– Nie zrujnuje mojej reputacji zjedzenie jednego słodycza, choć z pewnością ją nadszarpnie. Masz zatem rację, żeby najpierw nacieszyć się wytrawnymi daniami – rzekł, wpatrując się w fiołkowe oczy. Cieszył się, że dopasował do nich swój dzisiejszy strój.
Poprowadził kobietę do stolika, choć już niewiele pozostało wolnych. Ludzi zeszło się co niemiara. Niektórych Émile rozpoznawał, chociażby swoich kolegów ze Szpitala świętego Munga. Anglia stawała się mu coraz mniej obca, co przyjmował z pewną dozą ulgi. Z tyłu głowy czaiły się oczywiście lęki powiązane ze Spaloną Nocą. Jednak chwilowo Mulciber nie zawracał sobie nimi głowy. Starał się nie myśleć, czy wśród gości aby nie było jakichś Śmierciożerców.
Odsunął Lydii krzesło, a gdy już usiadła, wziął ze stolika menu powitalnego obiadu. Zacisnął usta w cienką kreskę. Zamyślił się. Wiedział, że będzie pewnie czekał nieco dłużej na zamówienie ze względu na swój wegetarianizm.
– Wezmę zupę warzywną i bezmięsną wersję zapiekanki pasterskiej. A do picia… peut être smoczy grzaniec. Zaszaleję. – Wiedział, że jego wersja szaleństwa była wyjątkowo nudna. Miał nadzieję, że Lydia mu to wybaczy. – A na co ty byś miała ochotę?
Et quand le soir viendra, l'air sera doux
Qui se jouera, caressant, dans vos voiles,
Et les regards paisibles des étoiles
Bienveillamment souriront aux époux.