• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[26/09/72] O czym grzmi wasz Manifest?

[26/09/72] O czym grzmi wasz Manifest?
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#11
10.04.2026, 20:22  ✶  

Napięcie w chacie zgęstniało do tego stopnia, że zdawało się osiadać na skórze jak brudna rosa o felernym poranku w Londynie. Obserwował ją uważnie, nie tylko to, co pokazywała świadomie, lecz przede wszystkim to, co wymykało się jej kontroli. I choć w jego własnym przekonaniu strach nie był narzędziem, na którym chciał opierać tę relację, coś w nim znacznie starszego, bardziej pierwotnego niż jakakolwiek ideologia czy dyscyplina, zareagowało niemal natychmiast. Widok, jak uchodzi z niej pewność, jak pęka napięta do granic zuchwałość, jak dłonie, jeszcze chwilę temu pewne, zaczynają zdradzać drżenie, palce zaciskają się na trzymanym przedmiocie. To było… kojące. Nie w sposób szlachetny, nie w sposób, który dałoby się ubrać w jakiekolwiek uzasadnienie. To była ulga zimna i cicha, spływająca gdzieś głęboko, tam, gdzie jego serce od dawna funkcjonowało bardziej jak struktura niż organ. Karmił się tym odruchem, choć równocześnie, niemal odruchowo, próbował go w sobie zdusić, jak coś niepożądanego, co mogłoby zaburzyć klarowność jego zamiarów. Bo nie potrzebował jej strachu. Szachownica była już ustawiona. Układ sprzyjał mu i bez tego. A jednak, gdy był o krok od potwierdzenia swojej dominacji, gdy rzeczywistość zaczynała układać się zgodnie z jego wolą, coś w nim zawsze wracało do tej samej, niepokojącej potrzeby. Zobaczyć, jak druga strona pęka, jak traci grunt, jak zostaje zredukowana do reakcji. I w tym było coś jeszcze głębszego. Coś, czego sam nie analizował, bo nie widział w tym potrzeby. Podskórna, niemal instynktowna obsesja wydobywania słabości z miejsc, które najbardziej opierały się jej ujawnieniu, szczególnie u tych, którzy nosili w sobie siłę zbyt dumną, by przyznać się do pęknięć. Helloise nie zapłakała. Nie zobaczył wilgoci na jej rzęsach. Ale zobaczył coś, co dla niego miało większą wartość. Zobaczył, jak coś w niej kruszeje, jak pod powierzchnią, tej starannie utrzymywanej, dzikiej, nieprzeniknionej, pojawia się rysa. Nie wiedział wcześniej, że ona tam w ogóle istnieje. Nie dała mu nigdy powodu, by przypuszczać, że coś w niej może ustąpić. A jednak ustąpiło. I nie zrobił tego on. Zrobił to Leviathan. Louvain uniósł nieznacznie spojrzenie, przenosząc je na drugiego Śmierciożercę. W tej jednej decyzji, w tym przywołaniu, było więcej skuteczności niż w całym arsenale zaklęć, którymi mógłby ją przygnieść. Nie dlatego, że Draconis był potężniejszy. Lecz dlatego, że trafił w przestrzeń, do której Louvain nie miał dostępu. W coś osobistego. W coś, co nie poddawało się przemocy tak łatwo jak ciało czy umysł. Louvain znał ten rodzaj spojrzenia. Znał kobiecy żal. Nie potrzebował słów, by go rozpoznać, był zbyt charakterystyczny, zbyt cichy w swojej intensywności. Bo nie uderzał na powierzchni. Wnikał głębiej, tam, gdzie nawet ona sama nie była gotowa sięgnąć. Mógł ją zranić inaczej, bezpośrednio, mógł ciąć słowem, mógł dociskać, mógł próbować rozbijać jej konstrukcję kawałek po kawałku. Ale wiedział już, że to nie przyniosłoby takiego efektu. Dlatego nie ruszył się, nie dodał nic. Pozwolił, by sytuacja rozegrała się sama, jak mechanizm, który po wprawieniu w ruch nie wymaga dalszej ingerencji. Bo czasem najskuteczniejszym narzędziem nie było działanie, tylko właściwie dobrana obecność.

Decyzja o przywołaniu Leviathana nie była impulsem, lecz chłodną korektą wcześniejszego niedopatrzenia. Gdy Louvain potrzebował prostego namiaru, nie otrzymał go w formie, która oszczędziłaby mu czasu, zamiast tego zmuszony był szukać szamanki sam, krążąc nad knieją i tracąc cenne godziny na coś, co powinno być oczywistością. Nie było w tym trudności, była strata czasu. A czas był jedyną walutą, której Louvain naprawdę nie lubił trwonić. A skoro nie otrzymał od niego tego, czego potrzebował wtedy, teraz zamierzał wyrównać rachunek, nie słowem, lecz sytuacją. Wciągając go w tę rozmowę i w ten układ napięć, zmuszał go do uczestnictwa. Do współodpowiedzialności. Louvain przytaknął lekko na słowa Leviathana, niemal niedostrzegalnie, lecz z wyraźnym uznaniem, które rzadko pozwalał sobie okazywać. W jego spojrzeniu pojawił się cień aprobaty. Szczery, choć oszczędny. Osobiste odniesienie trafiło tam, gdzie powinno. Była w nim surowość, którą Louvain rozumiał i cenił. Smoki… tak, to była właściwa miara rzeczy, nie symbol ani metafora, lecz czysta, bezkompromisowa siła, która nie potrzebowała uzasadnień. Teraz był z niego zadowolony, bardziej niż zamierzał to przyznać nawet przed samym sobą. Gdyby od początku operował z taką klarownością, być może oszczędziliby sobie tej całej drogi. Zbędnych słów, niepotrzebnych napięć, tej przeciągającej się gry, a jej tej wątpliwej przyjemności stawiania oporu. Mógłby na tym poprzestać, uznać sprawę za ustawioną, ale tego nie zrobił, bo coś w tej sytuacji dopiero zaczynało się budzić. Jak garnek długo stojący na ogniu, jeszcze cichy i niepozorny, aż pierwsze drżenia zdradzają narastające ciśnienie pod powierzchnią. Lestrange wyczuwał ten moment z instynktowną precyzją. Jeszcze chwila, jeszcze jeden ruch, a to, co naprawdę istotne, wypłynie na wierzch. Nie odpowiedział jej od razu, lecz w jego spojrzeniu pojawiło się coś cieplejszego. Satysfakcja z usadzenia na właściwym, według jego ocenie, jej miejscu była bardzo zadowalająca. Kiedy wspomniała o tym, że potrafi mówić z szacunkiem, mruknął tylko cynicznie i cmoknął jakby upominająco. Nie ładnie tak wyciągać intymne momenty, wspólnej celebracji, kiedy opium i krew wyciągało z czarodzieja to co najbardziej krępujące. Jednak wizja tamtej Helloise niezmiernie bardziej przypadała w jego gusta, niż ta, którą mu teraz serwowała. Przyglądał się jej przez chwilę w milczeniu, z tą samą uważnością, z jaką obserwuje się moment, w którym ktoś sam odsłania swoją sprzeczność. Nie zamierzał pozwolić jej ukryć się za nagłą godnością, nie po tym, jak sama rozpaliła tę rozmowę, jak z taką łatwością sięgała po zaczepność, jakby była czymś pozbawionym konsekwencji. To ona pierwsza nadała ton, jej przypowieść o lisie nie była niewinną refleksją, lecz próbą ustawienia go w roli, którą sama uznała za wygodną. A wcześniej odgrażała się bez cienia wahania, ile to sposobności miała, by nakarmić go śmiercią, pamiętał to zbyt dobrze, by teraz traktować jej wycofanie jako coś więcej niż zmianę pozycji.

- Oh, błagam... - z sarkastycznym przekąsem, zaskrzypiał z niezadowolenia. - Nie zgrywaj teraz urażonej - odezwał się spokojnie, ale bez ciepła. - Sama sięgnęłaś po iskry… więc dlaczego oburza cię teraz, że parzą? Podniósł się od stołu powoli, bez gwałtowności, jakby sam ruch był jedynie następstwem zmiany układu. Drewno zaskrzypiało cicho pod ciężarem odsuwanego stołka, lecz on nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Jego spojrzenie pozostało utkwione w niej , w tym jednym punkcie, który właśnie postanowił przeciąć. Helloise stanęła między nimi, jakby próbowała wyznaczyć granicę, jakby samą obecnością chciała narzucić porządek. On tylko lekko uniósł brew. - Skąd ta potrzeba? - odezwał się spokojnie, niemal z ciekawością. - Ten upór, by domagać się szacunku… jakby należał się z przyrodzenia. Nie czekał na odpowiedź. Obszedł ją powoli, jednym, płynnym ruchem, jak cień, który nie potrzebuje zaproszenia, by zmienić swoje położenie, i zatrzymał się tuż za nią. Zbyt blisko, by mogła to zignorować, zbyt blisko, by było to przypadkowe. Zimno jego obecności niemal stykało się z jej plecami, a jednak nie dotykał jej od razu. Jeszcze nie. Z zadziornym, ledwie uchwytnym uśmiechem rzucił krótkie spojrzenie w stronę Draconisa. - Powiedz mi druhu - zaczął lekko, jakby pytał o rzecz zupełnie błahą - czy istnieje jakiś powód, dla którego należą się jej szczególne względy? Dopiero wtedy uniósł dłonie i położył je na jej ramionach. Gest był niemal opiekuńczy. Niemal. Palce spoczęły na niej z wyważoną lekkością, która nie była ani uściskiem, ani wsparciem, raczej przypomnieniem, że może tę granicę przekroczyć, kiedy tylko zechce. Chłód jego dłoni współgrał tę samą podłą melodię która grała w jego głosie, w jego ruchach. Nie było w tym troski. Była kontrola. Wychylił się nieco, przechylając głowę tak, by spojrzeć na nią z boku, znad jej ramienia. Jego oddech musnął jej skroń, a spojrzenie zatrzymało się na profilu jej twarzy, jakby studiował coś, co dopiero teraz zaczynało go interesować naprawdę. - Może jest coś, o czym powinienem wiedzieć - dodał ciszej, niemal miękko, choć w tej miękkości czaiło się coś wyraźnie podstępnego. - Jakiś powód… dla którego należałoby chronić cię jak własną? Nie cofnął rąk, nie odsunął się, pozwalając, by pytanie zawisło między nimi, okropne i celowo niedopowiedziane.



i got ninety-nine problems but a bitch Mulciber ain't one
dragonborn
Ruthlessness
is mercy upon ourselves.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
właściciel rezerwatu, smokolog, magizoolog
Mający 187cm, o atletycznej budowie ciała i ciemnych włosach. Porusza się ze specyficzną dla niego manierą, która zdaje się przypominać gady; zastygnięty w bezruchu, jakby wyczekiwał potknięcia, obserwując z uwagą otoczenie, tylko po to by nagle zareagować i wprawić ciało w ruch. Posiada parę blizn na ciele, pozostawionych przez spotkania ze zwierzętami. Plecy, lewą stronę obojczyka i ramię pokrywa drobna, szarawa łuska, a jego oczy posiadają pionowe źrenice i trzecią powiekę. Zawsze towarzyszy mu któryś z jego smoczogników.

Leviathan Rowle
#12
10.04.2026, 21:21  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.04.2026, 21:34 przez Leviathan Rowle.)  

Leviathan bardzo nie chciał znajdować się teraz w chatce Helloise, która nagle wydawała mu się tak obca i wręcz odstręczająca. Dlatego właśnie chciał, żeby siedziała cicho i ważyła słowa, jeśli chodziło o śmierciożerców, bo gdzieś podskórnie czuł że i tak skończy się to w ten sposób. Że zmuszona będzie przestać być Helloise, wiedźmą spod Kniei, która żyła w domku na kurzej nóżce i będzie zmuszona przypomnieć sobie jak miała na nazwisko. A wraz z nią będą musieli sobie przypomnieć o tym inni. Stał i słuchał jej, ale wydawał się w ogóle nie reagować na słowa, które unosiły się w powietrzu. Nieruchawy, we właściwej dla siebie manierze, zastygnięty dokładnie tak jak ustawiła go na deskach chatki teleportacja i jedyne co się poruszało to mrugające czasem oczy, które wlepione były w nią, nie ważne czy mówiła do niego czy zwróciła się wreszcie do Louvaina. Ale kiedy wreszcie odwróciła się do niego na nowo, kiedy ponownie spojrzała mu w oczy, patrzył na nią tylko przez moment bo źrenice zaraz delikatnie przesunęły się za jej ucho, obdarzając czyhającego tam Martesa.

Bardzo upodobał sobie Helloise, która była leśną zjawą. Wolnym duchem, którego nikt nie mógł w pełni pochwycić i który żył na swoich zasadach. On mógł pojawiać się w chatce by równie szybko z niej zniknąć, dzieląc się przykazaniami, zakazami i prośbami, ale to ona pod koniec dnia miała moc sprawczą nad tym, jakie decyzje podejmie. Nie było takiej siły na niebie i ziemi, która uwiązałaby ją jednoznacznie w miejscu, tylko dlatego że niebo i ziemia było częścią natury, nad którą ona miała w jego oczach władzę. Drzewa przodków szeptały do niej, a ona szeptała do nich. Do ziemi na której rosły i do roślin, które pielęgnowała swoimi dłońmi. Szeptała również do niego, bez potrzeby używania przy tym słów, kiedy dzielili samotne chwile na skraju Kniei. Tutaj, w tej samej izbie, którą teraz dewastował swoją obecnością Lestrange.

Wyglądałaby równie pięknie w płomieniach, jak i pośród zieleni. Ogień został jej nadany z urodzenia, gotowy przysłużyć się jej, gdyby tylko o to poprosiła. A mimo tego, wiedział że byłby dla niej końcem zbyt tragicznym i niesprawiedliwym. Zasługiwała na zieleń. Na bluszczowe girlandy zwisające nad jej grobem i asfodele porastające ziemię. Zieleń była tym, co zostawało gdy żarliwość przygasała, a wewnętrzna pasja umierała. Gdy odchodziło się z tego świata, odciski stóp porastała trawa, mech porastał nagrobek, a kiedy wstawał kolejny dzień, zieleń rozprzestrzeniała się porastała wszystko na nowo. Tak, Hela zasługiwała na to, by rozrastać się z tą zielenią już po wsze czasy, karmiąc ją i użyźniając.

Nie mógłby więc jej spalić do gołej ziemi.

Nie było w nim zbyt wiele zastanowienia nad słowami do których uciekł się Louvain. Rozbrzmiewały gdzieś z boku, kiedy jego gadzie oczy wpatrywały się w jego twarz skrytą za sylwetką Helloise, jakby nie do końca dostrzegał obłapiające ją ręce. Z jakiegoś powodu to zachowanie zwyczajnie pasowało mu do mężczyzny. By sięgać po więcej niż powinien i nastawać na granice, z ciekawością dziecka zastanawiając się jak je przełamać i co za to dostanie. A jednocześnie Rowle nie mógł nie zastanawiać się nad tym, jak bardzo różnił się w swoich manierach od Czarnego Pana. Nie byli jedną osobą i nigdy być nie mogli, ale mimo wszystko Louvain pozostawał ważny w szeregach Śmierciożerców. Kimś kto ich wołał i znał ich wszystkie twarze. Nikt nie umykał jego świadomości, ale brakowało mu właśnie tego, czego domagała się Helloise - szacunku. Voldemort mógł przemocą wdzierać się do cudzych umysłów, oczekując poddaństwa, ale równie łatwo oferował rady, niczym cierpliwy ojciec chcący, by jego dzieci rozkwitały i przynosiły mu jak największą dumę.

Draconis westchnął wreszcie, przypominając przy tym do tej pory uśpionego smoka, którego nagle coś poruszyło we śnie. Była w tym geście jakaś prośba o to, by dano mu wreszcie spokój, ale też zwyczajne znużenie sytuacją. Uważał ją za kompletnie niepotrzebną i będącą dokładnie tym, co zdawało się przeszkadzać jego towarzyszowi - stratą czasu.

- Chyba masz rację, pewnie jest coś co powinieneś wiedzieć - odpowiedział ospale, we właściwy dla siebie sposób wypowiadając słowa we wręcz mdły i pozbawiony emocji sposób. - Nasz Mistrz był z niej zadowolony, wskazując budowanie wzajemnego szacunku jako odpowiednią ścieżkę dla niej. Pozwól też Martesie, że podzielę się z tobą słowami, które podarował mi Czarny Pan. Jeżeli musisz podnosić na kogoś różdżkę, czy faktycznie miałeś nad czymś kontrolę?
Ciężko było powiedzieć, czy przytaczając te słowa, Leviathan mówił całkowitą prawdę. Nic jednak nie wskazywało na to, by ocierało się to o jakiekolwiek kłamstwo. Tkwił w miejscu zupełnie tak samo, jakby magia odjęła mu zdolności poruszania kończynami, nawet jeśli przecież mówił, mrugał, czy nabierał kolejnych oddechów, a w dłoni wciąż tkwiła różdżka, która potrzebna mu była do teleportacji. Ta jednak wciąż była opuszczona, w luźno zwisającej ręce, w ogóle nieprzygotowana na wszelkie przejawy agresji.

Prawdę powiedziawszy, nie uważał by ktokolwiek powinien słuchać słów Czarnego Pana, które przecież były zaadresowane tylko do niego. Przyszedł wtedy do Mistrza z problemem, albo raczej zwykłymi wątpliwościami, które chciał w pełni rozwiać, a zamiast tego wyszedł z radą, która w pewien sposób szczypała jego dumę. Helloise była warta zaufania i spisała się podczas Spalonej Nocy, ale całe to kazanie, które zaoferował mu Mistrz, sprawiło że zaczął mieć wątpliwości co do całej reszty swojej rodziny. Prawdą pozostawało to, że zaniedbywał te więzi; wydawały mu się tak naturalne, że nie zwracał na nie większej uwagi, a do tego tkwiła w nim naturalna niechęć do istot ludzkich. Oddalał się, dryfował, a przez nie wiedział co działo się dookoła niego. Razem z nim w szeregach organizacji stał jego ojciec, a zaraz za nim jego brat, Seisyll. Helloise też nie mogła już jednoznacznie odwrócić się z obranej ścieżki. A reszta? Co z Cynthią? Co z Heleną? Co z jego rodzeństwem, czy chociażby Moną i resztą kuzynostwa? Niepewność rozdrażniała go w pewien sposób, ale nie destrukcyjny tylko taki, który zmuszał go do wzięcia oddechu i zastanowienia się nad tym, od której strony powinien zacząć naprawiać problem. Niestety, nie mógł już dłużej udawać, że oscylowanie gdzieś na krawędzi rodzinnych więzów było wystarczające. Nie mógł znowu zniknąć w lesie.



We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#13
11.04.2026, 16:52  ✶  
Wszystko było znów jak tamtej nocy przed pójściem do Ataraxii. Znów było jej duszno i ciężko, lecz tym razem nie było popiołów, które mogłaby obwinić. Leviathan znów ją ograniczał i zmuszał, żeby grała według jego zasad. Kazał jej wtedy nosić maskę, której wcale nie chciała, ale gdy jej tę maskę wręczył, Helloise jeszcze mu podziękowała. Myślała wówczas o tym, że to nie był najgorszy kompromis. Leviathan zawsze mógł zażądać od niej więcej. Teraz naciągał ten kompromis nie na maskę, a wprost na jej twarz. Czarownica traciła cierpliwość.
Rowle nie miał problemu z tym, żeby na mocy rodzinnych powiązań wciągać ją w to wszystko głębiej, przyprowadzić prosto do Śmierciożerców i przedstawić im ją jako kogoś, od kogo można oczekiwać pomocy. Rodzinna lojalność działała jednostronnie — Helloise spełniła rodzinne obowiązki, ale nie miała rodzinnych przywilejów i ochron. Gorzej niż służąca, która mogła w każdej chwili swoją służbę wypowiedzieć i odejść do innego domu. On nie potrafił jej nawet po tym wszystkim spojrzeć w oczy. Taki los przygotował jej Leviathan, a ona jeszcze podziękowała. Poczuła się żałośnie, ale upokorzenie zawsze było iskrą, która popychała ją jedynie dalej w szaleństwo.
Dopóki on się nie pojawił, czuła się w tej sytuacji pewnie. Rozmówiłaby się z Louvainem tak jak ostatnim razem. Teraz wszystko było o Leviathanie. Nawet to przydługie wyliczenie jej zasług i win było dla niego, żeby wiedział, jak doszło do tego, że wszyscy troje byli teraz tu, gdzie byli — na tej planszy, po której Lestrange próbował przesuwać ich jak oporne pionki. Nie podobało jej się, że Rowle będzie w tym uczestniczył i że będzie patrzył na jej kroki. Jego obecność dawała jej jedno podstawowe bezpieczeństwo — nie pozwoli jej umrzeć. W to nigdy nie zwątpiła. Poza tą ostatecznością jednak oczy Leviathana wiązały jej ręce tam, gdzie wcześniej wojowała lekko.
Helloise nie potrafiła już wrócić do początkowej swobody, mimo że starała się ją na siłę odgrywać. Była na co dzień spokojna; potrafiła być tak samo obojętna jak Rowle, tak samo senna, lekceważąca, znudzona, przychodziło jej to naturalnie — do czasu. Raz wytrącona z równowagi, nie była w stanie tak po prostu do niej wrócić. Nawet więc teraz gdy milczała, było w jej milczeniu coś intensywnego i wyzywającego. Nie poruszyła się, gdy Louvain za nią stanął, ale była spięta. Instynkt szeptał, aby walczyć, uciekać, zrobić coś — ale stała sztywno. Słuchała wymiany między Śmierciożercami, patrząc na Rowle’a, mimo że nie miała już wobec niego nadziei, a oglądanie jego obojętności jedynie ją rozjuszało. Nie potrafiła przeniknąć jego myśli. Był na nią ślepy.
Zbyt ślepy — pomyślała kąśliwie.
Zostawił między nią a sobą zbyt dużo ostentacyjnie głuchej pustki, żeby cokolwiek, co planował, mogło zadziałać. Wcześniej zabrał ją między Śmierciożerców, rozmawiał o niej z Czarnym Panem, a teraz nie odpowiadał na jej słowa, nie chwytał jej spojrzenia, nie dawał żadnego znaku, że ona jest dla niego człowiekiem, a nie tylko szmacianą lalką, którą Louvain macha mu przed oczami. Skoro ona to widziała…
Lestrange stał blisko, tak blisko, że musiał czuć, że jest w tym nieswoja. Tuż za jej plecami. Jej ramiona unosiły się wraz z oddechem, więc musiał czuć, kiedy wstrzymywała powietrze, kiedy oddech drżał. Nie podobała jej się ta forma kontroli.
Tam, gdzie Louvain zawiesił granicę, grożąc przekroczeniem, tam Helloise po prostu przekroczyła ją przed nim.
Tyle razy widziała w jego oczach obrzydzenie, gdy poprzednio się do niego zbliżała. Niech oboje czują się w tej bliskości źle. Kobieta odchyliła się do tyłu, żeby oprzeć się plecami o tors Louvaina; uniosła rękę i dłonią lepką od gotowanych wcześniej eliksirów na ślepo odnalazła policzek pochylonego nad nią czarodzieja.
— Jest różnica między pobłażaniem a uległością. Nie mów, że muszę ci ją tłumaczyć — wymruczała zaczepnie, gładząc jego twarz koniuszkami palców, lecz nie było w tym głosie nic pociągającego, a wyłącznie pełne rozdrażnienia zniecierpliwienie. — Myślisz, że jesteś czymś lepszym ode mnie? Nie musisz mnie poważać, droga wolna. Nie oczekuj wtedy niczego w zmian. — Czarownica poruszyła lekko ramionami, jakby chciała zrzucić zabłąkany na nich ciężar. — Wolałabym jego ręce, wiesz? — mruknęła do Louvaina niezadowolona, wskazując Leviathana ruchem głowy.
Nie wolała w tamtej chwili żadnych rąk. Grała w tę grę, bo musiała, bo zabrnęli w nią za daleko. Absurd. Absurd, że utrzymywała tę narrację narzuconą przez Rowle’a. Nie miała pojęcia, jak planował to rozwiązać w długiej perspektywie. Czy myślał, że uda mu się w nieskończoność okłamywać tego człowieka? Louvain przyszedł do niej raz, przyszedł drugi; wszystko wskazywało na to, że był kimś wysoko w hierarchii — nawet Helloise potrafiła wywnioskować, że była to wyłącznie kwestia czasu, zanim się dowie. Jedyne, co Leviathan mu pokazał, to, że nie ma dla niej solidarności w jej własnym rodzie — a ów ród prędzej czy później wypłynie, bo Helloise Rowle uczęszczała do Hogwartu, była częścią czystokrwistego domu, ludzie ją kiedyś znali. Nie była przybłędą, która pojawiła się w czarodziejskim świecie znikąd, nawet jeśli jej imię się zakurzyło. Wystarczyło ten kurz zdmuchnąć, żeby się dowiedzieć.
— Jak myślisz, co będzie dalej? — zapytała Leviathana, starając się zdusić złość. — Przestaną przychodzić? — Zaśmiała się, poruszając wymownie ramionami. Śmiech urwał się na jedno ciężkie uderzenia serca, zanim wykonała kolejny desperacki krok: — Jeśli to wszystko, co masz do powiedzenia, to wracaj do domu i pozwól mi się tym zająć samej.


dotknij trawy
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#14
12.04.2026, 02:54  ✶  

Duchota, która zalegała w tej chacie, nie była dla niego ciężarem. Przeciwnie. Była powietrzem, którym oddychał pełną piersią. Tam, gdzie tamci zaczynali się wewnętrznie krztusić, gdzie napięcie mogło ściskać gardła i usztywniać ruchy, on czuł, jak coś w nim się rozpręża, jakby właśnie w takich warunkach jego natura znajdowała najczystszy wyraz. Im bardziej ta dwójka wikłała się w niezręczność, w niedopowiedzenia, w napięcie, którego nie potrafili ani rozładować, ani przekierować, tym wyraźniej w nim samym rosła cicha, niemal perwersyjna satysfakcja. Było w tym coś doskonałego. Ustawić ich naprzeciw siebie, pod jej własnym dachem, w miejscu, które z definicji powinno być bezpieczną przystanią, a zamieniło się w arenę. To było zwieńczeniem wcześniejszej rozmowy o okrucieństwie w formie niemal podręcznikowej. Nie teoria, nie słowa, nie alegorie. Praktyka. Czysta, żywa, pulsująca. I on, w samym jej centrum. Nie było w tej chwili nikogo, kto dorównywałby mu w tej diabolicznej katedrze nauk. Nie dlatego, że rzeczywiście był jedyny, lecz dlatego, że jego własne ego nie pozostawiało miejsca, by ktokolwiek inny mógł w niej stanąć obok niego. Wszystko, co się działo, przechodziło przez niego, było przez niego interpretowane, ustawiane, ważone. Może więc jego Zimno nigdy nie było tylko zadrą na duszy. Może nie chodziło o znalezienie miejsca, w którym można przestać je czuć, załagodzić. Może chodziło o coś znacznie bardziej aktywnego. O rozprzestrzenianie tego chłodu, o dzielenie się nim, jakby był darem. Zatrutym, wyniszczającym, lecz podanym z niemal dobroduszną konsekwencją. Jakby chciał, by świat wokół niego nauczył się oddychać tym samym zepsuciem, które wypełniało jego własne wnętrze. Czuł to teraz wyraźnie. Pod dłońmi. Niepokój, który drgał w jej ciele, napięcie skryte pod skórą, nieregularność oddechu. Wszystko to przenikało przez jego palce jak subtelny prąd. Nie potrzebował patrzeć, by wiedzieć. Wystarczyło, że dotykał. To było niemal znajome. Bliskie temu momentowi, gdy przyłożył jej dłoń do swojego Zimna. Tamta ulga. To samo echo. A jednak nie był ślepy. Draconis próbował go prowadzić w innym kierunku. Subtelnie, niemal niezauważalnie. Podsunąć myśl, wydobyć reakcję, sprowokować odsłonięcie czegoś, co mogłoby zostać uznane za słabość. Louvain wyczuwał to z precyzją, która graniczyła z instynktem. Każde słowo, każda pauza, każde spojrzenie, wszystko to układało się w próbę. Względnie udaną. Bo choć Leviathan nie odrywał wzroku od Niedorzecznej, choć jego obecność była skupiona niemal wyłącznie na niej, nie było w nim nic, co zdradzałoby prawdziwą wagę tej relacji. Ani napięcia, ani zawahania, ani choćby najmniejszego przesunięcia, które można by wykorzystać. Louvain niemal odczuł rozczarowanie. Chciał, by to padło. By zostało nazwane. By Draconis, choć raz, przyznał, że kobieta jest czymś więcej niż użyteczna. Wtedy… wtedy byłby gotów ustąpić. Tylko ten raz. Ale Leviathan nie należał do ludzi, którzy rozdają takie rzeczy za darmo. Zbyt dobrze rozumiał rachunek sił, zbyt sprawnie operował w ekonomii strachu i przemocy, by pozwolić sobie na tak oczywiste odsłonięcie.

Louvain prychnął cicho, z wyraźnym niesmakiem, jakby samo przywołanie tej argumentacji pozostawiło pod językiem gorzki osad. W jego spojrzeniu przemknęło coś ostrego, niemal pogardliwego. Nie wobec samego imienia, lecz wobec sposobu, w jaki zostało użyte. Zasłanianie się teraz słowami Czarnego Pana było wygodne. Zbyt wygodne. Cytaty Mistrza wyciągnięta w chwili, gdy brakowało własnej odwagi, by stanąć za własnym stanowiskiem. Było w tym coś małego. Coś, co nie przystawało do istoty, która rościła sobie prawo do siły. W jego oczach nie tak zachowywały się stworzenia, które porównywały się do smoków. Smoki nie cytowały, smoki rozstrzygały. - Moja różdżka nie miała jeszcze okazji być wycelowana w kierunku Gospodyni. - uniósł lekko podbródek, a na jego ustach pojawił się cień chłodnego rozbawienia - A zanim się tutaj pojawiłeś… - dodał po chwili, z niemal niedostrzegalną nutą ironii - ten kwiat miał więcej barw. Ta udawana poufałość między nim, a Helloise przestała już go bawić. Przestała, kiedy poczuł lepkość i brud pod jej opuszkami na własnej skórze. Dlatego zacisnął jej dłoń przy swojej twarzy we własnej dłoni i lekkim ruchem odprowadził bliżej jej sylwetki. - To przy tobie wyraźnie więdnie.

Odstąpił, bo nie był w stanie zbyt długo udawać, że potrafi walczyć z obrzydzeniem. Jednak zamiast ostentacyjnych nudności od jej bliskości, uszanował jej sugestię o preferencji dłoni na własnym ciele. Płaskim uśmiechem i gestem otwartych dłoni oddał jej przestrzeń osobistą i wykonał krok w tył. Przeniósł na nią spojrzenie, niemal obojętne, jakby pytanie, które mu zadała, nie było dla niego ani wyzwaniem, ani prowokacją. Raczej kolejnym elementem, który należało uporządkować. - Jestem. - odparł bez wahania, z tą samą chłodną prostotą, z jaką stwierdzał fakty - od ciebie, i od niego. Nie było w tym wyniosłego tonu, ani triumfu. Jedynie pewność. - W interpretacji woli boga śmierci. - doprecyzował po chwili, lekko przechylając głowę. - Choć może rzeczywiście nie jest to powód, by ci umniejszać. Teraz on odwrócił się do nich plecami, nachylając się w stronę okiennic. - Być może powinienem przekazać ci coś, co sam otrzymałem. Nauki najpotężniejszego. Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu, tym razem subtelniejszy, bardziej niepokojący niż jawnie drwiący. - Największą lojalnością mężczyzny jest ta, której nigdy ci nie obiecał. Wyprostował się powoli, krzyżując ręce na piersi, pozostawiając te słowa między nimi jak coś, co dopiero miało się rozejść po kościach. Jednak tę naukę lok-perliczka z pewnością odczuła szybciej, niż padła ona z jego ust.

