozłożone były nieuprzątnięte szkła laboratoryjne. Pod stołem leżała stłuczona karafka opium, które wsiąkło w deski podłogi. Obok okruchów naczynia smętnie ciśnięto rzeźbione maski o nieruchomych twarzach. W pracowni czarownicy ściany czerniły rozmazane plamy węgla, które niegdyś były rysunkami pokazywanymi uporczywie odwiedzającym chatę na kurzej stopie. W dole w ogrodzie spokojnie spały obok własnych dekapitowanych łbów kurczęta w kubraczkach z mokrych szkarłatnych piórek.
I w końcu Knieja zamilkła.

Koniec sesji


dotknij trawy
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Eutierria (243), Helloise Rowle (10537), Louvain Lestrange (10463)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa