• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[26/09/72] O czym grzmi wasz Manifest?

[26/09/72] O czym grzmi wasz Manifest?
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#1
27.01.2026, 22:53  ✶  

Bomba!



Tak się złożyło, że tego dnia Helloise przygotowała sernik różany w motywie Maida Vale. Dla smaku w spodzie kardamon, w masie biała czekolada i woda różana — jako że szkoda było wiedźmie wodę z czarnej róży wylać do ciasta, doprawiła je klasyczną wodą różaną. Płatki czarnej róży z Maida Vale znalazły się natomiast poukładane na serniku jako ozdoba, a pomiędzy nie czarownica wkomponowała również słodziutkie, białe kwiaty księżycowej rosy.
Choć wyeksponowany na paterze kwiatowy sernik Maida Vale stanowił niewątpliwie najapetyczniejszą ozdobę kuchni, nie był jedynym, co tego dnia znajdowało się na blacie roboczym. Czarownica przygotowywała się do warzenia eliksirów, o które prosił Leviathan, aby nie zaskoczył jej następnego dnia brak żadnego składnika. Ze spiżarni wyjęty został zatem między innymi słoiczek proszku z brodawkolepu czy wybuchające muchomorki straszące intensywnymi kolorami kapeluszy. Nad ogniem na palenisku bulgotała aromatyczna zupa grzybowa na obiad, a w kociołku obok… coś zdecydowanie mniej zachęcającego, a gęstego i podejrzanego. Trudno byłoby nazwać kuchnię uporządkowaną, gdy tu i tam stały flakony i buteleczki fantazyjnych mazi, słoje z proszkami, ziołami czy zwierzęcymi kłami — lecz w kontraście do ostatniej wizyty Louvaina, miejsce zdawało się przytulniejsze.
W kuchni było ciepło, płomienie trzaskały przyjemnie, czasem przez próg z sąsiedniego pomieszczenia dolatywała daleka woń uspokajającego kadzidełka, zza okna wpadało gdakanie krażących po podwórzu kurczaków. Helloise leżała przy ogniu rozłożona na poduchach oraz futrzanym dywanie w tym samym miejscu, gdzie jeszcze kilka tygodni wcześniej znajdowała się krwawa plama — zniknęła dzień po wizycie Lestrange’a. Tego popołudnia czarownica zabawiała się studiowaniem atlasu magicznych płazów. Wokół jej legowiska orbitowały luźne kartki z notatkami, a przy jej boku z pyskiem wtulonym w fałdy sukni drzemał oswojony lis wielkości średniego psa. Twarz miała zdrowszą, oczy — choć wciąż wyglądały na światy jakby zza mgły — nie były już aż tak zmęczone niewyspaniem i przeziębieniem.
Helloise pozwoliła sobie zapomnieć Spaloną Noc, a i wrażenia po widmach, które widzieli tamtego dnia z Louvainem, zdążyły stracić na intensywności. Wszystkie te dobroczynne efekty czarownica przypisywała sabatowi Mabon — modlitwie i ofierze. Odzyskała dzięki pobożnemu spędzeniu świąt spokój ducha, wiara dodała jej nowych sił i nadziei. Mimo że data sabatu znaczyła datę równonocy jesiennej, a więc coraz szybciej umierającego dnia, czarownica czuła się raczej, jakby wyszła z ciemności, niż ku niej kroczyła.
Wiedziała, że Zimny Śmierciożerca wróci kiedyś. Nie miała wątpliwości po tym, jak zostawił ją z buchorożcem oraz miksturą stworzoną tamtej nocy. Kiedykolwiek otwierała szafę, gdzie pomiędzy jej zbiorami czekały jego rzeczy, miewała krótkie momenty pokusy zabrania części surowca dla siebie. Przedmiot był rzadki, a Louvain nie miał w głowie miarki, aby mógł zauważyć zniknięcie niewielkiej porcji. Nie z lojalności do niego raz po raz rezygnowała z tego pomysłu. Ilość, którą mogłaby niepostrzeżenie ukraść, była niemal bezużyteczna, a okradanie Śmierciożercy mogłoby zostać pewnego dnia poczytane za okradanie Czarnego Pana. Gra niewarta świeczki.
Czekały więc na Lestrange’a jego fiolki nienaruszone. Wraz z nimi zaś jego miotła i kurtka, po które wiedźma wróciła pewnego dnia w tamto miejsce pod Knieją.
Samym Śmierciożercą nie interesowała się, nie wypatrywała go, nie wypytywała o niego. Raz tylko tuż po samej wizycie, wciąż wytrącona z równowagi, bliska była opowiedzenia wszystkiego Leviathanowi, lecz i z tego zrezygnowała. Gdy ochłonęła, odzyskała pewność siebie, a wspomnienie okrzepło, ani myślała więcej pozwalać temu wypłynąć. Lubiła wiedzieć — szczególnie gdy inni nie wiedzieli i mogła tą wiedzą manipulować wedle własnego uznania. Lepiej było przyczaić się i poczekać, jak sytuacja się rozwinie i czy nie nadarzy się okazja, aby to jakoś na swój tylko użytek wykorzystać wedle swojego tylko uznania. Levi zaś, jak to miał w zwyczaju, mógłby chcieć zaingerować w jej sprawy, krytykować plany, a przecież Helloise — w głębokim przeświadczeniu o własnym sprycie — potrafiła o interesy zadbać sama.


dotknij trawy
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#2
10.03.2026, 22:43  ✶  

Powrót do tego miejsca nie był wyborem, lecz koniecznością. A konieczności Louvain znosił zawsze gorzej niż niebezpieczeństwo. W niebezpieczeństwie przynajmniej kryła się klarnowność. Jego decyzja, ruch i odpowiedź z drugiej strony. Tutaj zaś czekała go powtórna wizyta w świecie, który zdawał się być zbudowany z tego wszystkiego, od czego przez lata próbował się oddzielić: zapachu mokrej ziemi, zwierzęcych odchodów, brudnych mebli. Nie był nawet pewien, co właściwie budziło w nim większą niechęć. Czy wspomnienie tamtej chwili pod Knieją, kiedy Licho z Lasu zajrzało w niego z czymś, co nie było niczym z ciekawości, ani gniewu. Raczej czymś starszym i przenikliwym, a jego obecność wciąż odzywała się gdzieś u podstawy karku, w ostatnich kręgach szyi, jak napięcie, które nie chce ustąpić. Czy jednak może sama myśl o powrocie do tej prymitywnej organiczności, do świata, który żył bez umiaru, bez dystansu, bez potrzeby elegancji.

Dziwaczka z Kniei okazała się jednak bardziej wyrafinowana, niż wyglądała. Bardziej, niż nawet przypuszczał. Była to jedna z tych myśli, które dojrzewają powoli, jak brzydki siniak. Wpierw niezauważalnie, potem coraz wyraźniej. Dopiero kiedy nalewka z opium opuściła jego krew, a sen o Limbo przestał być tak ostry jak świeża rana, Louvain zaczął układać w pamięci szczegóły: jej gesty, słowa, a nawet milczenia. Dawała aż nadto świadectw temu, by mógł utwierdzić się w jednym przekonaniu: kiedy czarodziej zaczynał mówić o jednoczeniu się z naturą, nie stawał się przez to bardziej wzniosły. Stawał się bardziej zwierzęcy. Najpierw była to zmiana subtelna, drobna rezygnacja z dystansu, z chłodu, z tej cienkiej warstwy cywilizacji, która oddzielała człowieka od wszystkiego, co pierwotne. Potem ciało zaczynało domagać się swojej części. A kiedy ciało odzyskiwało głos, rozum przestawał być jedynym władcą. Dwunożna postawa naczelnego zaczynała się przechylać, a umysł, który powinien znajdować się najwyżej, powoli schodził w dół, aż znajdował się na wspólnym poziomie z tym, co w człowieku najbardziej zwierzęce: z głodem, z pragnieniem, z narządami rozrodczymi. Wtedy czarodziej przestawał być istotą rozumną, a stawał się tylko kolejnym stworzeniem, które czasem tylko próbuje uzasadnić własne instynkty filozofią. Wciąż miał przed oczami tamten obraz. Jak włożyła sobie do ust kurzowego pająka, jakby był jedynie przekąską w drodze na spacer. Bez obrzydzenia. Bez wahania. Z naturalnością, która była niemal demonstracyjna. Zezwierzęcenie. A jednak, i to było najbardziej irytujące, nie była nim całkowicie. Wciąż pozostawało w niej coś z człowieka, z tej części człowieka, która bywa jednocześnie najsilniejsza i najpodlejsza. Chełpliwość. Nie była zadowolona z własnej wyjątkowości wyłącznie wewnątrz własnej głowy. Potrzebowała, by świat zewnętrzny również ją uznał, by dostrzegł, by potwierdził. Była krnąbrna. Miała swoją kaplicę wśród drzew, bo inne miejsca kultu były cudze, a nie jej własne. Miała boginię, ale też całe zastępy innych bytów, które mogła w razie potrzeby przywołać do tej samej roli. Miała nawet swoją rozgdakaną posługę liturgiczną, kurczęta krążące po podwórzu, zioła, kadzidła, ogień, wszystko co najpotrzebniejsze. A jednak to wciąż było za mało. Zrozumiał to dopiero po czasie. Brakowało jej kościoła. Nie świątyni, nie symboli, ani rytuału, lecz zboru ludzi, którzy sami, własnymi rękami wynieśliby ją na piedestał. Wspólnoty, która potrzebowałaby jej jako przewodniczki, jako interpretatorki woli bogów, jako tej, która stoi wyżej od innych. Las nie uczył takiej buty, nie uczył dufności. Może Louvain wiedział niewiele o tradycjach drzew i zwyczajach szyszek, jak pogardliwie nazywał tych wszystkich zielonych mistyków, ale jednego był pewien: pycha nie rosła z ziemi, nie kiełkowała w ściółce. Tego ludzie uczyli się od siebie nawzajem. I ta myśl sprawiała, że wracając do chaty na skraju Kniei, Louvain zaczął zastanawiać się ostrożniej niż wcześniej, kim tak naprawdę była ta lok-bigotka.

Chata na kurzej stopie wyrosła spomiędzy drzew tak nagle, jakby ktoś postawił ją tam tylko na tę jedną chwilę, specjalnie dla niego. Louvain zatrzymał się na skraju podwórza i przez moment pozwolił sobie na krótką, chłodną satysfakcję. Przynajmniej tego nie musiał dziś robić. Nie musiał błądzić po Kniei, nie musiał przeczesywać ścieżek ani szukać śladów tej osobliwej kapłanki między pniami i zaroślami. Dziwaczka była tam, gdzie powinna być. W swojej norze, wśród błota i brałogu. Stał chwilę w półcieniu, przyglądając się miejscu z dystansem, który był bardziej ostrożnością niż potrzebą. Z wnętrza chaty dolatywał ciepły zapach jedzenia i przytłumione odgłosy życia. Nie zaanonsował się. Nie widział powodu. W końcu to ona miała wobec niego zobowiązanie, takie przynajmniej było najprostsze określenie, jakie dopuszczała jego duma. Choć prawdę mówiąc, słowo “powinność” brzmiało zbyt surowo jak na coś, na co przystała z taką swobodą. Wolał więc myśleć o tym jak o obietnicy, którą sama złożyła, zanim jeszcze zdążyła się nad nią dobrze zastanowić. Przekroczył próg bez ceremonii, jakby wchodził do miejsca, które już wcześniej uznał za znane. Wnętrze przywitało go ciepłem ognia i zapachem rzeczy, które żyły, gniły albo dojrzewały, wszystkimi tymi etapami naraz Spojrzenie Louvaina odnalazło ją niemal od razu. Oparł się lekko o framugę, jakby dopiero po chwili uznał, że wypada dać znać o swojej obecności. - Zastanawiałem się po drodze - odezwał się w końcu spokojnym tonem, który nie zdradzał ani zmęczenia podróżą, ani powrotu do miejsca, którego nie darzył szczególną sympatią - czy twój las nauczył cię już czegoś nowego od czasu naszej ostatniej rozmowy? Bo była przy tym jeszcze jedna rzecz, która nie dawała mu spokoju od czasu ich ostatniego spotkania. Ciekawość, której nie potrafił się pozbyć, choć sam uznał ją za nieco niegodną własnego chłodu. Był żywo zaciekawiony tym, do jakich rzeczy mogło doprowadzić ją zażycie jego krwi. Wciąż pamiętał moment, w którym sięgnęła po nią bez wahania, jakby była tylko kolejnym składnikiem w jej osobliwej liturgii. Zastanawiał się więc, czy psychodeliczne efekty czarnej esencji Blacków, czerpane prosto z ukrwionych ust, zaprowadziły w jej umyśle jakieś zmiany. Czy otworzyły w nim nowe ścieżki, nowe wizje, nowe pokusy.



i got ninety-nine problems but a bitch Mulciber ain't one
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#3
11.03.2026, 22:29  ✶  
Louvain, chciał tego czy nie, również był zwierzęciem. Stare instynkty nie wygasały w człowieku. Wciąż i wciąż odzywały się, a ten musiał wciąż i wciąż powściągać je — oto zwierzę, które samo siebie przemocą poskramia, wygryza własne pazury po macierze. Helloise zaś w rozważaniach i decyzjach swego ducha sama była sobie panią — na zawołania własnej potrzeby czy chętki odpowiadała: tak, w przeciwieństwie do niewolników, którzy z mozołem powtarzali podszeptom serca: nie-nie, nie-nie. Nie oblekała się ona w paradny chłód pożądany wśród czarodziejskiej socjety. Nie potrzebowała swoich afektów spychać pod maskę, ukrywać, wstydzić się ich i tłamsić. Nie bała się czegoś przeżyć, a gdy to przeżyła, gdy zareagowała, wyczerpaniu ulegały sentymenty, więc nie mogły truć jej więcej. Odstępowała od przeżytych doświadczeń pogodna, wolna, oczyszczona; nieobciążona ciężarem niezrealizowanych, stłumionych pasji, które miały w przeciwnym razie kłębić się w człowieku i nigdy nie znaleźć ujścia.
Taka była właściwość natur silnych, że nie bały się samych siebie.
Naprzeciw Helloise zaś stawał oswojony zwierzak kanapowy zakuty w obróżkę dobrego wychowania, kultury i powinności. Szarpał się na tym łańcuchu — ciągnęło go ku rebelii — a jednak na korytarzach dworów i urzędów wciąż kłaniał się Ministrom i Panom. Żyli tam w socjecie piękni i lodowaci, i to piękno uwsteczniało ich, ponieważ było czyste, bezpieczne i ustalone. Nie szukało, nie odkrywało nowego. Bało się, wzdrygało, cofało. Być może Voldemort w rzeczy samej był najlepszym, co w ostatnim czasie przydarzyło się tym ludziom, mimo że kategorycznie nie najlepszym, co przydarzyło się świętościom.
Życie w zgodzie ze sobą nie wykluczało się z rozumem czy dumą, a wręcz przeciwnie — sprzyjało im. Może i Helloise była pyszna, może i chełpliwa, lecz z pewnością dumna. Dumna na tyle bezkompromisowo, aby nie ugiąć się do tego, co próbowano jej narzucić, a jednocześnie niewystarczająco sprytna, aby zmusić społeczeństwo do zaakceptowania jej sposobu bycia. Tak było, gdy jeszcze próbowała się odnaleźć w świecie; potem znalazła własny świat i przestała próbować. Społeczeństwo nie lubiło tych, którzy wyłamywali się poza schemat, zostawiali niepokojące rysy na ich strefach komfortu. Takie jednostki czekała jedynie kara — i jeśli był w Helloise jakikolwiek chłód, to wyłącznie ten wyhartowany przez kolejne kary i surowość wychowania.
W świecie, w którym zamieszkała, mogła tworzyć dowolną iluzję. Iluzję tego, że nie sięgają jej ziemskie krzywdy — każdy gość mógł więc naruszyć progi jej domu, jeśli sobie tego życzył. Dom był otwarty. Leniwym uśmiechem czarownica powitała Louvaina, który wszedł jak do siebie. Był u siebie tak samo jak każdy inny zwierz, który zabłąkał się pod ten dach, szukając czegoś u gospodyni chaty na kurzej stopie.
Po wysłuchaniu pytania Helloise patrzyła przez chwilę na czarodzieja w namyśle przesiąkniętym figlarnym rozbawieniem, głaszcząc bezwiednie szorstkie rude futro na lisim boku.
— Czy ty nauczyłeś się czegoś nowego od ludzi, do których wróciłeś? — odbiła wreszcie pytanie. — Nie mogłam wrócić do lasu, ale czasem las zachodzi do mnie.
Czarownica wstała i wzięła lisa na ręce. Był wielkości średniego psa i teraz, zbudzony, wił się nadpobudliwie w ramionach wiedźmy. Nie były to próby ucieczki. Dyszał, machał ogonem, rozglądał się, sięgał pyszczkiem jej głowy — czy to, żeby ocierać się pieszczotliwie, czy zaczepnie brać jej twarz między szczęki. Był tylko potulnym kanapowym zwierzakiem — skrobał ją zębami, ale ich nie zaciskał. Ona zdawała się tym dobrotliwie ubawiona.
— Studiowałam od czasu naszej rozmowy własne okrucieństwo. — Stuknęła zaczepnie własnym nosem o nosek lisa. — Zaczął przychodzić po pożarze — wyjaśniła obecność pupila, przechadzając się po kuchni, zaglądając w garnki. — Poparzony. Pomogłam mu wyzdrowieć. Opatrzyłam, dokarmiłam. Miał wybór między mną a śmiercią. Teraz nie może odejść, mimo że go nie ograniczam. Nauczył się czekać jedzenia z mojej ręki. Nie patrzy na kury. Okaleczyłam go. Pozbawiłam natury drapieżnika. — Rozbawienie zniknęło z jej twarzy, choć nie brzmiała, jakby targało nią poczucie winy; było w niej tylko melancholijne zamyślenie. Lis znów wziął głowę wiedźmy w swoje szczęki i wówczas ta na powrót się rozchmurzyła. — Wciąż pamięta, jak szczerzyć kły, ale nie zapoluje. Popełniłam więc wobec niego okrucieństwo, a jednak nie uczyniłam nic złego.
Uwaga Helloise skupiła się na Louvainie, kobieta sondowała go wzrokiem. Wydawała się z zaciekawieniem wyglądać jego opinii.
Skarlałe kłapnięcia szczęk lisa naśladowały drapieżcę, którym niegdyś był i za którym tęskniła jego dusza. Nie walczył jednak z uściskiem swojej pani. Kręcił się w jej ramionach szczęśliwy i dopraszał jej uwagi, choć w jego ślepiach wciąż krył się obłęd dzikości.
— Może jego powinnam czegoś nauczyć — zastanowiła się. Stanęła w progu obok mężczyzny i spróbowała odczepić od siebie lisa, aby go puścić na podwórze przez otwarte drzwi. — Niech się chwilę przebiegnie. Wróci. Nie ma wyjścia. — Nie udało się go odsunąć. Czarownica skrzywiła się i wydała niezadowolony pomruk, gdy zaplątana w jej włosy łapa lisa, którego próbowała postawić na ziemi, boleśnie pociągnęła za blond kosmyki. Pazur zwierza wpadł w pułapkę kołtuna ukrytego wśród jasnych loczków. Wiedźma nie miała jak go wysupłać, bo lis był zbyt ciężki i zbyt ruchliwy, żeby utrzymać go jedną ręką. — Zwrócisz mu wolność? — zapytała swojego gościa Helloise, zerkając wymownie na uwięzioną łapę.


dotknij trawy
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#4
12.03.2026, 22:40  ✶  

Widok, który zastał po przekroczeniu progu, był tak swojski w swoim wyglądzie, że niemal przyprawił go o mdłości. Całość układała się w obraz sielanki tak dosłownej, że aż groteskowej. Nie była to jednak estetyka, w której Louvain potrafiłby odnaleźć choćby cień ukojenia. Czuł się raczej jak ktoś, kto trafił do pokracznego skansenu tyle że nie był to muzealny teatr złożony z kilku autentycznych elementów brudu, starannie ustawionych dla efektu. To była żyjąca, pulsująca tkanka zgnilizny: wilgotna, organiczna, pełna oddechów i ciepła, które zdawało się przylepiać do skóry. A jednak nie przyszedł tutaj po to, by jej ubliżać. Nie po to przekroczył próg tej chaty. Interes był prosty i wymagał dokończenia. Żyła według własnych ambicji. Żyła tak, jak chciała. Żyła w sposób, którego nie przypominał nikt inny, kogo Louvain znał. W tej nieustępliwości, w tej niemal ostentacyjnej odmowie dopasowania się do świata dostrzegał pewną wartość. Może właśnie dlatego, zamiast okazać zniecierpliwienie, pozwolił sobie przyglądać się tej lisiej scenie z rosnącym uśmiechem, który z każdą chwilą coraz bardziej przypominał wyraz autentycznego zadowolenia.

Diagnoza, którą przed chwilą postawiła, nie była całkowicie chybiona. Louvain przyznał to sam przed sobą z tą trzeźwością, na jaką pozwalała mu jego własna duma. Jej założenia nie były pozbawione sensu. Dotykały powierzchni sprawy z pewną intuicją. Jednak wciąż nie sięgały sedna. To prawda, że leżanki wyściełane aksamitem czy satyną potrafiły wysysać z czarodziejskiej burżuazji więcej życiowego nerwu niż najcięższe prasy do winogron. Ten cały blichtr, to rozleniwiające piękno salonów, lamp i luster. Chorobliwa potrzeba wygody. Potrafiły zamieniać salonowe lwy w niegroźne pudle. Zmieniały ich nie tylko w przenośni; zmieniały ich również fizycznie, aż w końcu sam sposób, w jaki stali, mówili i rzucali zaklęcia, zdradzał miękkość, która nie miała nic wspólnego z potęgą. Jednostkowe przypadki bywały żenująco przytłaczające swoją miernotą. Louvain widział ich aż nadto. Czarodziejów, którzy urodzili się wśród wielkich nazwisk, a skończyli jako ozdobne relikty rodowych portretów. Ale to wciąż była tylko połowa obrazu. Bo ta sama socjeta, wszystkie te stare nazwiska i zacne pany, były jednocześnie najpotężniejszym mechanizmem akumulacji kultury magicznej, jaki kiedykolwiek stworzył świat czarodziejów. To właśnie tam, w tych rodach, w ich bibliotekach, w ich zakazanych archiwach i rodzinnych sekretach, gromadziła się wiedza, która pchała społeczność ku światłości. Odkrycia, rytuały, sztuka magii, wszystko to rodziło się z cierpliwego nagromadzenia pokoleń. Tylko oportunistyczna ślepota mogła tego nie dostrzegać. A takich chorób nie wyleczyliby nawet w Mungu.

Louvain odsunął się nieco od framugi i wszedł głębiej do środka, choć jego ruch był spokojny, niemal leniwy. Jego spojrzenie przez chwilę zatrzymało się na lisie, na zwierzęciu, które wciąż pamiętało drapieżność, choć już nie potrafiło jej użyć. Helloise widziała w nim zwierzę. To była jej pomyłka. Bo Louvain nie był ani człowiekiem, ani zwierzęciem. Był czymś trzecim. Potworem. Nie w sensie metafory, którą lubili rzucać ludzie, kiedy chcieli oswoić grozę jakiegoś zajścia. Nie w sensie romantycznej maski, którą czasem przyjmowali buntownicy. Louvain był potworem w znaczeniu znacznie prostszym i znacznie bardziej nieprzyjemnym. Urodził się taki i zginie taki. Nauczył się ludzkich odruchów, bo były użyteczne. Nauczył się uśmiechu, ukłonów i uprzejmej konwersacji, tak jak ktoś uczy się narzędzi potrzebnych do pracy. Kiedy kłaniał się w udawanej sympatii tym, których w rzeczywistości uważał za godnych jedynie szybkiego błogosławieństwa śmierci, robił to bez najmniejszego dysonansu. Bo jego natura nie była ani moralna, ani niemoralna. Była funkcjonalna. Louvain był naczyniem. Naczyniem, które wypełniała wola boga śmierci. Naczyniem, które miało napoić spragnionych końca doczesności tych, których śmierć była warta więcej niż całe ich bezcelowe życie. Tych, których odejście mogło uczynić świat lżejszym, czystszym, bardziej godnym magii, którą czarodzieje odziedziczyli po swoich przodkach. Nie był wolny. Ale to nie oznaczało, że był niewolnikiem. Oddał część swojej wolności świadomie. Oddał ją tak, jak ktoś oddaje ostrze w ręce mistrza, wiedząc, że tylko w ten sposób narzędzie osiągnie pełnię swojej funkcji. Posługa Lordowi Voldemortowi nie była dla niego kajdaną. Była wyborem. I właśnie na tym polegała jego nie-wolność.

Z rozczulającym rozbawieniem przyjął tę sprytnie dopasowaną alegorię. Widać było, że poświęciła temu drobnemu eksperymentowi znacznie więcej uwagi, niż mogłoby się wydawać przy pierwszym spojrzeniu. Całe to domorosłe studium okrucieństwa, rozpisane pomiędzy kuchennym ogniem i rudym futrem stworzenia, które jeszcze niedawno znało tylko zimny głód. Louvain skinął lekko głową w niedopowiedzianym geście uznania, takim, jakim profesor potrafi nagrodzić studentkę, gdy ta wykazuje się nagle przenikliwością wykraczającą poza zwyczajny tok rozumowania. Było w tym coś niemal akademickiego, uprzejme przyjęcie argumentu, który choć niepełny, zdradzał chłonny umysł. Jeśli gdzieś pod powierzchnią tej opowieści kryła się próba uderzenia w jego moralną prezencję, ukryta pomiędzy warstwami ironii i sarkazmu, Louvain nie widział powodu, by się przed nią uchylać. Czasem warto było wystawić się na cel, jeśli pomagało to rozmówcy rozwinąć własną ciekawość. W końcu tylko ciekawość prowadziła do miejsc, w których myśl zaczynała naprawdę pracować. Przez chwilę przyglądał się lisowi, jakby to właśnie w nim znajdowała się właściwa odpowiedź. - Czy istnieje okrucieństwo pozbawione cierpienia? - zapytał w końcu na głos, tonem człowieka, który rozpoczyna raczej dyskusję filozoficzną niż rozmowę w kuchni. Nie była to kpina. Brzmiało to niemal jak fragment wykładu. Skinął głową raz jeszcze, przyznając jej rację z pewną powściągliwą elegancją. Zmieniła naturę tego stworzenia bez zmieniania jego formy. Drapieżnik pozostał drapieżnikiem w budowie ciała, lecz jego instynkt został przyciszony, wygładzony, przekierowany w stronę dłoni, która go karmiła. Nie było w tym nic szczególnie niezwykłego; podobne rzeczy działy się od tysięcy lat między ludźmi a zwierzętami. Jednak prawdziwy sens tej historii nie leżał w skuteczności jej zabiegu. Leżał w jego trwałości. Wygoda potrafiła dokonać rzeczy, których nie potrafił strach. Wygoda sprawiała, że drapieżnik rezygnował z instynktu nie dlatego, że go zapomniał, lecz dlatego, że jego potrzeby były zaspokojone. - Głód ucichł, więc kły mogą spocząć. Ale tylko na jakiś czas. Bo co stanie się wtedy, gdy potrzeby przestaną być zaspokajane? Gdy zabraknie mu ciebie? Louvain przeniósł spojrzenie z lisa na Helloise, jakby to pytanie było skierowane równie mocno do niej, jak do zwierzęcia. Wciąż było to tylko zwierzę. Stworzenie, które prędzej czy później powróci do macierzy własnej natury, jeśli głód znów zacznie mówić głośniej niż pamięć. Zwierzę nie znało idei. Nie znało lojalności wobec abstrakcji. Nie będzie głodować tylko dlatego, że kiedyś poznało ciepło kobiecej dłoni. Głodne wróci do tego, czym było. I nie uzna w tym żadnej zdrady. Louvain zamierzał pomóc nie zwierzęciu ale jej, jednak nie zamierzał dotykać ani jednego, ani drugiego. Zwłaszcza nie na trzeźwo. Zbyt dobrze pamiętał, do jakich dziwnych kompromisów prowadziła obecność tej chaty, gdy w ustach pozostawał smak opiumowej nalewki.

- Wolności nie można dostać - powiedział spokojnie. - Wolność można sobie jedynie wywalczyć. Dopiero wtedy sięgnął po różdżkę. Krótki ruch nadgarstka był niemal niedbały, jakby odcinanie takich drobnych węzłów należało do codziennych czynności. Zaklęcie przecięło splątanie włosów i pazura z chirurgiczną precyzją, uwalniając łapę lisa bez naruszania jasnego kosmyka, za to łamiąc pazur, który i tak już na nic się tutaj zdawał. Teraz jednak ciężar decyzji nie należał już do niego. Louvain opuścił różdżkę i spojrzał na nią spokojnie, jak ktoś, kto właśnie oddaje przedmiot właścicielowi, nie czując potrzeby zatrzymywania go dłużej w dłoni. - Tu deviens responsable pour toujours de ce que tu as apprivoisé. Wypowiedział to bez gniewu, bez potępienia. Raczej z tą samą trzeźwą ciekawością, z jaką przygląda się ludziom dokonującym wyborów, które sami uznają za moralne. Bo w istocie nie różniło się to tak bardzo od innych zabaw, które ludzie potrafili sobie urządzać. W przeskalowanej mierze, pomyślał, on sam nie tak dawno miał aż nadto sposobności, by cieszyć się cudzą bezradnością. Pamiętał je zbyt dobrze: momenty, w których ktoś rozumiał już, że nie ma dokąd uciec, że jego przyszłość skurczyła się do jednego gestu, jednego zaklęcia, jednego oddechu. Wiedział więc doskonale, jak smakuje ta osobliwa przyjemność, gorzka i słodka zarazem, którą daje władza nad czyimś losem. Dlatego nie zamierzał udawać, że stoi ponad nią. W tej jednej sytuacji. Pozwolił myśli opaść i w końcu przeszedł do rzeczy, dla której w ogóle przekroczył próg tej chaty. Spojrzał na Helloise z powrotem tym samym spokojnym skupieniem, które towarzyszyło mu zawsze wtedy, gdy rozmowa przestawała być grą idei, a stawała się kwestią konkretu. - Masz to?



i got ninety-nine problems but a bitch Mulciber ain't one
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#5
17.03.2026, 23:58  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.03.2026, 11:59 przez Helloise Rowle.)  
Osiągnięcia naukowe człowieka a jego kondycja duchowa były dwoma osobnymi zagadnieniami. Perspektywa Helloise nie potępiała ani nie negowała postępu idei magicznych dokonanego przez rozum. Krytykowała chorobę, którą rozum ten wykształcił w człowieku za cenę intelektu. Człowiek skarlał i skrył się w sobie. Zamiast rozwijać się, zamiast dążyć do doskonalenia swojej natury, postawił przed sobą kraty i zwijał swoją moc. Kraty służyły słabszym, silnych zaś hamowały. Człowiek wykształcił wstyd i poczucie winy, i nie walczył z nimi, a ulegał. Nikt na salonach nie szukał, co to znaczy być człowiekiem, ponieważ musiałby skonfrontować się z tym, co w nim niewygodne i bolesne. Skoro zaś nie znali człowieka w sobie, jakże mogliby rozwijać człowieczeństwo, aby doskonalić je i zwalczać te choroby ułomnej natury ludzkiej. Warunkowali kolejne pokolenia czarodziejów na to, aby ulegały sentymentom coraz bardziej, kuliły się desperacko w raz ustalonym porządku, kurczyły się. Karły umykające przed własnym odbiciem w lustrze, obudowane bezpiecznym ograniczeniem.
Helloise chciała swoje człowieczeństwo poznać, bo tylko nad tym, co się znało, można było panować. Nie odrzucała od siebie współczucia ani empatii, nienawiści ani gniewu. Tylko gdy je przeżyła i wypaliły się  niej, mogła być sobie panią, nie więźniem.
Louvain urodził się szczęśliwie — urodził się naczyniem idealnie dopasowanym do swojej roli. Być może rzeczywiście nie musiał niczego od siebie odsuwać. Jego misja wlała się gładko w duszę i przyjęła dokładny jej kształt. Większość ludzi nie była tak doskonale skrojona, a jeśli wypełniali się cudzą wolą czy społecznym oczekiwaniem, to czynili to za cenę swojej prawdziwej natury. Rzadko rodziły się idealnie wyprofilowane kielichy. Większość ludzi kształt owego naczynia, jakim Louvain był z urodzenia, wymuszała na sobie przemocą. Na siłę dokrawała i szlifowała krawędzie — udawali chłód i opanowanie, ukrywając za ich fasadą wstydliwe człowieczeństwo i poskramiając je. Redukowali siebie do sumy cudzych oczekiwań. Nie wierzyli, że będą na tyle silni, aby zapanować nad tym, co poczują, jeśli sobie na to pozwolą, więc próbowali czuć jak najmniej. To była słabość i droga do dalszej degeneracji ducha, który sam się siebie lękał ujrzeć i odkryć. To — nie rozwój nauki — był problem, od którego rozwiązania uciekali.
Bali się siebie, wzdrygali się przed sobą, cofali się w głąb siebie.
— Jeśli szukasz kogoś zdolnego do aktu okrucieństwa bez zadania cierpienia — Helloise powiodła wymownie wzrokiem dookoła, jakby próbowała objąć nim las cały widoczny zza okien — to szukasz w złym miejscu. Zwierzęta nie znają tak wyszukanych metod.
Wysłuchała tego, co Louvain miał jej do powiedzenia, i z nieodgadnionym wyrazem twarzy patrzyła, jak jego magia kruszy lisi pazur. Zwierzę szarpnęło się na rękach czarownicy, ale ta jedynie wzmocniła uścisk, nie bacząc na to, że przebierający łapami lis szarpie materiał jej sukienki.
— Przychodzi do mnie drapieżnik i daje sobie obciąć pazury. To po prostu żałosna historia — zamknęła temat złośliwością, która przebiła się na moment na jej twarzy. — To, o co pytasz... to, co się stanie, gdy dobrej ręki zabraknie... to zupełnie inna opowieść. Opowieść o ofierze, a dla ofiar historia o poznaniu pańskich wygód i bezpieczeństwa jest zdradliwa i śmiertelna. — Odstawiła wreszcie nieszczęsnego lisa na deski podłogi, lecz ten nie odbiegł od razu, a krążył ciekawsko między nogami czarodziejów. — Popatrz na niego ze mną. — Helloise zmieniła perspektywę opowieści, odsuwając od Lestrange’a rolę dzikiego zwierza; stali teraz nad oswojonym dzikusem ramię w ramię. — Myślisz, że on widzi różnicę między mną a tobą? Jesteśmy tym samym, ty i ja. Jeśli ja zginę, a wraz ze mną ten porządek, którego go nauczyłam, on nie wróci w dzicz. Pójdzie do ciebie, bo jesteśmy tego samego gatunku. Oswoiłam go. Jest teraz zuchwały. Nie boi się ciebie. — I rzeczywiście lis kręcił się wokół Śmierciożercy niezrażony jego obecnością. — Zapomniał strach, bo go z niego wykrzewiłam. Pytasz, co z nim będzie, kiedy mnie zabraknie. Umrze. Wtargnie na twoje podwórze, bo pomyśli, że mu wolno, a tam zagryzą go twoje psy. Trzymasz psy? — Historia urwała się nagle, a Helloise wydała się żywo zainteresowana tym, czy jej nowy znajomy ma pod opieką jakiegoś sympatycznego czworonoga.
Lis uciekł. Czarownica wycofała się w głąb chaty, bujając się w rytm niesłyszalnej melodii, która grała wyłącznie w jej głowie. Psy, psy, powinieneś mieć psy, powtarzała pod nosem. Nakręciła na palec to cienkie pasmo włosów, w które wciąż zaplątana była resztka pazura. Wyrwała je szybkim pociągnięciem, ból błysnął krótko przy skalpie i zniknął. Obojętnie rzuciła splątany kołtun na podłogę.
— Ty tylko broniłeś swoich kur. — Odwróciła się do Louvaina równie nagle, co od niego odeszła, jakby nigdy nie przerwała monologu. Mówiła monotonnym pustym głosem, lecz błysk w oku zdradzał zaangażowanie. — Nie nasłałeś na niego psów z okrucieństwa. To ja go oswoiłam. Ja zabiłam w nim strach przed naszym gatunkiem, ten instynkt ucieczki. Nie bolała go moja kastracja, ale musiało boleć bycie rozszarpanym w zębach ogara. Które z nas jest okrutne? — Nie było wątpliwości co do tego, że nie zrozumiała francuskiej sentencji wygłoszonej przez Lestrange'a. Brzmiała dla niej jak bełkot, z którego wyłowiła tylko jedno znajomo brzmiące słowo: — Responsable. Tak. Nad jednym lisem mogę zapanować. Temu jednemu mogę udzielić schronienia, skoro go potrzebował, lecz gdybym wzięła w opiekę wszystkie lisy tego lasu i wszystkie przyzwyczaiła do życia obok nas? To byłoby szaleństwo. Ich strach jest dobry i dla nas, i dla nich.
Uwagi o wolności czarownica skwitowała wyłącznie niewesołym śmiechem. Jedyne, co można było wywalczyć, to przestronniejsza klatka. Nie myślała jednak dzielić się tym przekonaniem z mężczyzną. Wystarczająco słów zostało już wypowiedzianych. Umilkła na dłuższy czas, ignorując jego pytanie. Snuła się pomiędzy kociołkami, palcami zbierała okruchy z blatów. Prowadził ją sennie po kuchni niby jakiś leniwy wiatr. Chata, która do tej pory pozostawała przy ziemi, powoli wyprostowała swoją nóżkę. Domem lekko zatrzęsło. Buteleczki eliksirów na blatach zadrżały. Psy — wydawało się, że powtórzyła raz jeszcze czarownica, która zgubiła się w swoim świecie. Ukroiła ciasta i zaniosła je na stół. Wyłożyła się na krześle, łokciem oparła o blat. Obserwowała stamtąd Louvaina nieruchomo.
— Chciałeś mi się odwdzięczać — zaczęła wreszcie i zaraz westchnęła. Pani Księżyca jedna wiedzieć raczy, czy to była tęsknota za czymś, czy zmęczenie, czy żal. — Przyjmę od ciebie zapłatę w tej samej walucie, w jakiej liczył się ze mną Draconis, skoro chciałeś kontynuować jego interesy. — Wzięła kawałek sernika i wydłubała z niego płatek czarnej róży. Wsadziła kwiat do ust, a gdy rozgryzła, słodycz ciasta stłumiła roślinny posmak. Zginął w niej zupełnie. — We krwi — doprecyzowała. Krew. Krew wszystkich Śmierciożerców, jakich do tej pory spotkała, przeszła przez jej ręce. — Chcę fiolkę twojej krwi.


dotknij trawy
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#6
18.03.2026, 18:07  ✶  

Wsłuchiwał się w jej głos, choć z każdym kolejnym zdaniem przychodziło mu to coraz trudniej. Nie dlatego, że brakowało im sensu. Przeciwnie, były zbyt gęste od własnej logiki, zbyt pewne siebie, by nie budzić podejrzenia. Zaczynał się zastanawiać, czy w ogóle warto było wchodzić w polemikę ze stworzeniem, które po własnym domu błądziło niczym człowiek pierwotny po swojej jaskini, snując opowieści równie przekonane o swojej prawdzie, co oderwane od czegokolwiek poza własnym echem. Coraz wyraźniej widział w Helloise coś więcej niż tylko dzikość. Widział obłąkanie, powolny efekt samotności, życia poza społeczną tkanką, która choć kaleczyła, nadawała jednak formę. A jednak nie przestawał słuchać. Jakby uparcie, niemal wbrew sobie, próbował doszukać się w niej czegoś, co jeszcze nie zostało całkowicie rozproszone. Czegoś ludzkiego. Czegoś, co mogłoby zawibrować, gdyby tylko trafić we właściwą część jej rozbitej struktury. Samotność namieszała jej w głowie, to było już dla niego oczywiste. Lecz mimo to wciąż zakładał, że pod warstwą tej osobliwej deformacji musi istnieć rdzeń zdolny odpowiedzieć, jeśli tylko zostanie właściwie dotknięty.

Pozwolił sobie na ledwie dostrzegalny uśmiech, który nie miał w sobie ciepła. Bo oto kobieta, która mówiła o wolności ducha, jednocześnie z pełną świadomością kształtowała cudzą naturę, a potem nazywała to schronieniem. Mówiła o odwadze mierzenia się z własnymi impulsami, a jednocześnie odbierała innemu stworzeniu możliwość, by jego impulsy w ogóle się zamanifestowały. Mówiła o odpowiedzialności, ale tylko tam, gdzie była wygodna. Nie powiedział tego wprost. Nie musiał. Zamiast tego zrobił kilka kroków w jej stronę, powoli, bez pośpiechu, jak ktoś, kto nie zamierza atakować, tylko ustawić się w odpowiednim miejscu, by lepiej widzieć. - Ciekawe - odezwał się w końcu cicho, a jego głos nie niósł ani sprzeciwu, ani zgody. - Mówisz o kratach, a potem z taką łatwością decydujesz, które stworzenia zasługują na to, by je z nich wyjąć i jakie nowe im zbudować. Na moment zawiesił spojrzenie na niej, a potem przeniósł je gdzieś dalej, jakby mówił nie tylko do niej, ale do samej idei, którą przed nim postawiła.- Mówisz, że to ty go oswoiłaś. Że to ty zabiłaś w nim strach. - Skinął głową, jakby przyjmował ten fakt bez zastrzeżeń. - A potem pytasz, kto z nas jest okrutny. Zatrzymał się na chwilę, jakby pozwalając temu pytaniu wybrzmieć jeszcze raz. tym razem w jego ustach. - Próbujesz udowodnić swoją niewinność czy bezcelowość? Nie było w tym podniesionego tonu. Raczej chłodna obserwacja, która nie potrzebowała akcentów. Jego spojrzenie wróciło do niej z większą ostrością. - Bo widzisz, ty nie odebrałaś mu natury. Ty ją tylko zawiesiłaś. Nie w imię przetrwania. W imię własnej decyzji. Lekko przechylił głowę, jakby przyglądał się jej teraz pod innym kątem. - A kiedy przestanie być użyteczna, kiedy twoja obecność zniknie, jego los będzie dokładnie taki, jaki sama opisałaś. Nie było w tym triumfu. Była konsekwencja. - Więc pytanie nie brzmi, kto jest okrutny. Tylko kto naprawdę decyduje, kiedy okrucieństwo się zaczyna.

Louvain nie domknął tej myśli wraz z wypowiedzianymi słowami. Dopiero w ciszy zaczęła się ona układać w chłodną, bezlitosną całość. Patrząc na miejsce po lisie, zrozumiał, że decyzja Helloise nie była impulsem, lecz świadomym działaniem. Nie zmieniła biegu rzeczy, jedynie przesunęła go w czasie, resetując cykl zamiast go przerwać. Zastąpiła jedną klatkę drugą, bardziej miękką, mniej widoczną, a przez to groźniejszą. Dała stworzeniu powód do życia, ale odebrała mu zdolność przetrwania poza własną obecnością. Instynkt został stłumiony, a wraz z nim możliwość powrotu do naturalnego porządku. Gdy jej zabraknie, lis nie wróci do lasu, pójdzie do ludzi, gdzie zostanie uznany za zagrożenie i zniszczony. To nie był mechanizm natury, lecz mechanizm ludzki ten sam, który Helloise przypisywała społeczeństwu. Kontrola, selekcja, decydowanie o cudzym losie. Różniła się tylko forma, nie istota. Nie była więc od nich inna, była ich odbiciem, pozbawionym jedynie ich estetyki i języka. Jej wolność nie wynikała z tego, co robiła, lecz z tego, czego się wyzbyła. Wstydu, masek, potrzeby usprawiedliwień. To czyniło ją bardziej bezpośrednią, ale nie mądrzejszą. Pozwalała swoim impulsom istnieć bez oporu i nazywała to prawdą, lecz dla Louvaina było to jedynie demonstracją wolności, nie jej świadomym użyciem. Jakby każdy jej wybór miał przede wszystkim dowodzić, że nie podlega żadnym granicom. A w tym było coś głęboko ludzkiego, i właśnie dlatego ograniczającego. Niewolnik nie pragnie najbardziej wolności. Niewolnik pragnie mieć własnego niewolnika. Pomyślał, jednak nie rzucił tego w przestrzeń. Nie ma nic bardziej daremnego i bardziej szalonego, niż tłumaczyć obłąkanemu naturę jego własnego obłędu.

Louvain spojrzał na wypiek z wyraźnym niesmakiem, którego nie próbował nawet ukryć. Zbyt wiele widział już w niej drobnych, odpychających nawyków, by bez wyraźnego powodu ryzykować skosztowanie czegokolwiek, co wyszło spod jej dłoni. Bogowie jedni wiedzieli, co właściwie dodała do tego przysmaku. Jego wzrok zatrzymał się na czarnych płatkach, które wydłubywała z ciasta. Przyglądał im się przez chwilę uważnie, coś w tej czerni było znajome. Nie kuchenne. Nie naturalne. Uśmiech pojawił się na jego twarzy mimowolnie. Cienki, arogancki. Jej domaganie odebrał niemal jako komplement. Krew Blacków miała swoją renomę. Działała. I działała dobrze. Nie dziwiło go, że chciała jej więcej. Usiadł bezceremonialnie na najmniej zabrudzonym stołku i odpalił papierosa, jakby robił to u siebie. Paczkę odłożył na blat, przesuwając ją w jej stronę, nie zamierzał próbować niczego od niej, ale nie widział potrzeby, by być niegrzecznym, skoro tak chętnie zarzucał jej brak cywilizowania. Zaciągnął się powoli i dopiero wtedy na nią spojrzał. - Nie zamierzam ci za nic płacić. Powiedział to spokojnie. Bez podniesionego tonu. Bez emocji, które można by uznać za reakcję. - Być może nie dotarło do ciebie - kontynuował z tą samą chłodną precyzją - ale nie jesteś w pozycji, w której ustala się ceny. Ani warunki współpracy. Krótkie zawieszenie głosu. - Jeśli chcesz uzdrowić swoją knieję… - jego spojrzenie na moment stwardniało - …będziesz musiała najpierw wykazać swoją użyteczność.



i got ninety-nine problems but a bitch Mulciber ain't one
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#7
18.03.2026, 23:48  ✶  
Studiowałam własne okrucieństwo — tak mu powiedziała, gdy przyszedł do niej. Wiedziała, co robi. To było dobre, to było szkodliwe — oba wydawały się jednocześnie prawdą. Helloise nie była idealnie regularnym naczyniem — wiele było na jej powierzchni uchyłków i wgnieceń pozostałych do zwiedzenia. Nie zawsze była dobra i nie zawsze była silna. Nie była ideałem z filozoficznego traktatu, mimo że do niego dążyła. Była człowiekiem.
— Próbuję ci coś udowodnić? Zaprosiłam cię do zabawy, a ty podążyłeś. Nie ma tu wiele więcej. — Spirala wspólnie rozwijanych myśli skomplikowała się tak, że kobieta nie znajdowała w niej już punktów orientacyjnych. Clou dyskusji utonęło w odmęcie jej szaleństwa. Czarownica zmarszczyła brwi. — Dobrze. Zatem ja będę niosła winę za skrzywdzenie go, a on niech będzie żyw i szczęśliwy tych kilka miesięcy czy lat dłużej, niż mu pisali Bogowie. Nie powiedziałeś mi, czy masz psy.
Nie to, co Louvain zrozumiał z opowieści, próbowała mu powiedzieć. Jej historia była o współżyciu gatunków, które nie powinny się były nigdy złączyć. O słabym ogrzewającym się w domu silnego. O tym, co stanie się, gdy umrą drobroduszni protektorzy i ogłupiałe lisy trafią na podwórze rządzone przez tych, którzy nie przyjmą z otwartymi ramionami szkodnika wykradającego zasoby pańskiego kurnika.
Porzuciła temat. Patrzyła, jak podejrzliwie mężczyzna zerka na poczęstunek. Jak boi się wyjadać z jej talerza, boi się brać od niej. Niech się boi. Zjadła przed nim ostentacyjnie dwa słuszne kawałki, patrząc mu natarczywie w oczy, gdy Śmierciożerca raczył się po przeciwnej stronie stołu papierosem. Nie podobał jej się ten człowiek i jego uśmiechy. Od początku nie podobały jej się jego uśmiechy.
Odmówił jej. Oblizała palce. Skinęła w namyśle głową. Być może byłaby agresywniejsza i przebieglejsza w swoich żądaniach, gdyby odmawiał jej jedynego źródła krwi Blacków, jakie znała. Nie potrzebowała go. Miała Williama. Czuła, że znajomego Lestrange'a skuszą próby odtworzenia mikstury z Maida Vale. Znała umysł Williama na tyle, żeby wiedzieć, że gdy postawi przed nim problem badawczy, będzie on chętny do wyczerpania dostępnych hipotez równie mocno, co ona. Czy i ten człowiek przed nią mógł znać go? Musiał. Czystokrwiści mnożyli się ograniczeni ściankami szalki laboratoryjnej w ciasnych granicach brytyjskiej arystokracji. Ten i William Lestrange musieli być tej samej krwi, skoro obaj krwawili na czarno. Helloise przekrzywiła głowę na bok, jakby szukała na twarzy Louvaina nowego kąta — kąta, pod którym znajdzie Williama.
Jej wzrok ślizgał się chwilę po twarzy czarodzieja, po czym spadł na stół, na paczkę papierosów. Sięgnęła po nią i wyjęła jednego. Obróciła w palcach i zaczęła rozkładać na części pierwsze.
— To groźba — powiedziała znudzona, paznokciami rozrywając bibułkę. Wysypała tytoń na stół.
Znudzona. Była rozkosznie znudzona. Zerkała na Louvaina znad suszu, w którym grzebała palcem, żeby raz po raz upewnić się, że jest znudzona. Pamiętała wciąż, jak bała się tego człowieka za pierwszym razem, gdy do niej przyszedł. Nie wiedziała, czego od niej chciał. Myślała, czy nie wpada w zmyślną pułapkę. Czy jednym błędnym krokiem nie pociągnie za sobą w kłopoty kogoś, na kim jej zależy. Nie, już się nie bała. Uśmiechała się do niego porozumiewawczo znad absorbującego zajęcia porządkowania tytoniowych wiórów. Bo gdy patrzyła na Louvaina, pamiętała jego własny strach. Pamiętała, jak pokazał jej swoje zimne serce, i pamiętała, jak kulił się pod drzwiami tej chaty równie przerażony jak ona. Wodniste oczy Helloise siedzącej po przeciwnej stronie stołu nakładały na twarz Lestrange’a wszystkie jego momenty słabości.
— Prawda. Miałeś mi pomóc, a niczego nowego mi nie przyniosłeś — zauważyła, rozcierając susz między opuszkami zazielenionych palców. — Nie mam powodu, żeby wierzyć w cokolwiek, co mówisz. Niczego nie wiesz. — Żaden z nich nie wiedział. Od każdego Śmierciożercy odbiła się rozczarowana, bo żaden nie potrafił jej dać tego, czego chciała. Pod ich upartym, och, jakże upartym, milczeniem, Helloise czuła bezradność. — Nie wiesz też, co mogłam z twoimi rzeczami zrobić. — Wstała i z cichym szelestem szaty podeszła do szafy, z której wyjęła fiolki surowca i eliksiru. — Nie bałeś się? Że to zniszczę. Ukradnę. — Postawiła naczynia na kuchennym blacie. — Doniosę na ciebie anonimowo do Ministerstwa. Czemu nie? — Wzruszyła ramionami.
Tego dnia miała gotowy przepis. Obliczenia poczynione poprzednim razem nie zdezaktualizowały się. Przejrzała je jeszcze pewnego razu, nie znalazła błędu. Tego dnia była trzeźwa, w pełni sił. Praca nie przypominała tej ociężałej walki, pełnej bolesnego niemal skupienia wyciśniętego ostatkiem siły woli, pożerającego wszystkie zasoby przeciążonego umysłu. Choć stanowisko pracy Helloise nie przypominało błyszczących laboratoryjnych stołów profesjonalnych pracowni alchemicznych, odnajdywała się w nim bezbłędnie. Odmierzała składniki w skupieniu. Korygowała na bieżąco temperatury w naczyniach, mieszała czujnie. Wszystkie czynności wykonywane przy oczyszczaniu płynu z rogu buchorożca wydawały się przeplatać ze sobą harmonijnie.
Niechby tylko ta uporządkowana praca nie okazała się mniej skuteczna od pół-przytomnego alchemicznego transu.

// rzucam WOP4 na wyizolowanie substancji wybuchowej z drugiej połowy surowca buchorożcowego
Rzut PO 1d100 - 87
Sukces!


Tym razem — gdy mikstura stygła i czekali werdyktu — czarownica nie zaległa bezwładnie w kącie kuchni. Wytarła palce w fartuch, nie spuściła zakasanych rękawów. Zajęła się przygotowywaniem kolejnych elementów do konstrukcji ładunku wybuchowego, które miała czas od ostatniej wizyty opracować. Kucała przy kolejnych szafkach — wyciągała fiolki, czarne słoiczki, woreczki tajemniczych proszków, a na koniec niewielkie drewniane pudełko, które miało być skorupą, w której spocznie bomba.
— Jak liczycie zasługi? — Helloise wzięła się pod bok, spoglądając na Lestrange’a. — Nie stworzyłeś tego sam, ale ty zaniesiesz to waszemu panu. — Wystukała na pokrywie pudełka krótki rytm paznokciami. — Nie. Gdy będziesz odbierał nagrodę, postaw na tym, co zrobiłam, również jego nazwisko, żeby dostał swoją część.
Nie zamierzała zdradzać własnego domu, potulnie odpisując swoje osiągnięcia dla kogoś obcego, kiedy wśród zastępów Czarnego Pana służyła jej rodzina.


dotknij trawy
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#8
04.04.2026, 15:37  ✶  

Zauważył to niemal od razu. Wyraźną zmianę w sposobie, w jaki się poruszała, w jakim rzucała słowa, jakby przestała go respektować. Stała się bardziej arogancka, bardziej zaczepna, jakby pewność, którą w sobie odnalazła, nie miała jeszcze właściwej formy i wylewała się bokami w postaci pyskatej pewności. Mniej zważała na konsekwencje, mniej na znaczenie. Pozwalała sobie mówić szybciej, niż rozumieć. Nie potrzebował jej strachu. Lęk był narzędziem prymitywnym, dobrym dla tych, którzy chcieli sterować prostym człowiekiem. W jej przypadku byłby nie tylko nieskuteczny, ale byłby błędem. Coraz poważniej poddawał w wątpliwość jej ludzkie odruchy, a jeśli były one rzeczywiście wypaczone, to i poczucie zagrożenia musiało być zdeformowane. Być może była zbyt blisko pierwotności, by reagować jak człowiek. Być może nie znała strachu w tej formie, w jakiej znały go inne istoty. To czyniło ją nie tyle odważną, co nieprzewidywalną. A nieprzewidywalność była wadą, nie zaletą. Patrzył więc na nią z tą samą chłodną uwagą, z jaką obserwuje się mechanizm, który zaczyna działać niestabilnie. Jej niepokorność nie była dla niego zaskoczeniem, spodziewał się jej. Wiedział, że będzie rezonować, że będzie podsuwać jej błędne wnioski, że zacznie traktować prowokację jak formę kontroli. Tymczasem nie była niczym więcej niż zakłóceniem. Awarią. Miała wykonywać swoją rolę. Nie interpretować jej. Kiedy więc rzucała kolejne zaczepki, kolejne jadowite uwagi, Louvain nie reagował irytacją. Przeciwnie, coś na kształt rozbawienia przesunęło się przez jego spojrzenie, ledwie widoczne, lecz obecne. Jej próby odgryzienia się były zbyt czytelne, zbyt przewidywalne, by mogły zrobić na nim wrażenie. Widząc je, dostrzegał raczej napięcie, które próbowała rozładować, niż rzeczywistą siłę.

I rozumiał, skąd się brało. Musiało być dla niej osobliwie frustrujące to, że musi zwracać się o pomoc do człowieka, który przyłożył rękę do spalenia jej domu. Jej sanktuarium. Miejsca, które nazywała własnym. Ta sprzeczność była wystarczająco wymowna. Nie potrzebował niczego więcej, by nie ulegać pokusie podkreślania własnej pozycji. Fakt mówił sam za siebie. A jednak, nawet gdy pozwalał jej mówić, gdy obserwował, jak próbuje rozciągać granice tej rozmowy, jakby mogła je nagiąć samą wolą, wiedział, że to tylko powierzchnia. Iluzja, którą podtrzymywała z uporem godnym lepszej sprawy. Bo niezależnie od tego, jak bardzo próbowałaby zaklinać rzeczywistość, jak bardzo chciałaby pozostać ślepa na to, co oczywiste, wciąż pozostawała w jego zasięgu. Podległa. Mogła podszczypywać. Mogła grać zadziorną, w nieokreślonej formie sprzeciwu. Kiedy wspomniała o donosie, Louvain nie odpowiedział od razu. Zamiast tego spojrzał na nią przez krótką chwilę, jakby rozważał, czy w ogóle warto odnosić się do tej myśli. Potem, bez pośpiechu, nachylił się lekko nad stołem i zgasił papierosa  o wilgotną powierzchnię sernika. Żar zagłębił się w miękką fakturę ciasta, pozostawiając po sobie ciemny, rozlany ślad, który powoli nasiąkał. Gest był ostentacyjny. - To była uprzejmość. Jego głos pozostał równy, niemal obojętny. - Grozi się wtedy, gdy trzeba coś wymusić. Spojrzenie nie drgnęło. - Od ciebie nie muszę niczego wymuszać.

Patrzył na nią przez chwilę z tą samą chłodną uwagą, jaką poświęcał elementom, które nie pasowały do układu. Bo tym właśnie była, fragmentem nie na miejscu, poszarpanym, niedopasowanym, burzącym symetrię. Najprostszym rozwiązaniem byłoby usunięcie jej całkowicie. Wyrzucenie poza planszę, zanim zdąży wprowadzić więcej chaosu. I przez moment ta opcja była dla niego kusząco oczywista. A jednak… Coś w niej nie pozwalało mu zamknąć tej decyzji. Jakby ten wadliwy element, zamiast zostać odrzucony, miał jeszcze odnaleźć swoje miejsce w większym układzie. Jakby jej nieprzewidywalność, zamiast być błędem, mogła okazać się użyteczna, jeśli tylko zostanie właściwie osadzona. - Dostałaś coś lepszego, niż pomoc. Odsunął się od stołu i sernika, który potraktował jak popielniczkę. - Dostałaś moją uwagę. Oboje dobrze wiedzieli, dlaczego tego wszystkiego nie zrobiła. Była zdesperowana, ale nie na tyle, by odcinać się od jedynej możliwości powrotu do starego porządku. Dodatkowo była zbyt bardzo umoczona w to wszystko, by stać ją było na taki gest bezmyślności. Próbując ukarać jego, ukarałaby też kilku z nim powiązanych. Louvain zamilkł na dłuższą chwilę, kiedy ta powróciła do swoich zajęć. W jego spojrzeniu zaszła zmiana, subtelna, lecz wyraźna. Ustąpiło z niego to, co jeszcze przed momentem było reakcją, a jego miejsce zajęło coś znacznie chłodniejszego. Ocena. Nie patrzył już na nią jak na rozmówczynię. Patrzył jak na problem. Jak na przypadek, który należało rozłożyć na czynniki pierwsze i rozstrzygnąć, nie słowami, ale w decyzji. Czy warto? To pytanie pojawiło się w nim bez emocji, jakby było naturalnym następstwem wszystkiego, co padło między nimi. Czy warto przepalać środki, czas, uwagę. Wszystko to, co miało swoją cenę, na coś, co nie miało żadnego znaczenia poza jej własnym uporem. Knieja, o której mówiła z takim przekonaniem, nie była dla niego niczym. Nie niosła wartości, poza tą symboliczną. Nie była zasobem. Nie była punktem strategicznym. Mogłaby się nim stać, gdyby Czarny Pan uznał ją za wartą uwagi. Ale nie uznał. A dowody mówiły same za siebie. Nie było sensu dopisywać znaczenia tam, gdzie nie zostało ono nadane. Jego myśl przesunęła się dalej, jeszcze głębiej, jeszcze bardziej bezlitośnie. Bo nie chodziło wyłącznie o miejsce. Chodziło o nią. O jej postawę. O tę osobliwą mieszaninę pychy i przekonania, która nie miała w sobie ani śladu pokory, a mimo to rościła sobie prawo do obcowania z czymś, co nazywała boskim. Chciała żyć obok bogów, mówić ich językiem, interpretować ich wolę, a jednocześnie pozostawać poza jakimkolwiek porządkiem, który nadawałby temu sens. To nie była wiara. To była uzurpacja.

- Uznaniowo - odrzucił błyskawicznie, odpowiadając jej na idiotyczne pytanie - jeśli uznam, że jesteś warta mojego czasu, może zyskasz na wartości. Wszystkie wcześniejsze układy przestały mieć znaczenie w chwili, gdy wkroczył w tę przestrzeń. Draconis nie był już czynnikiem. Nie pomógł jej wcześniej i nie będzie miał więcej okazji, by spróbować, nie dlatego, że nie chciał, lecz dlatego, że nie miał już dostępu. Louvain nie nazywał tego sidłami, choć mechanizm był prosty. W jego spojrzeniu nie było triumfu, tylko konsekwencja. Jeśli miała dalej bawić się w swoje rozważania o naturze i okrucieństwie, musiała liczyć się z tym, że to on będzie pierwszym, który nada temu kierunek. I pierwszym, który sprawdzi, jak daleko może ją w tym poprowadzić. Śmiech wyrwał się z niego nagle. krótki, suchy, pozbawiony jakiejkolwiek radości. Nie był głośny, ale wystarczająco wyraźny, by przeciąć powietrze między nimi. Louvain odchylił lekko głowę, jakby naprawdę potrzebował tej chwili, by pomieścić w sobie absurd tego, co właśnie usłyszał. - Naprawdę myślisz, że on potrzebuje pomocy… - urwał na moment, przesuwając spojrzeniem po wnętrzu chaty, po jej stołach, słojach, tej całej organicznej, nieuporządkowanej materii - …tego? Nie musiał kończyć zdania, gest wystarczył. - Czarny Pan podpalił pół kraju - dodał spokojnie, jakby przypominał fakt oczywisty, niemal trywialny. - ale sądzisz potrzebuje chałtury od jakiejś szantrapy? Spojrzał na nią z czymś na kształt niedowierzania, które szybko ustąpiło miejsca chłodnej, niemal rozbawionej pogardzie. Naprawdę. Naprawdę sądziła, że to tak działa? Nie musiała mu wierzyć na słowo, ale okłamał ją tylko raz. Nie byłby w stanie być wdzięczny komukolwiek poza Voldemortem. - Wpadłaś w mój zasięg, więc musisz zrozumieć jedną rzecz - jego głos nieco stwardniał, choć wciąż pozostawał opanowany. - Odpowiadasz przede mną i tylko przede mną. Ale od ciebie zależy czy będę używał cię jak narzędzia, czy pomogę wyrosnąć. Potencjał, który w niej dostrzegł, nie był jednostkowy. Był zarodkiem czegoś szerszego, czegoś, co mogło wykroczyć poza nią samą. - Rewolucja potrzebuje nie tylko nowego porządku, ale odnowy duchowej. Porządek można było narzucić siłą, wykuć go w strachu i podporządkowaniu, ale to nigdy nie wystarczało. Potrzebowała czegoś więcej. - Przekonaj mnie, że to co ostatnio widziałem nie było tylko opiumowym majaczeniem, ale hartem ducha, za którym będą mogły podążyć tysiące. Nie zamykał jej jednak w jednej roli. Nie jeszcze. Bo to, co widział ostatnim razem, tamtej nocy, w gęstniejącej duchocie rytuału, nie było urojeniem podsyconym nalewką ani złudzeniem wywołanym zmęczeniem. Było czymś więcej. Przebłyskiem siły, której sama jeszcze nie rozumiała, a która, jeśli zostanie właściwie ukierunkowana, mogła stać się czymś znacznie większym niż jej własna, ograniczona wizja świata.

- Pytałaś czy mam psy... - w końcu pozwolił sobie na pełen cynizmu uśmiech na swoje twarzy - owszem, nienażarte ogary ciągle łaknące śmierci. Szatańska satysfakcja wylewała się z jego oczu. Bez pośpiechu odsunął mankiet lewego rękawa. Ciemna tkanina opadła, odsłaniając skórę i znak, który u niego nie był tylko symbolem, był również więzią. Gdy tylko różdżka dotknęła znaku, coś w nim drgnęło. Pod samą skórą, jakby czarna pieczęć przestała być rysunkiem, a stała się czymś żywym. Czaszka na jego przedramieniu zdawała się na moment pogłębić, jakby zapadła się w ciało, a potem wypchnęła ku powierzchni z cichą, nienaturalną elastycznością. Wąż, który wyłaniał się z jej trupiej czaszki, poruszył się. Nie mogło to trwać zbyt długo, był to odzew którego druga strona nie mogła zignorować. Ból byłby zbyt silny i ustępował dopiero, kiedy śmierciożerca ustępował jego woli. Nie odwracał od niej wzroku ani na moment, a odezwał się dopiero kiedy Leviathan pojawił się obok nich w izbie. - Draconis, towarzyszu - rzucił lekko, niemal niedbale, jakby przywołał go tylko po to, by dokończyć rozpoczętą myśl. - wyjaśnij swojej koleżance co robimy z donosicielami. Jego spojrzenie przesunęło się po Helloise, spokojne, nieruchome. - I z tymi, którzy próbują grać na dwa fronty. Nie podniósł głosu. Nie było takiej potrzeby. - Wolałbym, żeby usłyszała to od kogoś, kogo zna.



i got ninety-nine problems but a bitch Mulciber ain't one
dragonborn
Ruthlessness
is mercy upon ourselves.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
właściciel rezerwatu, smokolog, magizoolog
Mający 187cm, o atletycznej budowie ciała i ciemnych włosach. Porusza się ze specyficzną dla niego manierą, która zdaje się przypominać gady; zastygnięty w bezruchu, jakby wyczekiwał potknięcia, obserwując z uwagą otoczenie, tylko po to by nagle zareagować i wprawić ciało w ruch. Posiada parę blizn na ciele, pozostawionych przez spotkania ze zwierzętami. Plecy, lewą stronę obojczyka i ramię pokrywa drobna, szarawa łuska, a jego oczy posiadają pionowe źrenice i trzecią powiekę. Zawsze towarzyszy mu któryś z jego smoczogników.

Leviathan Rowle
#9
04.04.2026, 18:54  ✶  

Mało kiedy się zdarzało, że ktoś wzywał go za pomocą mrocznego znaku, a jeśli już to był to Czarny Pan. Tym razem magia prowadziła gdzie indziej. Nie do Kromlechu i teatru, którym otaczał się Mistrz. Nie. Tym razem miał pojawić się w Dolinie Godryka.

Jeszcze parę dni temu jedli z Helloise obiad w rodzinnej posiadłości osadzonej między górskimi szczytami Snowdonii. Jeszcze niedawno słuchali smoczego śpiewu niesionego wiatrem, który podrywały uderzenia ich skrzydeł. Jutro natomiast mieli znów zagłębić się w znajome szlaki, żeby szukać między nimi gniazd niewielkich stworzonek, ale też zrodzonych z ognia. Może dlatego nie spodziewał się zobaczyć jej dzisiaj.

Patrzył na nią niebieskimi ślepiami, które przecinały pionowe źrenice. Patrzył i zastanawiał się, co takiego zrobiła, że musiał się tutaj zjawić. Prosił ją, a przynajmniej tak mu się wydawało, żeby była grzeczna, bo przecież nie chciał by zwracała na siebie zbyt dużą uwagę. Była dla niego zwyczajnie zbyt cenna, by oddać ją w całości ludziom z którymi przywdziewał maski i czarne szaty. Oni nie rozumieli jej tak jak on. Nie szanowali jej też równie mocno, bo wbrew swojej szorstkiej naturze, Leviathan przecież to robił. Teraz, na jej widok i brzmienie swojego pseudonimu, wywracał mu się żołądek. Mięśnie tężały i coś rozogniało się wewnątrz, bo przecież chodziło o to, żeby podobnych sytuacji uniknąć.

- Palimy ich do gołej ziemi - mruknął, ale bez większego przekonania. Była to prawda, bo przecież chwasty należało wyrywać, ale nie był do końca pewien, dlaczego w sumie to on musiał udzielać tych odpowiedzi. Lestrange się wstydził? Nie umiał ubrać tego w ładne słowa? A może w jakiś pokrętny sposób próbował pokazać, że miał pod sobą kogoś, kto zrobiłby to za niego? W ostatnim przypadku Rowle miał wrażenie, że niekoniecznie mogło to na publikę zadziałać.



We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#10
05.04.2026, 10:46  ✶  
Jeśli pewność, jaką widział w Helloise Louvain, była nowoodnaleziona, to trudno powiedzieć, co widział, gdy przed dwoma tygodniami zaoferowała, że go uśmierci. Jeśli wtedy zważała na konsekwencje… cóż.
Jedyną złośliwością, jaką uraczyła go tego dnia, było porównanie do udomowionego lisa. Być może jednak było w tej kobiecie coś takiego, coś w jej tonie zawsze nieco zbyt zuchwałym, co kazało mu myśleć inaczej. Helloise postawiła jedynie pytanie, którym chciała zachęcić go do refleksji. Czemu nie? Nie znał nawet jej imienia.
Jeśli sądził, że wiedzieli oboje, dlaczego to robi, to się mylił. To, dlaczego pytała o jego pomoc, było kwestią innej motywacji niż ta, która powstrzymywała ją od zdrady. Gdyby chodziło wyłącznie o Knieję, zdradziłaby go, ledwie zorientowałaby się, że Lestrange nie ma dla niej niczego. Gdyby chodziło wyłącznie o Knieję, zdradziłaby ich dwa lata temu, na długo przed pojawieniem się Widm, gdy zobaczyła pierwszy wytatuowany mroczny znak.
Nie, nie wiedzieli oboje dobrze, dlaczego tego nie zrobiła. Louvain nie wiedział.
— Nie musisz mnie do niczego przymuszać — przytaknęła mu swobodnie, mętnym niewidzącym wzrokiem patrząc, jak gasi papierosa w serniku. — Czy ci czegoś odmówiłam? Co mi po twojej uwadze? — Oczu czarownicy sięgnął leniwy uśmiech wyrażający niezrozumienie.
Ona również nie wiedziała, z kim ma do czynienia.

Wykonała dla niego miksturę, lecz jedynym, co otrzymała w zamian, była wiązanka pozbawionych szacunku utyskiwań. Znieruchomiała, wysłuchując ich. Jej twarz zmieniała się. Wyglądała początkowo jak zaciekawiony zwierz, który pierwszy raz usłyszał taką mowę. Czasem kąciki ust drgały w krótkim, tłumionym uśmiechu. Później nadeszła głęboka zaduma i coś na kształt… zrozumienia?
— Skoro nie potrzebujesz mojej pomocy, odejdź — odezwała się spokojnie, gdy skończył swoją tyradę, po czym wskazała Śmierciożercy drzwi.
Przerwała pracę. Przeciągnęła się, porzucając projekt, wzruszyła ramionami.
Mimo nonszalancji, cała była napięta, gdy zajęła się z zaciętą miną porządkowaniem stanowiska. Musiała skupiać się na każdym ruchu, na każdym podniesionym słoiczku — aby nie wyleciał jej z rąk, aby wyglądało, jakby trafił w odpowiednie miejsce, mimo że tylko przestawiała je bezcelowo po stole. Wiedziała, co zrobiła. Gdyby nie to, jak często popychał ją do działania impuls — ten ślepy impuls idący przed strachem — być może nigdy by się na to nie zdecydowała. Być może gdyby rozważyła pierw konsekwencje, ewentualności, alternatywy... lecz nie rozważyła. Zrobiła to, co powinna.
Mimowolnie w głowie obijały jej się echem słowa Lestrange’a — lecz tylko te o odnowie duchowej. Próbowała zrozumieć, co miał przez to na myśli — wątpiła, czy to samo, co ona.
Nie miała ani na te gdybania, ani na te porządki wiele czasu. Czarownica zastygła w pół ruchu, gdy Louvain wspomniał o ogarach i odsłonił tatuaż. Po tych słowach wypowiedzianych z szatańską satysfakcją Helloise dostrzegła, że nie wiedziała dotychczas, z kim ma do czynienia.
Jeśli szukał jej strachu, miał go w tych sekundach przed pojawieniem się Leviathana. Helloise stała przy kuchennym blacie jak zwierzyna zagoniona w kozi róg i patrzyła na niego, a z jej oczu nie wyzierało nic prócz strachu i niepohamowanej wrogości. Serce podeszło jej do gardła. Czego oczekiwała? Sprawnego szwadronu egzekucyjnego? Śmierci długiej i powolnej?
Nie. Nie długiej i powolnej.
Zacisnęła kurczowo palce na fiolce niestabilnej substancji wybuchowej.
Masz tę chwilę, szeptał jej nie tak dawno on sam, gdy trzymał dłoń nad bliźniaczym naczyniem. Jeden ruch i pozbywasz się bezeceństwa. Odsuwasz od siebie tę plagę, to, co wyziębiło ziemię i ludzi.
Helloise rzuciła Śmierciożercy dzikie, szaleńcze spojrzenie. Jej palce niebezpiecznie drżały na szkle. Jeden ruch, Louvain.

Wtedy pojawił się Leviathan. Gdy Helloise zobaczyła znajomą twarz, bańka nerwów pękła gwałtownie, a emocje wydostały się z kobiety w śmiechu — po trosze kpiącym, po trosze histerycznym.
Widok Rowle’a przyniósł jej w pierwszej chwili najczystszą ulgę — dopiero później przyszło otrzeźwienie. Czarownica uspokoiła się, puściła fiolkę i rozprostowała palce. Dynamika sytuacji zmieniła się diametralnie. Uruchomiła w niej nowy rodzaj nieufnej czujności. Teraz musiała dbać o to, jak jej decyzje wpłyną na nich oboje.
Leviathan stał tak blisko, dzieliło ich ledwie kilka kroków, a jednak nie mogła go dosięgnąć. Nie mogła mu wytłumaczyć, nie mogła się do niego odezwać. Zrodził się w niej żal za tym, że nie powiedziała mu o wszystkim wcześniej, a teraz stali podzieleni obcą obecnością, niezdolni się ze sobą porozumieć. Byli skazani na prowadzenie tej gry równolegle.
I gdy położył na niej wzrok, zrozumiała, że on nie będzie nawet próbował uzupełniać jej narracji. Gdy utkwił w niej spojrzenie tak dobrze znanych smoczych oczu, zdawało się, jakby te oczy nie rozpoznawały jej. Helloise poczuła się bardziej osamotniona, niż gdy była w chacie sama z Lestrange’em. Leviathan potrafił być tak zimny, zimniejszy niż ten arogancki skurwiel, który go tu ściągnął.
Ale ona nie pierwszy raz była sama i zdana na siebie.
Palimy ich do gołej ziemi — powiedział jej to prosto w oczy.
— Levi… — Uśmiechnęła się. — Nie to oferowałeś mi, gdy rozmawialiśmy o donoszeniu ostatnim razem — mruknęła niby zaskoczona, nawiązując do ich rozmowy podczas Spalonej Nocy.
Wtedy — gdy zachęcała go do zrywania z niej spódnicy unurzanej w śmierciożerczej krwi — prowokowała. Prowokowała go całą sobą. Nie dziś.
W uśmiechach Helloise nie było już dłużej niczego ze swobody. Robiła dobrą minę do złej gry i maskowała to słabo. Louvainowi udało się ją zdenerwować. Nie wróciła już do wcześniejszego lekkiego lekceważenia.
Och, Levi, czy nie była grzeczna?
— Trzy to liczba Bogini. Powiem ci to więc trzeci i ostatni raz — zwróciła się znów do Louvaina, porzucając złudzenie uśmiechu; była zła i zniecierpliwiona — nie dałam ci nigdy odmowy. Przyszedłeś prosić o broń, która da wam kolejny sposób, aby zabijać i niszczyć, nie kwestionowałam tego. — Ruszyła przez kuchnię wzdłuż stołu w stronę mężczyzn, nie spuszczając wzroku z Louvaina; niemal zignorowała Leviathana. Mimo wszystko wiedziała, że nie był dla niej zagrożeniem. — Zaprosiłam cię do domu, podzieliłam się winem, użyczyłam pracy swoich rąk. Otworzyłam drzwi i nie przed tobą pierwszym, bo nie kwestionowałam i tamtej nocy, gdy przyszedł do mnie wasz ranny i gdy wyciągnęliście mnie w ogień, żebym wam przynosiła leki. Każdy z was, kto szukał pomocy, pomoc otrzymał — zakończyła twardo, stając między Śmierciożercami, twarzą zwrócona do Louvaina. — Nie ma żadnych dwóch frontów, ale obraziłam cię widocznie pytaniem, czy wiesz, czemu tak jest. — Postąpiła ostatnich kilka kroków, skracając niekomfortowo dzielący ich dystans. — Jeśli w zamian za pomoc mam być znieważana, to wyjdź. Szukaj jej gdzie indziej. Ale... przecież oboje wiemy, że potrafisz mówić z szacunkiem — wyszeptała ostatnie zdanie tak, żeby trafiło wyłącznie do uszu Lestrange'a, a kąciki jej ust zadrżały w złośliwym uśmiechu. Trwało to krótki moment, zanim odwróciła się do niego bezceremonialnie plecami i zmierzyła się wreszcie z obecnością Leviathana. Wiele ją kosztowało stanie tyłem do aktywnego zagrożenia, lecz potrzebowała jeszcze raz, z bliska, przestudiować obojętność gadzich oczu. Patrzyła w nie smutno, lecz gdy się do Rowle'a odezwała, odezwała się z tą wcześniejszą zimną nieustępliwością: — Jeśli zachowanie godności to warunek nie do spełnienia, zrób, co chcesz. Spal mnie. Zdaje się, że spłonąć to godny koniec w smoczych górach.


dotknij trawy
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: Louvain Lestrange, 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Helloise Rowle (6377), Leviathan Rowle (2388), Louvain Lestrange (7005)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa