Z reguły ją to frustrowało. Takie właśnie wywieszenie białej flagi i oznajmienie, że się czegoś zwyczajnie w świecie nie wie. Może dlatego, że zawsze musiała mieć rację? A jak mogłaby ją mieć skoro nie rozumiała połowy słów? Na nic zdałoby się grożenie paluchem, bo w odpowiedzi pogroziłaby swoim - ale serdecznym.
Widziały gały co brały. Chciałeś taką bratku to się męcz.
Najważniejsze, że Aaron Moody doskonale wiedział jak panią Mulciber uszczęśliwić. Co prawda droga do tego szczęścia była szalenie wyboista, wiązała się ze sterroryzowaniem nieszczęsnego agenta nieruchomości i zaakceptowaniem prostego faktu, że Lorien operuje w bardzo prostym nawet jak na tak wyemancypowaną czarownicę aparatem pojęciowym jeśli chodzi o nieruchomości - “podoba mi się”, “okropny”, “…” (wymowne milczenie, uzupełnione uniesionymi brwiami i palcem wskazującym dziecinny obrazek przedstawiający diplodocusa zawieszonym w kuchni tuż nad kociołkiem).
Ale znaleźli w tym wszystkim odpowiedni balans sił - Aaron całował ją w policzek i mówił, że ma się nie przejmować ponoć zbutwiałymi deskami na tarasie, a ona się tym zwyczajnie w świecie nie przejmowała.
Zaśmiała się ciepło, gdy stwierdził “da się zrobić”. Brzmiał dokładnie jak ci wszyscy hardzi faceci z filmów o dzikim zachodzie, które ostatnio nagminnie puszczano w nocnej telewizji i przy których zasypiała czekając aż wróci z nocki. A ponoć starego psa nie da się nauczyć nowych sztuczek - a jednak, Lorien wystarczyło parę razy spokojnie wytłumaczyć które przyciski nalezy wciskać na “pilocie”, co by uruchomić mugolskie pudło telewizyjne, które było w mieszkaniu Aarona. Co prawda odmawiała uczenia się co zrobić kiedy wciśnie coś nie tak i zamiast ulubionej opery mydlanej pojawi się okropne śnieżenie na ekranie, ale nie było ideałów.
Przechyliła głowę wyobrażając sobie przez moment Moody’ego w jednym z okropnych kapeluszy Woody’ego z fajką w ustach. Hmm. Nie. Bez kapelusza. Spaliłaby mu taki.
- When you have to shoot, shoot. Don't talk.- Zniżyła głos do szeptu nachylając się nieco nad stolikiem. Ilość powtórek “Dobrego, Złego i Brzydkiego” była tak zatrważająca, że Lorien znała już połowę kwestii na pamięć. Normalnie Tuco w zielonej sukience. Tylko taki nie za “brzydki”. Strach pomyśleć co będzie jak pozna sagę o agencie 007…
W między czasie kelnerka przyniosła im posiłek. Stała przez moment przy stoliku manewrując w powietrzu tacą z talerzami, czekając aż Aaron skończy kreślić swoje runy (to znaczy kwiaty) na serwetce i tłumaczyć magiczną fizykę stojącą za pryzmatem.
W końcu zdołała jednak podać im dania, nawet grzecznie wytłumaczyła czym są znamienitości na talerzach, życzyła udanego posiłku i… zniknęła obsługiwać innych.
- Tak długo jak nie naruszy to zasad Kodeksu Tajności.- Odparła niemal… czule. Była bliska zarumienienia się przez tak głupią rzecz jak witraż! Czym innym było przyzwyczajenie do tego, że życzenia panny Crouch były spełniane od ręki, a czym innym to co działo się między nimi. Aaron zwyczajnie w świecie… chciał to dla niej zrobić. I to w dodatku samodzielnie co było szalenie seksowne, gdyby ktoś ją spytał o zdani.
“Stęskniłaś się już?” Uniosła lekko brwi w niemym pytaniu co dokładnie zaprząta mu teraz głowę poza tymi całymi układami pryzmatów w teodolicie widmowym, co samo w sobie brzmiało jak koszmar jakiegoś mugolskiego studenta pierwszego roku budownictwa czy innej inżynierii środowiska.
“Za rodziną.” Odłożyła dopiero co podniesiony do ust widelec z powrotem na talerz. Zamiast tego sięgnęła po kubek z parującym winem. Upiła ostrożnie łyk grzańca nim zdążył dodać “za Włochami.”. Tak. To było prostsze.
Wszystko miało być przecież… prostsze. Kochanie Moody’ego było proste. Życie z nim i dwoma kotami było proste. Cieszenie się tą namiastką przyszłości, która im została było proste… Ale odkąd Donald umarł każda rozmowa “o rodzinie” była dla niej trudna. Starała się o tym nie myśleć za często, nie pozwalać sobie by cień dawnego kochanka wisiał im nad głowami.
Dobrze znany smak wina z Chateaux de Dragons rozlał się po podniebieniu - zrobiło jej się cieplej, milej.
Nie chcąc trzymać Aarona w niepewności, skinęła lekko głową.
- Może trochę.- Przyznała równie cicho przełknąwszy pierwszy słodkawego wina.- Co prawda sytuacja się odrobinę zmieniła…- zawiesiła głos, zerkając w stronę własnej dłoni z pierścionkiem. Oczywiście, że nie powiedziała matce o tym. Przecież gdyby powiedziała, to Adeline złapałaby pierwszy możliwy świstoklik co by ją zabić. No może nie zabić zabić ją, ale… pan Moody mógłby nie mieć na tyle szczęścia. A za morderstwo na aurorze dostawało się wilczy bilet do Azkabanu. Lorien nie skazałaby biednych dementorów na dłuższe obcowanie z własną matką. Dlatego, ponieważ Aaron był przecież dużym i silnym chłopcem, pokładała wszelką wiarę w to, że na pewno sobie poradzi co by wielkie wieści przekazać pani teściowej. No a jeśli umrze to przynajmniej we Włoszech. Istniała też duża szansa, że nie umrze, a zniknie (w betonowych bucikach na dnie basenu Morza Śródziemnego) i żaden dementor nie ucierpi.
-… ale miło będzie ich zobaczyć. Akurat załapiemy się na spóźnione sto sześćdziesiąte pierwsze urodziny ciotecznego pradziadka Enrico. Przygotuj się na słuchanie kilka razy tej samej historii o tym, że bez jego udziału Królestwo Włoch by w ogóle nie powstało w 1861. Bo jak to mawia…- poruszyła lekko głową, zupełnie jak to miał w zwyczaju pradziadek, kręcąc wyimaginowanego wąsa- odwalił największą robotę w całej armii, gdy w 1860 pobił generała de Lamoricière i zdobył generałową de Lamoricière.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)