Stał przez chwilę odwrócony do nich plecami, jakby cała ta rozmowa była jedynie szumem, który przestał zasługiwać na jego uwagę. Odsunął lekko okiennicę, wpuszczając do środka chłodne, ciężkie powietrze, i przez moment wyglądał na zewnątrz, jak ktoś, kto sprawdza, czy świat poza tą chatą nadal istnieje w bardziej znośnej formie. - Tak wiele pytań, a tak mało szczerości. Tymi słowami na swój sposób poparł wniosek o wycofanie się Rowla z tego spotkania. - Wystarczy. Tym razem słowo padło ostrzej, choć nadal bez podnoszenia głosu. Jego spojrzenie spoczęło na Leviathanie z wyraźną, niemal ostentacyjną oceną. - Wracaj do swoich zajęć. Nie było już większej potrzeby przeciągania jego obecności w tym miejscu. I tak otrzymał od niego o wiele więcej, niż początkowo zakładał.



i got ninety-nine problems but a bitch Mulciber ain't one
dragonborn
Ruthlessness
is mercy upon ourselves.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
właściciel rezerwatu, smokolog, magizoolog
Mający 187cm, o atletycznej budowie ciała i ciemnych włosach. Porusza się ze specyficzną dla niego manierą, która zdaje się przypominać gady; zastygnięty w bezruchu, jakby wyczekiwał potknięcia, obserwując z uwagą otoczenie, tylko po to by nagle zareagować i wprawić ciało w ruch. Posiada parę blizn na ciele, pozostawionych przez spotkania ze zwierzętami. Plecy, lewą stronę obojczyka i ramię pokrywa drobna, szarawa łuska, a jego oczy posiadają pionowe źrenice i trzecią powiekę. Zawsze towarzyszy mu któryś z jego smoczogników.

Leviathan Rowle
#15
12.04.2026, 04:02  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.04.2026, 04:03 przez Leviathan Rowle.)  

Odległość między nim i Helloise od zawsze można było obliczać poprzez wszelkie niedopowiedzenia, jakimi siebie obdarowywali. Czasem był wręcz przekonany, że więcej ich było niż wszelkich szczerości, jakimi się obdarowywali i było tak od momentu, kiedy pierwszy raz ruszył w ślad za nią w dziecięcym pościgu. Kiedy byli mali, więcej w tym było właściwej wiekowi naiwności i niewinności, ale wraz z upływającymi latami, ciężar kładł im się na barkach, dogniatając do ziemi i czasem zwyczajnie przeszkadzając. I dokładnie tak właśnie było teraz, kiedy na nią nie spoglądał, a jednocześnie miał wrażenie że aż za dobrze domyśla się tego, co krążyło jej po głowie. Mógł być bowiem gruboskórny i odległy, ale nie można było odmówić im prostego faktu, że czasem aż za łatwo było im znaleźć łączącą ich nic porozumienia. Rozumiał ją tam, gdzie inni zostawiali ją w tyle.

To jednak, co nieustannie mu umykało, to jej przeświadczenie że należało jej się wszystko, co rodzina mogłaby mieć jej do zaoferowania. Jakby kompletnie nie rozumiała, że podejmując tę jedną decyzję, tyle lat temu, określiła swoje miejsce już na zawsze. Czasem zastanawiał się, czy lepiej nie byłoby jej, gdyby zapomniała o swoim dziedzictwie na dobre. Gdyby nie odeszła hen daleko, zapomniała o Snowdonii i Dolinie Godryka. O matce, ojcu, braciach i o nim samym. Byłaby wtedy faktycznie wolnym duchem, a oni wypaliliby ją na rodzinnym gobelinie tak całkowicie i permanentnie. Byłaby tylko Helloise, ale pod innym imieniem, bo zachowywanie jej własnego byłoby zbyt wiążące. Byłaby powiewem wiatru, zapachem kwiatów i szumem liści.

Leviathan nigdy do końca nie wybaczył jej tego, że zniknęła. Coś wewnątrz niego już na zawsze miało uważać to za wielce niesprawiedliwe i sprawiać, że pod koniec dnia nie spodziewał się po niej niczego więcej. Z jednej strony ją za to kochał, a z drugiej nienawidził. Za to, że trzymała go tym w niepewności i zbliżała się tym bardziej w jego pojmowaniu do magicznej istoty niż zwykłego człowieka. Bo skąd miał wiedzieć, że następnego dnia kiedy znajdzie się na progu kurzej chatki, ona wciąż w niej będzie?

Zastanawiał się, gdzie właściwie leżała jej granica. Co leżało po stronie 'zostań', a co już przy 'zniknij'. Zdewastowana Knieja, którą tak podobno kochała, naruszyła całe jej jestestwo, ale wciąż nie wyrwała jej korzeniami i nie zmusiła do polecenia z wiatrem, by opaść na żyźniejszą glebę i tam zapuścić korzenie. Pewna obojętność rodziny też wydawała się być dla niej czymś, co może w jakiś sposób bolało, ale nie na tyle by odwrócić się od tego całkowicie. Chłodne ciało Louvaina też najwyraźniej nie było czymś, co ją odstręczało. Nie kiedy tak ostentacyjnie opierała się teraz o niego, przykładając palce do policzka. Obserwował to z pewnym zastanowieniem, nagle dywagując w głowie nad tym, jak chętnie rzuciłaby się w jego ramiona. Byłoby im razem dobrze? Mieliby te piękne dzieci, o których dywagowali podczas ostatniego Yule?

Nie, i Rowle był tego boleśnie świadomy. Lestrange nie posiadał w sobie niczego, co sprawiałoby że Helloise mogłoby faktycznie do niego ciągnąć. Żadnej cechy, która sprawiałaby że byłby zwyczajnie znośny. Te dzieci z resztą, wydarłby jej pazurami, gdyby tylko miał na to ochotę, robiąc z nich kartę przetargową. Był nieznośnym człowiekiem, który z taką łatwością zachłystywał się siłą, jakby w całym swoim życiu tylko patrzył na nią z oddali. To co on zrzucał na karb braku odwagi i czegoś, co nie przystało potężnym smokom, Leviathan zrzucał na coś zupełnie innego; zwyczajnie nie było potrzeby, żeby to robił. Oszczędzał siły, z rozleniwieniem wielkiego gada, który nie był wściekłym psem spuszczonym ze smyczy. Smoki miały niewiele rzeczy, którymi musiały się przejmować, a ich naturalnymi przeciwnikami byli inni przedstawiciele ich gatunku. Lestrange natomiast, cóż, do miary smoka nie urastał w żadnym calu. Był zwyczajną niedogodnością i niczym więcej. Helloise natomiast... ona była jego krwią.

Ale pomimo swojej irytującej natury, to nie on poruszał w tym momencie Leviathana. Jego słowa, niby wyrachowane i nastawione na bogowie wiedzą jaki efekt, były tak samo rozlazłe jak zawsze. Zbyt dużo było w nich patosu i zanadto obtoczone były przyjemnych barwach, by do Draconisa w ogóle trafiały. Ale Hela sobie z nim zwyczajnie pogrywała. Zachowywała się, jakby robił jej na złość tym, w jakiej sytuacji się znalazła. Jakby siedział na progu jej domu i wpuszczał do niego każdą przybłędę, która gotowa była tutaj zapukać. Prawda była taka, że mogła sobie robić cokolwiek tylko chciała, w tym przez Matkę zapomnianym kawałku świata i zdecydowała robić właśnie to - układać się z pieprzonym Louvainem Lestrange. Sama powiedziała, że zaprosiła go do swojego domu. Dała mu pić i udzieliła do pracy swoich rąk. Była architektką całej tej cholernej sytuacji, ale postanowiła mieć do niego pretensje, że kładł jej do głowy by nie szła tą drogą. A ona nie słuchała.

- Tak, wystarczy - powiedział gardłowo, ale nie patrzył na Martesa, zamiast tego wbijając spojrzenie w Helę. Patrzył twardo i prawdę powiedziawszy, pewnie nie widziała tego zbyt często, bo zwykł tak spoglądać na innych. Na tych, którzy mu coś zawinili, albo stali po niewłaściwej stronie barykady. Tych, którzy przekraczali granicę.

Wracał do niej raz po raz, martwiąc się o to czy w końcu nie postanowić zrobić tego, co jednoznacznie przekreśli ją w oczach rodziny. Martwił się, by nikt inny nie zamknął jej w klatce, na która nie zasługiwała i z której znowu chciałaby uciec. Martwił się, oh jak to naiwnie brzmiało w jego własnym odczuciu, ale najwyraźniej nie było się o co martwić. Wszystkie te niedopowiedziane rzeczy stanowiły teraz mur, który ciężko było im przeskoczyć, czy jemu czy jej. Lestrange mówił bardzo pięknie o lojalności, której pewnie nawet nie rozumiał, ale jego uwaga zwyczajnie chybiała. Nie miała od czego się odbić, bo Rowle nigdy nie mógł swojej krewnej tego rodzaju lojalności oferować. Mogła być jego rodziną, mogła być dla niego osobą ważną, bliską i taką, którą na swój sposób chciał chronić. Ale robił co mógł.

Uważała, że była sama? Że lepiej sobie poradzi na własną rękę? Proszę bardzo, mogła być sama.

- Masz rację. Nie ma potrzeby, żebym tutaj w ogóle był - obecność drugiego mężczyzny zdawała się wyparować w jego percepcji. Lestrange wciąż dostawał ochłapy, ale nawet tych żal było Leviathanowi, bo nie wydawał ich na własnych zasadach. Wciąż był oschły i nieruchawy, ale jeśli się go znało, można było rozpoznać w tych pionowych źrenicach to co kryło się głębiej. Na całe szczęście dla niego, tylko ona znała go w tym gronie na tyle dobrze.

Różdżka poruszyła się. Szybko i sprawnie, ale nawet jej nie uniósł, ograniczając zabieg do samego ruchu nadgarstka. Magia zassała go, pozbawiając ich jego obecności ale nie znalazł się daleko. Chwilę po teleportacji chatkę Helloise zaczął obserwować siedzący na gałęzi jednego z drzew sokół, bo najwyraźniej musieli sobie poważnie porozmawiać.


Postać opuszcza sesję


We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#16
13.04.2026, 03:03  ✶  
Był taki czas, dawno temu, gdy byli oboje jeszcze dziećmi, że nie istniał w głowie Helloise inny świat niż ten, w którym ona wytycza tor ich wzajemnej gonitwy. Wbiegała na kolejne wzgórza, odwracała się do małego Leviathana i czekała, aż do niej dołączy. Były w Snowdonii wzgórza, za które nie wolno im było jako dzieciom odchodzić. Tam zaczynał się problem, ponieważ Helloise zawsze miała do granic szczególne upodobanie — upodobała sobie oglądanie ich z dwóch stron. Było coś pociągającego w granicy, za którą nie puszczali jej rodzice, jakby jednym krokiem miała moc umknąć ich kontroli. Zbiegała z zakazanego wzgórza jak na skrzydłach, wolna, pchana w dół pomyślnym wiatrem, niepowstrzymana — bo trudno było się zatrzymać w tym pędzie. Wbiegała więc na kolejne, i kolejne, aż pewnego dnia odwróciła się i nie widziała już domu ani nie potrafiła znaleźć drogi powrotnej.
Teraz rzuciła się wariacko z kolejnego wzgórza — i Leviathan zniknął w mgnieniu oka. Nie było jego. Nie było domu. Została przed nią pustka, a w tej pustce wciąż obecny zły wzrok, jakim Levi nigdy na nią nie patrzył, a patrzył przecież na bardzo różne sposoby. Nigdy nie należał do wylewnych, lecz Helloise tym bardziej doceniała momenty, kiedy był dla niej delikatny. Uśmiechy, gdy chwytała go w przekomarzankę. Cierpliwą obecność, kiedy odzywała się w niej samotność. Krótkie muśnięcia ust na czole i dłoniach, splecione palce, kolejne kroki na przesuwanej w ciszy granicy.
Wracaj do domu! krzyknęła do niego ze wzgórza. On nigdy nie zgubił drogi; w tym była jego siła, że pilnował granic domu. Ona korzystała na pędzie.
A przynajmniej skorzystałaby, gdyby potrafiła się nie odwracać. Patrzyła za mężczyzną zbyt długo — poplątały jej się po drodze nogi. Tego, co czuła, nie potrafiłaby nazwać sfrunięciem, a co najwyżej niekontrolowanym sturlaniem się w dół. Wyszła z tej konfrontacji jak obita, mimo że, w rzeczy samej, Louvain nie uniósł na nią ani razu różdżki.
Nie było go. Mogli ruszyć dalej. Skończyć to szybciej. Oderwała wzrok od pustego miejsca i wróciła bezprzytomnie do pracy. Przelała zawartość obu fiolek buchorożca do przygotowanej wcześniej miseczki z proszkiem, aby uzyskać wygodną formułę pasty. Patrzyła, jak drobinki mieszają się z miksturą, rozcierała ostrożnie grudy szklanym mieszadłem, dopóki składniki nie połączyły się gładko. Przełożyła pastę do drewnianego pudełeczka wyłożonego woskowanym papierem. Resztę zeskrobała nożykiem i zawinęła w ten sam papier, tworząc malutką petardę.
Wszystko dokonało się w ciężkim milczeniu. Nie tym beznamiętnym, jak kiedy poprzednim razem była wymęczona opium i strachem. Nie tym obojętnym, jak kiedy wcześniej tego dnia pracowała nieporuszona obecnością intruza. Cisza dudniła w niej od stóp po czubek głowy, jakby Helloise nagle stała się pustą skorupą, w której było miejsce tylko na to.
Gdy skończyła, nie była w stanie znaleźć słów, którymi potrafiłaby odezwać się do Lestrange’a. Wszystkie wydawały się nieodpowiednie. Niegodne tego, żeby się nimi z Louvainem podzielić. Nie chciała z nim rozmawiać, nie potrafiła się zmusić. Przebierała w głowie kolejne słowa, ale nic. Nic nie potrafiła złożyć. Obrzydł jej ten człowiek do reszty.
Kobieta uniosła rękę w niemym geście nakazującym Śmierciożercy poczekać. Poszła do łazienki, lecz ledwie drzwi się za nią zamknęły, znów nienaturalnie znieruchomiała. Kątem oka zobaczyła w lustrze fragment swojego odbicia. Natychmiast odwróciła wzrok. Było w tym widoku coś dziwacznego, nierealnego. Schowała się pod jedną ze ścian, wsunęła głowę między szerokie liście łazienkowych roślin. Rozprostowała palce u dłoni, oglądała je, jakby widziała własne ręce pierwszy raz w życiu. Skubnęła paznokciem odstającą skórkę. Zrobiła kilka chwiejnych kroków przez łazienkę, poruszyła ramionami. Obserwowała, jak wiruje spódnica jej szaty, jak przesuwa się materiał rękawów. Próbowała sobie przypomnieć siebie i swoje ciało. Potrzebowała wrócić do swojego rymtu, wpaść znowu w znajomy nurt, lecz w pół kolejnego ruchu zapadła się pod szarpnięciem bezgłośnego szlochu. Kucnęła, opierając czoło na ściance wanny, po czym nagle gwałtownie uniosła głowę i zamachnęła się nią w zrywie desperacji na białą krawędź. Zatrzymała się centymetry przed zderzeniem. Nie, nie wytworzy żadnego dźwięku, nie da mu tej satysfakcji.
Może nie musiała tam w ogóle wracać? Na umywalce stała między słoiczkami domowych mazideł buteleczka laudanum. Może dało się to wszystko przeczekać na łazienkowym dywaniku. Czarownica sięgnęła po flakonik opium i patrzyła na niego z drżącą intensywnością. Byłoby łatwo.
Nie musiała tam wracać.
Trzeba było to skończyć.
Dlaczego w ogóle się przejmowała? Oczekiwanie pomocy było naiwne. Dawno była ponad tym, żeby się czegokolwiek dopraszać. Nie zamierzała od nikogo żebrać wsparcia. Wyparł się jej i poszedł sobie. Co z tego? Co z tego? Niech on dba o siebie. Nie ma sensu go za sobą ściągać na dno.
Nie była tu zresztą nigdy sama. Nikt nigdy nie był sam, gdy wszędzie w świecie była obecna Bogini. Nawet jeśli cicha, jeśli uśpiona, to obecna. Helloise nigdy nie była w chacie sama. Nie, nie.
Wsunęła laudanum do kieszeni szaty. Wyszła z łazienki, licząc rytm własnych kroków, żeby się upewnić, że brzmią znajomo. Wydawała się mniej najeżona gniewem, lecz pozostawało w niej coś nienaturalnego. Jeszcze nie do końca trafiała w swoje zwyczajowe tony, ale była bliżej niż wcześniej.
— Przedstawiłeś mi poprzednio problem. Problem tego, że potrzebujesz czasu. Detonacje więc będą dwie. Najpierw wstępna, która zainicjuje i pociągnie tuż za sobą tę właściwą. Nad pierwszą możesz mieć kontrolę. — Wreszcie spojrzała na Lestrange’a. Nie było w tym wzroku nic. Czarownica wystawiła na blat pudełko wypełnione buchorożcem oraz dwie fiolki. W jednej z nich w cieczy pływało kilka kryształków. Gdy Helloise ją odkorkowała, znad naczynia buchnęło nieco dymu. — Im więcej dodasz do nich — poruszyła fiolką z kryształkami — rozpuszczalnika, tym szybciej się rozłożą i spowodują pierwszy wybuch. Odmierzasz odpowiednią ilość, zalewasz, korkujesz, zostawiasz w pudełku — skinęła palcem na pudełko z pastą — czekasz, aż wybuchnie. Policzyłam orientacyjnie, ile dodać substancji, żeby uzyskać dany czas, i zaznaczyłam to na szkle. — Pokazała fiolkę rozpuszczalnika, na której rzeczywiście znajdowała się odpowiednia miarka. — Bez laboratoryjnych warunków metoda nie będzie idealnie dokładna. Musisz liczyć… dwie minuty marginesu? W jedną lub w drugą stronę. — Podała mu również niewielką petardę z dość długim knotem. — To próbka, gdybyś chciał sprawdzić, czy cię nie oszukam i rzeczywiście zadziała. Tę po prostu podpal.
Wiedźma cofnęła się od stołu, dając Lestrange’owi przestrzeń na zapoznanie się z zestawem.

[+]wesoła pomocnicza infografika, którą zrobiłam, jak jeszcze myślałam, że to lajtowa sesja
[Obrazek: imgproxy.php?id=qCDYZl3.png]


dotknij trawy
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Helloise Rowle (6377), Leviathan Rowle (2388), Louvain Lestrange (7005)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa