04.06.2024, 20:06 ✶
Pewien październikowy wieczór 1969
To co dziś robili, było kompletnie szalone. I nie była to pewnie pierwsza taka rzecz w jej życiu, zapewne jeszcze nie ostatnia, nie mogła jednak przestać się nią cieszyć.
Na sam pomysł co prawda nie wpadła ona, a jeden z jej kolegów, był jednak na tyle genialny, że musiała mu przyklasnąć.
Ot, zaplanowali, że przed aukcją w jakiś bogatym domu, bogatych czarodziejów, wezmą i podmienią parę przedmiotów, które akurat miały być następnego dnia wystawione na ów wydarzeniu. Robota każde jak inna, zaplanowana miesiąc wprzód, w którym Vior wykonała trzy naszyjniki, jedną tiarę i bransoletkę, niemal identyczne jak oryginały, a jednak z wykorzystaniem zupełnie innych materiałów, troszkę podrasowanych kilkoma zaklęciami z dziedziny transmutacji. Przez jakiś czas nawet rzeczoznawcy zostaną oszukani. Potem, cóż, zaklęcie się rozmyje. Ale to już nie będzie ich problem, bo wtedy przedmioty miały trafić w do osób mniej obeznanych.
Gdzie więc było szaleństwo w ich planie? A to, że kilkoro z nich postanowiło zobaczyć kto dostanie fałszywki we własne ręce. Oglądając aukcję na tym całym bankiecie.
Brak zaproszeń? Ha, wcześniej skombinowali świstoklik, który miał ich zabrać w bezpieczne miejsce na zapleczu.
Możliwość, że ktoś ich rozpozna, lub, cóż, odwrotnie?
W każdej chwili można było uciec kolejnym niezarejestrowanym świstoklikiem, który mieli przygotowany w zanadrzu. Zresztą, gości było sporo, a oni przygotowali wspólną wersję zdarzeń.
Plan był zdecydowanie, niepodważalnie szalony. Ale Viorica uwielbiała adrenalinę, która właśnie wypełniała jej żyły, gdy kroczyła przez salę bankietową, z kieliszkiem prawdziwego szampana w dłoni, który smakował średnio jak na jej niewyrobione kubki smakowe. Liczył się jednak sam fakt jego picia za darmo.
Jej ciemno fioletowa suknia z trenem trzymała się na odkrywających ramiona rękawkach. Zdecydowanie nie należała do Viorici, w przeciwieństwie do ozdabiające jej biżuterii, która wyszła spod jej ręki. Co prawda z kradzionych kamieni, ale jednak. Zrobiona z onyksów, szafirów i ametystów, obleczona w srebrne ramy. Najpiękniejsza była zapewne kolia, która lśniła ułożonymi w spływające po jej dekolcie łezkami.
Przykuwała uwagę licznego grona gości, nikt jednak, poza jej przyjaciółmi, nie postanowił jeszcze do niej podejść.
Miała to w sumie gdzieś. I tak się dobrze bawiła. Szczególnie, że mogła skosztować tych małych, śmiesznych deserków w miniaturowych pucharkach. I pewnie właśnie na podobnych rozgrywkach spędziłabym ten wieczór, jedząc, pijąc alkohol i okazjonalnie śmiejąc się z bogaczy, udając, że wcale im nie zazdrości, gdyby nie jej srocze oko. Oto bowiem obok niej przystanęła dziewczyna, która wyróżniała się noszoną biżuterią na tyle, by przykuć jej spojrzenie.
- Ładne kolczyki - pochwaliła, nie mogąc się powstrzymać.