Inną sprawą było, że sam zwyczajnie by tutaj nie przyszedł. Gdyby nie Lorien, zostałby w pracy po godzinach. A gdy wróciłby z pracy, wypiłby piwo w samotności swego mieszkania.
Może kilka piw.
Przez lata nauczył się trzymać na dystans. Nie lubił sprawiać innym kłopotu swoją obecnością, narzucać się tam, gdzie był zbędnym. Nie niechcianym, nie odrzuconym, po prostu zbędnym. Miał przecież przyjaciół, którzy gotowi byliby wziąć go ze sobą, usadzić przy swym stole. Ale jego przyjaciele mieli już swoje własne rodziny, dzieci i małżonków, a Aaron nie chciał być tym, który wprowadzałby niezręczność dodatkowym nakryciem. Nieznajomością domowych rytuałów, węwnętrznych żartów i codziennych, małych dramatów. Wiedział, że był wobec nich niesprawiedliwym, nigdy bowiem nie pozwolili mu się poczuć, jak gdyby nie był mile widzianym. Woody. Julian. Tessa. Jolene. Harrier. Było tak wielu ludzi, za którymi gotów był wskoczyć choćby i w ogień. Ale przy domowym ognisku nie śmiałby im zawadzać, jako ten cień, który żyć mógł tylko w obecności płomieni. Samotność była czymś, do czego przywykł. Nie była czymś złym, nie. Aż do teraz nie przeszkadzało mu, że jest sam.
Lorien to wszystko zmieniła.
Aaron mógł sprawiać wrażenie kogoś nie dbającego o konwenanse. Kogoś, kto gardzi społecznym polorem, zachowaniem pozorów, wizerunkiem jako takim. Był jednak taki czas, kiedy myślał o tym niemal nieustannie. O tym, jak wygląda w oczach innych ludzi. Gryzł się w język, zmuszając się, aby odpowiednio dobierać słowa. Wygładzał szatę, a nawet swój akcent. Nie chodziło nawet o zachowanie pozorów. Tkwiła w tym swego rodzaju dyscyplina, głęboko zakorzenione przekonanie, że jeżeli zależeć będzie mu na czymś wystarczająco, w końcu to osiągnie. A Moody'emu zależało. Nie na tytułach, awansach i medalach, bo choć jeszcze wtedy przyjmował je z czymś na kształt dumy, radość mijała szybko, bo zawsze można było zrobić coś lepiej. Zależało mu na życiu, które sobie wymarzył, na byciu dobrym aurorem, dobrym mężem, odpowiedzialnym ojcem. Reputacja była wszystkim, a budowało się ją nie tylko kompetencjami, ale i moralną konsekwencją. Aaron nie chciał być tak po prostu dobry. Zawsze chciał być najlepszy. Taki już miał charakter. Rzucał się więc w wir pracy, biorąc na sobie coraz więcej odpowiedzialności, coraz więcej ciężarów, jak gdyby kolejne funkcje, osiągnięcia i wyrzeczenia mogły sprawić, że wreszcie poczuje się usatysfakcjonowanym. Że wreszcie poczuje się wystarczającym.
Wciąż pamiętał tego młodzieńca, który chciał zostać kimś. Mężczyznę, który uświadomił sobie, że został tak po prostu sobą: jak gdyby dopiero ciężar wieku pozwolił mu zdać sobie sprawę z ciężaru własnych oczekiwań.
Dlatego rozumiał Lorien. Dlatego zależało mu na tym, aby czuła się w jego obecności tak zwyczajnie dobrze. Jak nikt inny wiedział, że uwięzionym można być nie tylko w cudzych wymaganiach, ale także we własnym pragnieniu, by nie dać swoim zachowaniem powodu do bycia lekceważonym.
Gdy objął Lorien ramieniem, to było tak, jak gdyby chciał podzielić się z nią swoim spokojem. Zdjąć z jej wątłych barków ciężar oczekiwań, który sam nosił zbyt długo. Nie wiedział, czy zdoła to kiedykolwiek uczynić. Nie sądził, żeby sam był od tego ciężaru wolnym. Na pewno nie chciał jej jednak żadnego dokładać, lecz osłonić ją. Wesprzeć. Miłym było mu przecież, gdy wspierała się na jego ramieniu.
Na krótko po tym, jak zostali usadzeni przy stoliku, pojawiła się kelnerka, aby odebrać zamówienia. Aaron zaczekał, aż Lorien przedstawi swoje życzenia. Porcje nie były dużymi, jak zdołał podejrzeć, gdy kelnerzy przechodzili obok ich stolików. Może nawet Lorien uda się takową zjeść, pomyślał. W przeciwieństwie do drobnej kobiety zasiadającej po przeciwnej stronie stołu, z Aarona był chłop na schwał, więc oczywiście zamówił tyle, ile się dało. Wybrał brązową zupę windsorską, pieczeń z wołowiną z jego ulubionym puddingiem, no i, rzecz jasna, tartę jabłkową. Jako że jego myśli uciekały w stronę Doliny Godryka od czasu dyskusji o witrażach, do picia wziął sok wyciskany z owoców zebranych w tamtejszych sadach. Zmarszczył lekko brwi, gdy przyszło do losowania słodyczy, ale ciekawość zwyciężyła, sięgnął więc po jedną ze zgrabnie zapakowanych paczuszek. Skoro były za darmo…
– Mhm – mruknął Aaron, gdy Lorien napomknęła o usługach szklarza. – Przyda nam się taki zaufany majster. Ale trzeba będzie zorientować się jeszcze, czy projektuje witraże. Myślę, że najlepszym rozwiązaniem byłby taki zamknięty w pakiecie szybowym, zabezpieczony z dwóch stron izolującymi taflami szkła. Najbardziej praktycznym nie tylko w użytku, ale i w montażu. Łatwiej byłoby od razu obsadzić cały taki pakiet w oknie niż montować witraż jako osobny panel dekoracyjny "przed szybą"… Albo też całkiem w ramie szyby, wiesz, tak w okiennym skrzydle? – Oczywiście, że pochłonęły go technikalia: takim już był ten chłop, który mierzył wszystko wartością robocizny i wrodzonym praktycyzmem. – Tak, myślę, że ta opcja z witrażem w pakiecie byłaby najlepsza.
Rozłożył na środku stołu jedną z serwetek, żeby naszkicować na szybko plan domu. Kolejne pociągnięcia różdżki wyznaczały granice domostwa. Proste linie, zamykające przestrzeń, którą już nauczyli się nazywać swoją. Wystarczyło narysować kreskę, aby wyobrazić sobie południową ścianę domostwa. Po południu następowała północ wraz z rozkładem pomieszczeń. Od wschodu do zachodu wyrysowywane były ręką Moody'ego granice działki. Rysował do góry nogami, z serwetką obróconą tak, aby Lorien mogła patrzeć na wprost, wyobrażając sobie zagospodarowanie przestrzenne. Chociaż najpierw czekał ich generalny remont, Aaron wiedział, że w myślach ustawiała już meble i bibeloty. Na to też miał przyjść czas.
– Moglibyśmy też osadzić podobne przeszklenie w drzwiach oranżerii – zaczął myśleć na głos Aaron. – Wtedy i sąsiednim pomieszczeniom udzieliłoby się nieco koloru.
"Moglibyśmy", zgodził się wcześniej na wspólne świętowanie, wybawiając Lorien od konieczności ubierania jej pragnienia w słowa. Potem to ona wybawiła go od konieczności przedstawiania swojej propozycji na wspólne wyjście. "Moglibyśmy", powtórzył i teraz. Choć twarze ich pozostały w pełni poważnymi, w tym jednym słowie zdawała się zawierać ukradkowa wymiana porozumiewawczych uśmiechów nad stołem. Aaron podniósł głowę, spoglądając wprost na Lorien, nagle bowiem zdał sobie sprawę, że nie uwzględnił w swych kalkulacjach najważniejszej rzeczy.
– A co właściwie chcesz, żeby taki witraż sobą przedstawiał?
Dłoń ze środkowym palcem wystawionym wójtowi Doliny Godryka?, spytała uniesiona lekko brew Aarona.
!Słodycze Bertiego
and I am ready to strike in her name